O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

kulinarne

sobota, 11 listopada 2017

Blog jest jednym z niewielu pewnych miejsc, gdzie mogę wrzucić wszystko i mi nie zginie. Przepis na dobre ciasto również. Bo kartki z zapiskami już dziś szukałam długo, więc na wszelki wypadek :)

Murzynek z jabłkiem i żurawiną

1 margaryna

2 łyżki kakao

1 cukier wanilinowy

1 1/3 szkl. cukru

9 łyżek wody

 

Powyższe składniki zagotować, rozpuścić cukier, zostawić do wystygnięcia.

Po ostygnięciu dodać 3 żółtka, wymieszać.  Odlać 3 łyżki masy, dodać do nich 1 czekoladę i trochę mleka, zagrzać do rozpuszczenia czekolady.

 

Do pozostałej masy dodać 1,5 szkl. mąki, 2 płaskie łyżki proszku do pieczenia i miksować 3 minuty. Dodać pianę z 3 białek. 

3 duże jabłka obrać i pokroić w kostkę, dodać garść suszonej żurawiny, połączyć z masą. 

 

Piec ok 40 minut w 180 stopniach. Po przestygnięciu polać masa czekoladową.

 

sobota, 04 listopada 2017

Zakupiłam ostatnio mieszankę chlebową - tak w ramach rozpusty. Chlebek bez mąki, za to z czarnuszką.

Dziś upiekłam - niebo w gębie. A do tego już nie będę więcej kupować mieszanki, bo wystarczy chwila liczenia i można mieszać samodzielnie :)

W skład mieszanki wchodzą:

otręby owsiane - 16,7% - 100g

płatki owsiane pełnoziarniste - 16,7% - 100g

pestki słonecznika - 16,7% - 100g

pestki dyni - 16,7% - 100g

siemię lniane - 16,7%  - 100g

ziarna orkiszu - 8,3% - 50g

ziarna sezamu - 6,6% - 40g

czarnuszka - 1,6% - 10g

 

Na 600 g mieszanki należy dodać 5 jajek i 150 g maślanki, łyżkę soli i łyżeczkę kminku lub ziół prowansalskich. Zmieszać całość, piec 60 minut w 180 stopniach. Następnie ćwiczyć opanowanie i silną wolę, żeby nie wessać w całości.

Następnym razem zrobię co najmniej podwójną porcję, bo zniknie na śniadanie.

A, jeszcze jedna zaleta. Chleb jest bez drożdży, wiec nie trzeba czekać aż wyrośnie. Wsypać, zmieszać, do piekarnika i po godzinie jest!

 

wtorek, 13 października 2015

Już wiem, dlaczego zazwyczaj nie dodaję drożdży, jak robię jabłka w cieście - bo przeważnie karmię dzieci, potem kładę Grześka, a potem dosmażam resztę.

Tym razem tej reszty było wyjątkowo dużo..

piątek, 29 sierpnia 2014

Mama ma nową zabawkę.

Podczas wyjazdu u ciotki wypatrzyłam maszynkę do soków. Starą, żeliwną, typ jeszcze przedwojenny - w jakiejś książce kucharskiej  z tamtych czasów miała szkic takiejże właśnie. 

Na korbkę, żaden tam prąd, trzy rozmiary sitek (choć na oko to one wyglądają tak samo, ale nawet jeśli, to będzie na zmianę w przyszłosci). Regulacja stopnia wyciśnięcia, z jednego końca wyciska sie coś w rodzaju kiełbaski (nie wspomnę i innym, mniej eleganckim skojarzeniu) z wytłoków i skórek, z boku wylewa się czysty sok. 

Na działce dojrzewają jeżyny - inauguracja niedługo!

(u ciotki zrobiłam sobie tym ustrojstwem dżem jabłkowo-aroniowy - pycha!)

niedziela, 10 sierpnia 2014

ostatnio siadła mi wena kulinarna. Nie miałam pomysłów na nowe dania, a jedzenie w kółko tego samego obrzydło mi juz dokumentnie.

Przypadkiem trafiłam na przepis, który pasował mi idealnie, zwłaszcza,ze po lodówce pętała mi sie paczka kiszonej kapusty, którą kiedyś kupiłam do czegoś i tak została. Pora byłaby ją zjeść. 

Przepis był na schab duszony w kiszonej kapuście. Generalnie prosty jak konstrukcja młotka - jak większość dobrych przepisów, a efekt końcowy miał swój charakter.

Kotlety schabowe należy oprószyć mąką, posolić itd, po czym krótko obsmażyć. Kapustę odcisnąć (Skorupiak aż mlaskał, jak dostał kubek soku kapuścianego), pokroić/. Na patelnię wrzucić pokrojoną w kostkę cebulę, dodać kapustę, czosnek, pieprz i kminek. Nie pamiętam, czy w przepisie była jakaś ciecz do tego - skoro sok kazali odcisnąć, ale ja dolałam wody, żeby sie nie przypaliło (i tak się przypaliło, bo na chwilę sobie usiadłam...). Dusić kapustę 20 minut, potem wrzucuć schab, dusić jeszcze 10 minut, dodać trrochę śmietany i jeść. Nie dusiłam tych 20 minut, bo nie spojrzałam na zegarek, robiłam jak zwykle na oko. O śmietanie zapomniałam, za to dodałam jabłko - Grzesiek nadgryzł i zostawił mi taką smętną genewę, żal wyrzucić, a nie sądzę, żebuy sie znaleźxli chętni na nieco obgryzione jabłko po dziecku. Ja w każdym razie mam już serdecznie dość dojadania po nim resztek. 

W rezultacie efekt wyszedł przepyszny, z charakterkiem. 

Lubię takie przypadkowe przepisy, zwaszcza, jak są od razu poprawiane i uzupełniane tym, co sie nawinie pod rękę.

Kuchnia na winie rządzi!

piątek, 11 lipca 2014

Chyba muszę zwiększyć produkcję sera.

Grzechociński wsysa go niczym odkurzacz, czemu sie specjalnie nie dziwię - serek jest przepyszny, tylko jednak trzeba parę dni poczekać.

Nastawiłam kolejną porcję, a przy poprzedniej dokonałam obliczeń finansowych i wyszło mi, że kosztuje mnie dychę za kilogram. Czyli nieco taniej niż przeciętnie w okolicy, a za to jest pysznie i na pewno wiem, co w środku siedzi. I robi sie banalnie prosto, właściwie samo.

Mogę sobie również robić warianty z ziółkami - teraz kończymy porcję serka kminkowego, ale będa różne inne. Chyba pójdę od razu dolać trzeci litr mleka do kamionki....

poniedziałek, 16 czerwca 2014

zupełnym przypadkiem udało nam sie zrobić serek domowy.

Wszystko dlatego, że Skorupiak uwielbia zsiadłe mleko. Zamiast wydawać majątek na hektolitry tegoż, kupuje co jakiś czas kubeczek i nastawiam kolejne, dopóki się nie zagapimy i nie zjemy wszystkiego myjąc porządnie od razu naczynia. I nie zostawiając ani odrobiny na rozsadę.

Tym razem zagapienie poszło w inną stronę - Skorupiak zapomniał, że nastawił. I jak sie zorientował, to zawartość kufla (bo nastawia zazwyczaj w litrowym kuflu na piwo) byla taka nieco za bardzo grudkowata. To poszliśmy za ciosem, wchlupałam całośc w gazę (potem dowiedzialam się, że należało to jeszcze odrobinkę podgrzać, ale trudno). Odciekło sobie i mamy pyszny twarożek domowej produkcji. Wieczorem wkroję szczypiorek i będziemy mlaskać, aż sie ściany będą trzęsły!

czwartek, 04 kwietnia 2013

Wyznacznikiem końca świąt jest fakt pożarcia przeze mnie resztek mazurka.

Pyszny był, nowy przepis wyguglany w czeluściach internetu i natychmiast zmodyfikowany. 

Oryginalnie było tak, że na konfiturę śliwkową wylewało się masę z białej czekolady (180 g śmietanki kremówki, 2 tabliczki białej czekolady, rozpuścić i po przestudzeniu ubić mikserem aż zgęstnieje i zwiększy objętość).

Zamiast konfitury wzięłam coś, co u nas nazywa się wygniotki porzeczkowe. Czyli pozostałości po żelaznym punkcie świątecznego menu - kisielku porzeczkowym. porzeczki przecieram przez sitko. Gotuję   największy, jaki mam, gar wody z odrobin cukru, dodaję rozpuszczoną w zimnej wodzie mąkę ziemniaczaną, po czym gaszę gaz, wlewam przecier porzeczkowy i gotowe.  A dwa dni później robię od nowa, bo... wyparował? myszy wypiły? W każdym razie zniknął jak sen jaki złoty.

Wygniotki czasem zjadałam, czasem wyrzucałam, ale teraz mają swoje zastosowanie. Połączenie jest rewelacyjne, mocno kwaśne z bardzo słodkim. Bajka!

 

PS. Chwilowo odwołuję koniec świąt. Znalazłam zachomikowane pół mazurka pomarańczowego :)

wtorek, 03 lipca 2012

Zaczyna sie sezon kabaczkowy.

Dziś wreszcie zrobiłam (no dobrze, zrobiliśmy ze Skorupiakiem, przecież by mnie zamordował, gdybym ośmieliła sie sama podnieść garnek z wodą na ziemniaki) moje ukochane danie  - kabaczka duszonego z pomidorami, cebulą i jakąś kiełbasą. Proste jak konstrukcja młotka, robi sie błyskawicznie - a ja mogę to wsysać w ilościach hurtowych. 

do tego jeszcze młode ziemniaczki z koperkiem (duuużo koperku) - i trawię sobie teraz niczym obżarty pyton, albo inny boa.

niedziela, 18 marca 2012

Nie chciało mi sie robić obiadu. nie miałam pomysłu, nie miałam ochoty na jakiś nieśmiertelny zestaw typu mięso - ziemniaki - surówka. 

Postanowiłam zrobic przegląd lodówki.

Pierwsza w ręce wpadła mi papryka. I tu się zaczął wykluwać pomysł - zrobię faszerowaną paprykę.

Czym faszerowaną? wszystkim, co znajdę.

Znalazłam:

  • kilka pieczarek
  • cebulkę
  • ząbek czosnku (znalazłam więcej, ale byłoby nie do zjedzenia, jakbym wrzuciła cały)
  • kawałek selera
  • kawałek pora
  • resztkę podeschniętej kiełbasy
  • cukinię (mniam, uwielbiam...)
  • garść ryżu
  • trochę czerwonej papryki - jedna była taka nieforemna, nie nadawała sie do faszerowania

Poddusiłam to wszystko razem w szklance bulionu z kostki. Nadziałam przekrojone papryki, posypałam tarty żółtym serem i do piekarnika. 

Pyszota.....

Nie ma jak Kuchnia Na Winie - co sie nawinie, to do gara....

wtorek, 15 listopada 2011

Kiedyś tam, dawno bardzo, przygoowałam sobie kapustę z grzybami do pierogów.

Ponieważ nie miałam czasu (albo ochoty, albo czegokolwiek innego) na lepienie w tamtym momencie, kapustka powędrowała do zamrażarki.

Ostatnio sobie o niej przypomniałam i stwierdzilam, ze może warto by wreszcie przerobić ją na pierogi.

Ku memu zdumieniu okazało sie, że mam świetnego pomocnika - myslałam, ze lepienie będzie zbyt nudne dla Pytona, ale nie. Bawil sie znakomicie. A w efekcie tej zabawy w zamrażarce zaistniało 90 pierogów z kapustką. I jeszcze została bryłka ciasta - starannie zawinięta przeczekała dwa dni.

Po wczorajszym obiedzie zostało z kolei trochę za dużo ziemniaków (nie będe ukrywać, nie był to przypadek...). I dziś po przedszkolu znowu zasiedliśmy do lepienia. W efekcie mamy około 40 pierogów ruskich. 

Znowu zostało ciasta, więc powinnam chyba nabyć kawał wołowiny i zrobic farsz do mięsnych. Albo może takie z kasza gryczaną. 

Potem znowu będzie farsz, a skonczy sie ciasto, wiec znowu dorobię... 

I w ten sposób już do końca świata będe miała zajęcie przy pierogach. Otworzę własną firmę i zbiję majątek. 

A wszystko przez to, że nie miałam pomysłu na to, co zrobić z dzieckiem w pewne niedzielne, listopadowe popołudnie....

poniedziałek, 06 czerwca 2011

Zostaliśmy zaproszeni na kolację - taką niespodziewaną, bo wpadliśmy z Piotrkiem na 5 minut podziękować za prezent.

Ofiarodawczyni zaproponowała szaszłyki drobiowo- wieprzowe i duszone warzywa. Danie i słowo Piotrkowi nieznane. 

Po chwili usłyszałam pytanie:

- Mamo, a czy ja to mogę zjeść z cukrem?

 

Smacznego.

poniedziałek, 02 maja 2011

dzisiaj bedzie dla odmiany kulinarnie.

Tak jakos mnie naszło na klopsiki z kasza - gryczaną albo pęczakiem.

W sumie niby nic, modyfikacje niewielkie i przypadkowe. Najpier znalazłam gdzieś w szafce zakopaną puszkę pomidorów bez skórki. Potem jeszcze w zamrażarce pudełeczko siekanej czerwonej bazylii. Kompletnie zapomniałam, ze jesienią w ramach eksperymentu postanowiłam zamrozić bazylię i oregano i sprawdzić, jak sie ma do suszonych ziół.

Wrzuciłam do mięsa sporo tej bazylii, a do garnka pomidory, rozciapciane jak sie dało. dalsza procedura klopsikowa była standardowa - obtoczyć w bułce, obsmaży i do garnka.

Wyszło lepiej, niż rewelacyjnie. nie wiem, czy bazylia, czy pomidorki, ale w sumie pyszotka...

Młody normalnie jada średnio nie za dużo, a teraz wrąbał dwie dokładki. I pewnie zjadłby więcej, ale mu przystopowałam dostęp do korytka, bo jak sie przeje, to go boli brzuszek. 

W sumie nie wiem, po co o tym pisze. Ale czemi nie?

wtorek, 18 stycznia 2011

Zajrzałam dziś do lodówki z zamiarem przygotowania sobie jakiegoś obiadu i zazgrzytałam zębami.

Przyczyną był mój najukochańszy Skorupiak.

Otóż w niedzielę porzuciłam panów i sobie poszłam przed południem z domu, zapowiadając, że wrócę około 13, prawdopodobnie głodna jak wilk.

Mężczyźni mego życia postanowili zrobić obiad. I chwała im za to, zwłaszcza, ze Małż gotuje całkiem nieźle - ostatnie jego dzieło, zupa gulaszowa, było rewelacyjne.

Z kucharzeniem Małża jest tylko jeden problem. Nie jest w stanie przyswoić pojęć ilościowych, ani faktu że jedzonko ugotowane dziś jest smaczniejsze od tego przedwczorajszego. I że wolę sobie codziennie obrać te dwa ziemniaki (a może dla odmiany ugotować kaszę gryczaną?), niż wcinać resztki z tygodnia.

W rezultacie panowie ugotowali jakąś chorą zupełnie ilość ziemniaków, z części zrobili zapiekankę (całkiem niezłą), do tego garnek pomidorówki (na specjalne życzenie potomka), przygotowali jeszcze 4 kurze nogi do pieczenia (swoją drogą, czemu cztery? nas jest trójka przecież), ale już nie zdążyliich przyrządzić, bo wróciłam.

Efekt tego wszystkiego jest taki, żę w niedzielę i poniedziałek jedliśmy zapiekankę, pomidorówkę panowie jakoś wykończyli, dziś jadłam kurzą nogę z przedwczorajszymi ziemniakami. Te ziemniaki to pewnie będą mnie straszyć aż do czwartku, zwłaszcza, że ja organicznie nie znoszę wyrzucania jedzenia. I potem dogryzam takie resztówki, mając wizje końca tego wszystkiego i jakiegoś normalnego obiadu NIE Z RESZTEK. 

Po czym przychodzi sobota, ja idę prowadzić zajęcia, a panowie znowu gotują obiad....

piątek, 31 grudnia 2010

co prawda świętowanie sylwka jako takiego mam w głębokim poważaniu - czyli nigdzie się nie wybieram, a jak będę miala dość, to pójde spać, gwiżdżąc na to, czy północ już była, czy nie.

Ale nie widzę żadnego powodu, dla którego nie miałabym zrobić jednej z naszych ulubionych sałatek - brzoskwinia, kurczak, ryż z curry.

I do tego jeszcze ciasto, pieszczotliwie zwane jabolem. Rewelacja, zwłaszcza dla różnych ofiar diety.

Biorę dużo jabłek (nie wiem ile, zawsze robię na oko. W przepisie orginalnym było około 8 dużych antonówek, tak dla porównania. ja biorę więcej). kroję je w kostkę, wrzucam w tę siekankę dwie (lub więcej, jak poleci) szklanki posiekanych orzechów, szklankę rodzynek, skórki pomarańczowej - ile mam. Ponieważ nie mialam, wiec wczoraj zarządziłam pomarańczową wyżerkę, skórki wrzucilam do garnka i już mam. Do tego oficjalnie jedna szklanka cukru, faktycznie cukru wrzucam znacznie mniej, bo jak robię sama skórkę, to ona jest w mocno słodkiej zalewie - po prostu ją wlewam i już. Dwie szklanki mąki, dwa jajka, cukier wanilinowy, 1 łyżeczka proszku do pieczenia i 1 łyżeczka sody.

Z tego wszystkiego robię bełta, zostawiam na godzinkę, żeby się przegryzło, wykładam blachę papierem (bo mi się nie chce bawić w smarowanie i sypanie bułką), I do pieca na jakąś godzinę - półtorej (tego też nie pamiętam, sprawdzam w trakcie. Jak się przypali, to znaczy, że trzeba było wyjąć wcześniej.)

Rzecz jest przepyszna, nie zawiera tłuszczu, wiec osoby dbające o linię mogą udawać, że zapomniały o obecności cukru i delektować się jabłkiem.....

Do tego kubek grzańca z pomarańczami - i mogę uznać, że to jest właściwy sposób uczczenia końca starego roku. Niech idzie w cholerę i nigdy więcej nie wraca.

 

piątek, 12 listopada 2010

Jednym z nieoczekiwwanych, acz niewielkich efektów wyjazdu do Londynu było trochę ziół. Takich najzwyklejszych, kulinarnych. Konkretnie  kminek, mięta i liście laurowe.

Wzięło sie to stąd, że J., nasz gospodarz przeprowadzał sie właśnie na drugą stronę Atlantyku i to na dłużej - pewnie na rok. I likwidował różne zapasy. Wożenie kminku do USA zgodnie uznaliśmy za skrajny debilizm, a że głupio było wyrzucać całkowicie nowe, jeszcze nie otwarte opakowanie - stwierdziłam, ze zabiorę ze sobą, zwłaszcza, zę kminek u nas w kuchni schodzi w sporych ilościach.

Wróciłam z Londynu, ale jakoś nie robiłam ani kapuśniaku, ani pieczonej świni, więc stał sobie  i wyglądał na półce.

Dwa dni temu postanowiłam upiec kawałek szynki - i tu pojawil ise na scenie rzeczony kminek. obsypałam jak należy i ...  nos zaczął wysyłać sygnały - coś jest inaczej, nie do końca tak jak powinno. Obwąchałam  dokładniej ten kminek i ręce mi opadły.

Zapach był owszem, znajomy. Nawet lekka nutka kminku tam sie przebijała.  Przez warstwę... mięty?

W rezultacie mięso zjedliśmy  doprawiając je nieco na talerzu, kminek brytyjski polecał do śmieci, a mnie sie przypomniały inne tamtejszze przysmaki - miętowy groszek przedde wszystkim.

Kolejny raz doszłam do wniosku, zę stara teoria dotycząca przyczyn wielkich odkryć geograficznych Brytyjczyków jest jak najbardziej słuszna.

Głosi ona, iż synowie Albionu dokonali tylu odkryć, gdyż nic ich w domu nie trzymało: ani dobra kuchnia, ani piękne kobiety.

 

poniedziałek, 08 listopada 2010

Poddaję się.

Ogórkowej więcej nie będę robić.

Mimo wszelkich starań, własnoręcznie tartych, świeżo kupionych w zaufanym miejscu ogórków - oboje mamy kłopoty żołądkowe. Nie wiem już, na czym dowcip polega, zwłaszcza, że Piotrek też jadł i nic mu nie jest.  Psychosomatyka, czy co?

Za to puściłam Piotrka do przedszkola. Doszłam do wniosku, że właściwie nie mam co się napinać o te testy. Jakby Pietruszek był na coś bardzo uczulony, to już bym wiedziała. A jeśli nawet jest uczulony tylko troszeczkę, to nie będą go odczulać. Czyli sztuka dla sztuki.

Żal mi tej ogórkowej, bardzo ją lubię, ale to nie ma sensu. Jak za prawie każdym razem (3 na 4 podejścia) kończy się s....ką, to szkoda żołądka.

 Pozostanie mi tylko piosenka z kreskówki "Sceny z życia smoków" - "Zupa - ogórkowej pełny talerz - albo wanna"...

niedziela, 07 listopada 2010

Chodzi o zupę.

Konkretnie o ogórkową.

W naszym małżeństwie to jest delikatna kwestia. W jakiś tydzień po naszym ślubie postanowiłam zrobić właśnie w/w na obiad. Robiłam ją po raz pierwszy w życiu, tata nie przepada za kwaśnymi zupami, więc tego po prostu nie bywało. A ja ją bardzo lubię....

Nieświadoma rzeczy postanowiłam (już nie wiem, czemu) użyć gotowych, tartych ogórków kiszonych. I to był błąd, jak sie okazało....

W efekcie następnego dnia siedzieliśmy sobie każde na swoim sedesie (dobrze, że są dwa), z książkami w łapkach - w końcu nie ma co marnować czasu, i wymienialiśmy komentarze. Zwłaszcza te mężowskie były dość zjadliwe, gdyż w planach na ten dzień miał całkiem co innego - jakieś BARDZO POWAŻNE OBOWIĄZKI. I niestety musiał je odwołać....

Od tego czasu miałam szlaban na ogórkowa. Jeszcze raz próbowałam, ale, nieświadoma przyczyny poprzedniej porażki, popełniłam ten sam błąd. I efekt był podobny.

trzecia ogórkowa - po jakichś ośmiu latach - była juz na normalnych ogórkach z bazarku, ale tego Skorupiak nie pamięta. Zjadł i zapomniał, bo w końcu nie było w niej nic niezwykłego, po prostu dobra zupa i już.

Dziś postanowiłam spróbować znowu. Cichcem, nic nie mówiąc, nastawiłam wywar. Małż sie zorientował dopiero, jak zobaczył, zę wrzucam starte własnołapnie ogórki do garnka. W pierwszym odruchu zaprotestował, zapowiedział, że zrobi sobie rosół z kostki - paskud jeden. Ale się przeprosił. Zjadł. Oblizał się, wziął dokładkę. Na razie nie narzeka na żołądek.

Zobaczymy, co bedzie jutro....

piątek, 08 października 2010

znalezisko odkryte we własnej szafce.

Może sie nieby zdarzyć.

Dziwniejsze jest to, ze znalezisko nie jest kupne, produkcja domowa. Moja osobista, sądząc po naklejce na słoiku.

A ja kompletnie nie pamiętam, zebym robiła takie coś...

Chodzi o marmolade z mirabelek.

Mirabelki są w ogóle uważane za owocowe kundle, mało kto je zna i lubi.A to jest duża strata, te żółciutkie aromatyczne śliweczki dają pyszny, kwaskowaty dżem. Robię go systematycznie, co roku - to najlepszy dżem na świecie.

Normalnie smażę po prostu dżem, ale dwa lata temu coś mi strzeliło i przetarłam go przez sitko. Powstała fajna, średnio twarda marmolada, bardzo dobra.

I tylko zachodzę w głowę, jak to sie stało, że nie pamiętałam, że mam takie pyszności w szafce....