O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

Wychowawcze

poniedziałek, 05 września 2016

Rodzicielskie judo męczące jest okrutnie.

Dyskusja z osobnikiem, który czegoś chce, nie bardzo wie dlaczego i właściwie czego dokładnie też nie wie, próbuje pyskować, kłócić się i postawić na bliżej nieokreślonym swoim.

Po kilku rundach bez podnoszenia głosu i nie dając sie wyprowadzić z równowagi jesteśmy oboje ze Skorupiakiem złachani jak psy. Ale za to z Potomkiem udało się dojść do porozumienia :)'

Grunt to trening. Okazji nie brakuje...

środa, 09 marca 2016

Potomki dwa dają nam ostatnio w kość. Jak nie jeden to drugi sprawdza, ile wytrzymamy.

Grzesiek wariuje, nie słucha, biega jak szalony, wspina się na wszystko i wszystkich - żywioł.

Piotrek inaczej - wszak jest już w poważnym wieku, ponad sześć lat starszy od malucha ;), zamiast szaleć robi draki. Klasyczne nastolatkowe draki. Zaraz, ale on jeszcze nie jest nastolatkiem... No trudno, nadmiernie inteligentny, rozwinięty, to i awantury zaczyna wcześniej.

Oboje ze Skorupiakiem usiłujemy się nie dać podpuścić. Jest dla nas oczywiste, że te cyrki to odreagowywanie różnych rzeczy - na nas, bo jesteśmy bezpieczni. Nie wystawimy za drzwi, nie będziemy poniżać miesiącami, jak paru kolesi z klasy, wybaczymy obelgi i złośliwości. Piorunochron to jedna z wielu ról rodziców.

A Piotrek ma co odreagowywać. Czwórka łobuzów z klasy go gnębi, nadal jest sam w klasie - Tomek, jego najlepszy przyjaciel jest rok niżej po powrocie z Irlandii i siłą rzeczy nie mają tyle czasu na wspólne zabawy. Grzesiek jest wszędobylski,  absorbujący i wkurzający, Kotlety co chwila włażą w jakąś szkodę i albo coś zwalą albo zasikają - tak czy inaczej dodatkowa robota, po chorobach narobiło się zaległości, zwłaszcza z angielskim, a tu pogoda coraz lepsza, można by wreszcie z Tomkiem poganiać po okolicy. Równocześnie wredna matka nie odpuszcza tematu lekcji... No ma facet pod górkę ostatnio.

Tak sobie myślałam dzisiaj, ilu rodziców w podobnej sytuacji po prostu wali szlaban za szlabanem, konfiskuje elektronikę czy odbiera kieszonkowe, bez próby zrozumienia przyczyny. Nie ukrywam, też parę razy dostał szlaban, ale ZAWSZE punktem wyjścia do wszystkich działań jest szukanie powodu całego cyrku. I jakoś tak się dziwnie okazuje, że jeśli Piotrek jest nieznośny i kłótliwy, to na bank miał kolejne ścięcie z łobuzami klasowymi, albo coś innego bardzo zawalił i nie umie sobie poradzić.

Serpens Maior ma w tym wszystkim dużo szczęścia - rozumiemy te mechanizmy i nie próbujemy ich negować, nie robimy założenia, ze to po prostu niewychowany szczeniak i jakby mu tak, panie dziejku, parę razy pasem na tyłek, to by przestał podskakiwać. Owszem, jak przegina, to go boli - właśnie stracił zawody judo, ale staramy się zachować spokój. (choć różnie to wychodzi, ale już nabieramy wprawy;)

Coraz częściej pada hasło "Przejmij ich, bo za chwilę wystrzelę!!!!", ostatnio nawet dwa razy zerwałam Skorupiaka z pracy, bo już nie dawałam sobie z nimi rady, a nie chciałam zacząć wrzeszczeć. I o dziwo, to zaczyna dawać jakieś efekty. Dzisiaj Maior zaczął od dyskusji o odrabianiu angielskiego, ale w końcu doszedł do jakże budującego wniosku, że ten język nie jest taki trudny, tylko jemu się nie chce zabrać do pracy. Po czym zrobil co miał.

Tak czy inaczej - okrzyk wznoszony coraz częściej u nas w domu pobrzmiewał kiedyś na pokładach statków polskiej floty - Chryste, ZNACZY cierpliwości!!!!!

wtorek, 04 sierpnia 2015

Pytanie trudne. Jak zdyscyplinować dziecko, tak, żeby jednak wiedzialo, że w pewnych sytuacjach NIE WOLNO biegać, krzyczeć i rozrabiać, jednak bez stosowania kar fizycznych?

Problem nie jest tylko mój. Widać go w szkołach, gdy młodzież z rozbawieniem nakłada nauczycielowi kubeł na śmieci na głowę. Widać w domu, gdy rozwydrzone towarzystwo odmawia wykonywania najprostszych obowiązków (bo nie, koledzy nie muszą to ja też). Widać na ulicy, chamskie odzywki, demolowanie wszystkiego, co popadnie, kompletny brak myślenia o innych ludziach obok.

Żeby było jasne, nie marudzę, że teraz cala ta dzisiejsza młodzież taka zdziczała, a kiedyś, to, panie, było....  Nie o to mi chodzi.

Zastanawiam się jednak, jakie narzędzia mamy do dyspozycji. Kary cielesne - odpadły. Inne, takie jak szlaban na coś, dodatkowe działania prodomowe - cóż, jak się ma silnego, zbuntowanego nastolatka, to można sobie pogadać. Jak sie wkurzy, to i tak zrobi, co będzie chcial.

Zostaje gadanie.

Trochę mało.

Skutkuje na krótko - i nie mówię o truciu i marudzeniu, tylko o konstruktywnej rozmowie, takiej, po której delikwent rozumie problem i jest mu zwyczajnie głupio, że sie tak zachował.

Niestety samo głupioczucie sprawy nie załatwia, pamięć bywa krótka i po chwili wraca stare.

I co wtedy?

Pytam poważnie, bo mi już wszystkie witki opadły....

poniedziałek, 01 czerwca 2015

Jak pogodzić te dwa cele przy wychowywaniu dziecka? I czy  warto?

Tak się po raz kolejny zastanawiałam dziś wieczorem podczas spaceru z chłopakami. 

Zależy nam na samodzielności dzieci. To od początku był jeden z priorytetów, żeby byli to myślący ludzie, którzy biorą życie we własne ręce, a nie tylko dają się majtać w prawo czy lewo w zależności od wiatru. Nie chcę wychować owiec biernie podążających za stadem.

Początki tego procesu są proste - pozwalanie na próbowanie różnych rzeczy - chcesz sam włożyć spodnie? Prosze bardzo, chcesz pomóc wieszac pranie - jak najbardziej, wyrzucać woreczki z pozostałościami po psie na spacerze - a czemu nie. To jest kontrolowane wydłużanie smyczy, która u dwulatka być musi, bo to jeszcze zdecydowanie za głupi wiek, żeby go spuścić. Ale można pozwolic objechać trawnik z drugiej strony, a jeśli na środku rosną krzaki i rodziców nie widać, to tym lepiej. Można pozwolić zdecydować, którą bluzkę chce włożyć. Można pozowolić czasem się nieco obić - nic lepiej nie uczy, niż siniaki, na pewno są skuteczniejsze niż gadanie, że tyle razy przecież ci mówiłam, syneczku, że nie można kręcić piruetów na schodach, bo sie potłuczesz. Dzisiaj  Grzechot się w końcu potłukł - niegroźnie, spadł z dwóch schodków, powoli i go złapałam, zanim poleciał dalej, ale wystraszył się porządnie. Zobaczymy jak długo zapamięta. 

Ten kij ma jednak i drugi koniec. Jeśli chcę mieć osobniki samodzielnie myślące, umiejące konstruktywnie nie zgadzać się na zastaną rzeczywistość - to te umiejętności też trzeba wyćwiczyć. A pierwszym poligonem jest dom... W rezultacie na początku powstaje typ pyskujący, stale pytający "a dlaczego?", uparty. I trzeba dużo odporności i cierpliwości, żeby pyskowanie pomóc przekształcić w umiejętność dyskusji, kontestowanie - szukania nowych rozwiązań, a nie tylko demolowanie tego, co jest, a ośli upór w wytrwałość.

Oznacza to  zaprzeczenie tego, co sie ogólnie przyjęło uważać za zaletę i stan oczekiwany od dziecka - posłuszeństwa. Bo taki posłuszny dzieć to nic innego jak tylko biernie przyjmujący odgórne polecenia i decyzje, nie dyskutujący, nie mający własnego zdania manekin. Nie będzie się kłócił, wykona najgłupsze polecenie i do głowy mu nie przyjdzie, że można zwrócic rozkazodawcy uwagę, że było idiotyczne. 

Na razie obaj moi chłopcy idą w dobrym kierunku, ale nie wiem, czy dożyję właściwego efektu końcowego. Jestem zmęczona tym ciągłym boksowaniem, robieniem za worek treningowy, pokazywaniem, który cios był dobry, a który - wręcz przeciwnie, radzeniem sobie z przejawami oślęctwa... Podtrzymuje mnie na duchu myśl, że jak na swój wiek to oni są bardzo sensowni i dojrzali - muszę tylko wytrzymać jeszcze powiedzmy dwadzieścia lat, potem będzie z górki.

piątek, 24 kwietnia 2015

Piotrek się naciął.

Ostatnio bardzo chętnie nocuje u moich rodziców - bardzo ich kocha, a ostatnio  ma tam jeszcze swój pojazd, na którym z zapamiętaniem uczy się jeździć i coraz lepiej mu to wychodzi.

Z mojej strony warunki były proste  - udział w pracach domowych i możesz jechać. 

Piotruś zaczął marudzić, że jest zmęczony, nie ma siły - popatrzyliśmy na siebie ze Skorupiakiem i zgodnie powiedzieliśmy:

- Kochanie, to może się  połóż, odpocznij...

Skorupiak posunął się do tego, że zaproponował zdechlaczkowi, że go zaniesie, na co Pyton chętnie przystał. Został otulony kocykiem, zabraliśmy Grzesia i poszliśmy, zastanawiając się, ile czasu zajmie mu zorientowanie się, co jest grane, bo na razie to łyknął haczyk ze spławikiem, wędką i motorówką.

Jakieś pół godziny później wstał. Pobawił się klockami, zaczął robić podchody o jazdę do Mi i Dużego - a tu zonk! Usłyszał, że skoro nie ma siły, jest taki zmęczony, to powinien się porządnie zregenerować, możemy mu darować karmienie psa, a on się położy do łóżka i solidnie wyśpi.

I tu już wiedział, że wdepnął. Zaczął się wściekać, że on wcale nie jest zmęczony na jazdę, tylko na sprzątanie, a w ogóle to po prostu mu się nie chciało nic robić. Nie udało mu się wyprowadzić mnie z równowagi, Skorupiaka również - w końcu poczłapał wściekły do łazienki. Wyszedł po chwili rzucając w przestrzeń - "pewnie nikt mnie nie przytuli" i zakopał się w swojej norze. Poszłam, przytuliłam, pogadaliśmy - widać było, jak kotłują się w nim sprzeczne emocje, ale w końcu zaczęło wypływać na wierzch to, co było sednem problemu.

Piotrek źle się czuje w swojej klasie. Odkąd półtora roku temu wyjechał jego najlepszy przyjaciel, został sam. W klasie istniały już grupki, pary i układy, a on został bez przydziału, do tego jest jednym z najlepszych jeśli nie najlepszym uczniem w klasie, dużo czyta, mało gra na komputerze - idealny kandydat do dokuczania. Poziomem finansowym też paru kolegów przerasta go znacznie i starannie tę przewagę demonstrują. Jest paru niesympatycznych osobników, a wychowawczyni nie bardzo sobie radzi w sytuacjach konfliktowych. W rezultacie Piotr, który szkołę uwielbiał, odlicza dni do wakacji. 

Pocieszeniem jest to, że teraz ci najgorsi pewnie i tak odejdą - jest podział na klasy sportowe i zwykłe, większość kolegów chce do sportowej, a Piotrek uznał, że nie. Nie da się pogodzić tego z treningami i zawodami judo, które kocha i w którym odnosi sukcesy, a w klasie sportowej udział w zawodach jest warunkiem sine qua non. W ten sposób jest nadzieja, że za dwa miesiące będziemy mieli tych kolesiów z głowy...

Nie zmienia to faktu, że biedny zmęczony Piotruś nie mógł pojechać do dziadków - nie zabroniliśmy mu tego, tylko zatroszczyliśmy sie o jego stan. 

Możze się zastanowi następnym razem... ;)

 

środa, 08 kwietnia 2015

Podnosi mi ciśnienie ostatnio  rregularnie. Awanturuje się o wszystko, odmawia wykonywania jakichkolwiek czynności domowych (argument zawsze ten sam - bo koledzy nie muszą).

W rezultacie całodzienna wojna o wyprowadzenie psa, wyniesienie śmieci czy inną głupią czynność. 

czy to ja jestem nienormalna, że oczekuję od dzieci udziału w pracach domowych - na miarę ich możliwości, czy może to jednak świat zwariował i ludzie hodują sobie pasożyty domowe?

środa, 01 kwietnia 2015

Uwielbiam poważne rozmowy z Piotrkiem. Jak przychodzi z problemem, pytaniem i możemy sobie na spokojnie pogadać, tłumaczę mu różne rzeczy, on szuka sam odpowiedzi....

Ku mojemu zdziwieniu jednym z najfajniejszych tematów okazały się sprawy tak przez wielu rodziców omijane - czyli  seks.

Rozmawiamy na spokojnie, wtedy, gdy są warunki, Piotrek układa sobie w głowie kolejne elementy... Kwestie fizjologiczne, psychologiczne, relacje międzyludzkie, spojrzenie kościoła, rozmnażanie, DNA, choroby przenoszone drogą płciową, burza hormonalna i ograniczenie myślenia z nią związane w wieku dojrzewania... Mnóstwo różnych wątków. Jakbym chciała mu je wrzucić jednorazowo - nie ma szans, za dużo tego. A tak - rozmawiamy o tym już od chyba pięciu lat, zaczęliśmy, jak miał cztery i pół. (To też była komiczna rozmowa). On wie, że może pytać, że odpowiem, bez głupiego krygowania się, rumieńców i tradycyjnego "nie garb się, szczeniaku". Nabiera zaufania, co  - mam nadzieję - zaprocentuje za parę lat, gdy te tematy staną się naprawdę aktualne dla niego. 

W ten sposób mam pełną (przynajmniej na razie...) kontrolę nad tym, czego i jak na ten temat się dowiaduje. Mam możliwość powiedzenia mu rzeczy, których raczej nie znajdzie w filmikach i gazetkach oglądanych cichcem przez chłopców. Mogę zwrócić uwagę na stronę emocjonalną, etyczną... 

Wyrabia sobie nawyk przychodzenia do mnie z trudnymi tematami. 

czwartek, 20 listopada 2014

Piotrek jak większość dzieciaków marzył o komórce. 

Dostał parę miesięcy temu - nie jakiś wypas, starą nokię - uznaliśmy, ze jeździ sam na zajęcia, to jednak powinien mieć - w razie jakichś awarii system komunikacji jest potrzebny. KOrzysta z niej rozsądnie (nie bardzo ma inna możliwość, ustawienia rodzicielskie górą :).

Czasem zadzwoni zapytać, czy może po szkole pójść do kolegi, albo czy może zamiast wracać od razu posiedzieć na pobliskim drzewie. 

Dziś przekonał się, że nie bez powodu komórka jest zwana smyczą...

Wyszedł do szkoły, a wredna matka chwilę potem zadzwoniła - zanim zdążył do tej szkoły dojść, czyli naprawdę szybko, zważywszy odległość:

- Synu, nie posłałeś łóżka... Proszę wrócić i to zrobić.

Powkurzał się, ale wrócił.

Zaczyna odkrywać minusy gadżetu...

wtorek, 01 lipca 2014

Samodzielność naszych dzieci była od początku wysoko na liście celów wychowawczych.

Oczywiście wszystko z lenistwa, jak dzieć umie zrobić sam, to mamusia nie musi go prowadzić za rączkę, tylko może sobie siedzieć w fotelu i czytać. Teoria Inteligentnego Lenia górą.

Niezależnie od powodów, stawialiśmy na to mocno. Na samodzielne ubieranie się - w połowie przedszkola już przychodziłam po Piotrka i mówiłam mu, że czekam przy akwarium, a on sam przyodziewał się w to, co tam miał w szatni, obrzucany zawistnymi spojrzeniami mamuś nadziewających na manekiny kolejne elementy garderoby. Na umiejętność załatwiania różnych spraw z ludźmi - a to zapytanie o drogę, Pana fachowca o jakieś szczegóły z jego branży, takie tam różne. Jeśli chcia ł - byłam obok, mogłam wcześniej podpowiedzieć, jak sformułować, ale nie było opcji "mama, zapytaj pana jak to działa". Chcesz wiedzieć, pytaj sam.

Do szkoły przestałam go odprowadzać po miesiącu - nie miał jeszcze 6 lat. No może właśnie skończył. Oczywiście trasa krótka i bez samochodów, całkowicie bezpieczna - a jaki był z siebie dumny!

I tak dalej, i tak dalej.

I czasem tylko zastanawiam się, czy rodzice nadopiekuńczy zdają sobie sprawę z dalekosiężnych skutków własnej polityki wychowawczej.

Czy widzą, że robią krzywdę dziecku - bo przegapią moment, keidy dzieciak chce zdobywać świat. Zamiast tego starannie utrwalą mu swoje lęki i dopiero wtedy będą go wypychać z gniazda - no bo już piętnastolatek powinien....

Bo wystawiają go na pośmiewisko - a koledzy nie darują, jak będzie okazja do drwin to ją na pewno wykorzystają.

Wreszcie, że dowalają sobie roboty. Bo zamiast wysłać siedmiolatka do sklepiku po majonez czy inną śmietanę, muszą lecieć osobiście, do tego wlokąc opornego potomka - bo przecież on jest za mały, żeby mógł zostać sam w domu na 5 minut. Bo muszą zrobić wszsytko wokół niego - przecież nie umie. Bo muszą świadczyć usługi taksówkowe, zamiast powiedzieć - wsiadasz na stacji X, wysiadasz na stacji Y, na peronie będzie czekał dziadek, tu masz bilet, czy masz jakieś pytania. Ja musiałabym dziś taszczyć rozmazanego Grzechota - obudzić go w tym celu...., żeby odebrać Piotra od rodziców. A tak to przyjedzie sam i już. Jeszcze będzie się cieszył, że mam do niego takie zaufanie, którego postara się nie zawieść.

Usamodzielnianie dziecka to długotrwała praca, ale bardzo procentująca w przyszłości. Zaczyna się prosto - taki Grzesiek czasem pójdzie jedną stroną trawnika, a ja drugą. Pozwalam mu  - jeśli chce - wybrać skarpetki. Doceniam każdy drobiazg -  no dobra, nie każdy. Jak wlazł mi samodzielnie na blaty kuchenne to nie doceniłam, tylko zdjęłam gościa i odstawiłam stołek. Na placu zabaw ustawiam się tak, żebym ja  go widziała, ale on mnie - niekoniecznie. Gdy zaczyna szukać - mogę sie pokazać, zamachać i oczywiście interweniować w razie potrzeby. ALe jak tej potrzeby nie ma - radzi sobie sam.

I za parę lat będę mogła znowu usłyszeć rano - mamo, zrobiliśmy ci z Bratkiem śniadanie! A ja wstanę i przyjdę na gotowe.

piątek, 11 kwietnia 2014

Wczoraj Pyton mi zaimponował.

Organizacyjnie dzień byl zwariowany, bo do standardowych zajęć doszło zebranie u Piotrka w szkole i jeszcze parę drobiazgów.

Pojechałam łańcuszkiem, basen, na którym Piotrek rano zostawił plkecak z mokrym ręcznikiem i całą resztą, odstawilam go na zajęcia na 16.30, wpadłam odebrać książki w księgarni wysyłkowej po drugiej stronie ulicy, zapomniałam podjechać pod kompresor, gdzie miałam napompować koła w Pytonim rowerze...

I na 17.30 do szkoły. 

Skorupiak został w domu z Grzechotnikiem.

W związku z całym tym obłędem napisąłam Piotrkowi kartkę, ze może samodzielnie wrócić do domu po zajęciach w Matplanecie. Firma jest tuż obok metra, dwie stacje - da sobie radę. Nie sprawdziłam tylkko jednego drobiazgu - czy młody człowiek ma ze sobą legitymację i bilety. 

NIe miał.

Zorientował się, że nie ma biletów, jak juz wyszedł z  zajęć. Pomyślał chwilę, po czym poszedł do ochroniarza pobliskiego sklepu i grzecznie wytłumaczył sytuację, po czym poprosił o pożyczenie telefonu, żeby mógł zadzwonić do taty - nasze numery zna na pamięć. A ponieważ tata chwilę wcześniej skończył rozmawiać z moimi rodzicami, którzy mieszkają bliżej Matplanety, to poprosił ich o zebranie Pytona. Piotrek z dziadkiem poszli jeszcze raz podziękować panu ochroniarzowi za pomoc i pojechali.

A ja chodzę i się cieszę. Cała ta sytuacja ma dla mnie tyle zalet, że aż się w nich gubię. 

No  bo tak:

  • Piotr potwierdził, że w sytuacji trudnej potrafi sobie poradzić,
  •  że można mić zaufanie iż zachowa się odpowiedzialnie, 
  • ma nauczkę, że trzeba pilnować takich rzeczy i myśleć z wyprzedzeniem,
  • przekonał się, że da radę, 
  • potwierdził słuszność naszego pomysłu wychowawczego i stosowanych metod.

A przecież on ma dopiero 7,5 roku!

Bardzo dzielny Pyton.

niedziela, 22 grudnia 2013

Pyton nam dorasta i sie usamodzielnia. 

Zaczął juz sam jeździć metrem. Oczywiście na niedługich trasach - do moich rodziców i  z powrotem, trzy stacje. I raz juz pojechał sam na zajęcia z matematyki - dwa przystanki. Nie wychodzę po niego do metra - przechodzi prze zulicę, potem przez osiedle idzie sam. 

Bardzo jest z siebie dumny - ja z niego też, ale tak jakoś mi sie oczy szkliste robią... Tak niedawno był taki maleńki, nosiłam go na rękach, karmiłam piersią, a tu już  taki duży i taki odpowiedzialny...

Strasznie szybko ten czas pędzi. Nawet, jeśli przyjmę, że bardzo wcześnie pozwalam mu na takie samodzielne eskapady, to i tak jakoś mi dziwnie. A przecież samodzielnośc była jednym z naszych założonych celów wychowawczych - żeby umiał sobie radzić sam, nie prowadzony przez mamusię za rączkę. I to nam sie udaje. Tylko ten kij ma dwa końce - syneczek nauczy się funkcjonować bez mamusi, ale teraz kolej, by mamusia zaczęła sie uczyć funkcjonowac bez syneczka. Żeby kiedys nie wyjechac mu z tekstem - jak ty tak możesz mówić o wyprowadzce, a ja tu mam zostać bez ciebie????

czwartek, 05 grudnia 2013

Piotr sie przerobił.

Wczoraj zrobił kosmiczną awanturę - juz nawet nie pamiętam o co, zdaje się, zę poszło  o wynoszenie śmieci, co należy do jego obowiązków. Albo o odrabianie lekcji. Nieważne.

W każdym razie Pyton jsk sie rozpędzi, to traci cokolwiek kontrolę i nie umie wyhamować. Co gorsza stosuje metodę "na złość mamie odmrożę sobie uszy". Może wtedy bez żalu (przynajmniej przez chwilę) zrezygnować ze wszystkiego, najbardziej ukochaną zabawkę odda. 

I na fali tego odmrażania wrzasnął, że nie chce prezentów na mikołajki. Ponieważ mam już kompletnie dosyć takich jego zagrywek, zgodziłam sie.

Jak mu dziś przypomniałam, że coś takiego zgłosił, to nie zaprotestował, ale mina mu zrzedła mocno. Próbował się wycofać, ale ja jestem wredna i uświadomilam mu, ze niestety, każda akcja wywołuje reakcję, konsekwencje własnych działań sie ponosi. A ja nie życzę sobie, żeby  na mnie wrzeszczał i wyzywał mnie, w związku z czym  - zgodnie z jego żądaniem - prezentów mikołajkowych nie będzie.

Nie był szczęśliwy, oj, nie. Mnie też było przykro, jak patrzyłam na tę wydłużoną smutną mordkę, ale uważam, żę trzeba rzecz dociągnć do końca. Wkurza mnie potwornie taki jego sposób rozgrywania awantur (ciekawe czemu, sama robiłam dokładnie to samo), a jedyną metodą nauczenia go, żę trzeba uważać na to, co sie mówi, jest konsekwentne dotrzymanie słowa, zwłaszcza, żę tym razem to nie wredna matka zabrała, tylko on sam powiedział, zę nie chce.

Cóż, do świąt niedaleko, a na razie  - może sie czegoś nauczy...

piątek, 18 października 2013

Instytucja, któej nie lubię.

W szkole Piotrka jest taki całkiem typowy - to znaczy sprzedający chłam żywnościowy za potworne pieniądze. Szkoła niby bierze udział w jakichś programach o zdrowym żywieniu, dzieciaki dostają jabłka  i mleko, po czym na przerwie - tup tup tup, po batoniki.

Pytona niedawno nakryłam na zakupach tamże - kupił sobie paczkę jaśków czkoladowych. Takich chrupków do mleka.

I dzięki temu prawdopodobnie temat zakupów w sklepiku mam na długo z głowy.

Otóż jaśki rzeczone były znanej marki własnej sieci sklepów na T. Zapytałam Pytona, ile zapłacił - 4 złocisze. Po czym zawlokłam go dzisiaj do tegoż sklepu i kazałam znaleźć na półce te same chrupki. I tu niespodzianka (no, jak dla kogo) - cena sklepowa to 1.99.

Młodego szlag trafil na takie zdzierstwo. Co prawda ja mu to tłumaczyłam bardzo dawno, ale chyba nie do końca wierzył, żematka wie, co mówi. Teraz przekonał się naocznie.

Mam wrażenie, ze już długo nie będe musiała mu tłumaczyć, żeby nie kupował tych śmieci - choćby z oszczędności. A obyło sie bez długiego ględzenia :)

piątek, 26 lipca 2013

Kłębi sie wokół mnie cały czas temat relacji moich Węży. 

Z radością wielką patrzę na nich razem. Co rano albo Pyton przychodzi do nas i szczerzy sie do Grzechota, albo ja zabieram Grześka i idziemy budzić Pytona - który jak tylko sie zorientuje, że bratek jest obok, od razu przytula, uśmiecha się i zaczyna z nim bawić. Ja w takim momencie nie jestem im potrzebna - mają siebie i to wystarcza.

Na spacerach Piotrek prowadzi wózek - nie dlatego, zę mi sie nie chce. Wręcz przeciwnie, zabiera mi i protestuje jak czasem z jakiegoś powodu chcę przejąć.

I tak sobie myślę, jaką krzywdę robią rodzice swoim dzieciom nie dbając o te pierwsze kontakty, nastawienie do siebie. Myślą - tak musi być, przejdzie mu, jest starszy, to zrozumie... Nie widzą, że to nie zadziała tak samo z siebie, że aby ta miłość zaistniała, aby przemogła poczucie odsunięcia i detronizacji, potrzebna jest wielka praca rodziców. I jeszcze większa ich miłość do dzieci. Wszystkich dzieci, nie tylko tego najmłodszego . I umiejętność okazania tej miłości, często w sposób nawet nieco przesadny - bo ten starszak będzie bardzo sprawnie wychwytywał wszystkie, nawet najmniejsze sygnały świadczące o odtrąceniu. Trzeba więc mu podetknąć pod nos ogromny, bijący po oczach komunikat: KOCHAMY CIĘ BARDZO, NADAL JESTEŚ DLA NAS BARDZO WAŻNY. Nadal jesteś naszym najstarszym synkiem, naszą jedyną córeczką, naszym jedynym Adasiem, Krzysiem, Asią, przecież nie ma drugiego takiego jak Ty. 

Oczywiście, można powiedzieć, że mieliśmy ułatwioną sprawę, bo Piotrek bardzo chciał mieć rodzeństwo, nudzil o nie od lat. Ale.... czy przypadkiem to, że mu tak na tym zależało, że to rodzeństwo poczytywał za wartość, a nie tylko  konkurencję, to też nie jest coś, co da sie wypracować? Rozmawialiśmy niejednokrotnie, podsuwałam właściwe książeczki - o Franklinie, któy mial siostrzyczkę, różne inne, gdzie występowało rodzeństwo, opowiadałam o braciach mojego Taty - różne wesołe historyjki rodzinne. 

Gdy mogliśmy juz go poinformować, co sie dzieje, też staraliśmy sie podkreślić, przypomnieć, że oto spełni sie jego wielkie marzenie.  Tak, żeby tamten moment kojarzył mu sie jak najlepiej - oprócz wyjaśnienia, co sie ze mną dzieje, czemu leżę w łóżku, czemu byłam w szpitalu - że to wszystko jest po coś. Po to, żeby wreszcie mógł być Starszym Bratem. W ten sposób załatwiliśmy kilka spraw naraz - uspokojenie obaw związanych z moim stanem - wytłumaczenie, że z malutkiem było marnie, ale już jest dobrze, bo przecież nie wypuściliby mnie ze szpitala, gdyby było źle, wielka radość, że wreszcie.... I duma z bycia tym starszym, doroślejszym. Jak Piotrek sie fantastycznie mną opiekował w  tamtym okresie. Pomagał, przynosił, głaskał, dbał... 

Potem jeszcze trzeba było dopilnowac paru ważnych momentów - rodziny i przyjaciół, którzy przychodzili poznać Grzesia, żeby pamiętali również o Pytonie. Grześkowi prezenty są jeszcze obojętne, milion któraś tam przytulanka jest nam na plaster, jeśli ktoś chce coś przynieść - to dla Piotrka poprosimy. 

Przy chrzcie - to samo, i widać było, że to sie sprawdziło. Piotr wiedział, że to nie jego święto i tym bardziej docenił to, że jednak i o nim pamiętało dużo osób.

 I przez cały czas - włączanie Pytona w opiekę nad Grzechotkiem. Od samego początku mógł pomagać, podać pieluszkę, spłukać główkę przygotowaną wcześniej wodą z kubeczka, przykryć kocykiem....  Podczas karmienia często siedział przytulony, a ja czytałam mu to, co przyniósł.

Wniosek - może niezbyt odkrywczy. Wychowywanie dzieci to praca na cały etat z nadgodzinami, i to nie byle etacik małego trybika w korporacji czy urzędnika przekładającego papiery z jednego końca biurka na drugi.

O nie, proszę państwa, Rodzic to Project Manager pełną gębą!

wtorek, 23 lipca 2013

Widok Grzechota, który się szczerzył i łapki wyciągał do Pytona na parkingu to było coś!

Dla wszystkich patrzących było oczywiste, że maluch się stęsknił za bratem i bardzo cieszy na jego widok. Pyton za Grzechotem zresztą też - widać było, że są szczęśliwi. 

A ja się tak zaczęłam zastanawiać nad tym, jak to jest z powstawaniem więzi u tak małych dzieci - w końcu nie chodziło tu o więź z matką - na tym etapie jest to relacja najważniejsza, tylko z bratem. Czyli bardzo ważna, ale nie niezbędna do fizycznego przetrwania. Niektórzy twierdzą, że takie małe dziecko to jeszcze nie rozróżnia, nie rozumie - tu miałam ooczywisty dowód, że takie twierdzenia to bzdura. 

Jak patrzyłam na te dwie rozradowane mordki, to przypomniał mi sie artykuł sprzed paru dni, w którym pisano o decyzji sądu - wezwał matkę roczniaka do odbycia kary więzienia - prawomocnej już, uzasadniając to tym, że teraz takie małe dziecko to nie zauważy nieobecności matki, a za dwa lata byłoby to dla niego znacznie trudniejsze. Nie wnikam w słuszność kary, nie pamiętam, co ta kobieta zrobiła, nieważne w tym kontekście. Zagotowałam sie na bezduszność sądu i kompletną nieznajomośc psychiki ludzkiej - w tym dziecięcej. Nie zauważy nieobecności matki!!!! nie powtórzę, co mi się na usta cisneło, bo mogłabym sama trafić do kicia za obrazę sądu. 

Swoją drogą uczucie między naszymi Wężami pokazuje jasno, jak ważna jest ta początkowa relacja - i ile może kosztować zlekceważenie niechęci do młodszego brata/siostry. My nad relacją chłopaków pracujemy, uważnie sie przyglądamy, wzmacniamy starannie zachowania pożądane, reagujemy na niepożądane, szukamy ich przyczyn. Piotrek czuje sie bardzo kochany, nie został zdetronizowanym jedynakiem odsuniętym w kąt przez młodszego brata - i to daje efekty. 

środa, 06 marca 2013

Nakryliśmy ostatnio Pytona. 

Okazało sie, żę od dłuższego czasu nie odrabiał lekcji i nazbierało mu sie 50 stron zaległości. 

Odbyliśmy spokojną, aczkolwiek niezbyt przyjemną rozmowę, został wyznaczony termin na uzupełnienie. Wychodziło po 6 stron dziennie, 3 z matematyki, którą Pyton lubi i 3 z kaligrafii - do której juz nie pała tak gorącym uczuciem.

W piątek, sobotę i niedzielę było jako tako, trochę marudził, ale robił. Ponieważ miał na to cały dzień - nie było tragicznie. Schody zaczęły sie zgodnie z przewidywaniami w poniedziałek. 

Wąż Starszy przeżył solidną niespodziankę, gdy okazało sie, ze nasze zapowiedzi dopilnowania do skutku aż zrobi dzienny przydział - sa całkiem serio. W rezultacie wrzeszczał, trzaskał drzwiami, obrażał sie, groził, zapowiadał wyprowadzkę - takie tam różne. A my spokojnie powtarzaliśmy, że traci czas, męczy się coraz bardziej, a zaległości i tak zrobi, choćby miał siedzieć do północy. A rano zostanie normalnie obudzony do szkoły.

Kołomyja trwała prawie do 22. Zrobił, mimo, ze naprawdę był bardzo zmęczony.

We wtorek zaczął sie wściekać, jak Skorupiak mu przypomniał o zadaniach - stanęło na tym, że ok, możemy nie przypominać, ale on ma sie za to sam brać, bez odkładania do wieczora - sam widział wszak, że dopilnujemy i nie będzie taryfy ulgowej. W ramach marchewki zaproponowałam jeszcze, że może być szybka partyjka rummikuba po każdej  stronie, pod warunkiem, zę będzie pisał sprawnie i szybko, bez rozwlekania roboty na pół dnia. 

Propozycja została zmodyfikowana po chwili - kumulujemy gry, Piotrek pisze wszystko, ja przez ten czas wyskakuje do sklepu, a potem kilka partyjek.

Jak wróciłam po godzinie, okazało sie, że Pyton napisał 1 stronę... I zażądał zmiany warunków, gra co strona. No nie... Kumulacja była jego pomysłem, grzebie sie nieprzytomnie - najpierw proszę napisać.

Poawanturował sie nieco, ale ja jestem większa, starsza i bardziej uparta - poszedł pisać, Tym razem skończył wcześniej, niż poprzedniego dnia - chwile przed 20. Zagraliśmy jedną szybką partyjkę, którą wygrał, pochwaliłam, ze tym razem skończył pisać dwie godziny wcześniej, niż w poniedziałek.

Dzisiaj byłam bardzo ciekawa, jak będzie. Zorientował się już, że nie popuścimy i będzie musiał napisać te sześć stron. Pytanie, czy będzie umiał wykorzystać Teorię Inteligentnego Lenia - zrobić szybko i móc sie bawić.

Umiał. Od razu po powrocie usiadł do roboty, napisał w dwie godziny - do 18 było z głowy. Następnie wpakowaliśmy Grzechotka w wózek i poszliśmy na krótki spacerek - Piotrek był niezmiernie dumny z siebie i sam prowadził wózek przez cały czas.

Mam nadzieję, zę jutro zrobi to w pół godziny - bo mniej więcej na tyle jest realnie tej pracy. I nie będzie zawalał, sam sie przekonuje, zę takie zaległości kumulują się w sposób paskudnie nieprzyjemny...

Swoją drogą, krecha dla wychowawczyni, że się nie zorientowała, na semestr Na koniec semestru Piotrek dostał bardzo ładny zestaw ocen - bystra bestia jest i jechał sobie na opinii...

 

Z poznawaniem granic jest tak, że się je sprawdza dopiero wtedy, kiedy sie walnie nosem w ścianę. W sumie cała ta sprawa jest mi bardzo na rękę - Pyton trafił na swoją ścianę w sposób mimo wszystko  mało bolesny. Wychowawczyni nie wie o sprawie, ja nie będę do niej z tym lecieć - natomiast dopilnuję uzupełnienia wszystkich braków - i niestety będę sprawdzać  przygotowanie do szkoły, już nie zadowolę się informacją od Piotra, że zrobione. Młody przekonuje się, że jak zapowiem, że coś będę egzekwować - to to zrobię.

Oby ta nauczka została zapamiętana.

środa, 16 stycznia 2013

W ramach rodzicielskiego lenistwa dawno temu nauczyliśmy Pytona jednej rzeczy. 

Mianowicie tego, że jak coś sie zwali, on się przewróci, coś spadnie - słowem, z jego rejonów słychać jakiś podejrzany łomot, to poprosimy o komunikat o sytuacji. Paszcznie, czy jest ok, czy potrzebna pomoc.  

W ten sposób w 90 przypadkach na sto możemy nie ruszać sie z miejsca, nie rzucać tego co akurat mamy w ręku i nie tratować zwierzaków, które w takich sytuacjach ZAWSZE plączą się pod nogami.

Oczywiście wszystko dlatego, że nie chciało nam się lecieć i sprawdzać, czy dziecko całe, prawda?

Ale nie tylko. 

Pyton w ten sposób dostał kilka komunikatów:

  • Troszczymy sie o niego.
  • Szanujemy jego samodzielność, nie traktujemy jak malucha.
  • Może liczyć na pomoc, jeśli jej potrzebuje. Ale ma szanse na samodzielność.
  • Uczy się szacunku dla nas - nie gania nas bez potrzeby
  • Uczy się rozróżniania problemów, z którymi sobie poradzi od takich, w których potrzebuje pomocy.
  • Uczy się proszenia o tę pomoc - i nie nadużywania tego.
  • Uczy się wzajemnej odpowiedzialności za siebie tego, że nie tylko my możemy zadbać o niego. On o nas również. 

W ten sposób regularnie z jego okolic dobiega okrzyk "nic sie nie stało!". I sprawa z głowy. On wie, że czuwamy nad nim, my wiemy, że jest cały i zdrowy i wszyscy są szczęśliwi. 

A wymagało tylko przegadania tego parę razy, powtórzenia prośby po kolejnej mniejszej awarii...

 

Jednak nie ma jak zdrowe lenistwo rodzicielskie.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Wczoraj  w ramach prezentu urodzinowego dla mnie rodzice zabrali Pytona na nocowanie. Zabierają go ostatnio przy każdej okazji wiedząc, że ja jestem już solidnie zmęczona i marudzę, a w szkole są ferie i młody sie nudzi. 

Dzisiaj rano jak usłyszałam, co Pytonik zrobił u dziadków, to mi kapcie spadły.Od rana do jakiejś 9.40 zdążył:

  • zamieść i umyć podłogę w kuchni, korytarzu, łazience i toalecie
  • wypastować  i poustawiać buty 
  • zrobić kawę i podać do łóżka
  • przygotować śniadanie

następnie jak tata poszedł z psem, posłał oba łóżka - swoje i rodziców.

To wszystko całkiem sam, bez cienia sugestii (na początku nie było komu sugerować, bo rodzice jeszcze spali). 

Bardzo pracowite i pomocne dziecko mamy prawda? Zastanawiam się tylko, jak nam się udało go tak wychować????

 

Ps. Pasiasty dlatego, że włożył dziś ulubioną bluzę w paski:)

sobota, 24 listopada 2012

Sama sobie nie uświadamiałam na początku, jak genialny był pomysł Skorupiaka z zasadą telewizyjną. 

Jak dzisiaj zebrałam sobie w jedną kupkę, ile on sie przy tej okazji uczy, to mnie aż zamurowało.

No bo tak:

  1. Technika czytania. Użyteczna umiejętność, którą i tak będzie musiał nabyć, a teraz robi to bezboleśnie.
  2. Prowadzenie buchalterii. Sam prowadzi zestawienia minut przeczytanych, przelicznik minut czytania na minuty oglądania, sumowanie dawniejszych z nowo nabytymi....
  3. Liczenie - trzeba przemnożyć razy dwa minuty czytania, dodać świeże do dawniejszych, odjąć wykorzystane... Przy okazji weszły już słupki i rozdzielność mnożenia względem dodawania. Koledzy w klasie są na etapie 3+7.
  4. Wartość pracy i zarobionej waluty. Dziś poprosił o 10 minut oglądania. Zaproponowaliśmy nawet 15, bo te filmy na minimini jakoś tak trwają. Stwierdził, że nie, nie chce marnować. Widzi, że aby coś mieć, trzeba zapracować.
  5. Oszczędzanie. Nie gapi się bez sensu, ogląda to, co zaplanował i wyłącza. Ciuła minuty, zbiera... Będzie jak znalazł przy gospodarowaniu pieniędzmi. 

I to wszystko udało nam się wprowadzić bez sięgania do najpopularniejszego sposobu - którego bardzo nie lubię, a mianowicie płacenia za wykonywanie czynności porządkowych w domu. Jestem wrogiem takiego rozwiązania, bo dom jest nasz wspólny i razem dbamy o to, żeby mieszkało się nam przyjemnie. 

Skorupiaku, niski pokłon za genialną koncepcję wychowawczą!!!!!

niedziela, 18 listopada 2012

Od jakiegoś czasu szukaliśmy dla Piotrka grupy rówieśniczej. Tak, żeby miał cos oprócz szkoły. 

Jedna taka to zuchy - ale gromada jest w szkole, więc zasadniczo są to ludzie z tej samej placówki, a chodziło nam o to, żeby znaleźć coś jeszcze, pozaszkolnego.

I znaleźliśmy - u naszych dominikanów służewieckich działa duszpasterstwo rodzin, i miedzy innymi jest grupa dla dzieci z podstawówki. 

Po ostatnim spotkaniu  jestem zachwycona. 

Okazało się, że towarzystwo miało zajęcia praktyczne. zostali podzieleni według płci (co mi się nie do końca podoba, ale to sobie przegadam z prowadzącymi jeszcze) i dziewczynki uczyły się przyszywać guziki a chłopcy - pastować buty. Brat Wojtek, który się opiekuje tym towarzystwem miał z głowy czyszczenie obuwia chyba na długo, bo w końcu musieli na czymś ćwiczyć, prawda? a nie wszyscy byli w butach zdatnych do pastowania. 

W efekcie Pyton - cały dumny z siebie - od wczoraj się dopominał, że on chce nam jakieś buty wypastować. Dzisiaj po powrocie od weterynarza z kotem oddałam mu własne, wyjęłam cały sprzęt niezbędny do tego typu działań - i ja sobie siedzę i skrobię na blogu a buty same się pastują!!!!!

 

Dla uzupełnienia dodam, że nienawidzę tej czynności i zawsze znajdę tysiąc innych niezbędnych i pilnych rzeczy do zrobienia. Moje buty do tej pory pastował Skorupiak, kory nie ma takiego pastowstrętu. Teraz bedzie miał pomagiera :)

Takie duszpasterstwo to bardzo pożyteczna sprawa :)

wtorek, 13 listopada 2012

Pyton bardzo sie interesuje bratem. Oglądamy razem filmiki z kolejnych tygodni jego życia, stuka do niego, głaszcze, gada, planuje wspólne zajęcia...

Wykorzystuję tę sytuacje do wyjaśnienia mu kwestii rozmnażania - wolę zrobić to sama, niż gdyby miało go uświadamiać podwórko i koledzy. Zresztą pierwsze rozmowy wokół tego tematu odbywaliśmy chyba trzy lata temu - jak pytał, to odpowiadałam tyle, ile potrzebował, a ja czekałam na następne pytania.

I się doczekałam - jasne było, że dociekliwy Pyton w końcu zauważy, że do tego wątku nie doszliśmy jeszcze nigdy.

Moment wybrał interesujący - w kościele na pięć minut przed mszą  usłyszałam:

- Mamo, a kiedy i w jaki sposób dostałaś od taty plemniki dla Grzechotka?

No tak. Z jednej strony spodziewałam sie pytania, ale z drugiej - wyobrażam sobie parę sytuacji bardziej komfortowych do udzielania tego typu wyjaśnień... Wykręciłam się tłumacząc, że już teraz nie zdążymy, ale wrócimy do tematu w domu, bo to ważna sprawa. Przyjął i zaakceptował.

Słowo się rzekło, kobyłka u płotu - trzeba wrócić. Dzisiaj były warunki, Piotrek był na szczepieniu i bilansie sześciolatka, ze szkoły wrócił sporo wcześniej - jedziemy z tym koksem. Wytłumaczyłam starając się nie komplikować niepotrzebnie tematu. I byłam bardzo ciekawa jego reakcji - zdarzało mi się już w pracy rozmawiać na takie tematy z nastolatkami i interesowała mnie różnica w podejściu. Dla nich temat był krępujący, niezręcznie im było rozmawiać z kimś dorosłym, a równocześnie widać było olbrzymie zapotrzebowanie na konkretne informacje.

Piotrek dostał informacje, o które poprosił. 

Pokiwał głową, po czym stwierdził:

- Aha, wiec to się tak odbywa. - I wrócił do budowania z klocków.

Bez żadnych problemów, rumieńców, głupawych chichotów, lęku przed zadaniem pytania. całkiem naturalnie, tak samo, jak wtedy  gdy tłumaczyłam mu zasadę działania elektrowni atomowej.

I to jest kolejne potwierdzenie mojej teorii, że warto tłumaczyć teraz, nie opowiadać bzdur  o kwiatkach, pszczółkach i bocianach. teraz dzieciaki przyjmują to zupełnie zwyczajnie, można dawkować informacje - odpowiadać na pytania i tyle, nie serwując wykładu. Co ma się poukładać w łepku to się poukłada, i dzieciak nawet nie będzie wiedział, skąd i od kiedy wie. A dla rodzica to naprawdę łatwiejsza wersja...

Jak już pisałam, ostatnio Pyton chorował. Skorupiak też, a ja również byłam raczej słabosilna.

Wspomniane wyżej okoliczności w sumie dały efekt łatwy do przewidzenia - nikt nie miał siły zając się Pytonem, który kondycje fizyczną odzyskał najszybciej (ale zgody lekarza na  pójście do szkoły nie) i sie potężnie nudził.

Budował z klocków.

Rysował.

Bawił sie samochodzikami.

I kolejką.

I oglądał telewizję... Niestety.

Nie miałam siły na dyskusje, na wymyślenie mu jakiegoś innego zajęcia, na udział w tym innym zajęciu. Przy telewizorze  kładliśmy sie na łóżku oboje, wtulał sie we mnie i on oglądał a ja spałam. 

Wiem, niepedagogiczne i niezdrowe, ale naprawdę nie miałam siły na nic więcej.

Gdy Pyton ozdrowiał, stwierdziliśmy, że trzeba coś zrobić z nawykiem (błyskawicznie wytworzonym) gapienia sie w telewizor, bo w czasie choroby to jedno, ale tak normalnie to nie ma mowy w takich ilościach.

Przegadaliśmy temat zs Skorupiakiem. I wymyślilismy.

Otóż pan Piotr niezbyt sie rwie do czytania. Uwielbia, jak mu sie czyta, owszem, ale samodzielnie to już jakby mniej. No to może by tak powiązać jedno z drugim?

I została wprowadzona zasada.

Na oglądanie TV (i gry na komputerze - po prostu wszystkie ekrany) trzeba zarobić. Walutą są minuty czytania. Na razie przelicznik - jeden do dwóch, każda minuta książki = dwie minuty ekranu.

Młody podchwycił błyskawicznie. Popędził wykonać stosowną tabelkę do zapisów i buchalterii, po czym wsadzil nos w książkę. 

Skończyło sie marudzenie o filmy. Jak nie ma ochoty czytać - jego prawo, nie ogląda i tyle. Tworzy przedziwne konstrukcje z klocków lego. 

Któregoś razu, gdy zastanawiał się co robić, sięgnął sam po książkę i przeczytał mi kawałek Bolka i Lolka.  Potem starannie zanotował w tabelce, ileż to ma czasu na oglądanie. Prawie godzina sie już uzbierała - poważny wynik.

A przy okazji wyszła jeszcze jedna rzecz, za którą w szkole nas zamordują. 
Dzieci uczą sie na razie cyferek. A ja Piotrkowi pokazałam dodawanie w słupkach, bo sie męczył z sumowaniem minut wcześniejszych i świeżo zarobionych. I teraz trzaska słupki tam i z powrotem.... 

piątek, 09 listopada 2012

Pyton sie stale dopytuje o Grzechotka. Interesuje, co tam u niego słychać, ile juz urósł, co robi, czym sie bawi i tak dalej.

W związku z powyższym postanowiłam wykorzystać edukacyjnie i wychowawczo nieprzebrane głębiny internetu i pokazać mu co nieco na ten temat. Daleko kopać nie musiałam - sama sobie oglądam z radością filmiki z kolejnych tygodni ciąży, czytam, co tam Grzechotek już ma, co umie i tak dalej.

Oglądaliśmy razem. Najpierw aktualna sytuację, a potem Pyton poprosil o pokazanie od poczatku wszystkich. Czemu nie, chociaż zajęło nam to pare dni, bo to za duża porcja ekranu na raz dla sześciolatka. Niby filmiki krótkie, po 2-3 minuty, mniej, jak sie opuści czołówkę - za każdym razem przecież jednakową. Ale przemnożone przez 38  tygodni to już dużo. 

Młody był zachwycony. Omawialiśmy sobie różne etapy, blastule, listki zarodkowe, z zachwytem oglądał miniaturowe łapeczki, cieszył sie, jak sie dowiedział, że na początku miał oczy z boku głowy, całkiem jak na przykład nasz pies. A uszy dużo niżej, niż są obecnie. 

A ja tak sobie pomyślałam jeszcze w kontekście pomysłów księdza proboszcza z mojej byłej parafii, że oni jak zwykle robią od d... strony. Głupio i bezmyślnie, inaczej mówiąc. Ci wszyscy antyaborcyjni byliby o wiele bardziej skuteczni, gdyby dzieciakom pokazywali np właśnie rozwój zarodka od samego poczatku, a nie wieszali na płotach rozkawałkowane makabreski. Albo puszczali dzieciakom "Niemy krzyk". 

Nie wnikam w tej chwili w ocenę moralną aborcji/zmuszania kobiet do rodzenia nie chcianych dzieci, to nie ten temat, nie o to mi chodzi. po prostu wkurza mnie  - jak zwykle - głupota ludzi, którzy chcąc coś osiągnąć podejmują działania dające skutki dokladnie odwrotne od zamierzonego celu.....

czwartek, 08 listopada 2012

obowiązkiem Pytona jest między innymi karmienie zwierzaków. 

Ponieważ czasem mu się zdarza zapomnieć, zostało ustalone, że jak on zawali - i ktoś inny będzie przez niego głodny- to jego następne śniadanie lub kolacja obejmuje wyłącznie chleb z masłem i coś do picia. 

Przyjął to bez dyskusji. Uznał związek pomiędzy winą a jej konsekwencją.

Zdarza sie to rzadko, ale jednak.

A ja patrzę z dumą na mojego syna, jak w takich sytuacjach bez słowa protestu wcina chleb z masłem i sam ponosi skutki własnego zaniedbania. Nie próbuje sie wykręcać, tłumaczyć, po prostu uznaje błąd. 

I nawet nie wie, ile sie w ten sposób uczy. Odpowiedzialności za innych. Za swoje postępowanie. Rozliczania z własnych działań. Ponoszenia konsekwencji błędów, niedbalstwa, zapomnienia. Bo przeciez to nie było specjalnie, ale ktoś cierpiał. 

I zastanawiam się, ilu kłopotów różne dzieciaki mogłyby w życiu uniknąć, gdyby ktoś im kiedyś wprowadził taką prostą regułę... 

środa, 07 listopada 2012

Zaczyna sie zabawa wychowawcza.

Chodzi o relacje między braćmi.

Pyton bardzo sie cieszy z Grzechotnika. Marzył o rodzeństwie, nudził o nie od trzech lat, wyobrażał sobie jak to będzie.

Marzenie sie spełni. Ale....

Oznacza to również i mniej wesołą stronę tej sprawy - pojawi sie konkurencja do naszego czasu, uczuć, uwagi, słowem - wszystkiego. I o ile uczuć mu nic nie odbierze, to deficyt czasu będzie, nie ma siły. Już wielu rzeczy nie robię - bo Grzechot. Nie pójdę pograć z nim w piłkę, nie pobawię sie klockami na podłodze -- nie wysiedzę tam zwyczajnie.  DUżo śpię, zwłaszcza teraz, jak jestem chora.  

I widać, że Pytonik sie boi, jak to będzie w tej nowej rzeczywistości. 

Normalne zjawisko, byłam na to przygotowana - również na to, jak ten lęk będzie wyłaził na zewnątrz. Na kłótnie, wrzaski, zwiększone zapotrzebowanie na przytulanie, marudność ogólną,  pewien regres rozwojowy. 

Wiedziałam, że to prawdopodobnie nastąpi. I dlatego teraz łatwiej mi reagować bez wściekłości i brania do siebie tych jego różnych nieprzyjemnych zagrywek. Bo potrafi dopiec bardzo, wkurzyć ostro. 

Podstawową zasadą jest - i zawsze było - że nie gadam z kimś, kto wrzeszczy. Jak sie uspokoi - czekam na niego, przytulę i wyjaśnimy sobie nasze stanowiska.  To jedyna metoda przy jego cholerycznym charakterze - jak coś nie wychodzi, to sie wścieka błyskawicznie i wtedy nie da sie z nim porozmawiać, więc jest krótkie hasło - jazda do pokoju, jak ci przejdzie, to zapraszam na kolana. 

Wczoraj chyba sie lekko zdziwił, nie chcial pójść, wrzeszczał i kopał mi w łóżko w naszej sypialni - został wzięty za nogę (machał wysoko, najłatwiej było złapac) i zaciągnięty do siebie. 

Wiem, że brzmi drastycznie, ale w sumie aż takie nie było. Myślę, ze bardziej bolałoby , gdyby trzeba go złapać, podnieść i zanieść. Za to zadziałało znakomicie, jak sie okazało, że nie ma publicznosci, to wyłączył nadawanie - bo i po co ?

Po chwili przyszedł, przeprosił, wyjaśniliśmy sobie wszystko, poprzytulaliśmy i było ok. Jeszcze w ramach prawa do samostanowienia postanowił nie słać łóżka, tylko spać w ubraniu. Usłyszał - proszę bardzo, będzie ci niewygodnie, ale twoja sprawa. To go zastanowiło.

W końcu uznał, że pościel wyciągnie, przebierze sie w piżamkę, ale nie rozłoży na całą szerokość wersalki, tylko śpi na złożonej. Uprzedziłam, ze bedzie mu ciasno, ale czemu nie. Rano przyszedł - trzeba przyznać, bez jednego jęku - Mama, było niewygodnie... Będe rozkładał.

I tyle.

Widzę, jak mu trudno. Wiem, że będzie jeszcze trudno przez jakiś czas. W końcu przez sześć lat był jedynakiem, teraz to sie zmieni. Tyle dobrego, ze on o tym rodzeństwie marzył, nie jest to wciskanie mu czegoś, przed czym sie od początku konsekwentnie bronił.  Wzruszający jest, jak co rano i co wieczór przychodzi dać Grzechotowi buzi, dopytuje sie czy wszystko w porządku, pomaga mi, głaszcze po brzuchu.  

Będzie bardzo fajnym starszym bratem.

 
1 , 2 , 3 , 4