O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
Archiwum
O autorze

  Statystyki
stat4u

bar sałatkowy

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Piotrek znowu gubi zęby. 

Wymienia trzonowce, czwórki, piątki, coś tam z tyłu.

Tylko czy koniecznie trzy naraz? Wróżka Zębuszka zbankrutuje.... :) 

wtorek, 09 stycznia 2018

W ramach umartwiania postanowiłam obejrzeć sobie skecz kabaretu Hrabi. 

Zaparłam się i zmęczyłam całość. Coś o egzaminie było.

Oglądałam, oglądałam i jej Bohu nie byłam w stanie zrozumieć, czego ten naród zgromadzony na widowni tak kwiczy. Durne to było do nieprzytomności, prostackie aż zęby bolały. 

Czy to ja jestem nienormalna, nie rozumiem dowcipów i w ogóle odbiło mi, czy jednak naprawdę te kabarety są tak idiotyczne?

sobota, 30 grudnia 2017

Prawie Mickiewiczem zaleciało, za rok będzie już całkiem.

Odchorowałam czterdziestkę, po roku przestało boleć :), więc jest ok

W związku z powyższym, a także faktem, ze jutro na 8 rano idę do roboty i to do tego na długą szychtę - oficjalnie 24 h, ale już był telefon z prośbą o 34, stanęło na tym, że zostanę ile dam radę, ale jednak nie tak długo - idziemy zaraz szaleć.

Konkretnie na trampoliny do Hangaru :).

Bawcie się dobrze bez nas :)

wtorek, 26 grudnia 2017

Skoro dzieci zdrowe, to COŚ musiało się wydarzyć, bo u nas normalnie to nie bywa.

W drugi dzień świąt, cudownie leniwy. zaczęłam szykować śniadanie gdzieś koło 20 rano, gdy nagle usłyszałam wrzask Skorupiaka.

Wrzask dobiegał z łazienki, więc rączo pognałam w tamtą stronę, by ujrzeć powiększającą się kałużę  u jego stóp. 

Na wypadek, jakby komuś złośliwemu przyszło do głowy, nie były to problemy z nietrzymaniem moczu, zresztą Skorupiak musiałby mieć chyba pęcherz słonia, żeby taką ilość cieczy z siebie wylać. Ciekło z łazienki. Wlewało się do pokoju Grześka, do salonu, pod szafkę z butami... Szybka reakcja  była jak najbardziej wskazana.

Małżonek ruszył zbadać przyczyny owego potopu, a ja wywaliłam z szafy stertę ręczników i zaczęłam budować wały przeciwpowodziowe, żęby nie zalało nam całego mieszkania, po czym zabrałam się za zbieranie wody. 

Przyczyną okazała się niesprawna spłuczka klozetowa, która nie zawsze odbija, w połączeniu z Potomkiem Młodszym, który wrzucił nieco za dużo do sedesu. Zatkało się, a równocześnie stale dolewało. Katastrofa murowana.

Ogarnęliśmy w miarę szybko, dziękując niebiosom , żę mamy dwa przybytki - bo oczywiście kreta w żelu mieliśmy resztki, które nie wystarczyły na przegryzienie się przez korek. Kupię jutro i będzie dobrze.

 

Takich świątecznych rozrywek to zapewne mało kto doświadczył!

Potem już było normalnie, spotkanie rodzinne, niewielkie, tylko 39 osób. reszta powyjeżdżała, więc usprawiedliwieni. Dwa nowonarodzone maluchy, których jeszcze nie widziałam - Pan Ignacy, który  ma coś około miesiąca, i Panna Natalia dwa, więc już prawie dorosła :). I stado pcheł kłębiących się pod nogami. Klasyka, którą bardzo lubię.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Drodzy Czytacze ��, 

pytanie mam do Was. 

Idą święta, nieprawdaż. Co to oznacza a Herpetarium? Uważni Czytelnicy z pewnością wychwycą prawidłowość pojawiającą się z wdziękiem i regularnością jakiegoś cholernego bumerangu.

Zwycięzcę konkursu zapraszam na kawę albo inne ciastko - jeśli uda się zgrać terminy, rzecz jasna, bo to trudne bardzo. W Warszawie oczywiście, ale nie zwracam kosztów przejazdu��.

Jak w tytule. 

Po latach siedzenia w domu nagle zaczęłam wychodzić. Dla samej siebie, dla przyjemności. Coś niewidzianego od niepamiętnych czasów.

 

Od początku grudnia byłam na śpiewankach, koncercie, filmie, warsztatach. A dziś jest dopiero 18, co oznacza jedno wyjście co 4-5 dni.

Co więcej, udało nam się wyjść we dwójkę, BEZ DZIECI!!!!!

Podoba mi się to.

niedziela, 17 grudnia 2017

Zakupy w Lidlu. Jak zwykle w czwartek wybrałyśmy się z mamą - raz w tygodniu całkowicie wystarczy, jeśli chodzi o bieganie po sklepach, żadna z nas nie jest fanką tej rozrywki, no ale jeść czasem trzeba.

Tym razem było inaczej. 

W pewnym momencie mamie przeleciało przed nosem COŚ. Duże COŚ. Mama - rasowy biolog, obejrzała dokładnie i wezwała wsparcie - słuchaj, trzeba go stąd zabrać, bo tu nie ma szans.

Zostawiłam ją na posterunku, żeby pilnowała zbiega, bo jak się przeniesie gdzie indziej, to szukaj wiatru w polu, i pognałam wykombinować opakowanie transportowe. Udało się. 

Równocześnie pojawił się jeden z pracowników ze słoikiem w garści - okazało się, że on również zauważył COSIA i chciał go złapać.

Chwilę porozmawialiśmy, pan z zaniepokojeniem zapytał, czy nie planujemy znaleziska przeznaczyć na karmę dla węży (moje Węże takich rzeczy nie jedzą) i w ogóle co zamierzamy z nim zrobić. Odetchnął, jak usłyszał, że zadbamy, żeby nikt mu kapciem nie przyłożył.

Następnym punktem programu było znalezienie informacji, co to za jeden i jak go traktować. 

I tu z pomocą przyszedł Facebook. Jest tam taki profil "Naturalnie w Warszawie, czyli nie samą weterynarią człowiek żyje". Wariaci, porządni ludzie, którzy kochają zwierzaki i chce im się robić więcej, niż muszą. Skontaktowałam się, zawiozłam COSIA, a dziś dostałam odpowiedź, co to za jeden. 

Otóż zwierz zowie się Anacridium aegyptium. Szarańczak, co wiedziałyśmy same, ale dalej ni w ząb. A wygląda tak oto:

 

wtorek, 12 grudnia 2017

Dzień naładowany emocjami.

Ileś godzin w Centrum Onkologii - nie, nie ja i nikt z moich bliskich. Zawodowo tam byłam, ale i tak było niełatwo. Patrzenie na twarze ludzi przestraszonych, pozbawionych nadziei, albo przeciwnie - wierzących, że się uda. Fragmenty różnych rozmów zasłyszanych na korytarzu, o chemii, o naświetlaniach, o perspektywach, o konieczności pożegnania....

Potem film. 

Sam film to temat na osobną notkę, powiem tylko, że to było PRZEŻYCIE. Płakałam przez większość czasu.



poniedziałek, 04 grudnia 2017

Świt. Piąta z minutami, pierwsze poranne metro.

W wagonie nietypowo dużo ludzi, prawie wszystkie miejsca siedzące zajęte.

Metro Służew - większość wysiadła. Wysiadła, popatrzyła po sobie na peronie i wybuchnęła śmiechem. Całe towarzystwo równym krokiem ruszyło na przystanek, ale jak okazało się, że najbliższy autobus za dziesięć minut - poszli pieszo. Nadal w tym samym kierunku, podśpiewując cichutko Rorate celi (szybko przekształcone na Roraty w celi - wiadomo, poranna głupawka).

Po chwili pojawił się radiowóz i marszowym tempem jechał wzdłuż Wałbrzyskiej razem z wesołą gromadą. Skręcili w Dominikańską. Nawet na parking klasztoru wjechali, żeby sprawdzić, co to zwariowane towarzystwo robi o tak dziwnej porze.

Zwariowane towarzystwo weszło po schodach do kościoła, przed drzwiami się odwrócili   i razem pomachali policjantom. 

Roraty czas zacząć :).

niedziela, 03 grudnia 2017

Blox ostatnio robił mi złośliwe numery i kilkukrotnie zjadł notkę zamiast ją opublikować. Klikałam Publikuj wpis  a ten drań przerzucał mi na widok mojego bloga, ale bez notki. 

dziś napisałam tę samą po raz trzeci i wzięłam się  na sposób, skopiowałam ją do worda zanim wysłałam w blogosferę. 

I co? 

I grzecznie opublikował bez żadnych kawałów.

Złośliwiec.

Po raz trzeci ta sama notka, bo coś blox szwankuje i mi wyrzuca. Może uznał za niecenzuralną, ale jak pragnę zakwitnąć, nie mam pojęcia, co może być niewłaściwego w notce o zupie.

Barszcz ukraiński uwielbiam. Kocham miłością wielką, zawsze, jak tylko miałam możliwość we wszelkich barach, knajpach i innych stołówkach, to brałam właśnie to. 

Równocześnie nigdy go nie robiłam - miałam jakieś poczucie, ze to potworna ilość roboty, trudne i w ogóle na pewno się nie uda.

W końcu się zebrałam i zrobiłam. Znalazłam przepis, sprawdziłam składniki, żeby nie było w połowie, że czegoś brakuje,  i ugotowałam. Powiem Wam - niebo w gębie. Wyszło dużo, bo buraki kupiłam gotowane - pół kilo, fasolka w puszce - też poszła cała. Kapustę znalazłam małą, wrzuciłam pół, a reszta składników proporcjonalnie  i nagle okazało się, że jest na pułk wojska. Albo na dwa dni dla czteroosobowej rodziny.

Wczoraj na obiad poszedł jeden garnek - normalnie jak robię w nim zupę, to wystarcza na dwa dni, a czasem nawet na trzeci  zostanie troszeczkę. 

faktem jest, że najbardziej pracochłonne kawałki produkcji barszczu udało mi się ominąć. Buraki kupiłam ugotowane, fasolę w puszce, a warzywa siekane w słupki stanowią dla mnie podstawę istnienia, kupuję mrożonkę i mam gotowca, zamiast się dziubdziać w siekanie tego wszystkiego. 

Grunt to zidentyfikować wąskie gardła produkcji i znaleźć rozwiązanie problemów, wtedy od razu sprawa/zupa idzie do przodu!!!!

 

Tak czy siak, ukraińca będę teraz gotować często. Na zmianę z pomidorówką, którą chłopaki kochają od zawsze.

wtorek, 21 listopada 2017

W ramach treningu z dbania o siebie i pozwalania sobie na marzenia (oj, ciężka sprawa, bardzo ciężka), kupiłam bilety na koncert Domu o Zielonych Progach. 

Cieszę się jak kto głupi, bardzo ich lubię, te piosenki często się pojawiają na moich ulubionych śpiewankach i w ogóle fajne są.

W ten sposób mam kilka przyjemności za jednym zamachem:

  1. Wyjście z domu BEZ dzieci (już zagospodarowane, zanocują u moich rodziców - dzięki przeogromne!!!!).
  2. Wyjście ze Skorupiakiem.
  3. Koncert ulubionego zespołu.
  4. Okazja do pośpiewania.
  5. Prezent (prawie)imieninowy. No, z lekkim poślizgiem, ale co tam.
W ogóle ostatnio jakoś udaje mi się częściej zrobić coś dla siebie po prostu dlatego, że mam na to ochotę. Zjawisko niewidziane od piętnastu lat co najmniej.
Jeszcze trochę  i będę prawie normalna :)

 

środa, 15 listopada 2017

Wrrrrr.

W poniedziałek Piotrek wrócił ze szkoły lekko zielonkawy, a do wieczora miał 39,5.

Obaj siedzą w domu, już w lepszej formie.

 

Ale za to z jaką przyjemnością dziś o 6 rano zamiast wstawać do pracy przewróciłam się na drugi bok!

piątek, 10 listopada 2017

No ja nie mogę, naprawdę.

Tydzień temu Grzesiek miał zapalenie spojówek. 

Dziś panie z przedszkola wydzwoniły mnie z pracy z informacją, że młody człowiek ma ponad 38 stopni, jest marudny, płacze że różne kawałki go bolą. Zdążyliśmy jeszcze dopaść naszego doktorka, zanim wyszedł z pracy.

Diagnoza - prosta droga w kierunku anginy. Sam początek, bo przecież rano młody był jeszcze świeżuteńki jak szczypiorek.

Nosz cholera jasna.

 

Edit: Wieczorem miał "tylko" 39,9....

środa, 08 listopada 2017

Ból się rzuca na najsłabsze miejsce w człowieku.

Że boli mnie głowa, to poniekąd rozumiem, ale czemu jeszcze stopa?

niedziela, 05 listopada 2017

...bo zamorduję oba Węże. 

Hałasują, kłócą się, naparzają, co chwila któryś przylatuje "mamoratuj", pyskują.

Nie wytrzymuję tych decybeli.

Niech oni już pójdą do placówek edukacyjnych, a ja sobie spokojnie popracuję.

 

Nienawidzę weekendów.

sobota, 04 listopada 2017

Żre mnie. Całkiem zwyczajnie zazdrość mnie gryzie w tyłek.

Zaczęła trochę rano, a teraz to już tak solidnie.

Jedna koleżanka powiedziała, że oto wybiera się na weekend, ale nie wie gdzie - przyjaciółka powiedziała jej tylko, że ma być na lotnisku o konkretnej godzinie. Wyprawa - niespodzianka.

Druga właśnie wrzuca zdjęcia z Hurghady - leżak na balkonie, słońce, drinki z palemką...

Jak usiądę na balkonie, to mi tyłek przymarznie. No, chyba że w kurtce, tak jak ona w kostiumie - nie ma głupich.

Niech ktoś się mną też tak zaopiekuje!!!!

poniedziałek, 30 października 2017

Muzykalne te moje chłopaki się zrobiły. Jeden słucha niepodległościowych, żurawiejek i innych ułanów spod Somosierry. Drugiemu się na szanty zebrało i raczy mnie Hiszpańskimi dziewczynami i szkunerem I`m alone.

Chyba sobie puszczę jakąś arię operową, będzie pasowało.

czwartek, 12 października 2017

No to mamy w domu nastolatka, już całkiem oficjalnie. Żadne tam "prawie", "zaraz" - nie ma siły. 

Dziś o 8.15 Piotrek skończył 11 lat.

A mi się zrobiło jakoś mokro w okolicach oczu - tak niedawno patrzyłam na porodówce w te poważne, granatowe ślepka, albo delikatnie głaskałam maleńką łapkę leżącą na mojej piersi...

Wszystkiego najlepszego Wężu Starszy, bądź dalej tak fajnym facetem jak jesteś!!! I przy okazji pociechy z mamusi ci życzę ;)

 

Ale to leci szybko...

sobota, 07 października 2017

Pochwalę się, a co.

Po czterech miesiącach przepracowanych na zleceniu szef zaproponował mi przejście na etat, piejąc do tego pochwały na temat mej skromnej osoby. Pochwały wynikające zarówno z własnej oceny moich działań, jak i opinii seniorów, którymi się zajmuję.

Nie powiem, miło mi się zrobiło. Jakby się ktoś nie zorientował, to eufemizm wszechczasów, jak już znalazłam się w miejscu odosobnionym (czyli w samochodzie, z dala od ludzi), to triumfalnie zawyłam do księżyca. Dobra, do słońca, bo na księżyc było za wcześnie.

Jeszcze zobaczymy, jakie będą dokładnie warunki, ale nie sądzę, żeby finansowo było gorzej niż to, co zarabiałam na zleceniu, a co etat to etat.

Najśmieszniejsze jest to, że w rezultacie ląduję na stanowisku, o które się starałam rok temu, zanim się dowiedziałam, że już jest zajęte. Parę miesięcy później zaczęłam pracę w obecnej agencji, skąd po jakimś czasie dostałam zlecenie właśnie do miejsca, gdzie chciałam pracować wcześniej.

Jak się czegoś bardzo chce i o to walczy, to w końcu musi się udać! 

poniedziałek, 02 października 2017

Ach, jak ja lubię, gdy dzwoni telefon o 6.30. Ja już odliczam godziny do końca swojej zmiany w pracy (po 24 męczących godzinach, z których przespałam w sumie 3,5 w odcinkach), a koleżanka, która miała mnie zmienić informuje, że jest chora i nie przyjedzie.

A druga opiekunka ma być nowa, ale jakoś chyba średnio rozgarnięta, bo nie dość, że nie przyjechała, to nawet nie zawiadomiła, tylko spokojnie wróciła do Warszawy i już.

Tak więc miałam nieplanowane 36 godzin ostrego ganiania.

Dobrze, że pogoda była przynajmniej. 

Ale przetrwałam.

Komunikacja z nie znającą polskiego afatyczną podopieczną w mieszance angielsko-francuskiej to jest niezła kombinacja. Zwłaszcza, że pani z wdziękiem przeskakuje z języka na język nawet w obrębie jednego zdania (very bien :) ).

Jakby ktoś nie wiedział, afazja to zaburzenie mowy wynikające z różnych chorób, np. po udarze. W afazji czuciowej delikwent zapomina znaczenia słów, nie umie nazwać przedmiotów, nie rozumie tego, co się do niego mówi. W a. ruchowej rozumie, słowa zna, ale nie potrafi ich wypowiedzieć, często myśli , że mówi normalnie, ale wydaje z siebie na przykład tylko tatatatata. I się denerwuje, że nikt go nie rozumie, bo przecież mówi wyraźnie, o co mu chodzi.

A z panią się dogadujemy na tyle, że nawet dowcipy sobie opowiadamy. I fajnie jest.

jestem z siebie dumna.

piątek, 22 września 2017

Moje miejsce pracy ma zalety, o których wcześniej nie pomyślałam. Jak jestem chora, to nikt nie wrzeszczy, że póki nie padnę, to mam iść do roboty. Wręcz przeciwnie, wykurować się dokładnie, żeby nie przynieść zarazy seniorom. I nikt się nie czepia!

Przynajmniej moge dogorywać w spokoju....

czwartek, 31 sierpnia 2017

Ostatnio zasuwam w pracy jak mały motorek i czasu na czytanie mam niewiele. Zostały jedynie dwie książki,przez które brnę mozolnie.

Pierwsza to "Udar. Poradnik dla pacjentów i ich bliskich" - lektura ciekawa, ale trudno ją nazwać lekką.

Druga to "Nad Niemnem", które czytam mojej podopiecznej. Jak w szkole udało mi się ominąć to dzieło, to teraz mnie dopadło. Przeplatane tromboktomią, penumbrą, migotaniem przedsionków, dyzartrią i afazją robi upiorne wrażenie. Nie, żeby bez tych dodatków było strawne, bez przesady. Ale w takim towarzystwie to naprawdę ciężka artyleria.

Może to takie uzupełnienie do snu, który czasem wraca , kiedy to okazuje się, że mimo ukończonych dawno studiów muszę jeszcze zdać maturę z polskiego.....

sobota, 26 sierpnia 2017

Mam dzisiaj w pracy dyżur 24h, więc zabrałam sobie jedzonko w ilości odpowiedniej. 

Po czym okazało się, że zostałam zarzucona na miejscu jakąś górą jedzenia, nie mam szansy tego wszystkiego pochłonąć, a dziś - w sobotę - jestem w pracy sama. 

W ten sposób to ja chyba nigdy nie schudnę... Ale z drugiej strony to bardzo miłe, jak o mnie tak ktoś dba:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38