O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem w roli głównej
sobota, 19 maja 2012

Parę dni temu z mamą zgadałyśmy sie na temat opiekunki mojego stażu sprzed paru lat. Pamiętam, że zaimponowała mi wtedy niesamowicie. Psycholog, psychoterapeuta, oprócz tego  bardzo rozległymi, wielowątkowymi zainteresowaniami. Zastanawiałam sie wtedy, jakim cudem znajduje czas na to wszystko. Przy tym - serdeczna, ciepła, uśmiechnięta, życzliwa. Piekielnie kompetentna, chętnie dzieląca sie wiedzą. Po prostu dobry człowiek.

Dzisiaj przypadkiem - nie mam pojęcia dlaczego - wrzuciłam jej nazwisko w googla. Chciałam sie dowiedzieć, gdzie pracuje, co robi.  

W pierwszej chwili nie zrozumiałam, co widzę. Dwie daty oddzielone myślnikiem. Sformułowanie "odeszła na Wieczną Wachtę".... Przecież to niemożliwe???? jak to, nie Ona, co jest? 

jednak możliwe. Umarła ponad rok temu.

Nadal mam Jej numer telefonu. Nie usunę go, nie umiem. 

Spoczywaj w pokoju..... 

 

piątek, 18 maja 2012

Zastanawiałam sie, co zrobić z potomkiem w czasie wakacji. 

No bo nie moge go trzymać w przedszkolu zastępczym przez całe wakacje, to byłby absurd. Musi odpocząć przed szkołą.

Z drugiej strony,jeśli nie bedzie chodzil przynajmniej trochę, to do żadnej szkoły nie pójdzie, bo go zwyczajnie zamorduję.  Wniosek - trzeba znaleźć rozwiązanie pośrednie.

Rozwiązanie się zaczęło klarowac jakiś czas temu, gdy znajomi zaprosili nas do siebie w Bieszczady na tydzień.  Pomysł zankomity, pojedziemy z przyjemnością, ale nadal zostaje jeszcze kilka tygodni do zagospodarowania pytona. miesiąc obstawiam przedszkolem, on lubi bawić sie z dziećmi , a obca placówka nie robiła na nim wrażenia jak był dwa lata młodszy, wiec i teraz nie powinna.  Ale tak czy siak zostają trzy tygodnie.

I tu przyszła z pomoca kuzynka. Podczas rodzinnego spędu okaząło sie, że prowadzi drużynę zuchową, będzie komendanktą obozu  i zaproponowała, że zabierze i Piotrka.

No, oferta niezwykle interesująca, ale z drugiej strony - czy Pyton da radę, dwa tygodnie bez rodziców?  Zaczęły sie poważne rozmowy. Najpierw były podchody

- mama, a może ja bym mógł na cztery dni?

- Nic z tego synu, albo dwa tygodnie albo wcale. Ale za to będzie Zosia, którą znasz, będzie dwóch twoich kuzynów, wiec chyba bedzie fajnie?

Młodzy się zadumał, pomyslał chwilę i zdecydował:

- Jadę!

No i pięknie. Mamy dwa tygodnie wakacji od dziecka. To sie nie zdarzylo od pięciu lat!!!!! 

 

Tagi: wakacje
22:45, agra1
Link Komentarze (2) »

W ostatnim numerze Duzego Formatu (z 17 maja) dziennikarze zabrali sie za trudny temat.

WF w szkole i w ogóle sport małolatów.

Konkluzja główna jest dość oczywista - społeczeństwo nam flaczeje, dzieciaki migają sie na potęgę  i przynoszą pęczkami całoroczne zwolnienia  z ćwiczeń.... Do tego nauczyciele, którym często sie nie chce - piękne określenie "japoska metoda prowadzenia zajęć - matapiłkagrajta". 
Określenie piękne,ale to, co sie za nim kryje - jakby mniej.....

Równocześnie wspominam swoje zajęcia z wf-u - i to była porażka. A nawet - PORAŻKA.  Metoda japońska przeplatana nadmiernymi ambicjami nauczyciela (zmieniałam szkołę w połowie podstawówki, w związku z czym nauczyciele też sie zmieniali). W tym drugim przypadku było całkiem źle, wuefica była zupełnie niekomunikatywna i nie dawało sie z nią dogadać. Miałam selektywne zwolnienie ze skoków - i tylko ze skoków. Nie bez powodów, naprawdę. Ale rzeczona wuefica nie uznała tego za warte uwagi i przy sprawdzianie ze skoku wzwyż kazała mi ćwiczyć z komentarzem: 'Nie przesadzaj, dwa skoki ci nie zaszkodzą". Ja przez następny tydzień nie mogłam chodzić, a jak już odzyskałam możliwośc poruszania sie, to powędrowałam do mojej pani ortopedy, która sie wściekła i wystawiła mi całoroczne zwolnienie. Dodam, ze z zasady wystawiała je bardzo niechętnie i wydobycie czegoś takiego od niej wymagało co najmniej braku jednej nogi, a najlepiej obu.

Dla kontrastu - inna szkoła i chłopak z ciężką astmą. I rozsądny nauczyciel.  Szybko ustalił z rodzicami, że dzieciak nie ma zwolnienia, ćwiczy normalnie, ale w chwili, gdy poczuje sie gorzej, może bez żadnych konsekwencji przerwać ćwiczenie i odpocząć, ile potrzebuje. Albo od razu powiedzieć, że nie będzie dzisiaj ćwiczył. I to działało, naprawdę. 

Czyli - można.

Skoro można, to zaczęłam sie zastanawiać - chałupniczo cokolwiek, gdyż nie mam pojecia o metodyce, programie,  oczekiwanych rezultatach itp. 

I wyszło mi, że rzeczą która by bardzo pomogła uaktywnić zwłaszcza dziewczyny, byłyby porządne łazienki i zblokowanie zajęć po dwie lekcje.  Dwa razy w tygodniu po dwie lekcje (wiem, żę to mało, ale i tak byłoby więcej, niż dziś jest, obawiam sie). 

Przy takich zblokowanych lekcjach byłoby około 100 minut (wliczając przerwę), jakby zrobić 60 minut uczicwych ćwiczeń i dać pannom 40 minut na prysznic i ponowne upiększenie się, to pewnie by od razu frekwencja skoczyła. 

Oczywiście jest cala masa innych czynników, nad którymi nie bede sie rozwodzić, to jasne, zę same łazienki nie załatwią sprawy. NIe pomogą na powszechny lęk, że ktoś nagra na komórkę, jak czerwona, spocona i rozczochrana usiłuję wykonać jakieś ćwiczenie i wrzuci to do internetu. A niestety teraz takie numery są na porządku dziennym.

Tych niećwiczących tez można zagonić do roboty - zamast sie obijać i  odpisywać matmę jeden od drugiego mogą sie uczyć teorii, podstaw zdrowego żywienia, co i jak wpływa na rozwój, jakie ćwiczenia pomagają na co - i tak dalej.  Przy obecnym wymiarze wf i tak nie zmienią jakoś drastycznie kondycji. Mogą sie za to nauczyć  podstaw, tak, by zbudować sobie fundamenty do prawidłowych nawyków.

Tak mnie naszło po przeczytaniu artykułu. I po (kolejnym) meczu  z Piotrkiem, jego kolegami, Skorupiakiem, jeszcze jednym tatą i ciocią. 

Widzę, zę Pyton lubi sie ruszać. jest szczupły, zwinny i energia go roznosi. teraz, jak jest już ciepło, powrót z przedszkola przeciąga sie do 2,5 godziny (do przedszkola idziemy  2 minuty), bo od razu  idzie na boisko, a ja sie przyłączam - tylko wpadam do domu odprowadzić psa.  

Albo idziemy na spacer do lasu. Albo na basen. Albo chociaz na plac zabaw. Albo gdziekolwiek indziej. 

Mam nadzieję, zę mu to nie minie. 

sobota, 12 maja 2012

Pyton od jakiegoś czasu jest wypuszczany samodzielnie na boisko, żeby sprawdził, czy są tam jego najlepsi przyjaciele. Jeżeli chłopaki grają w piłkę - pod opieką dorosłych, oczywiście, to młody ma wrócić, poinformować, jak sprawa wygląda i może tam pobiec. A ja dojdę za chwilę, jak skończę to, co aktualnie robię.

Dzisiaj Skorupiak postanowił to wykorzystać.

- Pyton, wyniesiesz śmieci? (akurat było niedużo, ale pilne)

- nie, ja sie boję...

- A czego sie boisz? - jak zwykle jestem konkretna do bólu.

- No wiesz, małych dzieci nie można wypuszczać tak samych , bez opieki - pouczył mnie potomek, usiłując sie wykręcić. Ale nie z nami te numery...

- Tak? No to w takim razie chyba nie możemy cie wypuszczać samego na boisko, będziesz musiał czekać, aż któreś z nas będzie mogło wyjść z tobą.

Młody skląsł.

- To ty sie może zastanów, idziesz ze śmieciami i biegasz na boisko, czy jesteś małe dziecko i nie można cię wypuszczać bez opieki?

- Idę.... - westchnął ciężko pokonany Pyton...

Dialog ojca z synem:

- Synu, od dawna wiadomo, że rodzice są jak nietoperze - głusi, ślepi i wszystkiego sie czepiają - nieco samobójczo poinformował Skorupiak.

- NIeprawda, mama nie jest głucha ani ślepa!!!! - uniósł się w obronie rodzicielki Pyton (czepianie pozostało jednak na liście moich cech. Hmmmm....).

- A ja to jestem?- Zainteresował sie Skorupiak.

- NIe wiem, sam powinieneś wiedzieć, w końcu to ty jesteś tatą! - odpalił potomek.

 

Z kuchni rozległo sie boleściwe wycie pokonanego ojca....

piątek, 11 maja 2012

Jestem nałogowcem.

Ciężkim i nieuleczalnym.

Choroba dopada mnie raz do roku, zwykle w maju. Trwa kilka tygodni, a potem odchodzi w siną dal - aż do następnego roku.

Od razu powiem, że z takiego uzależnienia nie leczą chyba nigdzie na świecie - mam spokój, nikt nie próbuje mnie nawracać, Czasem sie tylko dobrotliwie podśmiewa.

Wszystko przez to, że jedne z moich ulubionych kwiatów to bzy. Ale nie wszystkie. Tylko puste, te o kwiatkach w kształcie sałaty mnie kompletnie nie ruszają. Za to jak dorwę gdziekolwiek gałązkę pustych - przepadłam, i ja i bzy.

Tak konkretniej - mogę sie domyślać, że po  tym przydługim wstępie ktoś mógł sie zrobić siny, uwielbiam w kiściach pustych, czteropłatkowych bzów wyszukiwać mutanty. Bo jak inaczej nazwać coś, co nagle wygląda inaczej niż powinno?  Niektóre kwiatki tak właśnie wyglądają. To znaczy - inaczej. Zamiast mieć po cztery płatki jak wszystkie podręczniki do botaniki nakazują, mają po pięć, sześć, a nawet kiedyś trafił mi się 12-płatkowiec.

I teraz właśnie jest ten sezon. Bzy kwitną, w różnych kolorach,  a ja tylko patrzę - pusty? To postój murowany. Nie umiem przejść, coś mnie tam wzywa, przywołuje a ja muszę, no po prostu muszę odpowiedzieć na to wezwanie.

I stoję sobie przy krzaku i oglądam. Szukam. Zaglądam w kiście fioletowe, białe, lila, purpurowe. I znajduję. Nie zrywam, bo po co, po prostu mam satysfakcję. 

 

 

I przy okazji inhaluję sie na cały rok. Ten zapach jest jedyny w swoim rodzaju. Podobne uczucia wywołują we mnie jeszcze konwalie i jaśminy, ale to wszystko kwitnie mniej więcej o tej samej porze, a potem już nie.

Oczywiście, później będa inne kwiaty. niektóre pięknie pachnące, czasem wręcz duszące w nadmiarze. Śliczne, kolorowe, dumne, albo dla odmiany wesołe i skromne - jak drobne różyczki albo chabry - moje ukochane wspomnienie z dzieciństwa...



czwartek, 10 maja 2012

Pyton wchodzi do domu i pociągając nosem pyta;

- Co tu tak ładnie pachnie?

- Tutaj w pokoju bez, a w kuchni konwalie.

- A ja myślałem, że to bigos....

No faktycznie, całkiem podobne :)

wtorek, 08 maja 2012

Chwalić sie będę własnym dzieckiem, jak ktoś nadwrażliwy i ma dość zachwytów mamusiek, to niech nie czyta :).

Dostałam wczoraj z przedszkola płachtę papieru maczkiem zapisaną, zatytułowaną poważnie "Informacja o gotowości dziecka do podjęcia nauki w szkole podstawowej". Tytuł długi jak słoniowa trąba, wyraźnie wytwór jakiegoś biurokraty. Pozostałe rubryczki zresztą też, głowę dam sobie uciąć, zę nie przygotowywał tego wychowawca-praktyk, ale urzędas. No ale trudno, edukacją władają papierkolubni.

Za to w tych idiotycznych rubryczkach  - jak sie pominie sposób formułowania urzędowych pytań - same mile rzeczy. Mocnych stron Pytona dużo, chętnie współpracuje, pomaga, dzieli sie zabawkami, samodzielny, zdecydowany ambitny, obowiązkowy, dociekliwy, bardzo lubiany przez dzieci... I jeszcze parę w podobnej tonacji. Jako jedyna zauważona trudność (na cztery możliwe obszary, społeczno-emocjonalny, umiejętności matematyczne i gotowość do nauki czytania i pisania, sprawność i koordynacja samodzielność) - czasami jeszcze zdarza mu sie, że nie czeka na swoją kolej wypowiedzi. Czasami, zdarza się... czyli nie jest to problem występujący nagminnie, raz na tydzień nie wytrzyma i wyskoczy bez kolejki. 

Cieszę się jak kto głupi, chociaż tak naprawdę nie ma tam dla mnie nic nowego... Ale jest to jakieś potwierdzenie, ze te wszystkie fajne i dobre rzeczy które widziałam w Pietruszce nie są li i jedynie wymysłem zapatrzonej w synka mamusi, że to faktycznie jest. I że moja decyzja o puszczeniu go do pierwszej klasy a nie do zerówki miała jakieś sensowne podstawy. To ostatnie jest o tyle ważne, ze co chwila ktoś mnie napada i usiłuje przekonać, zę krzywdzę własne dziecko, bo zabieram mu dzieciństwo, i po co mu ta pierwsza klasa, wystarczy, że będzie musiał pracowac do 67 roku życia (tak, i takie argumenty padały). A ja wiem, że jakby przesiedział jeszcze rok w zerówce, to w pierwszej by sie potem nudził => rozrabiał => podpadał nauczycielom i  miałby wielkie szanse na przegapienie momentu, kiedy już należy sie zacząć uczyć, bo wchodzi nowy materiał. A to mogłoby przysporzyć mu sporych kłopotów... Poza tym, jak jest taki ciekawy świata i chce sie uczyć, to czemu mam mu tego zabraniać?????

 

No, to sie pochwaliłam. Od razu mi lepiej, nikt tak człowieka nie doceni jak on sam siebie :)

piątek, 04 maja 2012

poszliśmy sobie do przedszkola po Pytona we trójkę - Skorupiak, ja i pies.

Od razu śpieszę wyjaśnić, że przedszkole jest miejscem uwielbianym i często w sobotę słyszę rozpaczliwe pytanie: "mama, mogę dzisiaj pójść?" . Brak tkiej możliwości w dni wolne jest powodem sporego rozczarowania. Dlatego też Pyton w przedszkolu dzisiaj był.

Odebralismy dziecia, wracamy sobie spacerkiem, już doszliśmy do naszej klatki. Naprzeciwko stoi nasz samochód, a pod nim... przy kole - coś dziwnego. małe, szare... Przyjrzeliśmy sie nieco dokładniej - jeż!!!!

Siedział sobie odwrócony kolcami w naszą stronę - po dokładniejszych oględzinach okazało sie, zę z drugiego końca jeża, głębiej pod samochodem siedzi - nasz koteczek. Gapili sie na sebie, a raczej kot gapil sie na jeża, a jeż czekał aż kotu sie znudzi.

Skorupiak popędził do domu wymienić psa na aparat fotograficzny, po czym rozłożył sie plackiem na chodniku i zaczął pstrykać.

A jeż nie przejmując sie specjalnie wylazł spod samochodu, wdrapał sie na krawężnik i polazł w krzaczki.

Pytonowi mało oczka nie wyszły, jeża na żywo widział drugi raz w życiu, a pierwszy - jeża w fazie aktywnej. Poprzednio była to kolczasta kulka wystająca z barwinków u sąsiada - spał sobie smacznie. A tu widać było znakomicie pyszczek, bystre oczka, nosek, futerko na brzuszku... I wielkie, pazurzaste łapki. Uwielbiam jeżowe łapki, w dawno minionej epoce Filipa czasem łaskotałam go w piętę, jak sie zamyślił w zasie wędrówki i zastygał z jedną nogą wystawioną do tyłu...

Staram sie nie komentować polityki - mam jej juz po kokardę, słabo mi sie robi, jak widzę niektóre twarze w telewizji (wiec ich nie oglądam, w ogóle nie włączam telewizora ostatnio).

Czasem jednak zdarzy sie coś takiego, ze warto.

Dzisiaj ucieszył mnie niezmiernie komentarz Janiny Paradowskiej dotyczący żądania bojkotu Euro na Ukrainie wygłoszonego przez Kaczyńskiego. 

Słusznie mówi pani Janina  - Tymoszenko siedzi w więzieniu od wielu miesięcy, o Euro na Ukrainie wiadomo jeszcze dawniej, a pan K. o bojkocie zaczął mówić dopiero wtedy, kiedy powiedzieli o tym Niemcy. To kto tu kogo słucha i naśladuje, kto jest na kolanach?

Podczas wczorjszych robót szlifierskich przygadałam coś Skorupiakowi. Nie pamiętm już, co, ale to mało istotne.

Mama będąca akurtat w okolicy skomentowała:

- Widzisz, tak to jest mieć pyskatą żonę...

A młody filozoficznie podsumował:

- Żony już takie są....

 

Ciekawe, skąd on to wie????

czwartek, 03 maja 2012

... gitara. 

Śmieszne uczucie, jak stuknę palcem o palec, to mam wrażenie, że dźwięczą i wibrują niczym napięta struna w gitarze. 

Przyczyna tego zjawiska jest całkiem prozaiczna - szlifierka oscylacyjna. Dzisiaj przez parę godzin (na szczęście nie ciurkiem, tylo z przerwami, bo bym zwariowała, ogłuchła i spiekła sie na skwarkę, ) szlifowałam drewniane meble ogrodowe przed lakierowaniem.  I od tych wibracji sama zaczęłam wibrować. 

Do tego jeszcze słońce mnie nieco przypiekło - na ramionach jakbym zmieniła kolor, przypominam niedogotowanego raka. 

Nie ma jak odpowiednie rozrywki w święto. A na zakończenie, jak juz byłam całkiem zmordowana i brudna - jeszcze imieniny babci. Na szczęście prysznic ma nieocenione możliwości, jesli chodzi o stawianie mnie na nogi, jak jestem zmęczona. Fajnie było, i zdaje sie, że nawet mówiłam z sensem :).

Ale z przyjemnością wtulę sie w poduszkę i Skorupiaka.

Dobranoc.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Okna mamy od wschodu.

Robi sie oraz cieplej - otwarte, nie tylko rozszczelnione okne od dawna jest juz koniecznością.

Słońce wschodzi coraz wcześniej - ptaszyska również. I drą dzioby głośniej niż nasz budzik.

Podsumowując powyższe - pobudka coraz wcześniejsza, bo sie spać nie daje.

Sobota - już pisałam, po dłuższym wylegiwaniu sie  wstałam o 7.15.

Niedziela - Pyton przyszedł z pytaniem o wstawanie o 6.45. Trochę na to sami zapracowaliśmy, bo planowaliśmy poranna wizytę w Łazienkach, jeszcze przed mszą na 11. Nie ma jeszcze upału, wiewiórasy i ptactwo nieprzekarmione i nie chowa sie przed słońcem po krzakach. Fajnie było.

Dziś - jak popatrzyłam na budzik po raz pierwszy, to była 4.55.... Porażka. Przysnęłam jeszcze, ale i tak wstałam o 6.15. 

Ciekawe, co będzie dalej. Chociaż nie, wcale nie jestem ciekawa. Wolałabym jeszcze spać o tej porze, bo po południu Pyton i tak będzie przerażająco aktywny a mnie znowu zetnie....

sobota, 28 kwietnia 2012

Sobota. Pierwszy dzień długiego weekendu majowego.

Tłumacząc z polskiego na nasze, dzień wolny od pracy, przedszkola i innych takich.

MOŻNA POSPAĆ!!!!

W teorii. 

Praktyka wygląda odmiennie, niestety.

Obudziło mnie jakieś szuranie. Potomek jedyny, kochane dziecko, wstał, ubrał sie i coś grzechocze zabawkami w skrzynce. Na całe szczęście już sie nauczył, że w takich momentach sie nam nie zawraca głowy, nie przychodzi poogladać bajki, ogólne - daje pospać. 

Po pobieżnej kontroli akustycznej (innymi słowy - wystawiłam lewe ucho spod poduszki) uznałam, że sytuacja nie stwarza zagrożeń i można spać dalej. Wtuliłam sie w Skorupiaka, któremu coś sie chyba śniło (na szczęście tym razem nie była to wspinaczka na Mnicha - kiedyś po taki śnie był połamany przez cłay dzień i wszystkie mięśnie go bolały), i zasnęłam z powrotem.

Jakiś czas później obudziłam sie znowu. Jasno było, grzechotanie trwało, menażeria hałasowała standardowo. A i Skorupiak otworzył jedno oko. No to uznaliśmy, że chyba późno już okrutnie i warto by wstać.

Ja w takich sytuacjach jestem nieco upośledzona, gdyż bez okularów nie widzę wyświetlacza budzikowego. To znaczy, sam wyświetlacz widzę, jakbym chciała w niego czymś rzucić, to mam szansę trafić. Ale już za chińskiego boga nie przeczytam, co tam świeci. W związku z czym jak sie budzę, a jeszcze nie do końca oprzytomniałam, to nie mam pojęcia, która jest godzina. 

Stąd też wynikła moja dzisiejsza frustracja. Albowiem oceniwszy na podstawie dźwięków, słońca i stany własnego wyspania, że zapewne zbliża sie godzina 9 i warto by wstać, sięgnęłam po protezę oczu.

I stwierdziłam, że jest 7.15. Zgroza.

czwartek, 26 kwietnia 2012

bilans po meczu:

  • naciągnięta kostka prawa (Piotrkowa)
  • naciągnięta kostka lewa (moja)
  • otarcie na łapce (też Piotrkowej)
  • dyskusja na remat ran i siniaków jako ceny za dobrą zabawę

dwie i pół godziny wariowania na dworze po przedszkolu wczoraj. 

Fajny okres się zapowiada, pół roku bez telewizora - bo na zewnątrz dużo ciekawiej. Nie znaczy to, że Piotrek jest zwierzęciem telewizyjnym, ale czasem lubi coś obejrzeć. Natomiast jak ma do wyboru wyjście, to nie ma wątpliwości - pędzi, ledwo zdąży włożyc buty. I dobrze.

środa, 25 kwietnia 2012

Odkąd sie zrobiła pogoda, czas od 16 do 18.30 mam zorganizowany. przynajmniej od poniedziałku do piątku. odbieram Pytona z przedszkola i idziemy na boisko - zawsze sie przyłączy jakiś kolega, a nawet jak nie, to mama wystarczy za bramkarza. W poniedziałek grało ich trzech z ciocią Beatką, potem i ja sie przyłączyłam. Dziś od początku stałam na bramce potem dołączyła do mnie jeszcze mama B., który wyszedł z przedszkola później, a chłopcy strzelali nam gole. 

Wygląda na to, że na najbliższe pół roku mamy z głowy telewizor i filmy z laptopa. Pyton wraca na kolację, ma jeszcze czas na mycie, słanie łóżka i czytanie wieczorne, po czym pada jak scięty i o godzinie 20 jest już po zawodach.

Ta 20 jest wymuszona przeze mnie i na poczatku było trochę buntu, ale już nie protestuje. jasno ustawione zasady sprawdzają sie zawsze, wie, dlaczego - bo inaczej rano sie kłóci, wie, że to jest na stałe, a nie ależne od widzimisię rodziców. Ale również wie, ze mogą się zdarzyć wyjątki, jeśli okoliczności sa nietypowe i nie zależą od niego - np. urodziny czy inne spotkanie rodzinne, na którym zostajemy dłużej. 

Tak czy inaczej odkryłam w sobie nowe powołanie życiowe i musze sie poważnie zastanowić, czy nie zacząć wszystkiego od nowa. Może jako bramkarz będe miała większe szanse na pracę? Zapewne tak, na przykład w knajpie. A nawet, gdybym grała w reprezentacji, to i tak gorzej niż jest w naszej lidze to by nie było :)

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Piotrek po przedszkolu poszedł grać w pilkę z kolegami. Zostawiłam go tam pod opieka mamy jednego z nich i poszłam odprowadzic psa. 

po powrocie włączyłam sie w ganianie za piłką, a właściwie piłkami - były dwie, jedna całkiem malutka, a druga taka typowo dziecięca z jakiś Scoobim czy czyms w tym rodzaju. Do tego trójka dzieciaków, ciotka jednego z chopaków i ja. Druga mama pilnowała wózka z niemowlakiem. (chroniąc go przed piłkami).

W pewnym momencie zastrzygłam uszami, gdyż potomek mój najmilszy ruszył do przodu z piłką w garści i bojowym okrzykiem:

- A teraz w ciocię Beatkę!!!!!

Cioci Beatki w rodzinie nie było do tej pory, ale jak widac jest. Została adoptowana z okazji meczu i tak zostało.

Jakbyśmy cierpieli na niedobór cioć. Ale co tam, fajna ciocia zawsze w cenie!

sobota, 21 kwietnia 2012

Uwielbiam pana Michała Rusinka!

czysto platonicznie i nienachalnie, za to gorąco. 

A wszystko z powodu anegdotki, którą przytoczył w wywiadzie.

Dzwoni do niego pani z banku i mówi:

- Dzień dobry, czy rozmawiam z panem Michałem Rusinek?

- Tak, ale ja się deklinuję.

- A, to przepraszam. Zadzwonię później...

 


piątek, 20 kwietnia 2012

postanowiłam zrobić na kolację leniwe. Chodziły i tupały za mną od paru dni (całkiem jak wódka za tatą*).

Piotrek przyszedł, popatrzył na masę serową pracowicie przeze mnie turlaną po blacie i stwierdził:

- o, mama, będą śledziuchy na kolację!

Ryzykując że sie powtórzę po raz nie wiem który, zapytam: Skąd on wziął to słowo?????

 

* cytat z piosenki śpiewanej przez Olka Grotowskiego pt. Bez aluzji. Za naszym tatą mogą tupać różne rzeczy, ale wódki w tym tłumie nie uświadczysz. Preferuje raczej mleko. I nie mam na myśli mleka pantery według przepisu Marka Szurawskiego.

czwartek, 19 kwietnia 2012

dostałam właśnie maila, zę Pyton został zakwalifikowany do szkoły.

Nie jest to dziwne samo w sobie - szkoła rejonowa, musieli przyjąć.

Ale tak szybko? Już? Przecież całkiem niedawno był taki malutki... Patrząc na niego czuję, jak strasznie pędzi czas.

środa, 18 kwietnia 2012

Staramy się, żęby Piotrek nie oglądał za dużo tv. Wychodzi różnie, kwadratowo lub podłużnie, ale w miarę.

Jedną z zasad dotyczących tematu jest to, żę bez kontroli programowej może oglądać Minimini, z kontrolą - Discovery (ta jest dużo rzeczy bardzo fajnych dla pięciolatka, np. cykl Jak to jest zrobione, ale trafiają sie rzeczy absolutnie niewłaściwe, np. kryminalne). Pozostałe programy - wyłącznie konkretny film, a Boomerang, Jetix, Cartoon Network i temu podobne nie wchodzą w grę pod żadnym pozorem.

No i ostatnio mlody dostał zgodę na Minimini. Poszedł sobie oglądać, a tu nagle... Płacz, i to taki solidnie przerażony. Rzuciliśmy to, co akurat trzymaliśmy w rękach (całe szczęście, że nie była to waza Ming odziedziczona po pradziadku - nie, żebyśmy taką mieli. Ale warto pomarzyć.) i pognaliśy do sypialni. A tam Pyton trzęsący się jak świńskie ngi w galarecie, schowany pod poduszką - wystaje tylko ręka z pilotem od telewizora. (Pilot szwankuje, więc wyłączenie bywa skomplikowane). 
Okazało się, że pan szanowny cichcem przeskoczył na Jetixa, po czym sie zaczął bać. Bo tam jakieś kreskówkowe mordolejstwa odchodziły, ktoś był zły, zamieniał dobrych w złych - nie do końca zrozumiałam te opowieści spod poduszki. W każdym razie przełączyliśmy szybko na bezpieczne (i normalnie nielubiane bo za słodkie i różowe) Truskawkowe Ciastko, przytuliliśmy sie z obu stron i jakoś sie uspokoiło. 

Najlepsze jest to, żę wcale nie musieliśmy go ochrzaniać za niedozwolone manewry. Sam stwierdził, żę teraz już wie, czemu mu nie pozwalamy i nie będzie skakał po kanałach, bo nie ma ochoty znowu trafić na takie coś.

Jednak nie ma to jak sie samemu poparzyć, działa znacznie skuteczniej niż miesiąc rodzicielskiego ględzenia :)

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

w sklepie dziś obaczyłam całą masę sprzętu wędkarskiego. I tak mi sie przypomniała stara, dobra rosyjska definicja wędkarza:

na adnom kańce czerwiak - na wtarom durak!

Coś w tym jest...

niedziela, 15 kwietnia 2012

Zaplanowaliśmy sobie na sobotę randkę. Należy nam sie od czasu do czasu, od dawna nigdzie nie byliśmy razem tylko we dwójkę, a akurat miał być koncert duetu, na który sie czaję już chyba z półtora roku. I stale mi coś włazi w paradę.

W porze obiadowej w sobotę mieliśmy jeszcze warsztaty, więc stanęło na tym, że Pyton ląduje u dziadków około 12 i zostaje tam do niedzieli. My po warsztatach mamy chwilę na ogarnięcie sie i wieczorkiem na koncert. Miło, kameralnie, bez samochodu, (znakomity dojazd metrem), czyli można sie napić jakiegoś winka - bajka. Do tego pogoda nienajgorsza - idealne warunki, żeby mnie Skorupiak troszkę popodrywał.

Wracając z warsztatów zaczęliśmy sie zastanawiać, czy koncert jest o 19 czy 20, a może pomiędzy w związku z czym po powrocie do domu siadłam do laptopa, żeby sprawdzić ten ważki szczegół. I oczywiście dokładną lokalizację, bo, jak to ja, pamiętałam ją tak z grubsza. 

Pierwszą rzeczą, która mi sie rzuciła w oczy, to data. 13.04. Czyli koncert był w piątek... Cholera jasna, tak głupio przegapić, to już tylko ja potrafię!!!!! 

Krew mnie zalała na miejscu, cieszyłam sie jak głupia na to wyjście, zarówno ze względu na sam koncert, jak i randkę z mężem. A tu skrzydełka zwiędły mi równo i dokładnie, na tyle, że odechciało mi sie iść gdzieś dalej, tylko postanowiliśmy sobie wypić po lampce grzańca w domu. Potuptaliśmy więc po tego grzańca do sklepu - przynajmniej spacerek nam sie udał. Przy wyjściu dopadł mnie telefon:

- Mam, mogłabyś przyjechać poprzytulać mnie na dobranoc?....

- Piotruś, kochanie, a może by cię poprzytulała Mi, albo Duży?

- Mamo, ale Mi i Duży to nie to samo, co ty albo tata.... a taty już tak długo dziś nie widziałem, jeszcze dłużej niż ciebie... Przyjedźcie, proszę...

No dobra, można pojechać, skoro koncert i tak poszedł sie paść. 

Obejrzałam starannie norkę (ostatnio stale konstruuje norki z poduszek, coraz bardziej urozmaicone - z ogródkami, sadzawkami, schowkami i tp.), poczytałam doktora Dolittle, poprzytulałam, wycałowałam - i mogliśmy wrócić do domu.

Romantyczny wieczór z mężem był planowany nieco inaczej....

W czwartek poszłam sobie do dominikanów na wykład - o magach, guru, uzdrowicielach,  boskich energiach i innych takich.

Ciekawe było, trochę rzeczy nowych, trochę znanych, ale jedno spowodowało najpierw gwałtowne zachłyśnięcie obecnych, a potem zbiorowy wybuch śmiechu:

Punktem wjścia była różnica między magią a religią. Magia dziala siłą rytuału, jak się nauczę zaklęcia, tańca, gestów czy czego tam jeszcze, to zadziała - zawsze i każdemu, po prostu zestaw formułek załatwia sprawę. W religii istotą sprawy jest prośba zanoszona do boga/bogów, którzy decydują, czy i ewentualnie jak chcą jej wysłuchać, nie ma żadnych automatów.

I po tym rozróżnieniu o. Radosław przeczytał nam kwiatek, który znalazł na stronie Odnowy w Duchu Świętym (nie wiem, na której, bo ich jest dużo, każda lokalna sobie zakłada):

otóż pod tekstem modlitwy widniało zdanie "gwarantujemy stuprocentową skuteczność modlitwy". Czyli szamaństwo w pełnej krasie.

Intuicja mnie nie myliła, jak od zawsze patrzyłam z lekka podejrzliwie na Odnowę i parę podobnych ruchów też. Nie mam nic przeciwko głębokiej wierze, ale do wszystkiego trzeba używać rozumu, choćby po to, żeby nie ośmieszać wiary.

 

wtorek, 10 kwietnia 2012

ufff....

młody dał dzisiaj popalić. 

Wszystko było pieknie, po przedszkolu poszliśmy do ogródka robić porządki, w których dzielnie pomagał. Potem jeszcze pobawił sie na placyku, i wróciliśmy na kolację.

Po kolacji zaczęły sie schody.

Najpierw dyskusja, dlaczego on ma sie już iść myć, skoro jest jasno na dworze. Pogadaliśmy chwilę o białych nocach, równonocy wiosennej, zmianie czasu i innych takich. Zjadł, po czym  wynegocjował jeszcze kwadrans zabawy. 

Gorzej sie zaczęło robić, jak kwadrans upłynął. Zaczęły sie wrzaski, zę mu dokuczamy, jesteśmy niedobrzy,  nie dajemy mu nic powiedzieć i jeszcze parę zarzutów, widocznie mniej poważnych, bo nie zapamiętałam. Albo zaginęły wśród decybeli, gdyż albowiem płuca i głos nasz syn ma zdecydowanie w dobrym gatunku. Pierwszorzędne można rzec.

Generalnie następne półtorej godziny to był wrzask. Nie będzie słał łóżka, nie nakarmi zwierząt (to jest jego stały obowiązek), nie umyje zębów, nie umyje sie, nie przebierze w piżamkę, po prostu nie. Jemu sie to po prostu nie podoba. Przy okazji zaczął mnie wyzywać, tak że już z trudem nad sobą panowałam (dzielna jestem, nie przylałam, prosze pochwalić moją cierpliwość i opanowanie!), wierzgał tak, że zahaczył o skorupią szczękę (dobrze ze Skorupiak najmilszy nic w tym momencie nie mówił, bo mógłby stracić kawałek języka). 

W końcu zasnął na posłanym łóżku, za to całkowicie ubrany i leżąc z nogami na poduszce.

I tu aczęłsm mieć problem - co dalej? Zostawić gada śpiącego? To byloby n pewno najłatwiejsze rozwiązanie.

Obudzić i kazać przebrać sie w piżamę oraz umyć zęby? z góry skazane na kolejną awanturę, za to bardziej higieniczne zarówno pod względem bakteryjnym jak i wychowawczym. 

Po namyśle uznaliśmy, że jednak budzimy. Za dużo było już emocji i nerwów, żeby to marnować teraz puszczając w niepamięć, jutro może (co wcale nie jest pewne) uda nam sie postawić go na nogi na tyle wcześnie, żeby jeszcze zdążył sie umyć, ale na pewno nie będzie już czasu na rozmowy wychowawcze. Po przedszkolu to już będzie prehistoria. Czyli trzeba dziś. Obudziłam faceta, co zgodnie z przewidywaniami spotkało sie z dzikim wrzaskiem i zarzutami, ze mu dokuczam (wlaśnie każąc sie przebierać w piżamkę). I tak było przez następne dwadzieścia minut. Piotrek sie darł, ja spokojnie powtarzałam "proszę sie przebrać w piżamę", robiłam głębokie wdechy, starałam sie nie dać wytrącić z równowagi. Wdech, wydech, wdech, wydech, polecenie, wdech, wydech. Niedotlenienie mi na pewno nie groziło.

Przebrał sie w końcu. Wrzeszcząc dalej poszedł odnieść do łązienki brudne rzeczy, ale naychmiast wrócił. 

O nie, nie ma tak dobrze, żeby musi umyć. 

A ten mi smyk! spod ręki i zwiał do salonu. W ciuciubabkę bawić sie mogę, ale nie w takich warunkach. Wzięłam pod pachę i zaniosłam (oczywiście przy wtórze wrzasku) do łazienki. I tam jakoś zaczął więdnąć, po chwili już cicho poprosil o nałożenie pasty na szczotke. umył ząbki, pognał do łóżka zakopał sie pod kołdrę. 

Usiadłam obok wrzeszczyka, pogłaskałam- widać bylo, żę już para z niego zeszła, można było zacząć rozmawiać. 

Dotarło co miało - że nie ma i nie będzie mojej zgody na wyzwiska. Że obowiązki domowe mają wszyscy, on też, i jak je zawali - tak jak dziś - to ktoś cierpi, dziś kot chodzi głodny i miauczy (a w takich sytuacjach to hałasu robi co najmniej tyle, ile Piotrek). Że bardzo go kochamy - i dlatego nie pozwolimy mu na takie zachowania. Bo robi krzywdę i inny i sobie. 

I wreszcie, zę z takich sytuacji można wyjść. Wystarczy przeprosić - szczerze a nie na odwal sie.  I my go nie odepchniemy.

Po tym wszystkim przytulił sie mocno, jeszcze tylko porosił czy mogłabym nakarmić kota, bo jemu jest strasznie zimno - sapnął i zasnął...

A ja jestem zmęczona jak pies i zaraz idę zrobić to samo.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37