O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
Archiwum
O autorze

  Statystyki
stat4u

bar sałatkowy

piątek, 04 maja 2018

Ależ owszem, olet!!!!

 Któryś z (....-cenzura) kocurów nasikał mi do torby. Na szczęście płóciennej, więc poleciała do pralki. Gorzej z portfelem, skórzanym. 

No i w kwestii prania brudnych pieniędzy władze mają jakieś dziwne poglądy, z jakiegoś powodu nie lubią, jak się komuś na higienę zbierze.

I co ja mam zrobić, jak mi forsa śmierdzi?

 

Idę wydawać!

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

W piątek porzuciłam wszystkich moich facetów i godnym krokiem oddaliłam się w  stronę dworca PKP. 

 Oczywiście wszystko przez Skorupiaka - wysłał mailem bilety na pociąg i zapowiedział, ze mam spadać i nie wracać przed końcem weekendu. 

Brzmi paskudnie, prawda? Cieszyłam  się jak prosię w deszcz i do tej pory jestem mu bardzo wdzięczna. Dogadał z przyjaciółmi, ze mnie przygarną i od paru miesięcy usiłowali skleić dogodny termin. Wreszcie się udało.

Udało się tym bardziej, ze pogoda była piękna, a M wreszcie skończył pisać  książkę, o którą go długo piłowałam i mogłam  wreszcie przeczytać. Co prawda drukarnia nie zdążyła, ale od czego Kindle? Przeczytałam dwa razy ciurkiem, powzruszałam się, pochichotałam. Przegadaliśmy cały weekend, włócząc się po Krakowie i okolicach i było cudownie.  

Muszę częściej powtarzać takie wyskoki, są znacznie lepsze niż wyjazd do SPA (co byłoby straszne).

poniedziałek, 09 kwietnia 2018

Garda odeszła dziś za Tęczowy Most.

Dziś pojechałam z nią na usg - i nie było już żadnych wątpliwości. Przerzuty do wątroby, śledziona też cała ze zmianami, powiększona, płyn w jamie brzusznej, temperatura, która nie dawała się zbić po kroplówce....

Do zobaczenia, Czarna Kuro. Biegaj tam razem z Czortem i Agrą....

 

 

niedziela, 08 kwietnia 2018

...nie beret co prawda ale szal. Piękny, w intensywnych kolorach, czerwono-pomarańczowy. Dostałam w prezencie :)

A wszystko dlatego, że Starszyzna Plemienna wypuściła się na wycieczkę do Wilna. 

W związku z powyższym oczywiście Garda - ich pies - miał trafic do nas. Nie trafił, bo Gardzielec - starsza pani, schorowana i po operacjach, znowu zaczęła wywijać numery zdrowotne i to takie, ze  w piątek wszyscy byli przekonani, że trzeba będzie ją uśpić. 

Udało się babę wyciągnąć, ale musiałam siedzieć przy niej, niańczyć i robić kroplówki. Mam od tego całkiem  płaski tyłek, nie lubię siedzieć na podłodze, a musiałam jednak ją trochę pilnować, żeby nie wylizywała wenflonu. oprócz tego kontrola weterynaryjna naszych kotletów, odstawienie rodziców na lotnisko w sobotę o świcie, pozbieranie ich stamtąd chwilę później, bo im odwołano lot i przesunięto na parę godzin później, zakupy, odstawienie ich na lotnisko ponownie, pozbieranie po powrocie..... 

W sumie w domu byłam krótko, większość czasu spędziłam albo u weterynarza albo bawiąc się w pomocnika tegoż i lecząc psa. 

Warto było, choćby po to, zęby zobaczyć szczęśliwy, choć zmęczony pyszczek Mi :). 

Zawinęłam się teraz w szal i mi dobrze....

niedziela, 25 marca 2018

Wczoraj podczas zakupów trafiłam na kolejną perełkę do kolekcji Cudacznych Nazw Spożywczych.

Ser żółty Hipokryta blok.

Nawet dobry ten hipokryta, z orzeszkami...

NIe sądziłam, ze kiedykolwiek będę chwalić hipokrytę :))))

sobota, 24 marca 2018

Bardzo sobie chwalę to chińskie allegro.

Ostatnio podobno po fb ktoś się pultał, że to dla buraków, cebulaków czy innych warzyw, bo chińskie badziewie i takie tam, ale mam to w nosie. Po pierwsze, nic nikomu do tego, co i gdzie  kupuję, dopóki sa to legalne produkty legalnie kupowane. A po drugie - masa przedmiotów, które mogę kupić w Polsce też pochodzi dokładnie z tego samego źródła, tylko dochodzi jeszcze pośrednik, albo i kilku. Tyle różnicy.

Ostatnio zakupiłam tam większą paczkę łat do naprasowania na spodnie. W pasmanterii kosztują 7 zł za parę, a ja kupiłam za 3 dolary z kawałkiem zestaw 4 par łat w różnych kolorach. Zamówilam sobie trzy takie zestawy i na jakiś czas będę miała spokój....

Dopadłam tam również kamienie, zwane różnie - szmaragdem Nilu, nocą Szanghaju, zielonym piaskiem pustyni... 1/3 polskiej ceny, a sznury dokładnie takie same, identyczne 37 kulek na sznurku.... 

Oczywiście, ze czasem trafi się badziewie, ale sumarycznie  - bardzo warto.

Wracam do szycie łat na Grześkowych spodniach....

Dzieci znowu zastanawiają się, czy się rozchorować. Grzesiek się trzyma, chociaż po południu (zwłaszcza po przedszkolu) mówi basem, ale Piotrek padł całkiem. 

I na niego jestem zła.

Tłumaczyłam jak chłop krowie w rowie, żeby nosił czapke na głowie a nie w kieszeni, żeby wkładał kurtkę... Nic z tego.

Wiem, że to taki wiek i wszystkie dzieciaki przechodzą przez tą głupią fazę, ale szlag mnie trafia.

Howgh!

Zrobiłam sobie wakacje, bo już naprawdę musiałam odpocząć.

Wyjechałam na jedną noc do rodziców. (na drugi koniec Ursynowa, całe 4,5 k, od domu).

Na dłuższy urlop raczej  się nie zapowiada.

poniedziałek, 19 marca 2018

Sklep w Kropki co roku ogłasza konkurs na książeczkę dla dzieci. W zeszłym roku wysłałam kilka historyjek i nawet przeszłam przez pierwsze sito (czyli mój tekst znalazł się wśród 100 wybranych z paru tysięcy do kolejnego etapu). Oczywiście na tym się skończyło, nagroda jest jedna i nie ja ją wygrałam.  Nie szkodzi.

Teraz postanowiłam spróbować raz jeszcze, wykopałam stare historyjki  i zaczęłam je sobie czytać. I jestem pełna podziwu dla samej siebie, że się tak nieskromnie poklepie po plecach! nawet nie pamiętałam, że to było takie fajne. Aż się zastanawiam, czy pchać się na konkurs Sklepu w Kropki, czy może spróbować to po prostu wysłać do jakiegoś wydawnictwa? Chociaż w sumie mogę zrobić jedno i drugie, jeśli nie wyjdzie w konkursie to podać dalej. A przez ten czas jeszcze trochę dopisać. 

Fajnie jest znowu pisać. Dawno nie miałam okazji stworzyć żadnego dłuższego opowiadania i ze zdumieniem odkryłam, że trochę mi tego brakuje. Większość z moich pomysłów nigdy nie wyszła poza ramy wyobraźni, jak tylko miałam klawiaturę albo zeszyt pod ręką, to uciekały, jakby je gonił co najmniej poborca podatkowy. Ale może uda mi się wrócić i jednak stworzyć coś ciekawego?

Zobaczymy!

niedziela, 11 marca 2018

Co jakiś czas pojawiają się komentarze  z zaproszeniami na blogi. 

Rozumiem chęć znalezienia czytelników, ale jakoś tak... nieswojo się czuję, gdy widzę tylko zapraszam na bloga [adres]. ani cześć, ani me, ani be, ani kukuryku, po prostu wpadł, wrzucił reklamę i uciekł. 

Może ja jestem dziwadło (nie, nie może, na pewno ), ale jednak oczekiwałabym jakiegoś słowa komentarza, dlaczego akurat u mnie takie zaproszenie - bo ktoś do mnie zagląda, czyta, spodobało mu się to, co piszę i myśli, że może spodoba mi się to, co znajdę u niego. A tak... mam poczucie, jakby ktoś mi wrzucił do skrzynki ulotkę reklamową. Niechcianą, niepotrzebną, mimo naklejki, żeby nie wrzucać reklam.

I prawdę mówiąc w takiej sytuacji zazwyczaj tam nie zaglądam. 

Zazwyczaj po prostu pomijam go milczeniem - jeśli faceci doceniają i szanują kobiety tylko przez jeden dzień w roku, to w ogóle szkoda komentować.

Tym razem nie mogę nie docenić Węża Starszego.

Majorek poszalał. Posprzątał swój pokój i kuchnię, zamiótł całe mieszkanie  (czego nie znosi), umył podłogę w kuchni i korytarzu, sprzątnął toaletę, wyniósł śmieci, puścił zmywarkę, poskładał pranie,  wymienił zawartość  i umył kocią kuwetę, ugotował zupę i kupił mi śliczne kwiaty.

Sam z siebie, bez żadnych sugestii z zewnątrz.

dziękuję, synku. Dobra robota, kochanie :)

poniedziałek, 05 marca 2018

Zmieniłam pracę. generalnie robię to samo, co wcześniej, ale teraz na umowę o pracę a ni na zlecenie.

W związku z tym kazano mi zrobić badania pracownicze - normalka. Rtg płucek - a proszę bardzo, morfologia - też się przyda sprawdzić od czasu do czasu, i tajemniczo brzmiące nosicielstwo. Nie wiedziałam z początku, co mianowicie miałabym nosić albo nie nosić, (okazało się, że salmonellę), i zaniepokoiło mnie tłumaczenie w firmie, że to badanie robi się raz na całe życie, więc płacę za to sama, bo mi się przyda i w innych firmach w przyszłości.

Pogrzebałam w przepisach, wspomagana przez Skorupiaka i wyszło mi, że nie ma siły, pracodawca sobie życzy, pracodawca płaci. Ja bez tych badań żyłam długo i szczęśliwie, nie są mi do niczego potrzebne, to oni wymagają. Panie w firmie najpierw tłumaczyły, że nie, firma płaci za lekarza medycyny pracy a za to nie, ależ skądże znowu i w ogóle wcale że nie. Uzbroiłam się zatem w stosowne przepisy i  interpretacje prawników i pokazałam co trzeba. Paniom miny nieci zrzedły, ale w końcu zgodziły się ze mną i stwierdziły, że jak przyniosę fakturę na firmę za badanie, to dostanę zwrot. Zapewne miały nadzieję, że już oddałam próbki i zapłaciłam nie biorąc faktury, ale nic z tego! Fakturę wzięłam, a właściwie wziął ją nieoceniony Skorupiak, który robił w tej kwestii za listonosza i firma się nie wykręci.

Rozumiem, że dla nich to dodatkowy koszt, ale sorry Gregory, ja tego nie potrzebuję, przepisy są jasne. Jak ktoś mnie próbuje robić w balona, to się najeżam i nie lubię. 

Piotrkowi zęby lecą jeden po drugim. Co chwila przychodzi z informacją, że kolejny trzonowy się kiwa, po czym następnego dnia kładzie mi na biurku. Już chyba ze cztery albo pięć ostatnio poleciało.

Wróżka Zębuszka ogłasza kryzys finansowy!!!!

niedziela, 04 marca 2018

Grzechot ma zdecydowane poglądy na temat wieczornej lektury.

Po pierwsze - ma być. Jej brak jest najcięższą z możliwych kar.

Po drugie - wybiera, co czytamy danego dnia. Ma swoje ulubione książki, które męczy codziennie tygodniami, aż lektor ma serdecznie dosyć. Ma to co prawda ten plus, że można się nauczyć na pamięć i równolegle grać w diamenty, ale...

Ostatnio najukochańszą książką jest niewielkie dziełko, które Wąż przyniósł z przedszkola, traktujące o segregowaniu śmieci.

Cel szczytny, obrazki mogą być, ale sam tekst.... Rymy toporne do nieprzytomności, pisane okołojedenastozgłoskowcem - około, bo czasem jest dziesięć, czasem dwanaście. Zwierzęta z zoo, podpowiadają, gdzie ktoś popełnia jakieś błędy związane z segregacją śmieci, a dwójka rodzeństwa mądrzy się i poucza każdego, kogo dopadnie. A na zakończenie, cytuję "zabrzmiał piękny głos pawia", bo wszystkie dzieci we Wrocławiu wiedzą, które śmieci gdzie wrzucać. 

Nie wiem, czy autor tego dzieła kiedykolwiek słyszał głos pawia, ale jeśli dla niego/niej jest to piękny dźwięk, to ja dziękuję. Skręca mnie za każdym razem, jak to czytam, ale z drugiej strony Grzesiek zapamiętuje, pyta, zaczął dopytywać o słowa, których nie rozumie, a w tej książce jest ich sporo - kolejna krecha, bo nie każdy dzieciak jest uczony że ma pytać. 

Generalnie lektura ze smrodkiem dydaktycznym, potrzebny temat, ale wykonanie - porażka....

sobota, 24 lutego 2018

Jak się nic nie dzieje, to się nie dzieje. Jak zacznie, to wszystko naraz.

Zadzwoniła koleżanka, czy wezmę dwie noce opieki nad jej podopiecznym, bo ona nie wyrabia na zakrętach i fizycznie i czasowo.

Wezmę, kasa potrzebna. 

Miało być z soboty na niedzielę i z niedzieli na poniedziałek, ale w ostatniej chwili okazało się, że potrzebna jestem jeszcze z piątku na sobotę. 

W rezultacie jak wstałam w piątek o 6.30,tak położyłam się spać w sobotę o 15.

W piątek normalne bieganie plus chore Węże. Do pracy na 18. Do 7.30 w szpitalu, nie było jak zasnąć na dłużej niż 20 minut. Rano galopem do domu, umyć się, zjeść, przebrać, odstawić zoo do rodziców i na pogrzeb. Oczywiście jakbym na niego nie poszła, to  nikt by mi złego słowa nie powiedział (ba, nawet by nie zauważył tego faktu), ale zależało mi. 

Odbiór zoo, ogarnięcie konfliktu między syneczkami, obiad i jak padłam tak do 20 nie istniałam. Trzy godziny później nadal jestem nieprzytomna i zaraz idę spać.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Pierwszy dzień w nowej pracy nie wygląda tak, jak to sobie wyobrażałam, wcale a wcale. 

Wygląda za to całkiem podobnie za to do standardowego dnia z chorymi dziećmi w domu.

Popatrzmy.

Grzesiek ma od piątku wieczorem 38,5 lub więcej (z przerwami, kiedy działa nurofen). I wysypkę. Zróżnicowaną, już ze trzy różne wzorki zaliczyliśmy, normalnie Projektant Wzornictwa Chorobowego mi rośnie. W związku z tym nie mam najbledszego pojęcia, co to może być, bo co zacznę mieć jakiś trop, to wzorek się zmienia na całkiem niepasujący. 

Żeby nie było, że leczę dr Guglem, pediatra też nie wiedziała i wysłała do dermatologa. Numerek na jutro, bo na dziś nie było miejsc. Pani doktor powiedziała tylko, że co najmniej do końca tygodnia siedzimy w domu. Ratunku!!!!!

Piotrek też niewyraźny, w żołądku mu się przelewa, słaby, z bólem głowy co jakiś czas, i skłonnościami do haftu. Bynajmniej nie Richelieu ani krzyżyki, nienienie. 

W rezultacie siedzą obaj w domu a ja z nimi. Zgrzytając zębami, które mi się kruszą - w czwartek ułamał mi się kawałek, w piątek następny tego samego zęba. Ząb zatruty, pod koniec tygodnia kolejna randka z fotelem dentystycznym. 

Do tego Skorupiak biega, dziś cały dzień, jutro większość, jeszcze gdzieś w tym tygodniu wyjazd do Poznania - jednodniówka, ale zanim wróci to będzie noc. 

A miało być tak pięknie, nowa robota, umowa o pracę, tylko Ursynów, dzieci w placówkach a mama na rowerze przemieszczająca się pomiędzy podopiecznymi....

niedziela, 18 lutego 2018

W piątek  rano zadzwoniła koleżanka z informacją, ze w pewnej firmie szukają opiekunów do pracy na Ursynowie. Pognałam oczywiście, dogadałam wszystko - umowa o pracę a nie zlecenie, więc złapałam natychmiast. Ułożono mi grafik, zaczynam od poniedziałku. Pięknie. 

Wieczorem złamał mi się kolejny kawałek ściany zęba, który trzasnął dzień wcześniej. Dyżur NFZ, łatanie, wróciłam późno. Grzesiek miał jakąś wysypkę na plecach - jakby alergiczną. Niewielką, nic poza tym - spadaj spać, synu, popatrzymy jutro.

 

Jutro było nieco gorzej, bo rano Minorek miał już 38 stopni, ale za to wysypki nie było. Taki trochę marudzący. No nie wygląda to dobrze, zawiadomiłam firmę, że w poniedziałek to mnie jednak nie będzie.  

Wieczorem, jak go kładliśmy już spać, wysypka objawiła się w całej okazałości. Łapki, plecy, noga... Temperatura też. Wsadzilam go do samochodu i na dyżur. Zanim stamtąd wyszliśmy, przejechaliśmy przez aptek, to była północ. A w domu Wąż Starszy, który też dzisiaj od rana jakiś niewyraźny, narzekał, zę go wszystko boli, wymiotować mu się chce. Teraz się obudzil, to trochę pogadał, po czym zwrócil wszystko, co dziś zjadł.

I weź tu człowieku zacznij nową pracę..... Mam nadzieję, zę mnie z niej nie wywalą, zanim zacznę na dobre.

czwartek, 25 stycznia 2018

Mam takie marzenie, wieloletnie już bardzo. 

Chciałabym śpiewać w chórze. Nie jakimś takim na rodzinne występy, nie w scholi, tylko w porządnym prawdziwym chórze.

Głos mam, jak się rozśpiewam to całkiem, całkiem. Podobno kontralt. Skalę zacną. I po prostu lubię to.

Nawet znalazłam chór, który spełnia wszystkie moje kryteria - Ursynowski Chór Iuvenis. Który do tego prowadzi nabory - najbliższa okazja 5 i 12 lutego.

Jest jednak parę problemów.

Po pierwsze, obawiam się, że spełniane kryteriów może być cokolwiek jednostronne - nie mam żadnego przygotowania muzycznego, nuty czytam tyle, ile się nauczyłam w podstawówce, i to na początku tejże. czyli bardzo dawno. 

Po drugie - kwestia czasu. Zwyczajnie nie bardzo mogę sobie  pozwolić na tak czasochłonne hobby, obejmujące wyjazdy zagraniczne, weekendowe kursy i tak dalej. Chłopaki i kasa.

Po trzecie - niestety mam tendencje do infekcji górnych dróg oddechowych i regularnie chodzę zachrypnięta. To trochę utrudnia karierę wokalną, nieprawdaż?

W Iuvenisie nawet już rok temu byłam na przesłuchaniach, ale  - z resztkami zarazy, co było zdecydowanie słychać, ograniczało mi możliwości mocno. Stanęło na tym, ze mam się pojawić, jak będę zdrowsza. 

Zdrowsza może i będę, ale bilans czasowy jest cały czas do bani, a jeśli jeszcze chciałabym w przyszłym roku pójść na studia podyplomowe, to już całkiem czarno to widzę. 

No i chyba w te sposób marzenie pozostanie marzeniem.....

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Piotrek znowu gubi zęby. 

Wymienia trzonowce, czwórki, piątki, coś tam z tyłu.

Tylko czy koniecznie trzy naraz? Wróżka Zębuszka zbankrutuje.... :) 

wtorek, 09 stycznia 2018

W ramach umartwiania postanowiłam obejrzeć sobie skecz kabaretu Hrabi. 

Zaparłam się i zmęczyłam całość. Coś o egzaminie było.

Oglądałam, oglądałam i jej Bohu nie byłam w stanie zrozumieć, czego ten naród zgromadzony na widowni tak kwiczy. Durne to było do nieprzytomności, prostackie aż zęby bolały. 

Czy to ja jestem nienormalna, nie rozumiem dowcipów i w ogóle odbiło mi, czy jednak naprawdę te kabarety są tak idiotyczne?

sobota, 30 grudnia 2017

Prawie Mickiewiczem zaleciało, za rok będzie już całkiem.

Odchorowałam czterdziestkę, po roku przestało boleć :), więc jest ok

W związku z powyższym, a także faktem, ze jutro na 8 rano idę do roboty i to do tego na długą szychtę - oficjalnie 24 h, ale już był telefon z prośbą o 34, stanęło na tym, że zostanę ile dam radę, ale jednak nie tak długo - idziemy zaraz szaleć.

Konkretnie na trampoliny do Hangaru :).

Bawcie się dobrze bez nas :)

wtorek, 26 grudnia 2017

Skoro dzieci zdrowe, to COŚ musiało się wydarzyć, bo u nas normalnie to nie bywa.

W drugi dzień świąt, cudownie leniwy. zaczęłam szykować śniadanie gdzieś koło 20 rano, gdy nagle usłyszałam wrzask Skorupiaka.

Wrzask dobiegał z łazienki, więc rączo pognałam w tamtą stronę, by ujrzeć powiększającą się kałużę  u jego stóp. 

Na wypadek, jakby komuś złośliwemu przyszło do głowy, nie były to problemy z nietrzymaniem moczu, zresztą Skorupiak musiałby mieć chyba pęcherz słonia, żeby taką ilość cieczy z siebie wylać. Ciekło z łazienki. Wlewało się do pokoju Grześka, do salonu, pod szafkę z butami... Szybka reakcja  była jak najbardziej wskazana.

Małżonek ruszył zbadać przyczyny owego potopu, a ja wywaliłam z szafy stertę ręczników i zaczęłam budować wały przeciwpowodziowe, żęby nie zalało nam całego mieszkania, po czym zabrałam się za zbieranie wody. 

Przyczyną okazała się niesprawna spłuczka klozetowa, która nie zawsze odbija, w połączeniu z Potomkiem Młodszym, który wrzucił nieco za dużo do sedesu. Zatkało się, a równocześnie stale dolewało. Katastrofa murowana.

Ogarnęliśmy w miarę szybko, dziękując niebiosom , żę mamy dwa przybytki - bo oczywiście kreta w żelu mieliśmy resztki, które nie wystarczyły na przegryzienie się przez korek. Kupię jutro i będzie dobrze.

 

Takich świątecznych rozrywek to zapewne mało kto doświadczył!

Potem już było normalnie, spotkanie rodzinne, niewielkie, tylko 39 osób. reszta powyjeżdżała, więc usprawiedliwieni. Dwa nowonarodzone maluchy, których jeszcze nie widziałam - Pan Ignacy, który  ma coś około miesiąca, i Panna Natalia dwa, więc już prawie dorosła :). I stado pcheł kłębiących się pod nogami. Klasyka, którą bardzo lubię.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Drodzy Czytacze ��, 

pytanie mam do Was. 

Idą święta, nieprawdaż. Co to oznacza a Herpetarium? Uważni Czytelnicy z pewnością wychwycą prawidłowość pojawiającą się z wdziękiem i regularnością jakiegoś cholernego bumerangu.

Zwycięzcę konkursu zapraszam na kawę albo inne ciastko - jeśli uda się zgrać terminy, rzecz jasna, bo to trudne bardzo. W Warszawie oczywiście, ale nie zwracam kosztów przejazdu��.

Jak w tytule. 

Po latach siedzenia w domu nagle zaczęłam wychodzić. Dla samej siebie, dla przyjemności. Coś niewidzianego od niepamiętnych czasów.

 

Od początku grudnia byłam na śpiewankach, koncercie, filmie, warsztatach. A dziś jest dopiero 18, co oznacza jedno wyjście co 4-5 dni.

Co więcej, udało nam się wyjść we dwójkę, BEZ DZIECI!!!!!

Podoba mi się to.

niedziela, 17 grudnia 2017

Zakupy w Lidlu. Jak zwykle w czwartek wybrałyśmy się z mamą - raz w tygodniu całkowicie wystarczy, jeśli chodzi o bieganie po sklepach, żadna z nas nie jest fanką tej rozrywki, no ale jeść czasem trzeba.

Tym razem było inaczej. 

W pewnym momencie mamie przeleciało przed nosem COŚ. Duże COŚ. Mama - rasowy biolog, obejrzała dokładnie i wezwała wsparcie - słuchaj, trzeba go stąd zabrać, bo tu nie ma szans.

Zostawiłam ją na posterunku, żeby pilnowała zbiega, bo jak się przeniesie gdzie indziej, to szukaj wiatru w polu, i pognałam wykombinować opakowanie transportowe. Udało się. 

Równocześnie pojawił się jeden z pracowników ze słoikiem w garści - okazało się, że on również zauważył COSIA i chciał go złapać.

Chwilę porozmawialiśmy, pan z zaniepokojeniem zapytał, czy nie planujemy znaleziska przeznaczyć na karmę dla węży (moje Węże takich rzeczy nie jedzą) i w ogóle co zamierzamy z nim zrobić. Odetchnął, jak usłyszał, że zadbamy, żeby nikt mu kapciem nie przyłożył.

Następnym punktem programu było znalezienie informacji, co to za jeden i jak go traktować. 

I tu z pomocą przyszedł Facebook. Jest tam taki profil "Naturalnie w Warszawie, czyli nie samą weterynarią człowiek żyje". Wariaci, porządni ludzie, którzy kochają zwierzaki i chce im się robić więcej, niż muszą. Skontaktowałam się, zawiozłam COSIA, a dziś dostałam odpowiedź, co to za jeden. 

Otóż zwierz zowie się Anacridium aegyptium. Szarańczak, co wiedziałyśmy same, ale dalej ni w ząb. A wygląda tak oto:

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39