O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

refleksyjne

niedziela, 27 marca 2016

...w nocy samotność gorsza jest..."

tak mi się jakoś plącze po głowie ten kawałek piosenki. Powinnam pójść spać, będę rano nieprzytomna, ale jakoś nie mogę.

jest mi źle i bardzo samotnie. Skorupiak z Piotrkiem poszli na Triduum, Grzesiek się do tego absolutnie nie nadaje, więc siedzę z nim. Jak zawsze, jak prawie każdego dnia od ponad trzech lat. pręty klatki doskwierają mi coraz bardziej, chciałabym móc wyjść z domu niekoniecznie dopiero wtedy, kiedy już nie mam na nic siły po całym dniu starć z chłopakami, jest ciemno, zimno i właściwie nie ma co robić. Mówię oczywiście o rozrywkach budżetowych, a nie o wyjściu do teatru.

Klatka. obijam skrzydła o jej pręty, ale już nigdy nie odlecę...

piątek, 04 marca 2016

Rozmawiałam sobie z mamą  o różnościach. Zeszło między innymi na Piotrka - że się o niego bardzo martwię ostatnio, bo kompletnie nie  wierzy w siebie, we własny intelekt. U faceta, którego wyniki testów inteligencji powodują wytrzeszcz u każdego, kto je widzi (i rozumie co widzi), to trochę przerażające.

I tu mama mnie zastrzeliła na miejscu.

 - A to zupełnie tak jak ty - stwierdziła krótko.

Zatkało mnie. Myśli mi goniły niczym króliki po polu, zaczęłam coś bełkotać, że ja nigdy nie miałam tak piekielnie wysokiego IQ.

- Może nie aż tak wysokie, ale niskiego też nie masz - skwitowała. I zupełnie nie wierzysz w siebie.

Ma rację, nie wierzę. Przez lata byłam przekonana, że nikt mnie nie zapamięta na tyle, żeby rozpoznać przy kolejnym spotkaniu, że nie zrozumiem najprostszych rzeczy, nie uda mi się i w ogóle do kitu. A teraz tłumaczę Piotrkowi fizykę tak, ze on to rozumie, matmę też, czyli chyba jednak coś pojęłam. I nadal uważam się za głupka,którego nikt nie będzie chciał zatrudnić.

I teraz się gryzę, na ile te jego kłopoty są po prostu kopią moich. I właściwie jakie ja mam prawo denerwować się o to na niego, skoro robię dokładnie to samo?

 I następne pytanie, jeszcze ważniejsze: jak się z tego wygrzebać? Wychodzi na to, że aby pomóc Piotrkowi, muszę najpierw uporać się że swoimi demonami, które od lat odkładam na później zajmując się wszystkimi wokół...

Odkrycie jak na psychologa żenujące, to są podstawy. A jednak tego nie widziałam.

Teraz pora wyciągnąć wnioski i zabrać się do roboty.

Mi, dziękuję Ci bardzo.

piątek, 19 lutego 2016

Dzisiaj minął rok od śmierci Czorta.

Trudno uwierzyć, że to już tyle czasu bez ciebie, kocie. Brakuje cię nadal bardzo, mimo, że ganiają tu takie dwa śmieszne futrzaki. Podobne są do ciebie, każdy z nich ma jakiś twój rys. 

Jednak żaden nie jest tobą.... 

Czorcik - dziękuję ci za wspaniałe czternaście lat.

poniedziałek, 14 września 2015

...Prawica z Terlikiem na czele głośno gardłuje o zarodki, ich godność, prawo do życia i tak dalej. Bo każdy człowiek to dzieło Boże.

Ta sama prawica równie głośno krzyczy o zagrożeniu stwarzanym przez syryjskich uchodźców. Kobiety, dzieci, nienarodzonych... Nie chce ich tu widzieć, pomagać im i w ogóle najchętniej by nie widziała problemu, stawiając tylko wysoki mur na granicach. Niech sobie radzą sami, z dala od porządnej, chrześcijańskiej Europy i jeszcze porządniejszej, katolickiej Polski.

Czy ktoś widzi w tym jakąś logikę, bo ja nie bardzo?

sobota, 06 czerwca 2015

Podobnie jak po świętach wielkanocnych jest mi niesmacznie. A nawet dość obrzydliwie.

Biskupi nasi drodzy  nie zauważyli, że to święto kościelne a nie meeting polityczny albo poplątali kartki z wystąpieniami, upojeni zwycięstwem PISu w wyborach prezydenckich. 

Marzy mi się święto, kiedy żaden z nich nie będzie uskuteczniał propagandy politycznej w kościele. Ale chyba tego nie doczekam....

wtorek, 26 maja 2015

Trafiłam dziś na artykuł Marcina Mellera - przejmujące wspomnienie o jego mamie.

Przeczytałam - i mnie zmroziło. Jak bardzo podobne wspomnienia mamy... Moje o tyle lepsze, że bez tego zakończenia, ale poza tym...

On miał 11 lat, gdy wyglądało na to, że ją straci. Ja - 8. Nikt mi nie powiedział, jak źle jest - sama to usłyszałam, jak tata mówił komuś przez telefon. I potem przez lata nie przyznałam się im, że to wiedziałam, a wisiało nade mną, jak złowróżbny cień.

Mieliśmy podobne szczęście, jeśli chodzi o lekarzy - dr Jacek  Imiela dokonał cudu, podawał absolutnie końskie dawki leków, ale zadziałało. A wedle wszelkiej wiedzy medycznej nie miała prawa tego przeżyć. Podsumował to krótko - jak się chory uprze żyć, to nawet najlepszy lekarz nic nie poradzi. I miał rację, mama po prostu lubi żyć i nie zamierza przestać.

Zdanie z artykułu, które mogę po prostu przepisać, zmieniając tylko czas z przeszłego na teraźniejszy - "mama jest tak cudownie ciepłą i optymistyczną osobą, że daj Boże apetytu na życie niejednemu zdrowemu". Mimo naprawdę poważnych kłopotów zdrowotnych - co chwilę ktoś się dziwi, że ona wcale nie wygląda na chorą...

Bo od tamtego czasu minęło już ponad 30 lat. Jeszcze trzy razy wywinęła nam ten sam numer - prawie że zmartwychwstała ze stanu już beznadziejnego. Ostatnio w styczniu.... 

Dobry duch naszej rodziny. Nie musimy się z nią widzieć codziennie, ale musimy wiedzieć, że jest. Że można zadzwonić, pogadać, przyjechać i sie przytulić. Posłuchać ciętych złośliwości, ironicznych komentarzy, kombinować, skąd pochodzi kolejny cytat, którym rzuciła...

Mamo, chciałabym kiedyś usłyszeć, że jestem do Ciebie podobna nie tylko z wyglądu... I trzymaj się tej strony życia najdłużej jak się da. Bez Ciebie to już nie będzie to samo...

Bardzo Cię kocham.

 

niedziela, 19 kwietnia 2015

Zagoniona jestem  ostatnio, czasem udawało mi się tylko machnąć szkic notki - żeby nie uciekło, ale napisać całą - bez szans.

Dzisiaj jest pierwszy od nie wiem jak dawna spokojny wieczór - Piotrek nocuje u moich rodziców, Grześka Skorupiak właśnie usypia, a ja nie mam żadnej dramatycznie pilnej rzeczy do zrobienia na wczoraj. Owszem, mogę pójść zmywać gary, ale to za chwilę. Na razie zajmę się tymi notkami, które tupią za mną w kolejce, zanim uciekną:)

Od świąt chodzi mi po głowie jedno pytanie. 

Jak to sie dzieje, że w polskim kościele katolickim różne ważne święta są tak często wykorzystywane jako okazja do politykowania przez najwyższych dostojników? Zamiast mówić o tym, co jest esencją danego święta, czy to Zmartwychwstanie Pańskie, Boże Narodzenie czy cokolwiek innego, większość biskupów nawija o polityce. In vitro, związki homoseksualne, konwencja przeciwko przemocy, gender (jakkolwiek by tego nie rozumieć, bo mam wrażenie, że ci, co tak głośno krzyczą nie mają pojęcia, o czym mówią)... Rozpacz w kwiatki normalnie.

Dlaczego prawosławny arcybiskup Sawa mógł mówić o Zmartwychwstaniu, a nasi biskupi jakoś o tym temacie zapomnieli? Nie był tak ważny jak gender?

Ktoś mi to wyjaśni?

środa, 11 marca 2015

Tydzień temu udałomi sie wyjść z domu. Nie do sklepu, nie do lekarza, bez dzieci. Sama.

Kochany tata zaproponował, że popilnuje mi dzieciaków, a ja mam sie gdzieś wynieść i zrobić sobie jakąś frajdę. Skorupiak został równocześnie wysłany do szpitala, do mamy - dawno jej nie widział. O dziwo, nawet dokładnie wiedziałam, co chcę - dwa dni wcześniej trafiłam na opis filmu, który mnie zainteresował. Zazwyczaj na chceniu się kończy, zanim dojdę do kina, to film już znika z ekranów, a tu - proszę bardzo! To popędziłam.

Poszłam na "Viviane chce się rozwieść".  

Film zostający w pamięci, mimo, że bardzo oszczędny  w formie - jedno pomieszczenie, te same postacie w tym samym układzie - trzech sędziów za stołem, strony naprzeciw, pełnomocnicy.

Izraelska sprawa rozwodowa. Kobieta chce odejść, wyprowadziła się już z domu. Mąż jej nie bije, nie katuje - po prostu przestała go kochać, nie pasują do siebie - nie chce z nim już być.

Problemy są dwa - po pierwsze, każda sprawa rozwodowa w Izraelu toczy się przed sądem rabinicznym, niezależnie od tego, czy para jest wierząca, czy nie. Po drugie - prawo jest tak sformułowane, że upokarza kobiety - ona ma poprosić - prawie błagać o zgodę na rozwód, on może jej nie dać. NIe bo nie. I wtedy żaden sąd nie ma władzy, żeby ją uwolnić. Co więcej, sama formuła wygłaszana przez męża spowodowała, że się zagotowałam - między innymi "od tej chwili jesteś dostępna dla każdego mężczyzny". Kurczę, średniowiecze. 

Nigdy nie czułam się wojującą feministką, ale tam zobaczyłam, ile zawdzięczamy temu, że są osoby, które zaczynają walkę o prawa kobiet - na początku jest to walka z wiatrakami, ale dopiero jak się zobaczy, co mogliśmy mieć - widać, że nie jest źle. I widać, że warto.  Nawet, jeśli nie zawsze odpowiadają mi metody naszych feministek, to z wieloma ich postulatami się zgadzam. nie podoba mi się tylko pomysł polegający ogólnie na wepchnięciu mężczyzn w dołek, z kórego same usiłujemy wyleźć, ale to już temat na inną notkę.

Oczywiście nie jest jeszcze dobrze, sprawy alkoholowe, przemocowe, niedostateczna ochrona prawna, podejście policji ("nie wtrącamy sie w małżęńskie konflikty") itp., ale jak sobie wyobrażę, że taka kobiecina miałaby błagać męża alkoholika tłukącego ją za każdy sprzeciw o prawo do odejścia... WYstarczające są przeszkody finansowe, odwieczne pytanie "gdzie uciekać". Ale są domy samotnej matki, mało, ale są. Tam po prostu mężczyzna ma pełną władzę nad kobietą, ona jest... elementem wyposażenia mieszkania. ma robić to co do niej należy i nie dyskutować.

film dający do myślenia. I o to chodziło.

piątek, 06 marca 2015

Od dawna mi się kłębiło to wrażenie, ale nie umiałam go sprecyzować.

Coś, co mi bardzo i od dawna przeszkadza w polskim Kościele - generalne podejście "na nie".

Nie dla Konwencji przeciwko przemokcy.

Nie dla gender.

Nie dla in vitro. 

Nie dla innych orientacji seksualnych. 

Nie dla księży, którzy mówią głośno to, o czym ludzie myślą po cichu.

Nie dla różnych wydarzeń kulturalnych.

Nie dla WOŚP.

NIe dla Halloween.

Nie dla seksu przed ślubem.

Nie dla wzmocnień pozytywnych.

Wieczny protest.

 

A może by tak w ramach ćwiczenia spróbowali te wszystkie zdania przerobić na jakieś sformułowania pozytywne? Takie drobne ćwiczenie  z języka polskiego i komunikacji z bliźnimi?

Dlaczego, u licha, do szanownych (albo i nieszanownych, w niektórych przypadkach) biskupów nie dociera, że pedagogika poszła do przodu i od dawna wiadomo, że znacznie lepiej sprawdza się wzmocnienie pozytywne niż negatywne? innymi słowy - marchewka jest skuteczniejsza niż kij?

Dlaczego nie da się przekazywać tego, co mają do  powiedzenia bez straszenia,obrażania, odrzucania? Dla mnie to jest problem, mam poczucie, że mnie tam nie chcą, bo daję na WOŚP, popieram księdza Bonieckiego i księdza Lemańskiego, nie wtrącam się w cudze życie seksualne, dopóki odbywa sie ono za zgodą obu stron i jestem zdania, że jak się nie da mieć dzieci inaczej, to in vitro jest jakimś rozwiązaniem, a Bóg widzi i docenia miłość ludzi, którzy są w stanie dużo poświęcić dla dziecka, którego jeszcze nie ma.

Prowadziłam kiedyś warsztaty dla rodziców i jedną z rzeczy, które im mówiłam, było właśnie to. Zamiast zabraniać - pokaż alternatywę, zachęcaj a nie blokuj. 

Grzechot dużo lepiej reaguje na proste "Grzesiu, mów cicho", niż na "Grzesiek, nie drzyj się tak". Znaczy to samo, a różnica jest kolosalna.

Ciekawe, czy wierchuszka kościelna kiedyś to wreszcie zrozumie...

czwartek, 05 lutego 2015

Od pewnego czasu zbierało mi się na tę notkę - zwykle jak jechałam Puławską w stronę Piaseczna, i zanim dotarłam w pobliże komputera, to zapominałam. A potem wkurzało mnie na nowo.

Na płocie kościoła po drodze czy też na jakimś bilbordzie na ich terenie jest wielki plakat z następującym tekstem: "Odnowić nasze śluby chcemy Maryjo".

Irytuje mnie on niepomiernie - nie ze względu na treść - generalnie nie wtrącam się w czyjeś śluby, wiarę, ale ze względu na sformułowanie. 

Niestety kościelny język ma swój styl, drewniany, sztywny, sztuczny i daleki od ludzi. Jak Episkopat wystąpi z listem pasterskim, to się tego słuchać nie da, albo usypia, albo nie do zrozumienia  - każde słowo z osobna jak najbardziej, ale całość - jakiś bełkot. Nie można było tego napisać normalnie, "Maryjo, chcemy odnowić nasze śluby"?  Te same słowa, to samo znaczenie, a jakoś bliżej, mniej sztywno. Cóż, polski KK jest taki właśnie, sztuczny, sztywny i nadęty, z dużą ilością ornamentów, kokardek i wodotrysków, a zdecydowanie pomijający to, co najważniejsze - mistycyzm, istotę wiary. W zbyt wielu miejscach księża bardziej sie przejmują tym, że trzeba sie ukłomić trzy razy i machnąć kadzidłem sześć (czy ile tam), bo tradycja, symbolika, a nie wpadną na to, że ludzie do kościoła przychodzą posłuchać Słowa Bożego, a nie pogadanki politycznej.

Zastanawiam sie, kiedy kościelni władcy zrozumieją, że w ten sposób oddalają się od swych owieczek - a raczej, niestety, coraz częściej - podwładnych - z prędkością światła. Nie próbują zrozumieć problemów zwykłych ludzi, nie próbują przedstawić swoich racji i poglądów językiem przez tych ludzi zrozumiałym, a potem sie dziwią, że mimo nauczania JPII jakiś okropny procent katolików akceptuje antykoncepcję czy in vitro. 

A może pomogłoby, gdyby na przykład biskupi szanowni zaczęli słuchać? Gdyby poszli franciszkowym tropem i zechcieli porozmawiać a nie tylko wydawać dyspozycje? Choćby zeszłoroczna ankieta - na tyle na ile tylko mogli ograniczyli ludziom możliwości wypowiedzenia się. Jasne, że w ten sposób mają mniej pracy przy zestawianiu tych wszystkich odpowiedzi, ale nie to bbyło głónym celem, obawiam się... Raczej chodziło o to, zęby na zewnątrz móc pokazać wygodny dla siebie obraz. szkoda tylko, że nieprawdziwy.

Sprawa księdza Lemańskiego pokazała, jak bardzo odległa od rzeczywistości jest to wizja. Wyskoki Flaszki Głodzia, z danielami w charakterze ekologicznej kosiarki nie mają wiele wspólnego z pokorą i  skromnością. Dominujący u nas jest model Książąt Kościoła, a nie pasterzy. Zdumiewające jest gremialne milczenie biskupów na temat radia Maryja i ekscesów ojca Rydzyka, który moim zdaniem jest jednym z największych kościelnych szkodników w Polsce.

Nawet, jeśli sie czasem trafi jakiś rozsądny biskup, to i tak się nie przebije. Mam wrażenie, że tam działa zasada "Kruk krukowi oka nie wykole". Może we własnym gronie któryś coś powie, ale na zewnątrz trzymają wspólny front - daleki od ludzi o lata świetlne....

 

Cóż, nie pierwszy raz wkurza mnie polski kościół. Właśnie polski, bo już we Francji, Irlandii, ten katolicyzm jest zupełnie inny, bardziej radosny, nastawiony na uwielbienie, wychwalanie Boga, a nie na narzekactwo i wypatrywanie winnych wśród bliźnich. 

Całe szczęście, że są jeszcze dominikanie. 

 

środa, 31 grudnia 2014

Tak mnie naszło na wydumki. Przypomniała mi sie garść scenek z różnych miejsc, do tego nałożył sie artykuł o owolontariacie, w którym moją uwagę przykuło jedno zdanie: "Koledzy uważają mój wolontariat za dziwactwo."

I zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, że jesli komuś sie coś stanie w miejscu publicznym, to na stado gapiów można liczyć bez pudła. Na to, żeby ktoś z nich się ruszyl i pomógł - już nie za bardzo. 

Taka zwykła pomoc drugiemu człowiekowi czasem w naprawdę niewielkiej sprawie - jakoś nie pasuje bliźnim do mebli. Mam wrażenie, że sie wstydzą, że ktoś może ich zobaczyć - w trakcie czego? - bycia Człowiekiem?

Jedna ze scenek - stoimy zs Skorupiakiem w korku na wiadukcie w centrum Warszawy. Na sasiednim pasie starsza pani w jakimś małym cinquecento czy czymś w tym guście usiłuje zapalić silnik. No zgasł, paskud jeden i kicha. Pani jest starsza, sama, stoi jeszcze lekko pod górkę - nie ma siły, nie poradzi. Korek jest i bez tego, jak jeszcze zablokuje jeden pas - kicha totalna. 

Popatrzyliśy na siebie ze Skorupiakiem, ustaliliśmy, gdzie sie spotykamy, gdyby nie zdążył mnie dogonić - korek był solidny, więc miał duże szanse wsiąść z powrotem, i poszedł pomóc. Jak sie przyłożył, to jakoś nagle z kilku okolicznych pojazdów wyskoczyło paru panów, jak wspólnie popchnęli, to pani odpaliła i było po problemie.  Ja się przez ten czas przesunęłam może o piętnaście metrów.

tylko dlaczego nikt nie ruszył sie wcześniej?

Inna sytuacja. 

Stoję na przystanku, wracałam z rozmowy o pracę czy innej oficjałki, więc w garsonce i pantoflach, a nie ukochanych dżinsach. Podjechał nabity autobus, drzwi sie otworzyły i wypadł z niego facet - po prostu spadł i rąbnął o krawężnik. A do tego spadł tak zgrabnie, że nogi miał pod autobusem, kierowca nie mógł ruszyć, bo by mu je przejechał. I co? Na przystanku tłum facetów (ten spadnięty to był kawał chłopa), ale żaden palcem nie kiwnie. Dopiero jak zaczęłam go wyciągać sama, w tych pantoflach, to się jakiś młody chłopak zainteresował i pomógł - reszta kontemplowała chmury. Gość był pijany w trzy trampki, to inna sprawa, ale wszyscy widzieli, że walnął głową o krawężnik, że leżał jak leżał - i nic.

Jak Skorupiak ratował nieprzytomną panienkę mając za plecami publiczność gapiącą sie od stolików w kebabowni - pisałam. Też to samo, jedna osoba pomaga, reszta się w najlepszym przypadku odwróci tyłem. 

Kurczę, co sie dzieje? Czy to tak trudno mieć ludzkie odruchy? Czy to wstyd? Obciach? Dlaczego tak???? Czemu nikt nie chce być tym pierwszym, który zachowa sie przyzwoicie?

czwartek, 13 listopada 2014

Lubię sobie posłuchać czasem Dominiki Żukowskiej i Andrzeja Koryckiego. pasują mi idealnie, grają to, co lubię - szanty, Okudżawę, ukraińskie różne, i tak jak lubię, proste aranżaje na dwie gitary bez udziwnień.

Znalazłam ostatnio nową piosenkę Andrzeja i chodzi mi teraz po głowie - nie tylko melodia, ale sam tekst podoba mi się baaardzo. Tak w kontekśie listopadowych świąt również...

Posłuchajcie

A tu jest tekst:

 

Siedzi w niebie siwy anioł,
ostry ma scyzoryk
I tak sobie w ciszy struga,
struga łódki z kory.
I sam nie pamięta
ile to już lat
wystrugane z kory łódki
puszcza anioł w świat.

W łódce miejsca nie za wiele,
ot, dla jednej duszy,
co ją z ziemi do anioła 
łódka przewieźć musi.
Lecz gdy miłość wielka
trudno rozstać się, 
w jednej łódce hen do nieba
płyną dusze dwie.

I nam może też już anioł
takie łódki struga.
Gdy je puści niech ich droga
do nas będzie długa.
I niech błądzą w chmurach
cieszy każdy dzień,
nim z błękitu spłynie ku nam

małej łódki cień

piątek, 31 października 2014

Ostatnio z racji daty znowu - jak co roku - zadyma w mediach.

Chodzi o Haloween, Święto Zmarłych i obchodzenie jednego i drugiego. Oczywiście Kościół bardzo protestuje przeciwko temu pierwszemu, czemu wyraz dal między innymi mój ulubiony Terlik w starciu z Kazimierą Szczuką.

Bo to niebezpieczne, igranie z ciemnymi mocami, przebieranie sie za śmierć wszak jest zaproszeniem szatana i tak dalej.

A ja mam tylko jedno cichutkie pytanie. Gnębi mnie ono od dawna, chętnie bym je zadała Terlikowi, może by mi wyjaśnił.

Jak to jest, że przebranie się za diabła czy za śmierć w Haloween jest złe, zagrażające i takie tam, a już przebranie się za tegoż samego diabła tudzież śmierć przez kolędników - nie???

Ja jestem Miś o Bardzo Małym Rozumku i nie rozumiem tego. Może mnie ktoś oświeci???

 

PS. Osobiście Haloween nie lubię, ale nie z powodów podawanych przez Kościół - bez przesady. Po prostu jest to święto sprtowadzone na polski rynek w celach wyłącznie merkantylnych. Nie chodzi o poznawanie kultur, tylko zwyczajnie o koszenie kasy za wszystkie niezędne akcesoria. A ja mam jakąś dziwną alergię na sytuacje, kiedy ktoś usiłuje mnie robić w balona. I dlatego nie będę sie przeierać za dynię i nie mam w domu cukierków dla dzieci sąsiadów.

czwartek, 30 października 2014

No właśnie, piętnaście lat minęło jak z bicza strzelił. 

To był piękny dzień, chłodny, ale słoneczny i bezchmurny, tak jak ostatnio. Było to miłe, bo przez cały październik lało jak z cebra, a tu w sobotę wyszło słońce.

Bywało różnie, czasem dobrze, czasem nieco gorzej, a czasem - jak w kawale, gdzie ktoś pyta panią obchodzącą złote gody, czy nigdy nie myślała o rozwodzie. "Nie, najwyżej o morderstwie" - odparła raźno jubilatka. 

Na współne wyjście gdzieś we dwójkę nie mamy szans z różnych powodów, więc weźmiemy dzieci i pojedziemy do przyjaciół, którzy zresztą nie mają pojęcia o naszej dzisiejszej rocznicy i imieninach Skorupiaka (to taki chwyt, żeby nigdy nie zapokmniał o rocznicy ślubu ;). Dzieci będą szaleć sobie, a my pogadamy (nadzieja matką...).

Skorupiaku - żebyśmy razem doszli co najmniej do tej samej rocznicy, co moi rodzice dwa dni temu :)

czwartek, 16 października 2014

Zadzwoniła dziś do mnie mama. Przeczytała fragment jakiegoś artykułu, a ja coraz szerzej otwierałam błękitne oczęta.

Było to na temat przedszkola. A właściwie dzieci, które do przedszkola trafiają. I które z roku na rok są coraz mniej samodzielne. Mowa była o trzylatkach, a padały pytania, czy np. dziecko umie gryźć. 

Przekładałam sobie oczywiście wszystko od razu na Grzechotnika, więc pomyślałam - o, i to jak jeszcze, jak dziabnie kogoś w tyłek, to nie da się tego przegapić. Chodziło jednak nie o wyrażanie złości, tylko o rozdrabnianie pokarmów.... Okazało się bowiem, że z roku na rok dzieci trzyletnie są coraz mniej samodzielne. Nie tylko nie umieją się same rozebrać z kurtki, one nie umieją sobie poradzić z kanapką, nie chodzą - mają słabe nóżki, bo mamusie stale wożą w wózku, jedzą papki, warzyw nie dotkną metrowym kijem a zwykłe jabłko jest za twarde i stanowi przeszkodę nie do pokonania. Normalnie masakra.

Słuchałam tego z wytrzeszczem, obserwując równocześnie Grzechotnika (niecałe 21 miesięcy, do trzech lat to mu jeszcze sporo brakuje jak widać). Grzechot biegał. Grzechot wspinał się na kanapę, po czym z niej zeskakiwał. Grzechot w ogóle jest bardzo ruchliwym stworzonkiem, o czym zresztą nie raz pisałam. Grzechot pogryzał sobie jabłko, które stanowi obowiązkową część śniadania - jak się mały potwór budzi o 6 rano i chce jeść, to leniwa matka ma przy łóżku pudełko z pokrojonym w wygodne kawałki jabłuszkiem (albo dwoma, bo jedno nie zawsze starcza...) i może zapchać żarłoczną paszczę nie wykopując się spod ciepłej kołderki.

Jak już Wąż pójdzie do przedszkola, to znowu mamusie rówieśników będą patrzeć na nas z zawiścią, tak jak przy Piotrku. Wtedy też informowałam potomka krótko - synu kochany, ubieraj się, a ja poczekam przy akwarium. I dzieć sam się ubierał w co trzeba i przychodził, żadnemu z nas nie przyszło do głowy, że mogłabym go przyodziewać niczym manekina, jak robiły to inne panie.

Krótko mówiąc, Elbanowscy mają rację. Dzieci w wieku 6 lat są nieprzystosowane do szkoły. I będą nadal nieprzystosowane mając lat 10. Nie wynika to jednak bynajmniej z ich możliwości rozwojowych czy niedostatków szkoły. Przyczyna główna leży gdzie indziej, jest nią ciągłe hamowanie rozwoju przez "troskliwych" rodziców. Takich, którzy nie pozwolą dziecku na nic, bo się spoci, przewróci, zmęczy. Albo, co gorsza, usamodzielni i mamusia przestanie być potrzebna do obcierania noska maleństwu lat 16. Dzieciaki prą do przodu, rodzice hamują na potęgę. Co się potem dziwić, że są niedorozwinięte....

Tylko po co te pretensje? Chcieliście Polski, no to ją macie, skumbrie w tomacie, pstrąg.

I drugie pytanie - jak uratować te dzieci przed rodzicami?

piątek, 14 lutego 2014

mamy z Piotrem problem. A właściwie nie z Piotrkiem, tylko ze szkołą - z wychowawczynią.

Pani jest miła - tylko co z tego. Oczywiście, wychowawca, zwłaszcza maluchów, powinien być miły. Oprócz tego powinien być jednak kompetentny, a tego już jakby nieco brakuje.

Pierwsze sygnały były juz w zeszłym roku, ale ja - jako jednostka programowo ufająca ludziom - przeoczyłam je. Zwłaszcza, zę akurat rodził sie Grześ, było zamieszanie, a Piotrek jest osobnikiem ponadprzeciętnie zdolnym. W rezultacie powyższego w marcu złapaliśmy go na sporych zaległościach w pracach domowych - w sumie ponad 50 stron, kaligrafia i matematyka. 

Ktoś może powiedzieć, zę to też nasza wina, bo trzeba pilnować dziecka. Pewnie tak, ale Piotrek zazwyczaj lekcje robił bardzo chętnie, zwłaszcza na początku. I po prostu co któreś "zapominał". Że nie lubił kaligrafii - rozumiem, nudy na pudy, a jemu było trudniej, bo leworęczny. Z matematyką było całkiem inaczej - lubi matmę, tylko te zadania były tak banalnie proste, my z nim rozmawialiśmy o poęgowaniu, a on musiał liczyć 3+7. 

Tak czy inaczej - pani tego nie zauważyła. 

Teraz problem sie nasila. Rozmawiałam już z kilkorgiem rodziców z naszej klasy - wszyscy mówią to samo. Pani  nie potrafi zorganizować lekcji, uczy chaotycznie, opuszcza bardzo dużo z podręcznika, ale nie daje nic z zewnątrz, nie egzekwuje zadanych prac, przepuszcza błędy...

W tym wszystkim uderzyła mnie mocno jedna rzecz która jakoś w różnych sytuacjach juz mi gdzieś tam doskwierała, ale jaloś sie wczesniej nie wykrystalizowała.Kwestia etylki zawodowej różnych grup, zakazującej krytykowania kolegów po fachu. Jedna z mam jest nauczycielką nauczania początkowego - czyli dokładnie to samo.I podczas rozmowy z nią pdało jedno zdanie, które mi zazgrzytało w uszach - "Nie chciałabym się tu wypowiadać, bo to koleżanka po fachu, nie powinnam krytykować innego nauczyciela". 

A właściwie dlaczego?

Uważam, ze to jest jeden z głupszych punktów różnych kodeksów etyki zawodowej, właśnie ten zakazujący krytykowania kolegów z branży. A przepraszam, kto, jeśli nie drugi fachowiec może kompetentnie stwierdzić, że ktoś zawala robotę? Każdy inny  człowiek może usłyszeć "nie znasz sie, specyfika pracy, tratatata". Jeśli ktoś coś knoci, to należy to wskazać, najlepiej z kierunkami poprawy, aby podnieść ogólny poziom w branży, a nie zamiatać pod dywan, udając, że deszcz pada.

Taki zapis widnieje w wielu regulacjach branżowych - i uważam, zę powinien z nich wszystkich wylecieć jako obniżający poziom i podważający zaufanie do specjalistó. Bo jeśli wiadomo, żę nikt znający sie na rzeczy nie powie o błędach, to oznacza to po prostu powielanie ich i miłe, wygodne ciepełko. A nie rozwój.

środa, 26 czerwca 2013

Ostatnio jest tak, że tysiące notek kłębią mi się po głowie... i nic  tego nie wynika. Po prostu nie mam czasu na to, żeby je przelać na klawiaturę, a jak mam już chwilę - bo chłopaki śpią, to padam na płaski kaczy dziób i sama też idę spać.

Tym razem jednak notka powstanie. Nie dlatego, że zdarzyło sie coś spektakularnego. Muszę po prostu spróbować uporządkować myśli, a na piśmie to lepiej wychodzi.

Wszystko sie zaczęło od artykułu w Tygodniku Powszechnym z 9 czerwca. Rozmowa ze Stefanem Chwinem, tekst zatytułowany "Jeśli zło rządzi światem"

Tekst mądry. Bardzo mądry, zmuszający do zupełnie innego spojrzenia na sprawy wydawałoby sie oczywiste.

Chodzi o to, czym jest zło. Zło ogólne i takie bardzo konkretne, wydarzenia, które miały miejsce, takie jak wojny, Holocaust itp. S.C. zastanawia sie nad tym w kontekście ewolucji i odwiecznych praw natury - gdzie przezywa silniejszy, gdzie panuje zamordyzm i dyktatura, gdzie likwidowanie osobników słabszych, chorych, będących obciążeniem dla stada - jest rzeczą normalną. Rozpatruje skutki wydarzeń i ich oceny - "Nietrudno litować się nad kobietami gwałconymi podczas wojen,  trudniej pytać o to, jaką rolę odgrywały wojny w mieszaniu się genów, kiedy to na przykład Azja szła na Europę gwałcąc miliony kobiet i powodując przy okazji powstawanie całej generacji mieszańców lepiej przystosowanych do przetrwania na ZIemi, niż osobniki czyste etnicznie".

Pyta również, czy konsekwencje alternatywnych wariantów zdarzeń nie byłyby równie okrutne i tylko przypadek zrządził, że akurat strona A została okrzyknięta tą złą, a strona B - ofiarą. Bo może, gdyby B wykazała sie lepszym refleksem, etykietki rozdano by odwrotnie?

Czy złem jest wymuszenie torturami informacji, które zapobiegną zdarzeniom podobnym do tych z 11.09 - cena cierpienia jednostki za cierpienie tysięcy?

Ceną za życie jednych jest śmierć i cierpienie innych - niekoniecznie ludzi. Zwierzęta też biorą udział - niekoniecznie dobrowolnie - w tym tyglu. 

Ale tak było na długo przed dinozaurami, a tym bardziej pojawieniem sie pierwszego człowieka - wygrywał silniejszy, lepiej przystosowany, sprytniejszy. Słabszy - cóż, płacił cenę za swoją słabość. Ale czy działania dające możliwość przetrwania gatunku można określić jako złe?

 

Trudny temat, bardzo ciekawy. Najchętniej bym sobie z kimś o tym pogadała, bo kluje mi sie milion wątków, przerywanych grześkowymi wstawkami - tę notkę też tworzę już trzeci dzień. 

Pytania, pytania, pytania... Dobrze, że są, ale znalezienie odpowiedzi wcale nie jest łatwe....

sobota, 30 marca 2013

Tak sobie pomyślałam siedząc z Grzechotkiem przy piersi, źe coś dziwnego dzieje sie w naszym społeczeństwie.

Właściwie "dziwne" nie jest odpowiednim słowem, bo dziwi to mało kogo. To raczej ja chyba jestem dziwna, że się tego czepiam.

Chodzi mi o ostatnią aferę z abp. Głodziem.

I nie mam  na myśli w tym momencie samych doniesień prasowych dot. jego zachowania, tylko raczej  reakcję wielu osób na nie. A ściśle rzecz biorąc  podejście do tematu dające sie zamknąć w pytaniu: "I co w tym złego, że czasem lubi wypić?"

Już pomijam to, że jako kapłan i to wysoki rangą powinien być wzorem i przewodnikiem, a zdecydowanie nie jest. Powszechnie znane przezwisko Flaszka nie wzięło się z powietrza.

Przerażające dla mnie jest, że tak wiele osób (w tym polityków, którzy powinni mieć przynajmniej świadomość ponoszonych przez państwo kosztów nadużycia alkoholu, jeśli nie pozostałych skutków) nie widzi problemu w rozrywce polegającej na schlewaniu się jak świnia. Wróć, przepraszam  świnie.

Jest przyzwolenie społeczne na takie zachowania, bo niestety picie jest powszechne od prawa do lewa. A przecież nikt nie potępi czegoś, co sam lubi.

A potem powstają dramatyczne artykuły o tym, jak to piją coraz młodsze dzieci. O tym, że pijana matka urodziła pijane dziecko. 

Tylko czemu niektórzy się tak dziwią???? 

 

sobota, 10 listopada 2012

Przegapiłam kolejną rocznice początku mojego bloga. 

6 listopada minęła, a ja kompletnie o tym zapomniałam, blog po prostu jest, wieczny jak czas i tyle.

Moje miejsce w świecie wirtualnym. Ja ustalam zasady, moge sobie pisać, o czym tylko chce, nikt mi nie stawia za to pisanie ocen (nareszcie...). 

Spotykam bardzo różnych ludzi - fajnych, ciekawych, życzliwych, pomocnych, ale i złośliwych, nieprzyjemnych, albo takich, z którymi mi po prostu nie po drodze i tyle. Przegląd społeczny.

I to jest fajne i wiele mi daje. Wy mi wiele dajecie. Nawet jesli czasem trafi sie jakas nieprzyjemna uwaga, to forma pisana, czas pomiędzy napisaniem a przeczytaniem i ewentualną odpowiedzią pozwala na spokojne przemyślenie - czy może jednak nie ma tam odrobiny racji? 

Wspieracie w trudnych chwilach, podtrzymujecie na duchu, jak mam doła - mogę liczyc na to, zę zawsze ktoś da kopa na rozpęd, albo powie coś zabawnego, żebym sie uśmiechnęła. 

Mogę wreszcie wyrzucić z siebie różne przemyślenia, wątpliwości czy zwykłe wkurzenie - w życiu codziennym nie zawsze są na to warunki, nie zawsze znajdzie sie ktoś, kto akurat  w tym momencie może i chce posłuchac - jeszcze do tego bez przerywania co drugie zdanie "a wiesz, u mnie było tak samo, tylko ja zrobiłem wtedy...". I już, siedze i słucham, chociaż potrzebowałam sie wygadac. 

Cztery lata pisaniny. 

Zaowocowały paroma bardzo fajnymi znajomościami, odszukaniem Niedoszłej Kuzynki (ukłony dla Kierownika!!!!), długotrwałą korespondencją - wiele ważnych rzeczy.

Dziękuję Wam, że jesteście ze mną.

wtorek, 30 października 2012

Może nie jak jeden dzień, ale jakoś podejrzanie szybko. Ktoś tu chyba miesza ze zmieniaczem czasu świśniętym z Hogwartu, bo jakoś trudno mi uwierzyć, żebym zasnęła na tak długo.

Trzynaście lat temu pogoda była piękna. taka, jak dwa tygodnie temu, słoneczna złota, kolorowa jesień. 

Byłam znacznie szczuplejsza (nie sztuka, ostatni tydzień drugiego trymestru rzadko kiedy pozwala na wbicie sie w spodnie sprzed ...nastu lat).

Skorupiak tez był szczuplejszy, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, ze za rok osiągnie tamte wymiary - albo i jeszcze lepiej. Chudnie na potęgę. Czyli - Prawo Zachowania Obwodu działa.

Nawet miałam ambitny plan (tak gdzieś w styczniu mi to przyszło do głowy), żęby sie doprowadzić do stanu umożliwiającego zmieszczenie sie w sukienkę sprzed tych 13 lat - tak, mam ją nadal, wisi sobie i kusi - "schudnij, schudnij, to sobie wreszcie zrobicie sesje fotograficzną" (na nasz ślub fotograf palant nie przyszedł, bo pomylił kościoły. Za to nie pomylił numeru telefonu, kiedy potem zadzwonił nawrzucać, zę nikt go nie powiadomił o odwołaniu imprezy).

Sesja w kiecce ślubnej z przyczyn zasadniczych w tym roku nie wchodzi w grę, ale tak sobie myślę, zę może jakoś latem? jak będzie zielono i wszystko będzie kwitło? Pogoda nie będzie tak grymaśna? 

Podsumowując te lata - warto było. Mamy Pytona, Grzechotnik też juz coraz wyraźniej komunikuje swoje poglądy na świat (na przykład dziś rano wściekłym wierzganiem poinformował, zę mam sie natychmiast przewrócić z prawego na lewy bok). Nawet w sytuacjach konfliktowych udaje nam się znaleźć drogę do siebie i do rozwiązania problemu, mimo, zę wcale nie musi być łatwo. 

Rozumiemy wzajemnie swoje teksty, powiedzonka, mamy wielką bazę cytatów, którymi sie przerzucamy, podobne poczucie humoru, upodobania. Nie musimy jedno drugiemu tłumaczyć jak chlop krowie w rowie, co sie miało na myśli. 

W sytuacjach podbramkowych działamy jak idealnie zsynchronizowany komputer, nie musimy sobie wzajemnie tłumaczyć, podpowiadać, pytać. po prostu wiemy, co to drugie zrobi, powie, co trzeba podać itp.

Oczywiście nie jest idealnie, czasem sie wkurzam, czasem mam ochotę wziąć jakąś ciężką patelnię albo woka i walnąć po głowie. Nie mam woka, patelni szkoda, więc nie walę. Ale jakby było idealnie to byśmy zapewne umarli z nudów juz pare lat temu.

Mam nadzieję, ze Skorupiak nie żałuje prezentu imieninowego, jaki dostał tamtego październikowego dnia.  Ja jestem zadowolona.

piątek, 26 października 2012

Mam lekkiego fioła na punkcie ładnej polszczyzny - a co, każdy ma jakiegoś bzika, ja tez.

Czepiam się, gdy Pyton używa wulgaryzmów, poprawiam niewłaściwe konstrukcje gramatyczne czy niezręczności stylistyczne - nie zrzędzę, po prostu podpowiadam prawidłową wersję, zgrabniejsze sformułowanie. I widzę efekty - ma bogate słownictwo, naprawdę ładnie sie wyraża, używa zdań złożonych, a nie tylko najkrótszych możliwych i słów maksymalnie dwusylabowych.

Dzisiaj mam poczucie, że przekroczony został kolejny próg. Może zresztą nastąpiło to znacznie wcześniej. Nie, wróć. Nie "może", o różnych pyskówkach i chamskich odzywkach w Sejmie słyszałam już wcześniej, ale zwykle słownictwa spod budki z piwem używali panowie, co, mimo, że jest przejawem myślenia dyskryminującego ze względu na płeć i feministki mogą mnie zlinczować, jakoś jeszcze mniej mnie razi. Mniej, to nie znaczy, że uważam za dopuszczalne, żeby było jasne. Chamstwo to chamstwo i już.

Kiedy przeczytałam, jak to pani poseł Krystyna Pawłowska, profesor, kobieta w wieku dostojnym, a nie  - excusez-le-mot - smarkula, rzuciła do innego posła, którego wypowiedź jej sie nie spodobała krótkim słowem "sp...laj" - opadło mi wszystko.

Z wielu powodów.

Wyliczać wszystkich nie będę, bo i po co. Ale uderzyło mnie jedno.

Określenie "słownictwo nieparlamentarne" kiedyś odnosiło sie do takiego właśnie chamstwa, wulgaryzmów, słowem - języka, którego człowiek kulturalny nie używa, którego w miejscu przebywania elit sie po prostu nie spotka. Elit politycznych, kulturalnych, jakichkolwiek. Elita to wyższy poziom kultury osobistej.

Otóż nie. Już nie. Teraz takie słowa sa w parlamencie na porządku dziennym. Obrzucanie wyzwiskami tylko za to, że ktoś ośmiela sie nieć inne poglądy niż ja. Poniżanie, wyśmiewanie z nazwiska, wyglądu, przodków - czyli chwyty rodem z przedszkola i piaskownicy.

Czy my jeszcze mamy jakiekolwiek elity?....

czwartek, 25 października 2012

Jutro u Pytona w szkole jest ślubowanie.

Na lekcje na razie nie chodzi - siedzi co najmniej do poniedziałku włącznie, ale na samą uroczystość pójdziemy (przy okazji zabrać podręczniki i zeszyty oraz spis zaległości do uzupełnienia).

W końcu - szkoła pod oknem, dojście zajmuje dwie minuty wolnym krokiem, to czemu nie. Zwłaszcza, że mają jakiś występ i każdy z łepków ma kilka słów roli, Piotrek też.

A ja mam mieszane uczucia. 

Nie, wróć, całkiem jednoznaczne. Innymi słowy - jestem zła. 

Nie podoba mi sie ta impreza. Nie lubię wszelkiej maści ślubowań w każdej placówce po kolei. 

Rozumiem, żę szkoła usiłuje w ten sposób powiązać emocjonalnie uczniów  z przybytkiem edukacji, nadać sobie samej wyższą rangę, ale moim zdaniem to nie tędy droga.

Jak na razie to - przynajmniej według mnie - podstawowym celem osiąganym w ten sposób jest spłycenie i obniżenie rangi samej przysięgi czy ślubowania. Czegokolwiek i jakiejkolwiek. 

Nauczenie, że  jest to rytuał do odbębnienia, okazja, żeby urwać parę lekcji, powód, dla którego każą się wbić w galowe ciuchy zamiast ukochanych dżinsów i bluzy z wzorkiem na brzuchu. 

I zastanawiam się, jak w przyszłości osobnik, który przejdzie przez ślubowanie w podstawówce, gimnazjum, liceum, podpisze stosowny kwit na studiach (albo i nie - cała draka ze studentem z gdańskiej ASP sie kłania*), będzie podchodził do kolejnej przysięgi naprawdę ważnej - takiej  - teoretycznie - na całe życie? Małżeńskiej?

Czy uzna ją za kolejną nudną oficjałkę, gdzie trzeba wymamrotać parę zdań ku uciesze i satysfakcji gawiedzi, a które niewiele (albo zgoła nic) zmienią w jego życiu? Czy stwierdzi, że naprzysięgał sie już dość, wie, ile to jest warte i odmówi w ogóle formalizowania związku (wszystko jedno, cywilnie czy kościelnie)? Czy wyrecytuje przysięgę, może nawet - niczym alkoholik - wierząc przez chwilę w to, co mówi, ale wycofując sie przy pierwszych trudnościach?

 

*  Heca z ostatnich dni, chłopak zdał - bardzo dobrze - egzaminy, dostał się na uczelnię jako jeden z lepszych, a nie przyjęli go, bo odmówił podpisania tekstu ślubowania jako niezgodnego z własnymi poglądami (jest monarchistą, a tam coś było o wierności demokracji i ideom humanizmu). Uczelnia zawaliła o tyle, że podejrzewam, iżmogliby dojść do wspólnego rozumienia pojęcia "humanizm", z demokracją pewnie byłoby gorzej. Za to szacunek dla faceta, że własne poglądy  - jakie by nie były - traktuje poważnie, a nie wyciąga chorągiewkę tylko wtedy, gdy można coś na tym ugrać. Jak wiele osób w dzisiejszych czasach...

 

poniedziałek, 22 października 2012

Jak już sie zaczęłam zastanawiać nad rugowaniem niewłaściwych poglądów z życia, to wyszło mi, że za chwilę zostaniemy z niczym. 

Leci większość literatury z powodu:

  • promowania nierówności społecznych  - właściwie wszystko, co nie ukazuje kobiety jako co najmniej równej mężczyźnie, jeśli jest ona przedstawiona jako bezradna kobietka, kura domowa, matka bez ambicji itp - won. Również książki w których pojawia sie arystokracja dowolnej maści, bo przecież tytuły nic nie znaczą, a błękitną krew to mają pajęczaki. Wszelkie dzieła, w których występuje służba domowa, zarabiająca mniej niż średnią krajową. Wyzysk, wyzysk!!!!
  • promowania niewłaściwego/niezdrowego trybu życia. Obżarstwo, papierosy, cygara, alkohol (a co, jak czystka, to czystka), seks bez zabezpieczenia i z kim popadnie.
  • niewłaściwych poglądów politycznych. Ponieważ każde poglądy moga być dla kogoś niewłaściwe - zostajemy z książką telefoniczną.  A, nic z tego, ochrona danych osobowych.

Z podobnych powodów do odstrzału mamy wiekszość filmów (no, może przyrodnicze niektóre by sie ostały), spora część malarstwa - tu przynajmniej zostaną krajobrazy i martwe natury.

Co nam zostaje? 

Powinna przetrwać część architektury, choć przecież są zwolennicy wyburzenia pałacu Kultury, wszelkich pomników poradzieckich, wszystkiego, co choćby musnęło niewłaściwe poglądy (a ja juz pisałam,  kazde moga być niewłasciwe).

Zostanie muzyka -  w większości, chociaż też trochę poleci, zwłaszcza, jesli do tej muzyki ktoś kiedyś nieopatrznie napisał jakiś tekst.

Przedstawienia teatralne - cóż, wiele z nich bazuje na dziełach literackich - odstrzał z automatu. Jeszcze ktoś by wpadł na pomysł, zęby takiego Otella naśladować? Albo w czarownice zacznie wierzyć? No nie do przyjęcia, mowy nie ma. 

Opera? znowu, pełno tam arystokratów, zbrodni, uwodzenia, a fe!!!! 

Balet? niezdrowe, to jednak potwornie obciąża układ kostny, takie wygibasy.

 

Wyliczankę można jeszcze ciągnąć, tylko po co. I tak nie mam złudzeń, że do ideologów dotrze, ze to, co usiłują robić, jest głupotą i zubożaniem nas wszystkich.  Talibowie też zniszczyli wiekowe rzeźby, bo im do światopoglądu nie pasowały. U nas powolutku zaczyna sie marsz w tym samym kierunku...

 

czwartek, 11 października 2012

Nie wiem, kiedy to minęło. Równe sześć lat temu leżałam na oddziale pooperacyjnym, zęby latały mi jak klawiatura fortepiany, zamiast nóg miałam jakiś niesympatyczny kawał zimnej, twardej gumy. 

A potem siostry przywiozły mi Piotrka. Leżeliśmy sobie sami na oddziale (na  początku przynajmniej) i patrzyliśmy w oczy. To pierwsze spojrzenie było niesamowite. Mądre, dorosłe, poważne. Kosmos. tak jakby rozumiał, gdzie i po co się znalazł, dlaczego teraz i tu, a nie gdziekolwiek indziej. I akceptował ten świat.

Sześć lat minęło nie wiem kiedy. Teraz Pyton jest długonogim pędziwiatrem, gadułą zadającą dużo ciekawych pytań. Myślącym człowiekiem, dobrym, troskliwym, odważnie odkrywającym świat. Widzącym innych ludzi. Czasem humorzastym, cholerycznym. Jak mu coś nie wychodzi, to się wkurza, ale coraz lepiej umie opanować własne emocje, zastanowić się, co zrobić, zęby jednak sie udało. 

Lubi myśleć, kombinować, odkrywać. Interesują go ciągi przyczynowo-skutkowe, często jak zaczniemy gadać na jakiś temat, to kończymy w tak dziwnych rejonach, zę ciężko mi potem prześledzić, jakim łańcuchem skojarzeń tam doszliśmy (znakomitym przykładem jest jedna z pierwszych naszych takich rozmów, gdzie zaczęło się od wkładania brudnych łapek do buzi a skończyło na cyklu menstruacyjnym - a on miał wtedy niecałe cztery lata, albo jeszcze mniej!).

Koledzy go lubią, czasem jest z tym pewien kłopot, bo lubią go również ci, których on lubi nieco mniej - to całkiem tak, jak ja... Ale to dla niego jest problem, bo nie chce robić przykrości, mimo, że nie ma ochoty bawić się z danym Kubą czy innym Frankiem. Troszczy sie o ludzi i zwierzęta. Pomaga w domu, nie ogranicza sie do sprzątnięcia swoich zabawek po siedemnasty raz powtórzonym poleceniu - potrafi sam zaproponować, że poleci wynieść śmieci, bez cienia sugestii z naszej strony.

Słowem - udaje nam sie wychowywać bardzo fajnego człowieka. Takiego, jakich chciałabym widzieć  więcej. Inteligentnego, dobrego, ciekawego świata. 

 

Wszystkiego najlepszego, synku!!!!

poniedziałek, 06 sierpnia 2012

Znalazłam dziś sygnaturkę przecudnej urody. Sama prawda życiowa płynie z klawiatury autora tych pereł mądrości, wie co pisze. A właściwie, nie autora, a autorki - jestem pewna, że to była kobieta. 

Czytajcie i doceniajcie:

Kobiety i koty zawsze będą robić to, co chcą, a mężczyźni i psy powinni się zrelaksować i powoli oswajać z tą myślą.

 

Howgh!

 
1 , 2 , 3 , 4