O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

biblioteka

sobota, 02 kwietnia 2016

Zabrałam się za porządki w książkach. Ciasno już bardzo, na wielu półkach stoją dwurzędowo, a nareszcie zaczęła się zbiórka rzeczy na jarmark św. Dominika - można oddać do antykwariatu. Tylko które?

Ale po jednej, powolutku, jakoś udało mi się uzbierać trzy siaty książek do wyniesienia. Nie jest to jeszcze wszystko, do pewnych półek nie zdążyłam się dotknąć. Jeszcze czeka na mnie przegląd szaf - za małe ciuchy też trafią tam. Uwielbiam tę imprezę z wielu względów, również dlatego, że mogę bez wyrzutów sumienia pozbyć się wielu rzeczy. Wyrzucanie dobrych rzeczy odpada całkowicie, a tak problem rozwiązany.

Doprowadziłam do tego, że w dwóch rzędach mam już tylko półtorej półki.

Skorupiak z rozpędu podliczył na oko, ile tego mamy. Wyszło pomiędzy 1200 a 1300, plus zawartość piwnicy i jeszcze ze trzysta w pokoju Piotrka.

To jednak trzeba być kompletnie nienormalnym.....

wtorek, 28 kwietnia 2015
Znalazłam wierszyk w sam raz dla Grzesia:). 

Denerwuje się pan Słowik… już prawie dwunasta,
A tu pani Słowikowa wciąż nie wraca z miasta.
On już sprzątnął, pozamiatał i pościerał kurze,
Lśni czystością całe gniazdko! (G2 – niezbyt duże).
Czas najwyższy, by się wreszcie zabrać do obiadu,
A tu pani Słowikowej ciągle ani śladu.

Co tu robić? Co gotować? Rozpacz go ogarnia.
Wczoraj byli Wróbelkowie – i pusta spiżarnia!
Wreszcie wraca Słowikowa:
„Nie gniewaj się stary,
Ale straszna dziś kolejka była po komary.
O motylkach szkoda marzyć, a muszki mrożone,
Więc komary tylko wzięłam. Proszę – oto one.

Weź je oskub i wypatrosz i ugotuj w garnku!
Ja nie mogę – mam dziś koncert w Łazienkowskim Parku.
Wszystkie miejsca wyprzedane, gałązki i loże,
Prasa będzie, recenzenci, sam pan Waldorff może …
Jednym słowem wielka gala – nie jakaś chałturka,
Przygotować więc się muszę i przyczesać piórka!”

Westchnął tylko biedny Słowik, przypiął fartuch z listka -
I do garów! Taki los już, gdy żona artystka.
Znana, sławna, rozrywana i zarabia krocie …
A pan Słowik? Także śpiewa, ale przy robocie!
Jedną tylko ma dziś radość: tę chwilę upojną,
Kiedy czyta u Tuwima, jak to było przed wojną.

 

Autor: Marian Załucki

sobota, 18 października 2014

Jednym z przyjemnych skutków wypadu do Dublina jest Findus.

Nie znany nam wcześniej supełnie kot w pasiastych spodenkach z serii książeczek dla dzieci. Pięknie wydane, z absolutnie rewelacyjnymi rysunkami autora przygody staruszka Pettsona i jego gadatliwego i pomysłowego kota Findusa. 

Do tego Findusy występują również w postaci audiobooków, czytanych przez Jerzego Stuhra. Nic dodać, nic ująć, ten to umie czytać, nie mamrocze przez zęby jak co poniektórzy. 

 

 

 

Dla zainteresowanych - z wielką radością stwierdziłam, że w księgarni wysyłkowej bonito.pl jest w tej chwili jesienne sprzątanie w magazynach i Findusy są tańsze niż zwykle (tak pi razy oko o jakieś 30%). Do końca października to trwa, więc jeśli ktoś chce fajną książkę dla dziecka na święta, to jest to znakomity pomysł. Ja juz sobie zamówiłam.

I żeby nie było brzydkich podejrzeń - nie mam nic wspólnego z tą firmą, jej właścicielami czy pracownikami, poza tym, że czasem zamawiam tam książki...

 

PS. Autorem jest Sven Nordqvist - drobiazg, o którym zapomniałam napisać... :)

niedziela, 23 grudnia 2012

Mam męża nałogowca. Tudzież świra i zboczeńca. 

Nałóg jest potężny, w pewnych wersjach kosztowny (aczkolwiek on sobie radzi niskobudżetowo) i zajmujący mnóstwo miejsca.

Książki.

Kiedyś już było tak, że poszedł do śmietnika i wrócił ze stertą literatury - częściowo całkiem porządnej i do rzeczy.

Tym razem - na kilka dni przed Świętami zadeklarował sie, zę zaopiekuje sie chętnie biblioteką odziedziczoną przez koleżankę  w spadku po przodkach, którą to koleżanka w ogóle nie była zainteresowana. I w czwartek i piątek przywiózł mi tak na oko z pięćset sztuk dzieł wszelakich.... 

Trzeba było to przejrzeć, bo nie wszystko nas interesowało - dzieła Mao Tse Tunga mają niezłe przypisy, ale i tak  nie będe sobie tego czytac do poduszki. Podobnie jak dzieł zebranych z biblioteki piewców stalinizmu, czy jakoś podobnie.  Trochę było dubletów, poradników tego i owego, politycznych, sporo radzieckiej propagandy i zupełnie przyzwoita ilość rzeczy interesujących z różnych zakresów. 

Przejrzeliśmy. Dziś jeszcze przyjechał mój brat, przekopał się przez to, co nas nie interesowało i też zabrał tak około setki. 

Zostało jeszcze sporo, niektóre nawet niezłe, ale po prostu nie nasz klimat.  Skorupiak zaczął dzielić tematycznie i pakować w zgrabne pakuneczki powiązane sznurkiem - jeśli jeszcze ktoś będzie coś z tego chciał, to widać, co w środku i da sie wyjąć, a łatwiej to gdzieś upchnąć - na razie leżą w miejscu przeznaczonym na choinkę.

W ramach przerywnika Skorupiak poszedł z psem i torbą z makulaturą. Wrócił dziwnie rozchachany, twierdząc, ze on jednak nie powinien chodzić do śmietnika. 

Już wiedziałam, co usłyszę. Ktoś wyrzucił porządne książki, a on sie nimi  - z dobroci serca, bo zimno - zaopiekował....

Ostatkiem tchu zaproponowałam, żeby poszedł na dwór i wsadził łeb w najbliższą zaspę, może ochłonie i przestanie robić takie rzeczy, ale zmroził mnie celnym pytaniem:

- Jesteś pewna, zę chcesz, żebym wyszedł na dwór? A jak tam będą znowu jakieś książki?

No faktycznie. Przy naszym szczęściu pod zaspą też by znalazł, a zapasy miejsca na półkach już nam sie skończyły. 

- To wsadź ten łeb do zamrażarki.

Chociaż prawdę mówiąc, tego tez sie boję.....

 

niedziela, 21 października 2012

Tak mi sie jakoś dziś przypomniały książki Kiplinga. 

W polsce poza Księgą dżungli tak naprawde mało znany - podejrzewam, że byłby to jedyny ( o ile w ogóle) tytuł, który jest jakos rozpoznawany i kojarzony z nim.

A przecież to wcale nie jest jedyne jego dzieło.

Kapitanowie zuchy, Stalky i spółka, Kim, Puk z pukowej górki, Takie sobie bajeczki.... 

Książki mojego dzieciństwa. Stalkiego kochałam bardzo, do tej pory cytaty z niego są w użyciu ("i możesz być sobie tak prywatny, jak tylko ci sie podoba, na drugim końcu tej ławki", "ja ci widzy!!!", pełzająca koteczka, "beczenie jagnięcia rozbestwia tygrysa" i wiele innych). 

Kim to całkiem inna sprawa. Książka obecnie może być niepopularna - nie bez powodu Kipling był zwany piewcą Imperium Brytyjskiego. Tylko powstaje pytanie, czy to, że obecnie takie spojrzenie jest niepoprawne politycznie, oznacza, że mamy zapomnieć  o tym, że kiedyś tak ludzie myśleli? 

Obecnie zapanowała taka dziwna moda na wymazywanie z historii tego, co nie pasuje do dzisiejszego widzenia świata. Burzymy pomniki, zmieniamy nazwy ulic, wywalamy z listy lektur utwory, które pokazują inne niż współczesne widzenie świata. Poleciał Murzynek Bambo, podejrzewam, że Chata wuja Toma też by nie przeszła, Kima mało kto zna...

A przecież jet różnica między prezentowaniem takich poglądów jako własnych i obowiązujących, a dostrzeganiem, że tak kiedyś było. Tego nie zmienimy, nawet jesli teraz uważa się to za niewłaściwe. Kiedyś bicie dzieci było na porządku dziennym, palenie papierosów  było w dobrym tonie, dzieciom należało wlewać litry mleka, tłuste dziecko było dowodem zdrowia i dobrobytu rodziny... Można tak długo. To wszystko się zmieniło, ale nie da sie zmienić przeszłości. 

Może więc zamiast uciekać przed nią warto by sie jej przyjrzeć dokładniej, przeanalizować, co było złe, wyciągnąć wnioski, zobaczyć ile jednak sie zmieniło? Literatura jest tu świetnym materiałem, bo przedstawia obraz epoki, bez konieczności robienia teraz eksperymentu na żywym organizmie.

Chociaz obawiam się, że dla fanatyków z pewnego ugrupowania politycznego jest to nie do przyjęcia.  Bo przecież trzeba wymazać myślenie inne niż ich, żeby komuś przypadkiem nie przyszło do głowy, że coś w tym jest.... 

I dlatego o Kiplingu sie zapomina...

sobota, 06 października 2012

Tak mi sie jakoś ostatnio przypomniało - w jakiejś książce występował wredny pudel zwany przez kochającą właścicielkę Pieszczusiem, a przez grono osób patrzących bardziej krytycznie - Szczusiem. Nie bez powodu, jak sie łatwo domyślić.

Książki nie pamiętałam kompletnie - ani tytułu, ani autora, epoki, fabuły - dno, zostało mi imię psa i jego wredny charakterek.

Zapytałam Skorupiaka, czy może jemu coś nie dzwoni - często dzwoni w takich sytuacjach i możemy się pobawić w nasza ulubiona grę - on mi podrzuca jakąś podpowiedź (która zwykle jest tropem co najmniej pobocznym, albo sformułowaniem niewiele ułatwiającym), a ja usiłuję rozpoznać cytat czy sytuację i na tej podstawie rozgryźć, co to za dzieło.

Tym razem Skorupiakowi nic nie dzwoniło. Trudno się mówi, machnęłam ręka na Szczusia i zajęłam się czym innym.

Dzisiaj, bedąc cokolwiek zmuloną i zakatarzoną, postanowiłam poczytać coś mało ambitnego, a zabawnego - sięgnęłam w ciemno na dawno nie odwiedzaną półeczkę z romansidłami. 

Złapałam pierwszą książkę, której nie pamiętałam na tyle dokładnie, że nawet streszczenie na okładce mi nie pomagało.

I cóż sie okazało? Mialam nosa. To właśnie tu występował Szczuś!!!

Jednak nie ma jak przypadek w takich sytuacjach. Gdybym próbowała go znaleźć, zajęłoby mi to pewnie najbliższe dwieście osiemnaście lat kopania po półkach. A tak - sięgnęłam i jest.

Może dobrze, ze mnie trochę ten katar dopadł, przynajmniej Szczuś przestanie mnie denerwować swoim nieznanym pochodzeniem?

sobota, 07 lipca 2012

Jak juz wcześniej pisałam, obok łóżka mam stos książek. Może jednorazowo nie jest on wielki (żeby nie zleciało z hukiem na podłogę), ale zmienny i  przewija sie tam dużo różności. 

Między innymi dopadłam książkę profesora Jacka Imieli "Medycyna moja miłość".

Rzuciłam się na to od razu. Nazwisko profesora znam od lat - dwukrotnie dokonał cudu wyciągając z grobu jedną z najbliższych mi osób. Zrobił to na tyle skutecznie, że mimo ponurych szacunków - no, pół roku życia to wszystko - te pół roku trwa już trzydzieści lat. I oby tak dalej. 

Książkę czytałam bezpośrednio po "Szarej godzinie" i od razu uderzyła mnie jedna różnica. Język. U Kucówny - niosący jak łagodna fala, jedwabisty, delikatny. Tu - szorstki, chropawy - tą chropawością człowieka, który mówi to, co ma do powiedzenia, krótko, treściwie, bez zbędnych dodatków, na które szkoda czasu. Ale zawsze uważając, żeby nie skrzywdzić, nie zranić. 

Cechą wspólną było widzenie drugiego człowieka -  nie jego wątroby, nerki czy serca. Całości. Podobnie jak Kucówna, profesor Imiela lubi i szanuje ludzi, i to widać w każdym zdaniu.  

Z każdego rozdziału, każdej historii widać jego ogromne zaangażowanie, chęć pomocy, fascynację medycyną. Profesor oprócz leczenia uczy, publikuje, jest ordynatorem Oddziału I Wewnętrznego i Nefrologii w szpitalu w Międzylesiu, konsultantem krajowym w dziedzinie chorób wewnętrznych. Od prawie 30 lat co roku poświęca swój urlop na wyjazd ze studentami  - nie będę sie rozpisywać, podlinkowany artykuł wyjaśnia wszystko. 

Niezwykły człowiek, fantastyczny lekarz i nauczyciel, prawdziwy mistrz - taki, jak dawniej, który przekazywał czeladnikom nie tylko wiedzę zawodową, ale i ducha, etos - a nie tylko, jak wielu dziś, wbijał regułki do głowy.

Fantastyczna książka, napisana lekko, z humorem, a przecież bardzo poważna. 

wtorek, 26 czerwca 2012

Ponieważ leże, to czytam. oczywiście, jeszcze łażę po necie, gram, głaszczę kota, śpie... Ale głównie czytam.

Mam podrzucila mi zestaw literacki na pierwsze parę dni. Początkowo zastanawiałyśmy sie nad czymś miły, lekkim i przyjemnym - słowem, nad romansidłami, żeby sienie denerwować niepotrzebnie. 

Ale jakoś tak wyszło, że na razie same świetne rzeczy, ciekawe i z całkiem przyzwoitej półki.

na pierwszy ogień poszła ostatnia książka Zofii Kucówny. "Szara godzina".

Wsiąkłam w nią.

Sa książki, w których wartością podstawową jest fabuła. Są takie, gdzie jest ona mniej istotna, ważne sa postacie, charaktery. Kucówna ujęła mnie językiem i życzliwością dla świata. 

Fabuły to nie ma, ot, oderwane obrazki, przeskoki w czasie, scenki, drobiazgi. Z uśmiechem, jakąś ogromną uważnością na drugiego człowieka, ciepłym spojrzeniem. Nawet różne nieprzyjemne sytuacje są opisane w sposób szalenie taktowny - jesli pisze o kimś dobrze, to zawsze z nazwiskiem, źle - "pani  X", "prezes". Ludzie ze światka będą wiedzieć, o kogo chodzi, mnie nie jest potrzebna wiedza, kto w danej sytuacji zachował się bez klasy. I tych nieprzyjemnych jest mało, one pojawiają sie niejako przy okazji, nie jest celem książki oplotkowanie i wyciągnięcie ich na światło dnia.

Do tego ogromna mądrość życiowa,  pogodzenie sie z przemijaniem, własnym wiekiem - ona siebie po prostu lubi, taką, jaka jest, z siedemdziesiątką na karku, zmarszczkami, chorobami, z tym, że pewne rzeczy na zawsze już są za nią... Lubi siebie i lubi życie. Takie, jakie jest, nie potrzebuje do niego photoshopa, dostrzega urok niedogodności. 

Do tego bijąca z każdej strony klasa. Język - po prostu piękny, ona nie potrzebuje używać wulgaryzmów, kolokwializmów, i zdecydowanie zna wiecej, niż przeciętne 800 słów zwykłego zjadacza chleba. Nie eksponuje tego, ona po prostu źyje tym językiem, to jest część jej osoby, a nie wyuczona maniera.

Piękna książka, napisana przez osobę z zupełnie innego pokolenia, niż ja, a jednak w jakiś sposób bardzo mi bliską. 

środa, 09 listopada 2011

Jest sobie taka pani weterynarz, Dorota Sumińska. Napisała (wspólnie z dwiema innymi paniami) książkę o zwierzakach - "Jak wychować dziecko, psa, kota... i faceta".

Nie czytałam całej, wstarczyły mi kawałki podsunięte przez mamę, która to dzieło zmęczyła, żeby zwątpić we wszystko.

Powalił mnie na kolana zwłaszcza kawałek o tym, jak to kot siedzi i wgłębia sie w swoją jaźń (albo jakoś podobnie idiotycznie to szło). 

Albo wątek o tym, że psa nie można ograniczać smyczą, bo będzie sfrustrowany. W związku z tym szanowna pani weterynarz, póki jeszcze mieszkała w mieście, z drżeniem serca puszczała w parku swego amstaffa luzem (głowy nie dam, czy to amstaff na pewno, ale w kazdym razie któraś z tych agresywnych ras) i rozglądała sie, czy nie widać innego zwierzaka. Na szczęscie wyprowadziła sie gdzieś na wieś  i chyba ma dom z ogrodem. 

Oczywiście nie można przywiązywać psa przed sklepem, bo biedne zwierzątko czuje sie opuszczone i porzucone.

Smycz jest pogwałceniem psiej wolności, bo nieszczęsny zwierzak musi iść tam, gdzie chce właściciel, a nie tam, gdzie by sobie życzył. 

Nie można niczego narzuca zwierzakom, bo to jest tłamszenie ich charakteru.

Takich głupot jest cała masa, antropomorfizacja na całego, kompletnie bez uzasadnienia. Ta pani wyraźnie nie ma pojęcia o psiej czy kociej psychice. Nie rozumie, że pies jest zwierzakiem stadnym i bardzo hierarchicznym, potrzebuje jasnego ustalenia, kto rządzi, czystych, klarownych reguł i informacji, kto kogo ma słuchać. Bycie przewodnikiem stada to odpowiedzialność, a w warunkach ludzkiego społeczeństwa pies nie jest  stanie jej udźwignąć - bo niby jak ma sie orientować, skąd sie bierze jedzenie, jakie są zasady ruchu drogowego, co zrobić, żeby całe stado miało norę / mieszkanie? To wszystko powoduje, zę automatycznie pies zajmuje niższą pozycję w stadzie i póki jest to jasno określone, to jest dobrze. Gdy robi sie zamieszanie - ja dostarczam jedzenie (przywilej, ale i obowiązek przywódcy), a pies sam decyduje, gdzie idzie, to taki Azor czy inny Bryś głupieje - bo w końcu nie wiadomo, kto tu rządzi. 

To tak jak z bezstresowym wychowaniem dzieci - potrzebują reguł i granic, zęby sie czuć bezpiecznie i móc nauczyć, jak ten dziwny świat działa. Brak reguł powoduje brak oparcia i poczucia bezpieczeństwa.

Wątek o kocie wgłębiającym sie we własną jaźń wywołał u mnie paroksyzm śmiechu. Owszem, koty wyraźnie lubią obserwować. Nieraz widziałam, jak mój Czort układał sie na oknie i tlko wodził wzrokiem za wszyskim, co sie ruszało, czasem tylko wąsy szły mu do przodu jesli tym czymś bylo stado szpaków. 

Albo jak układał się na najniższej gałęzi drzewa, na którym było srocze gniazdo i słuchał, jak sroki zaczynały sie wściekle drzeć nad jego głową. Ale żeby od razu jaźń?????

Generalnie panią Sumińską zaliczam do niezbyt przeze mnie szanowanego gatunku zwanego "ciotka-entuzjastka". Chce dobrze - plus dla niej. Kocha zwierzęta - kolejny.

Ale trzeba to wszystko robić mądrze, a tego zabrakło....

Książka do oddania.

sobota, 13 sierpnia 2011

kolejna dobra książka. Niezwykła, tak jak niezwykły jest jej bohater - kot. 

Oskar - i parę innych kotów - mieszka w domu opieki. Juz samo to jest dla mnie niezwykłe - u nas natychmiast wrzask by podniosły różne Sanepidy i inne urzędowe złe duchy - że niehigienicznie, ze zwierzaki brudzą, że mogą jakąś zarazę przynieść, że kłaki w powietrzu fruwają i w kuchni nie będzie idealnie sterylnie... 

Na szczęście tam trafiło na nieco mądrzejszych ludzi. koty mieszkają i dobrze sie mają, a pacjenci są zachwyceni. Jest ktoś, z kim można porozmawiać, kto powoduje, ze jest tam nieco bardzej domowo...

Oskar nie lubi sie spoufalać z ludźmi. Czasem pozwala sie pogłaskać, ale ogólnie to uprzejmie pozwala korzystać personelowi ze swojego gabinetu - i dba, zeby nikt o tym nie zapomniał. Spojrzeniem potrafi doprowadzić do pionu lekarza, który zapomniał, kto tu rzadzi. 

Niezwykłośc Oskara polega jednak na czym innym. Bezbłędęnie wyczuwa, gdy któryś z pacjentów ma umrzeć  - i wtedy pojawia sie u niego w pokoju i odprowadza w wieczność. Pomaga również ich bliskim -  podczas ostatnich godzin spędzonych przy łóżku matki czy ojca czują się dzięki niemu mniej opuszczeni.

Skąd to wynika? Na jakiej podstawie zwykły kot tak bezbłędnie przeczuwa zbliżającą sie śmierć?

I dlaczego w Polsce kot nie może mieszkać w takim miejscu - by pomagać odchodzącym?

Piękna książka o trudnym miejscu - domu opieki - w którym zamieszkał dobry duch....

 

 

"Oskar - kot, który przeczuwa śmierć", David Dossa

niedziela, 31 lipca 2011

nad jeziorem pożyczylam od fiony książkę. Zaczęłam czytać i od razu coś mnie trafiło. 

Chodzi mi o "Bojową pieśń tygrysicy" autorstwa Amy Chua. Reklamują to różnie - jako świetną książkę, która wywróci do góry nogami nasze teorie wychowawcze, rzecz bardzo śmieszną, i takie tam.

A ja przeczytałam i nie dość, że jestem zła, to czuję sie jak matołek, bo za Chiny ludowe nie wiem, co tam było takiego śmiesznego, ani też co mogłabym przenieść na swoje poletko w kwestii wychowywania dzieci.

No bo co? Wrzaski na dzieci, żeby wykonaly moje polecenia? Oszukiwanie ich po to, żeby jednak zrobiły to, czego chcę? Hipokryzję? Kompletne lekceważenie własnego dziecka, jego potrzeb, uczuć, prawa do szcześcia? Łamanie psychiki dziecka, żeby było posłuszne za wszelką cenę? Cięcie równo z trawą wszelkich przejawów samodzielnego myślenia, bo zdanie inne niż matki nie ma prawa istnieć? (mimo, ze wcześniej chwali sie, ze sama wyłamała sie ojcu i poszła na studia nie tam, gdzie chciał). Chore spojrzenie na to, co powinno być celem życiowym - sukces za wszelką cenę? Szczęście w słowniku tej pani nie istnieje w ogóle, ona nie rozumie uczuć. Dzieci mają zrealizować scenariusz życiowy, który dla ich wymysliła, mają być we wszystkim najlepsze - drugie miejsce to dla "chińskiej matki" wstyd i porażka? 

Trudno sie dziwić, że przy takim podejściu do życia, gdzie pojedynczy człowiek nie jest odrębną istotą, tylko trybikiem, przedłużeniem linii hodowlanej i kamyczkiem do chwały przodków, jest tak wiele samobójstw. W takim świecie nie ma po co żyć, więcej, nie da sie żyć - bez szkody dla zdrowia. Ciekawa jestem, czy w Chinach w ogóle istnieje taki zawód jak psycholog. Raczej nie, skoro celem życiowym nie jest ani szczęście, ani samorealizacja. Z tej książki wynika, ze oni nie mają marzeń, tylko cele, kolejne progi do osiągnięcia, a zaraz potem wyznacza sie kolejne, również niebotycznie wysokie.

Uzasadnienie tej mamuśki tez jest dla mnie powalające: Otóż ona znęca sie nad własnymi dziećmi bo jest to wyraz jej wiary w ich mozliwości! Jakby odpuściła, przestała tak łamać psychikę córek, musztrować je niczym w wojsku pruskim, to by znaczyło, ze nie wierzy w ich możliwości.

Uderzył mnie tam w pewnym momencie taki wątek: Córka na koniec roku zajęła drugie miejsce na całą szkołę. Matka zrobiła jej koszmarną awanturę, że nie ma prawa tego powtórzyć, nic poniżej pierwszej lokaty nie wchodzi w grę. I w następnym roku już dziewczynka faktycznie była pierwsza, a kolega - też Chińczyk, który wcześniej ją nietaktownie wyprzedził, drugi. I tak już zostało do końca szkoły. Kwestię tego chłopaka skwitowała krótkim: Cóż, biedny Iksiński. Ciekawe, co by  zrobiła, jakby miała dwoje lub więcej dzieci w tej samej szkole - nie ma siły, któreś by było najlepsze. I co wtedy?

Na szczęście zakończenie pokazuje, ze takie metody na dłuższą metę sie nie sprawdzają.  

Nie będę zdradza, co sie stało, ale powiem, ze miałam złośliwą satysfakcję na koniec. 

 

Ogólnie - wkurzyłam sie. I mimo, ze przeczytałam tę książkę już dobre parę dni temu, to wciąż się gotuję, jak o niej pomyślę. Dobrze, ze jest pożyczona, oddam i nie będzie mi właziła w oczy. Moja dusza psychologa  i matki za bardzo cierpi widząc taką krzywdę wyrządzaną dziecku przez własną matkę.

wtorek, 26 lipca 2011

Od dawna zbierałam sie do tej notki, ale jakoś nie mogłam dotrzeć - stale były inne, bieżące tematy i jakoś umykało. 

A będzie znowu o ksiące, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie.

Jessica jest nastolatką z Australii. W maju skończyła 18 lat. Wcześniej, jescze zanim skończyła 17, opłynęła świat - samotnie, bez zatrzymywania sie w portach i bez żadnej asysty towarzyszącej jej podczas rejsu. 

Brzmi wariacko, prawda? Jak szykowała sie do tego rejsu, dwa lata temu, w mediach rozpętała sie niezła burza - czy pozwolić takiej małolacie na to szaleństwo, czy, wręcz przeciwnie, zamknąć w wariatkowie, a przynajmniej odebrać rodzicom prawa rodzicielskie, skoro poważnie rozważają wyrażenie zgody.

A jednak nie był to tak nieodpowiedzialny i nieprzemyślany wybryk. Wręcz przeciwnie, przemyslany w najdrobnijszych szczegółach i znakomicie przygotowany od strony techniczno-logistycznej. Nie wspominając już o sprawie podstawowej - kompetencjach żeglarskich samej Jessiki. W dniu 16 urodzin odebrała patent kapitański - najwyższe uprawnienia, jakie istnieją w tej dziedzinie. Skończyła całą masę kursów - medycyna morska, ratownictwo, łączność, różne techniczno-mechaniczne - i czort wie, co jeszcze. Wypływała tysiące mil na różnych jednostkach i na różnych stanowiskach. Pracowała ciężko, żeby zarobić jak najwięcej, zanim znaleźli sie sponsorzy. Współnie z przyjaciółmi spędziła niejedną godzinę na szykowaniu starannie wybranego jachtu.

Słowem, jest to wspaniała historia o realizacji marzeń. O  tym, że jak sie naprawdę chce, to sie da. o samozaparciu, zmęczeniu, nieprzespanych nocach, strachu w czasie sztormów (w czasie jednego z nich zaliczyła cztery wywrotki!!!!). O ogromnym zaufaniu i odwadze rodziców dziewczyny - mogli przecież w majestacie prawa zakazać jej wyprawy i tyle. A jednak uwierzyli w nią, puścili - mimo wszelkich obaw, czy się uda - czy ona sobie da radę, czy wróci... Przecież na trasie miała przylądek Horn, płynęła w tzw. Ryczących Czterdziestkach - to wszystko są bardzo trudne i niebezpieczne rejony.

Jeśli chcecie poczytać o niej więcej - to zapraszam na jej oficjalnego bloga.

 

piątek, 01 lipca 2011

Dopadłam ostatnio książkę.

Nie jest to nic nadzwyczajnego, jestem nałogowcem w tej dziedzinie. Ale tym razem książka zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, że muszę to jakoś uporządkować.

Napisana jest przez nastolatka. Też można powiedzieć, ze nic specjalnego, coraz więcej małolatów z powodzeniem sięga po pióro (następna notka książkowa też będzie o małoletniej autorce). 

A jednak - tym razem jest to niezwykłe. 

Autorem jest Liam Creed, tytuł- "Szczeniak - jak labrador ocalił chłopca z ADHD".

I o ile często takie tytuły sa mocno naciągane, żeby zwrócić uwagę potencjalnego czytelnika, to tym razem nie ma tu grama przesady. 

Liam pisze o sobie. Ma kilkanaście lat, starszego brata, młodszą siostrę, kochających rodziców. I ADHD - zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi. Tym, którzy znają temat, tłumaczyć nie trzeba, ci którzy nie znają - niech sie cieszą. Uwierzcie mi, taki ktoś to dla otoczenia piekło i szatany, życie pod jednym dachem (a często w jednej dzielnicy) to koszmar.

Książka jest niezwykła właśnie przez to spojrzenie "od środka" - jest coraz więcej podręczników dla rodziców, lekarzy, psychologów, rad, jak pracować z takim dzieckiem, jak je leczyć, wychowywać. A tu można przeczytać, jak czuje sie taki człowiek, który robi różne głupie rzeczy, ale na pytanie - dlaczego? potrafi tylko bezradnie powiedzieć "nie wiem". I naprawdę nie wie. Który wybucha znienacka, atakuje innych, niszczy wszystko. którego omijaja rówieśnicy, ich rodzice nie pozwalają sie bawić razem "z tym łobuzem". którego w szkole wszyscy traktują jak zło konieczne, dywanik u dyrektora przynajmniej raz dziennie jest obowiązkowym punktem programu, który jest sam, przekonany o własnej nędzy intelektualno-moralno-wszelakiej. Którego wszyscy - na szczęście z wyjątkiem rodziny - mają zwyczajnie dość. I który ma swoje miękkie punkty - lubi dzieci (ale któż pozwoli zbliżyć się do malucha takiemu bandycie), kocha i marzy o psie....

Liam ma w tym wszystkim jeszcze jednego sprzymierzeńca - wychowawcę. Wysuwa on kandydaturę chłopaka do programu realizowanego przez BBC - rehabilitacja trudnych dzieciaków poprzez szkolenie psó dla osób niepełnosprawnych. Brzmi jak bajka - wymarzony, wytęskniony pies sam przyszedł. I naprawdę uratował mu życie....

To jest książka dla każdego rodzica dziecka z ADHD. Pokazująca świat, do którego zwykle nie ma dostępu - świat emocji takiego kogoś. Jego koszmarną samotność, wyobcowanie, lęk. Potrzebę akceptacji. To nie są złe dzieciaki, naprawdę. Wbrew opiniom różnych "geniuszy" na wielu forach, parę mocnych w tyłek nie załatwi sprawy, bo to NAPRAWDĘ JEST CHOROBA. Można pomóc z nią żyć, ale nie zmieni sie w ten sposób budowy i funkcjonowania mózgu - no, chyba, że na dużo gorsze.

Warto sięgnąć po Szczeniaka.  Naprawdę.

poniedziałek, 23 maja 2011

Już wielokrotnie ten temat sie pojawiał. I zapewne bedzie pojawiał sie dalej, ale co ja poradzę, czytamy mu stle, czytamy dziwne rzeczy... A młody wchłania to niczym gąbka, dopomina sie o kolejne, wybiera książki. Franklina juz nie czyta - wyrósł z niego. Ostatnio były opowiadania księdza Malińskiego, potem byczek Fernando, a od przedwczoraj... Sen nocy letniej.

Skorupiak starannie tłumaczy, kto jest kto, żeby sie mlodemu nie poplątało - i widać, zę Piotrkowi sie to podoba. Dziś wieczorem kładłam go przed powrotem Skorupiaka z pracy - młody poinformował, co ma być czytane, przekręcając jakoś śmiesznie tytuł, ale jednoznacznie chodziło o Szekspira.

i tak sobie wyobraziłam scenkę - klasa czyta na lekcji, dukając mozolnie, Sierotkę Marysię - a Piotrek pod ławka czyta Makbeta. I pytanie, co na to polonista....

Może być zabawnie.

poniedziałek, 28 marca 2011

Pochwalę sie, a co.

Inspiracją do tego wpisu był komentarz p. Macieja Grabskiego, autora Księdza Rafała - jednej z najlepszych książek ostaniego roku. Przynajmniej moim zdaniem. Zaszczyt mnie kopnął, p. Maciej zajrzał do mnie na bloga i nos mi sie zadarł do góry pod sam sufit.

W poprzednią sobotę była rodzinna impreza. Nie byle jaka, potrójna - urodziny i imieniny stryja i dwójki spośród jego dzieci. Spęd rodzinny wyszedł całkiem spory, 24 osoby. Fajnie było, na koniec wapniaki sobie posżły, a młodzież została i można było pogadać. Ucieszyło mnie to niezmiernie, bo po raz pierwszy chyba w historii zaliczyłam sie do grupy młodzieży - miedzy mną a najstarszym z tego towarzystwa gospodarzem jest 9 lat róznicy. A do najmłodszej jubilatki mam 18.... Innymi słowy, jak ja uczylam sie do matury, to ona uczyła sie chodzić.

Tym razem odesłaliśmy Piotrka z moimi rodzicami - nocowanie u dziadków to wielka frajda, a my mieliśmy wolny wieczór.....

Tyle tytułem wstępu.

A notka jest o prezencie, jaki owa najmłodsza kuzynka dostała od swej starszej siostry.

Mianowicie dostała książkę "Ksiądz Rafał - niespokojne czasy".

Moja mama, jak to zobaczyła, to zawarczała groźnie, aż sie ofiarodawczyni spłoszyła nieco, gdyż książka jednak nie powinna wywoływać aż takich emocji (choć czasem wywołuje ale o tym później - jak nie zapomnę).

Dowcip polegał na tym, że mama juz kupiła to jak prezent imieninowy dla babci - czyli na początek maja. A ponieważ kuzynka mieszka dwa piętra nad babcią i tam pierwsza część tej książki krążyła  między piętrami (mało powiedziane, wyrywali ją sobie!!!), to nie było najmniejszej szansy, żeby Ksiądz Rafał nie wpadł babci w ręce.

W związku z tym całe zamieszanie zostało z chichotem opowiedziane dziadkowi, który  sie mocno ubawił (i ucieszył, bo też chciał przeczytać), po czym stanęło na tym, że babcia swój prezent imieninowy dostanie na 6 tygodni przed terminem.....

A dziadek jeszcze dołożył ciąg dalszy przebojów z tą książką. otóż był ostatnio w okolicach kurii  i zajrzał tam do księgarni, pytając między inymi własnie o Księdza Rafała. I usłyszał oburzoną odpowiedź, że tego nie ma i nie będzie!!!!

Panie Macieju, bardzo Pan nadepnął na odcisk różnym osobom, którym sie wydaje, że wśród księży nie ma miejsca na ambicyjki, rozgrywki personalne, nieczyste zagrania. Które nie pamietają, zę księżą sa też ludźmi i miewają całkiem ludzkie przywary.... Dobrze, ze czasem ktoś o tym przypomina.

 

sobota, 05 marca 2011

to chyba na fali raportu na temt polskiego czytelnictwa tak mnie wzięło, ale ostatnio poprostu nie wiem, w co mam ręce włożyć (a raczej nos wetknąć). Czytam po kilka książek na raz, w tempie jak za starych czasów licealnych - po jednej dziennie, i to porządną literaturę, nie mówie o harlequinach.

Ostatnio w czytaniu były:

  • targowisko próżności - Thackeray
  • Znachor - Dołęga - Mostowicz
  • profesor Wilczur  - Dołęga - Mostowicz
  • kilka tomów Harrego Pottera
  • ksiądz Rafał - niespokojne czasy - Maciej Grabski

Ta ostatnia pozycja to najświeższy nabytek, z którego się cieszę jak świnia w błocie. Wczoraj odebrałam przesyłkę z Merlina, i jak zaczęłam, to czytałam do pierwszej w nocy - póki nie skończyłam. Z pierwszą cześcią było tak samo, pochłonęłam od ręki, a potem smakowałam sovie po raz drugi i trzeci.

Tu radośc była tym większa, że nie miałam pojęcia, iż będzie ciąg dalszy - dowiedziałam sie na początku tego tygodnia.

A w kolejce do przeczytania na razie czekają:

  • I wciąż ją kocham - Sparks
  • W naszym domu - J. Picoult
  • 50 wielkich mitów psychologii popularnej

To są zdobycze ostatnich dni, Sparksa pożyczyłam od mamy, ale dwie pozostałe to efekt wpuszzenia mnie do księgarni - nie ma znaczenia, wirtualnej czy stacjonarnej.

Do tego wszystkiego oczywiście dochodzi trochę różnej literackiej drobnicy typu romansidła  - wcale niezamierzam sie wypierać, ze też je czytam. i do tego uważam, zę są bardzo pożyteczne.

Po pierwsze dlatego, że dla niektórych jest to w ogóle jedyny kontakt ze słowem pisanym, więc lepiej, żeby był taki, niż żaden.

Po drugie - są optymistyczne, co w ponurym zalewie nieszczść, kataklizmów, nieuczciwości ludzkiej i ogólnych komplikacji życiowych daje czasem odrobinę oddechu.

Po trzecie, czasem są zabawne - jest sie z czego pośmiać, a przynajmniej uśmiechnąć w zalewie - jak wyzej.

Po czwarte - bywają tak głupie, zę aż ziemia dudni, co może znakomicie wpłynąć na samopoczucie czytelnika - jaka to ja jestem genialna że dostrzegam miernotę literacką takiego dzieła. Co prawda wówczas zwykle nie dostrzega się drugiej strony tego medalu - to znaczy tej, ze jednak w końcu z jakiegoś powodu tę głupotę się czyta... Ale co to ma właściwie do rzeczy?

Tu mi sie przypomniał mój polonista z liceum, który oprócz baaardzo wysokiego mniemania o własnych kompetencjach merytorycznych miał czasami dość dziwne poglądy na literaturę, i mawiał, ze wielka literatura to taka, której sie nie daje czytać.

środa, 09 lutego 2011

W związku z uszkodzoną nogą moim głównym zajęciem jst siedzenie na tyłku w łóżku z laptopem na kolanach.  A w związku z Piotrkową ospą niewykonalne jest pisanie czegokolwiek poważnego (np. pracy zaliczeniowej, która mi wisi nad głową...).

Wobec powyzszych faktów po przeczytaniu iluś książęk znanych i kochanych postanowiłam sięgnąć po coś nieznanego.

Bardziej ambitnego, może  do przemyślenia, może coś... jednym słowem, sama nie wiedziałam, czego chcę.

Poczłapałam do salony, stanęłam z zamyśloną miną przed ścianą zastawioną książkami....

I do dziś nie mam pojęcia, czemu wybrałam akurat Targowisko próżności Thackeraya. NIe cierpię tego stylu pisania - protekcjonalne poklepywanie czytelnika po ramieniu, zdecydowanie przydługie dygresje i popisywanie sie wiedzą autora dotyczącą tego, co kto mysli, tłumaczenie, dlaczego autor może to wiedzieća czytelnik nie, dywagacje na temat, co, kto, gdzie i z kim robił, a czyj służący pił piwo, a która lady nie przywitała sie z kimś tam.

Do tego nie znoszę ludzi takich jak główna bohaterka - Rebeca Sharp. Cwana, bezwzględna, wykorzystująca ludzi do własnych celów, nie licząca sie z nikim i niczym. I nie mam ochoty zagłębiać sie w ich małe duszyczki, patrzeć, jak niszczą życie kolejnych osób.

Trzeba autorowi oddac sprawiedliwość, zę portret brytyjskiej arystokrcji jest tam bardzo dobrze nakreślony, tylko że mnie to nie bawi.

I niech mi ktoś wytłumaczy, czemu ja to zaczęłam czytać? I czemu zmogłam do końca, zamiast po prostu odstawić na półkę?

wtorek, 04 stycznia 2011

skończyliśmy dziś czytać z piotrkiem trzecią część Kronik Narnijskich.

Zastanawiam sie trochę co dalej - ale chyba z Narni to mu jeszcze przeczytam tylko Konia i jego chlopca, bo dwie ostatnie (Siostrzeniec czarodzieja i Ostatnia bitwa) są słabsze, a Srebrne krzesło też mi sie jakoś nie zapisało w pamięci aż tak bardzo. Poza tym jest jednak nieco mroczniejsze, niż pozostałe części (w każdym razie jak na czterolatka). 

Tak sobie myślę, ze może teraz zmienić całkowicie nastrój. Misia Paddingtoa bym mu poczytała, ale trochę sie boję, ze zacznie naśladować pomysły przedsiębiorczego niedźwiedzia, a tego wolałabym uniknąć. Może Muminki? A może Ronję, córkę zbójnika? Ferdynanda Wspaniałego? Alego Gatora? Ryżego Placka? Olgę Dapolgę? kurczę, tych książek, które znam i kocham (i mam na półce) jest taka masa, że nie wyrabiam sie z czytaniem, chciałabym od razu wszystko na raz. niech on sie nauczy czytać sam, będzie łatwiej...

Wracając do Kronik Narnijskich, to, że nie pamiętam zbyt wiele z dwóch ostatnich części jest dla mnie starym, od dawna wypróbowanym sygnałem, zę książki mi sie nie podobały. To jest trochę niesamowite, jeśli książka mi sie podoba, pamiętam ją dobrze, ba, potrafię cytować całe zdania po latach, rozpoznaję teksty i postacie, nawet, jeśli przez 10 lat nie miałam jej w ręku.

Jesli coś mnie nudzi - po odwróceniu ostatniej strony nie potrafię powiedzieć, o czym to było, kto tam występował i w ogóle o co chodzilo. Czarna dziura normalnie, kompletna pustka w mózgu.

Było to cholernie kłopotliwe w szkole, bo polonistka za żadne skarby nie chciała uwierzyć, że ja naprawdę zmęczyłam te lektury. I w sumie trudno jej sie dziwić, nie byłam w stanie powiedzieć kompletnie nic, nawet wymienić bohaterów. A czasem sypałam cytatami, skojarzeniami, najdrobniejszymi szczegółami.... Mój pech polegał w podstawówce na tym, że nie znosilam większości lektur. To nie znaczy, żeę nie czytałam - wręcz przeciwnie, czytałam mnóstwo, tylko nie to, co kazali. Miałam fioła polarnego - Anundsen, Nansen, Centkiewiczowie, pochłonęłam chyba wszystkie książki o wyprawach Thora Heyerdahla, oczywiście wielokrotnie czytałam trylogię Tolkiena, i całą masę innych rzeczy. Z lekturami tez było tak, że albo czytałam je kilka lat "przed terminem" - albo ich nie znosilam. Wlaściwie od pozytywizmu poczynając, flaki mi sie wywracały na to , czym nas raczyli. NIe trawiłam Żeromskiego, Zapolskiej, Białoszewskiego, większość wojennych mnie odrzucała....  Być może była to kwestia nie tyle samych książek, co polonistki która sie nie nadawała do tego zawodu, ale to inna sprawa. Dyrektorką była świetną, jako nauczyciel - cóż, główną jej zaletą było to, ze w związku  z dyrektorzeniem często opuszczała lekcje. Ale pomińmy ten temat....

Do tej pory to, ile pamietam z książki jest dla mnie bardzo jasnym sygnałem. Jeśli pamiętam - książka warta zajrzenia ponownie, jesli nie - szkoda czasu. Bardzo wygodne, zwłaszcza, ze z mamą mamy podobny (choć nie identyczny) gust literacki i zdarza się, ze zamiast streścić - mówię, ze nia pamiętam. A ona wtedy wie, że nie warto...

wtorek, 11 maja 2010

Kuzynka parę dni temu wyszła za mąż. Zdarza się, a jak ktoś ma takie stada kuzynek jak ja, to tego typu imprezy są dosyć często.

Kuzynka poprosiła , zeby zamiast kwiatów goście przynieśli książki z dedykacją. Pomysł ładny, potuptałam do księgarni. Znalazłam książkę, która na oko wydawała się całkiem sympatyczna - autor mi nieznany, ale opis brzmiał dobrze. Nabyłam.

Po czym z przyczyn różnych na ślub nie poszłam i zostałam z książką. Oczywiście rzuciłam sie do czytania. I mnie wchłonęło na całego. Przeczytałam raz - jednym tchem. Potem drugi, trzeci i teraz czwarty - smakuję sobie.  I nadal sie zachwycam.

Jest to opowieść o młodym księdzu, który znienacka zostaje proboszczem na wsi pod koniec lat siedemdziesiątych. Piękna, pogodna, z dużą dozą humoru i ogromną sympatią do ludzi. Ci ludzie wcale nie są idealni. Nie, każdy ma i wady i zalety, słabostki, popełniaja błędy, sa ludzcy. Prawdziwi.

Czy jeśli powiem,że zakochałam sie w "Księdzu Rafale" to posypią sie na mnie gromy za niemoralne postępowanie?

Nawet jeśli, to trudno. Wracam do czytania.