O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

retrospektywne

niedziela, 12 lutego 2017

Grzegorz przekroczył dziś kolejny etap wtajemniczenia w dorosłe życie.

Układaliśmy razem puzzla, ale nie wersję dziecięcą z małą ilością dużych kawałków, tylko odwrotine - dużo małych.

Co prawda to dużo to było tylko 500, ale i tak uważam, że zacnie jak na czterolatka. Dzielnie szukał, dopasowywał, kombinował - trybiki aż dymiły.

A mnie się przypomniał mój pierwszy puzzel, układany setki razy, tak, że znałam go na pamięć i większość kawałków mogłam wziąć w rękę i od razu położyć na miejscu. Też pięćsetka.

Wilczyca z dwoma szczeniakami na tle maków i jakiegoś innego zielska. Kawałki miała już mocno powycierane, czasem tylko ja wiedziałam, co tam jest - tak zużyty był od częstego układania. Kochałam go bardzo i ciężko było podjąć decyzję o wyrzuceniu - co z tego, że brakowało kawałka nosa, że nie dawało się rozpoznać rysunku... To byla moja wilczyca.

Dzisiaj jakoś do mnie wróciłą - moimo, że układaliśy zupełnie co innego, ale ten sam rozmiar przywołał  falę wspomnień. I ten entuzjazm Grzesia, który kładał do samego końca - tak jak ja kiedyś....

Będzie następny puzzlomaniak - po mamusi i babci.  :)

 

 

poniedziałek, 03 listopada 2014

Wpadliśmy w sobotę do moich rodziców, a tam - niespodzianka, przyjechali dziadkowie. I jakoś tak się zgadało o różnych numerach robionych rodzeństwu.

Usłyszałam kolejną historyjkę, której nie znałam:

W czasie wojny dziadek biegał na lekcje historii do proboszcza we wsi - wiadomo, nauka była zakazana, więc się to organizowało w najróżniejsze sposoby. 

Tego dnia był już nieco spóźniony, a zobaczył, że jego brat i siostra zjeżdżają na sankach spod domu do bramy. Kawałek był, więc się dosiadł i pomknął razem z nimi aleją lipową. Niestety przeładowanymi sankami trudniej sterować, więc zakończyli podróż na jednym z drzew. Brat trochę marudził, ale dziedak poklepał go po główce na zasadzie"nie udawaj, duży jesteś" i poppędził na lekcję.

Gdy wrócił, ramię brata było juz w gipsie - okazało się, że jednak nie było to bezpodstawne marudzenie. Dziadka ruszyło sumienie, postanowił się nieco zrehabilitować i poczytać maluchowi przy lampce naftowej. Kiepsko świeciła, nachylał sie więc z książką, żeby cokolwiek widzieć.

Wtem z dołu padło hasło "Kolacja!". W tamtych czasach wszyscy chodzili stale głodni, wiec na taki okrzyk rzucało się wszystko i gnało na posiłek. No i dziadek rzucił książkę, trącił nogą stolik, na którym stała lampka... Przewróciła sie, nafta wylała na biednego Jerzyka i zaczęła płonąć.  Ugasili to sprawnie kocami, ale zdaje się, ze dziadek do dziś ma wyrzuty sumienia ...

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Skoro zostałam wywołana do tablicy w komentarzach pod poprzednim wpisem, to będzie historia z czasów zamierzchłych.

Jako się rzekło, miałam wówczas 12 lat. 12,5 gwoli ścisłości, gdyż jam grudniowa, a to lato było.

Pojechałam na obóz. Na doczepkę do istniejącej grupy - drużyny harcerskiej. Krakowskiej drużyny harcerskiej. Co oczywiście skutkowało między innymi tym, że jak obóz się skończył, to wróciliśmy do Krakowa, gdzie na Dworcu PKS wszyscy się rozeszli. 

Ja zostałam - miałam w garści bilet na wieczorny expres do Warszawy, jak dziś pamiętam, na godzinę 19.10.

Czasu miałam trochę, poszłam więc do baru Smok - coś zjeść. Dalej nie chciałam łazić, żeby zdążyć na pewno na pociąg, więc jakieś dwie godziny snułam się po dworcu, objuczona plecakiem.

W końcu nadeszła pora odjazdu, więc poszłam na właściwy peron... by ujrzeć w dali tylne światła znikającego pociągu.

Mojego pociągu.

Zatkało mnie. Potem się wystraszyłam, ale szybko zaczęłam myśleć z powrotem.

Najpierw poszłam na lody - na pocieszenie.

Potem wrzuciłam plecak na garba i poszłam w miasto - do jednego ze stryjecznych braci mojego taty, który mieszkał niedaleko dworca. Nie pamiętałam adresu, ale wizualnie namierzyłam właściwy budynek i klatkę. Na moje szczęście nie były to jeszcze  czasy domofonów... Na miejscu okazało się, że stryja nie ma, wyjechał z rodziną. Była tylko   gosposia, która zaczynała pracę jeszcze u mojej prababci i zapewne mojemu tacie czasem pieluchy zmieniała. Przedstawiłam się, że ja to ja, wyłuszczyłam sedno problemu i poprosiłam o przenocowanie.

Julcia oczywiście mnie przygarnęła, nakarmiła i wręczyła telefon - wszak niedługo potem tata miał na mnie czekać na dworcu w Warszawie. Zadzwoniłam, powiedziałam, że nie ma co mnie szukać w pociągu, bo mnie tam nie ma i wrócę jutro, nie wiem, o której, bo nie wiem, na którą uda mi się dostać bilet. Dam znać jak będę wiedziała. 

Powstał jeszcze jeden problem - następnego dnia tata miał jechać nad morze po mamę z chłopakami i nie mógł równocześnie odbierać mnie z pociągu, ale od czego rodzina? Zadanie pozbierania  mnie zostało scedowane na dziadków.

Rano zjadłam solidne śniadanko przygotowane przez kochaną Julcię, po czym wzięłam plecak i poszłam - nie sprawdziłam dnia poprzedniego rozkładów jazdy, nie miałam więc pojęcia, kiedy będzie jakiś sensowny pociąg. Na który do tego uda sie kupić bilet. 

Pociąg spełniający powyższy warunek - dostępnośc biletów okazał sie być dopiero ok. 16. 

I cóż więc zrobiłam? Zamiast wrócić do Julci, zostawiłam plecak w przechowalni bagażu i poszłam w miasto. Zwiedzałam moją ulubioną metodą, idę przed siebie, a jak już będe miała dość, to sprawdzam, gdzie jestem i próbuję wrócić w znane rejony. Planu Krakowa nie miałam ze sobą, wszak nie przewidywałam takich atrakcji, a posiadana przeze mnie mapa Beskidu Niskiego była jakby niezbyt przydatna.

Włóczyłam sie po mieście, w końcu nogi zaczęły mnie boleć. A tu obok  tramwaj, który widziałam przy dworcu. No to wsiadłam. Niestety - nie w tym kierunku....

Wywiozło mnie za Nową Hutę. Po drodze stwierdziłąm, że teren wyglądda jakby znajomo, ja tu kiedyś byłam u jednej ciotki. Ale zanim przeanalizowałam dane, to byłam już hen, na peryferiach. Wysiadłam więc, poczekałam na tramwaj w kierunku odwrotnym, po czym postanowiłam sprawdzić, czy trafię na pamięć do owej ciotki - byłam u niej raz, ładnych parę lat wcześniej i oczywiście nie mialam adresu. Ale pamiętałam klatkę, piętro - trafiłam.

A tam okazało się, że już w całym mieście panika, rodzina, której w Krakowie jest sporo szuka mnie z obłędem w oku i nikt nic nie wie.

Obdzwoniłyśmy więc strapionych krewnych, że już sie znalazłam, przyjechał któryś ze zmotoryzowanych wujów i odwiózł mnie na dworzec, w międzyczasie któryś inny stanął w długiej kolejce do przechowalni, tak, ze jak dojechałam, to mogłam mu tylko wręczyć kwit i wsadzono mnie do pociągu. Sądzę, że z dużą ulgą, że pozbywają sie kłopotu.

Cały problem wziął sie zaś z pomyłki pani kasjerki, która sprzedawała mi bilet. To były czasy biletów kartonikowych, ręcznie wypisywanych - i kobieta sie pomyliła. Wpisała 19.10, a pociąg opdjeżdżał o 19.05. Oczywiście PKP zwrócil pieniądze, bo błąd był ewidentnie ich, ale co przygoda, to przygoda.

 

Więc faktycznie, Piotrek takie akcje to może mieć w genach...

środa, 13 listopada 2013

tak mi sie przypomniało - nadal w kontekście poniedziałkowego święta - jak to wyglądało, gdy byłam w podstawówce. Nie mówię o oficjalnych obchodach, bo ich po prostu nie było.

Chodzi mi o nasze szkolne. 

Mieliśmy tam genialna polonistkę z zacięciem teatralnym. Pani Iza z różnych okazji szykowała fantastyczne przedstawienia. Do tego miała wejścia  gdzieś w teatrze, więc jej spektakle ,miały odpowiednią oprawę - to były rzeczywiście stroje z epoki, a nie domowa wersja kontusza zrobiona z maminego szlafroka...

Przedstawienie z okazji święta Niepodległości w 1988 pamiętam do dziś. Był i marszałek Piłsudski, i Pierwsza Brygada odśpiewana przez szkolny chór, i pięknie odtańczony mazur, i pożegnianie ułana z dziewczyną.... 

Chyba połowa szkół z dzielnicy potem przychodziła obejrzeć, powtórki leciały kilkakrotnie (co mnie osobiście bardzo cieszyło, bo sie wkręciłam do chóru wtedy, wiec bezkarnie zrywałam sie z lekcji).

To był rok 88. W powietrzu już czuć było zmiany, ale nikomu sie chyba nie śniło, jak głębokie i trwałe one bedą. Takie przedstawienie mogło szkołę - dyrekcję i panią Izę - drogo kosztować. I właśnie to - takie przedstawenie mimo ewentualnych konsekwencji było dużo lepszą lekcją patriotyzmu dla uczniów niż drętwe gadanie na apelu plus parę sztywno wyrecytowanych wierszyków. I niż jakiś marsz w wersji Demolka 1.0.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Zainspirowana notką Krogulca postanowiłam wrócić do  czasów dawnych, kiedy to byłam jeszcze piękna, młoda i nie marzłam tak potwornie.

Było to dwa dni po moich 18 urodzinach, 1 stycznia. Wybraliśmy sie z tatą i bratem do Łazienek na karmienie sikorek. Ptaszyska jedzą tam z ręki (wiewórki też, ale z racji pory roku  nie bylo co na to liczyć). 

Stałam juz dłuższą chwilę karmiąc ten drób (a żarte były potężnie, czemu nie ma sie co dziwić - zimno było okropnie,  co najmniej tak jak dzisiaj, albo jeszcze gorzej, na pewno - 15 co najmniej). 

W pewnym momencie podeszła do mnie jakaś kobieta i powiedziała, ze znalazła jeża. Pewnie sie wybudził, bo zmarzł, ale ona jest spoza Warszawy, za parę godzin ma pociąg - czy mogłabym sie zwierzakiem zająć?

Mogłabym, przecież go nie zostawię, zęby zamarzł na śniegu. Zabraliśy go do domu. Tam pierwszą rzeczą była kąpiel - kiedyś z jakiegoś programu Gucwińskich zapamiętałam, że jeże są strasznie zapchlone - w sumie nic dziwnego, bo niby jak mają się pozbyć pcheł?. Micha ustawiona skosem (żeby sie do pyszczka nie lało), jeżyk zostal obficie podlany ciepłymi mydlinami - i woda zrobiła sie czarna, błotnista i pełna pływających pcheł.

Następnym punktem programu był telefon do Zoo. Na szczęście akurat wtedy miałam znajomą w Dziale Hodowlanym, więc ją przepytałam, co dalej. Okazało się, ż oni nie bardzo mają warunki, bo mogą wpuścić zwierzaka najwyżej do pomieszczenia, gdzie jeży jest już kilkanaście - a to przecież samotniki. A latem wypuszczą w Lesie Kabackim. Czyli tam, gdzie i ja bym go wypuściła, bo najbliżej. I ogólnie, jeśli mogę, to lepiej mu będzie u mnie w domu.

jeszcze tylko szczegółowe instrukcje dotyczące karmienia i innych takich - i decyzja jest. Jeż zostaje.

Ponieważ zwierzak jest pod całkowitą ochroną, trzeba było teraz załatwić zgodę konserwatora przyrody na trzymanie go w domu - też poszło bez klopotów.

Jeż dostał wklinowy kosz z dużą ilością suchej trawy i ciepłymi szmatkami, miseczki - i imię. Filip. nazwisko wyklarowało sie później - Sracz. Niestety, szanowny pan nie zwracał uwagi na takie drobiazgi jak porządek i pozostawiał ślady tam, gdzie go akurat przypiliło. nasze podłogi bardzo to odczuły, mimo różnych zabezpieczeń na stałych trasach.

Zwierzyna na początku była prawie niewidzialna i niesłyszalna, ale to szybko minęło. W niedługim czasie doszło do tego, ze o godzinie 22, kiedy to Filip wstawał, niezależnie od tego, co robiłam (mogłam kuć do matury, nie miało znaczenia), jeśli nie było jedzenia w miseczkach, szanowny pan zaczynał biegać nerwowo, sprawdzając ze wszystkich stron, czy coś sie jednak nie znajdzie. I wtedy byłam odrywana od zajęć z hasłem - Twoje dziecko jest głodne!!!!!

Nie było siły, szłam przygotować michę. W końcu należała się i tyle.

Z naszym psem  relacje zostały ustalone szybko. Bromba, jako istota towarzyska i ciekawa chciała zawrzeć bliższą znajomość z tym dziwnym szarym kolczastym czymś, ale Filip umiał skakać w różnych kierunkach, ze szczególnym uwzględnieniem strony, z której zbliżał sie psi nos. Po jednej czy dwóch próbach pies przestał dostrzegać nowego lokatora.

Jeż się szybko oswoił - pozwalał się brać na ręce, zwłaszcza wtedy, kiedy trzeba było go wyciągnąć z jakichś zakamarów - na przykład z mojej półki ze swetrami. Chciałam włożyć ciepły sweter, a tu okazywało się, ze juz był zamieszkany...

Rodzina została powiadomiona, że skończyłam 18 lat i wrócilam do domu z synem, Filipem. Zabawa byla przednia, bo niektórzy mieli bardzo gęste miny - w końcu matury jeszcze nie miałam, o mężu nie słychać, ne wiadomo, gratulować, czy wręcz przeciwnie...

Wiosną Filipek został wypuszczony na terenie ogródków działkowych niedaleko lasu. Jeże tam bywały, ślimaczków dużo, zagrożeń w postaci lisów brak. 

mam nadzieję, ze mu dobrze było....

 

czwartek, 10 listopada 2011

Poprzednia notka skojarzyła mi sie z jeszcze jedną rodzinną historyjką dotyczącą tego, jak śliczne efekty daje niezrozumienie przez dzieciaki słów modlitw - i ogólnie nietłumaczenie im, co sie dzieje w kościele, w czasie mszy i tak dalej.

Ciotkavusłyszała kiedys jakies dziwne szmery w piwnicy. Poszła sprawdzić, co sie tam dzieje - a tam były jej osobiste dzieci. 

Szur szur szur, szep szep szep... i do ciotczynych uszu dobiega tekst:

- A wino dla panów wajców odpuścimy w piwnicy.....

 

PS. Niewykluczone, że poplątałam nieco okoliczności, to mógł byc ogród zamiast piwnicy, ale tekst zasadniczy pozostaje bez zmian :)

poniedziałek, 10 października 2011

Tak mi sie sentymentalnie zrobiło. Siedziałam i pakowałam prezenty dla Piotrka - same drobiazgi, ale za to sporo. Tak jakoś wyszło.

I wracałam myślą do tego wieczoru sprzed pięciu lat. 

o tej porze leżałam juz na porodówce - miałam planowe cc, więc nie musiałam sie stresować, czy zdążę i czy mnie przyjmą.

CC wynikało z gabarytów Pietruszka, a nie z moich fanaberii - jak pan dr zobaczył wyniki usg, to od razu zapowiedział, że nie ma mowy o choćby próbie sn. Miał rację, nasze kochane maleństwo wyjściowo ważyło 4830 i miało 62 cm... Do tego jeszcze 39 cm obwodu głowy i 42 obwodu klaty, rozerwałby mnie jak nic. 

Pojechaliśmy sobie na spokojnie, zeznaliśmy co trzeba do protokołu - tych papierów to było, a było...

I w sumie jakoś tak na luzie i dość wesoło było. Nie pamiętam, z czego, ale strasznie sie ze Skorupiakiem chichotaliśmy, zwłaszcza, jak sie okazało, że musi mi zmyć lakier z paznokci u nóg. Został ze ślubu kuzyna sprzed tygodnia, już nie miałam siły zmywać od razu. A raczej nie sięgałam do własnych stóp zza brzucha.... Położne okazały sie przygotowane na wszystko, Małżyk dostał zmywacz, waciki i jazda do roboty.

Pobudka o jakimś dzikim świcie - godzinka pod ktg, próbowałam sie zdrzemnąć - taki głupi stan, z jednej strony spać mi sie chce, stukanie serduszka Pietruszkowego mocne, miarowe i monotonne usypia cudownie, a z drugiej - ekscytacja - że to już, niedługo, za parę godzin zobaczę moje dziecko. I cały świat sie zatrzyma.

Na bloku byłam pierwsza i jak na razie jedyna, nie było jeszcze żadnych nieplanowanych, nagłych cięć. Coś pożartowaliśmy z lekarzem, ale właściwie pamiętam wszystko jak przez mgłę.

To, że nie mogłam sie zwinąć w kulkę wokół brzucha, żeby anestezjolog mógł mi zapodać zzo, i w końcu któraś siostra złapała mnie za nogi i głowę i po prostu przytrzymała.

To że sufit by wykładany kwadratowymi panelami i one mi jakoś tak pływały....

To, że zaczęłam sie zastanawiać, gdzie oni zamierzają mi położyć Piotrka na piersi, skoro na dole tną, a reszta zasłonięta zieloną firaneczką, żebym im nie patrzyła na ręce i nie komentowała zapewne... 

Komentarz lekarza - będzie trochę kołysać, wyjmujemy dziecko - i faktycznie, uczucie jak na łodzi....

Ktoś mi podsunął pod nos Pietruszka, mogłam na niego chwilę zerknąć, potem go zabrali. Rozczarowanie... I jakaś ulga, że nie spadnie mi z piersi, bo przecież nie miałam jak go trzymać w razie czego, leżałam na tej wąskiej grzędzie zwanej stołem operacyjnym...

I jeszcze bransoletki dla niego i dla mnie, też pokazali do sprawdzenia, czy wszystko  w porządku.

Potem chyba sie wyłączyłam na chwilę, albo zapomniałam już. Kolejna migawka - z pooperacyjnego, leżałam sobie spokojnie, usiłując jakoś sie zorientować co i jak... Piotrek był na oddziale noworodkowym, tak że Skorupiak widział go wcześniej - bo tego rzutu okiem to nie liczę.

I następna - szykują mnie już do wywiezienia na górę, ostatni rzut oka na ranę - i krzyk - siostro, mamy krwotok!. Z powrotem na blok.

Potem jest czarna dziura. Następne, co pamiętam - klekot zębów, potworny, nie do opanowania. Nie było mi zimno, ale szczęka latała tam i z powrotem. I jakiś dziwny kawał zimnej gumy leżący w moim łóżku. Wszystko wskazywało na to, że to byla moja prawa noga....

Siostry na po-opie fajne były, zaproponowały, że przywiozą mi Piotrka, ułożyły go obok mnie. Popatrzyliśmy na siebie i to bylo coś niesamowitego. Mądre, spokojne spojrzenie, pełne zrozumienia i akceptacji. Kosmos.Poleżeliśmy sobie tak jakiś czas, potem przybywały inne dziewczyny i zrobiło sie ciasno. ktoś musiał stamtąd wylecieć i niestety był to Piotrek. Ale wrócil do taty.

Skorupiak biedny siedział  pod drzwiami - na blok nie można było wchodzić, więc tylko przez telefon sie dowiadywał od sióstr, jak sytuacja wygląda. Wygoniły go w końcu na obiad, obiecując, ze jak będą mnie wywozić, to go wydzwonią. Wydzwoniły. Przyniósł czerwoną różę - jedną, krótką, taką, jakie lubię najbardziej. 

Potem sie dowiedziałam, jakie stresy przeżywał, widząc, ze ktoś niesie na blok worek krwi do transfuzji - a wiedział, że tam byłam tylko ja. udało sie bez przetaczania.

Właściwie dalej było już z górki. Jeszcze tego samego dnia wstałam - nie ma jak środki przeciwbólowe - i poleciałam - gdzie? oczywiście na wagę. Wynik mnie całkowicie satysfakcjonował, zwłaszcza, ze w czasie ciąży zamiast przytyć, to schudłam i chwilę przed porodem ważyłam mniej, niż na początku ciąży. czego nie było widać po rozmiarach syneczka. Po porodzie było tego kolejne 10 kilo mniej.

Piotrek żarł jak należy, żółtaczki nie miał. Co prawda z powodu mojej infekcji kataralnej miał niski poziom czegoś tam i dostał antybiotyk, dzięki czemu przesiedzieliśmy w szpitalu tydzień zamiast czterech dni, ale to już trudno. 

Jeszcze tylko trzeba było przejść przez powitanie ze zwierzakami - Agra jest egzaltowana wariatka, wiec bałam sie, ze po tygodniowym niewidzeniu, jak mnie zacznie entuzjastycznie witać, to wyląduję na podłodze, a Piotrek ze mną. Ale na wszystko są sposoby, mama wyszła z nią na spacer i wrócila wtedy, gdy byłam już zainstalowana w fotelu, z poduszką na brzuchu i Piotrkiem wygodnie umieszczonym na poduszce. Faktycznie, szalała, ale jakoś znośnie. 

Kot - z godnością obwąchał nowego członka rodziny. Nie wiem, czy już wtedy uznał go za swojego kociaka, czy może podjął tę decyzję później. Grunt, że do dzisiaj są nierozłączni. teraz też kot śpi u Piotra na łóżku.....

Piotrek jakoś tak od razu wpasował sie  w nasze życie nie robiąc w nim zamieszania - ot, po prostu, był zawsze. Albo może wreszcie wskoczył na swoje miejsce, które na niego od dawna czekało.

 

Synku - rozkleiłam się. Bardzo cię kocham, wiesz?

środa, 28 września 2011

Moi rodzice jakiś czas temu dostali od z najomych sutentyczny francuski pasztet. Jakiś bardzo ę ą, z bajerami, Armaniakiem i w ogóle super.

Wstawili do lodówki i zapomnieli. 

Po jakimś czasie pasztet wychynąl na powierzchnię. Mama otworzyła słoiczek. Powąchała. Skrzywiła się. 

Powąchał i tata. Też mu sie nie spodobało.

Wytworny francuski pasztet zjadł pies.

 

A mnie sie przypomniała inna historia z mojego dzieciństwa.

 

To był początek lat osiemdziesiątych. Mieliśmy wtedy kundla - Brombę.

Na półkach sklepowych głównie pustki i ocet.

Pewnego dnia, gdy była u nas moja babcia. Mama siegnęła do lodówki i wyciągnęła śliczny, świeżutki, różowy plasterek szynki - i dała psu.

Babcię zatchnęło.

A wszystko było takie proste....

naprzeciwko nas mieszkała sąsiadka, która była stewardessą i latała na liniach transkontynentalnych. Karmili tam lepiej niż w PRLu, żeby wsi na cały świat nie robić  i nie kompromitować najlepszego z ustrojów.

I owa sąsiadka czasem przynosiła jakieś kawałki mięsa, jak zostało z kateringu - dla psa. Oni by to wyrzucili, więc żeby sie nie marnowało, dostawał Brombelec.

Mina babci - bezcenna.

sobota, 26 marca 2011

tak mi sie przypomniała ulubiona kaseta mojego dzieciństwa. W sumie nie wiem, czemu, tak jakoś.

Była w upiornym kolorku, taki żarówiasty oranżyk (użyłabym mocniejszego słowa, ale z tego co wiem, to zagląda tu moja babcia ;). Potwornie juz posiekana - niestety klawisz nagrywania co jakiś czas udawało mi sie nacisnąć całkiem niechcący i niektóre piosenki pod koniec były juz kompletnie nierozpoznawalne.

To była bajka dla dzieci - "Lato Muminków", z piosenkami B. Chorążuka. Kasetę dawno szlag trafił, a ja cały czas łażąc po górach czy żeglując po Mazurach śpiewałam "Jak dobrze być poziomką", "Włóczykije, włóczykije", "Niczyje dni" czy "Kołysankę".

I właśnie ta ostatnia, śpiewana przez Krystynę Prońko jest dla mnie najpiękniejszą kołysanką wszechczasów.

kilka lat temu zadzwoniła do mnie koleżanka, która tez wychowywała sie na Muminkach, że znalazła je w Empiku. Oczywiście juz nie na kasecie, tym razem na CD. Jak stałam, tak cisnęłam to, co miałam w ręku i popędziłam z forsą w zębach. Kupiłam od razu chyba ze trzy.

A teraz jak Piotrek wieczorem prosi o granie, to zawsze staram sie mu tę kołysanke zaśpiewać. I widzę, jak się chowa w snu głębokiej jamce.....

 

piątek, 04 lutego 2011

Zainspirowana komentarzem Rysy do poprzedniej notki pociągnę jeszcze wątek retrospektywno-zwierzecy:

Nasz pierwszy pies miał na imię Bromba. Taki niewielki kundelek, który gdzieś daleko wśród przodków miał zapewne jakiegoś teriera.

Dzielna była bardzo. W czasie stanu wojennego strasznie szczekała na milicjantów.

Kiedyś byliśmy na wakacjach na wsi. Mieszkaliśmy u jakiegoś sadownika, który oprócz sadów i plantacji malin miał jeszcze krowy, gęsi i dziesiątkę dzieci. To zapamiętałam, bo zafascynowało mnie, jak im sie udało tak równo - pięciu synów i pięć córek. Być może miał coś jeszcze, ale nie pamietam, a a pewno nie jest to istotne w tej historii.

Dzieciaki, jak to na wsi, miały swoje obowiązki, te młodsze (czyli takie 5-6 letnie, podobnie jak ja), miały za zadanie między innymi pilnowanie gęsi, żeby nie wyłaziły na drogę.

Któregoś dnia (mniejsza o przyczynę) poproszono mie o spędzenie stada z asfaltu. Pewnie byłam jedynym dzieckem w okolicy...

Z pewna nieśmiałością zabrałam się do dzieła, gdyż wielki gąsior - przewodnik stada - od początku wzbudzał mój lęk.

Przeciwnik wyczuł, ze ze mną szkoda gadać, należy pokazać mi, gdzie raki zimują i będzie spokój. Ruszył na mnie z wściekłym sykiem, rozkładając skrzydła - potwór, większy ode mnie.

Ja z wrzaskiem - w nogi - i w tym momencie do akcji wkroczył Barambuszek. Jak sie rzuciła w pogoń za dręczycielem, przepędziła go trzykrotnie wokół domu, przez środek stada, nie myląc go z innymi gęśmi.

Humor mi sie poprawił znacznie, sadownik docenił obronne tendencje psicy - i to, że podczas karnej ekspedycji poza napędzeniem strachu gąsiorowi, nie było żadnych szkód w dobytku.

Bromba była zresztą jego ulubienicą, o ile dzieci miały zakaz wstępu do maliniaka - maliny były na sprzedaż, to psicy nikt nie gonił, jak stawała przy krzaczku i żarła maliny prosto z gałęzi...

czwartek, 03 lutego 2011

Jak mi sie zebrało na wspomiki o Babci, to jedziemy dalej.

Najpierw bedzie jeszcze  o Dudim.

Sąsiad Babci kiedys pozazdrościł świetnych kontaktów z ptaszyskiem i usiłował zachęcić gawrona białym serkiem. Biały serek owszem, sie lubiło ale WYŁĄCZNIE tłusty. A sąsiad był sknera i zaproponował chudy. Dudek popatrzył z jednej strony, popatrzyl z drugiej i .... dziobnął w palec.

Sąsiadowi minęło natychmiast.

 

Kolejna historyjka, o której wspominałam w poprzedniej notce.

Moja Mama jest biologiem z urodzenia. Od dziecka znosiła różne zwierzaki, wiedziała o nich mnóstwo - po prostu maniaczka i tyle.

Między innymi przyniosła kiedyś skrzek. wylęgły się kijanki, z kijanek żabki (tylko dwie niestety). Były to zdaje sie żaby trawne - takie, co jak tracą ogonki, to musza wyleźć na stały ląd. Mama była wówczas całkiem smarkata i o takich niuansach jeszcze nie wiedziała - albo po prostu skrzek był niepodpisany, czyj on. I żabeńka sie przytopiła...

Jak tylko panie to zauważyły, żab został wyjęty, ułożony w prawidłowej pozycji (swoją drogą, jak wygląda pozycja boczna ustalona dla żaby??? ;) i rożkiem gazety babcia podnosiła jej łepek. Podziałało.....

 

Czasem Babcia miała pewnie ochotę zamordować swą pierworodną (czyli moją Mamę) za  jej przyrodnicze zapędy. Na przykład wówczas, gdy podczas jakiegos spotkania towarzyskiego w ogrodzie u kogoś moja kilkuletnia wówczas rodzicielka podeszła do swej wytwornej matki z dwiema żabkami na ręce i wygłosiła pełną persią następujący tekst:

- Mamo, popatrz, one kopulują!!!! - co też było prawdą, ale czy musiała o tym mówić? W tamtych czasach male dziewczynki nie powinny znać takich słów,  a co dopiero wiedzieć o istnieniu tej czynności.....

 

no, i jeszcze jeden z moich ulubionych tekstów Babci.

Jeden z kotów (ten ze zdjęcia z poprzedniej notki) miał na imię Czasio. Uznany za samca w dzieciństwie, dostał takie imię i mu zostało, nawet, jak sie okazało, że zdecydowanie samcem nie jest. I kiedys Babcia wchodzi do swego nadwornego weterynarza, który leczył całe pokolenia jej menażerii i prosi:

- Panie doktorze, czy może pan sprawdzić, czy on nie jest w ciąży?

Moja Babcia miała dobrą rękę do zwierząt i roślin.

Zielsko rosło u niej w ogrodzie jak wściekłe, stale miała jakieś przygarnięte zwierzaki, głównie koty, ale nie tylko.

Jej chyba największym sukcesem z zakresu ratownictwa weterynaryjnego było sztuczne oddychanie zrobione małej żabce (jesli nic nie pokręciłam, historię słyszałam dawno, jako dziecko).

Jednym z jej wychowanków był Dudi. Wbrew imieniu nie był to dudek, tylko gawron.

Znalazła takiego nieopierzonego, który wypadł z gniazda, wzięła, odkarmiła, odchowała  i pomogła sie usamodzielnić.

Dudi pięknie wyrósł, poleciał w świat. I potem co roku przez 14 lat jesienią meldował sie na lufciku kuchennym. Początkowo nieśmiało, z czasem przypominał sobie, że tu jest dobrze i bezpiecznie i robił sie coraz bardziej bezczelny.

Jak Babcia szła chodnikiem, to Dudi maszerował równym krokiem obok niej - wyciągając ostro nogi (w końcu miała nieco dłuższe od niego...).

Oczywiście Babcia zawsze miała dla Dudiego różne smakołyki. Biały serek, żółty serek, słoninka, różności. Biały serek jadało się tylko na początku, jak ptaszysko było głodne zaraz po przylocie - potem już kłuł w wydelikacony dziób i ser przelatywał jakoś bokiem - na ziemi pod oknem czaiły się kawki i inne takie, polując na spadki po Dudim. Żółty serek  i słoninka - owszem, czemu nie. Z ręki sie brało bardzo delikatnie.

Pamiętam, ze kiedyś specjalnie nocowałam u Babci, zeby dostąpić zaszczytu poznania i - być może, jeśli jaśnie pan raczy - nakarmienia ptaszyska. Co to były za emocje....

Odkąd pamiętam, u Babci były koty. Za moich czasów dwa, wczesniej jeszcze parę.

 Już po śmierci Babci znalazłyśmy z mamą zdjęcia - stare, czarno-białe, jakościowo takie sobie. Ale niesamowite:

 Lądowanie...

 

  Zaglądamy.....

 

 Wchodzimy powoli...

 

  Coś smacznego tu leży...

 

 

 dzień dobry wszystkim!

 

Jak widać, ani kot, ani ptak nie przejmują sie wzajemnie swoją obecnością. A przecież jest to ptak żyjący na wolności, mający różne doświadczenia z drapieżnikami, nie zmuszany w żaden sposób do wejścia.

bardzo smutno było nam wszystki, jak pewnej jesieni Dudi sie nie pojawił....

 

 

 

 

 

poniedziałek, 29 listopada 2010

Niestety nie moim karmniku. Mimo całej sympatii dla ptaszorów nie mam i nie zamierzam mieć karmnika przed oknem.

Powód jest prosty. Kot. Czort niestety lubi łowić ptaki i robi to dość sprawnie. Próbowałam zakładać mu pbroże z dzwonkiem, ale bardzo szybko je zdejmował. W obliczu bankructwa dałam sobie spokój.

Ale u rodziców mogę sie oddawać przyjemności obserwowania ptaków do woli. Po pierwsze, na tarasie mają coś, co kiedyś było kominem wentylacyjnym do przepompowni, ale po wymianie czegoś tam jest po prostu słupkiem. Słupek jest obecnie karmnikiem dla drobnicy  - ma daszek, przez szczebelki żaden wróg (kot czy sroka) nie sięgnie, więc można bezpiecznie zajadać. Poza tym na linkach, na których rozpięta jest winorośl, wiszą kule dla ptaków.

I wokół tego wszsytkiego kręci sie cały tłum sikorek - modraszek, ubogich, wróbli - głównie mazurków, a czasem różne inne drobie. Dzisiaj przyleciała zięba, oczywiście były kawki, kiedyś bywał dzięcioł, dzwońce, gil, kwiczoły, a nawet pewnego dnia rodziców odwiedził krogulec. Co prawda nie doleciał na taras, tylko usiadł na ścieżce do furtki i pożywiał się jakimś własnym prowiantem (trudno stwierdzić dokładnie, zostało tylko kilka piórek...). Żeby nie było wątpliwości, rodzice nie mieszkają na wsi. Mieszkają w Warszawie.

Poza tym, jest moja wielka miłość. Czyli gawrony.

Jakieś piętnaście lat temu (jak nie dwadzieścia, na pewno długo przed ślubem) zaczęłam zimą dokarmiać gawrony.  Początkowo były nieśmiałe, jak wychodziłam przez balkon z talerzem sadła to czekały, aż wrócę do domu i dopiero nabierały odwagi. Teraz, po latach doskonale wiedzą, zę jak pada snieg, to tu rano jest wyżera. Ja sie co prawda wyprowadziłam, ale rodzice dzielnie dbają o czarne kury.

Wygląda to zawsze tak samo. Rano gawronów w okolicy nie widać, ot, jeden czy dwa siedzą na wierzbie przed blokiem. Jak ktoś wyjdzie z talerzem przez ogródek - rozlega się krakanie i nagle w powietrzu robi sie czarno. Sadło wyrzucamu na niski wał przed blokiem - w momencie, kiedy sadło poleci, czarne spadają z drzew, dachów okolicznych bloków, zanim karmiciel zdąży dojść z powrotem do furtki (pokonać szalony dystans około pięciu metrów).

Trwa to parę minut, i po chwili znowu jest cisza, spokój i tylko kilka ptaków na gałęziach.

I tylko śnieg jest jakby bardziej zdeptany....

Uwielbiam to widowisko i zawsze, jak zimą wpadam rano do rodziców, to sama wychodzę wyrzucić im sadło. Im - moim dzieciom...

piątek, 12 listopada 2010

jak mi sie zebrało na wspomnienia z Wielkiej Brytanii, to jeszcze jedna historyjka, powtarzana  u nas w domu z radością.

Pojechałam kiedyś na kurs angielskiego.

Miesiąc wcześniej w tej samej szkole był mój brat - mieszkaliśmy u tej samej rodziny. Zabieg był celowy, żebyśmy nie gadali po polsku ze sobą, tylko jednak ćwiczyli język obcy.

P. uprzedzał mnie, że mogę przeżyć wstrząs estetyczny u nich w mieszkaniu, ale jakoś zapomniała o tym, zmęczona podróżą.

Po wejściu do łazienki rzeczywiście mnie wmurowało w grunt na długo i  raczej dokładnie.

Pomieszczenie było spore - tak z 15 metrów kwadratowych. Gruba, szara wykładzina na podłodze. Różowe ściany. Różowa wanna. Różowa umywalka. Różowy brodzik z takąż kabiną prysznicową. Różowy sedes. Różowe podgumowane dywaniki przed wanną i brodzikiem. Biała szafa i komoda, ale dla równowagi na komodzie różowy wazon z różowymi sztucznym kwiatami. I clou programu: aniołki. Na koronkowych, białych serwetkach siedziały (lub leżały) gipsowe amorki. Jeden siedział sobie na wannie, dwa na komodzie, kilka rozmieszczonych strategicznie na ścianach,  i ostatni - na spłuczce od kibelka....

Potem doszedł jeszcze konflikt z Noreen (gospodynią) na tle własnoręcznego prania przeze mnie ciuchów w umywalce. Ona oczywiście oferowała sie, że może prać i moje rzeczy, licząc sobbie skromnie 6 funtów tygodniowo za tę przyjemność. Ponieważ było to dość dawno, kwota ta byłaby dość istotnym uszczerbkie w moim budżecie, więc zrezygnowałam. I prałam ręcznie w umywalce. W końcu lato było, przepranie koszulki czy lekkiej spódnicy nawet nie było problemem. Ale nie dla niej. Wystąpiła z pretensjami, zę mam zaniechać tej działalności, gdyż... chlapię na tę grubą (!!!!!!) wykładzinę przed umywalką i ona potem śmierdzi. zapytałam, gdzie mam prać - usłyszałam i mnie zatkało. Miałam prać w zlewie kuchennym. Bardzo aromatycznie, pranko gaci a potem myjemy talerzyki przed podwieczorkiem.

Poradziłam sobie z tym, po prostu przed praniem przekładałam pod umywalkę dywanik sprzed wanny. I chichotałam za każdym razem.

W ogóle ta rodzinka to było coś pięknego. Po latach, jak obejrzałam Harrego Pottera, to stwierdziłam, ze to musieli być Dursleyowie, tylko sie maskowali pod innym nazwiskiem. Poza tym zgadza sie wszystko, łącznie z (a może przede wszystkim) tłustym, piekielnie rozpuszczonym synalkiem.

Fajne to były czasy.....

 

wtorek, 24 listopada 2009

Odprowadzałam Pietruszka do przedszkola - jak co dzień. Wycieczka w komplecie -Piotrek, mama, tata, pies, kot też wyszedł, ale sie gdzieś zawieruszył po drodze. Tata potem pożeglował dostojnie do pracy, mama go kawałek odprowadziła. I podziwiali razem tęczę. Dawno nie widziałam, a w listopadzie to juz nie wiem, kiedy. Piekna była.

I przypomniała mi sie inna tęcza. I legenda o garncu złota zakopanym na jej końcu.

A ja kiedyś byłam na końcu tęczy.

Na obozie żeglarskim, w Trzebieży kurs na sternika to był. Pływaliśmy po Zalewie Szczecińskim - jak co dzień. Troszke pokapało, i nagle pojawiła sie tęcza - zaczynająca się u naszych stóp, na pokładzie DZ-ty.

Może i był tam ten garniec złota. Tylko że miało to miejsc na środku toru żeglugowego - parę metrów wody do dna i jeszcze różnej maści statki pasażerskie, kutry rybackie i jachty pętające sie tą trasą.

Nie zanurkowałam. (głównie z powodu tego ruchu na wodzie, to że nie umiem, nie miało nic do rzeczy, prawda?).

Może bym była dziś bogata?

A tak to nie jestem, o.

 

 

piątek, 30 października 2009

Naszło mnie na wspomnienia. Równe dziesięć lat temu braliśmy ślub. Jakoś trudno uwierzyć, ze to już tyle czasu - w końcu nie miałam wtedy osiemnastu lat, wiec jak zaczynam liczyć, to mi sie nie za bardzo chce wierzyć, że już za żadne pierniki nie przysługuje mi określenie "młoda". Na szczęście jeszcze do określenia "stara" trochę brakuje ale to zawsze kolejny etap w życiu. Nic, pomarudze o tym za dwa miesiące, we własne urodziny.

A na razie to mi sie przypominają różne scenki z dnia ślubu i okolic.

Pamiętam, ze przez cały paźdzernik lało jak z cebra, a 30 była piękna złota słoneczna jesień.

Pamiętam, że zapomniałam kupić sobie wsuwki z kwiatkami do koka i były zwykle.

Pamietam, że Kombinowałam jak koń pod górkę, żeby "zagospodarować" jakoś mojego tatę i przyszłego ślubnego - bardzo chcieli pomóc, ale nie bardzo mieli w czym (no bo co mogli pomóc przy makijażu? albo upinaniu fryzury?).

Pamiętam, ze cholerny fotograf pomylił kościoły, nie przyszedł, a potem jeszcze zadzwonil wieczorem z pretensjami, że nikt mu nie powiedział, ze ślub został odwołany (do tej pory mam szczękościsk, jak sobie przypomnę). Byłam tak wściekła, że w kościele w trakcie mszy tuż przed przysięgą ksiądz powiedział do mnie: "rozchmurz się, dziewczyno". Inna sprawa, że ja zwykle w sytuacjach poważnych mam minę prawie srogą.

Pamiętam za krótki habit braciszka, który trzymał mikrofon prz składaniu przysięgi - wystawały mu nogawki i czerwone tenisówki. Jak to zobaczyłam, to mi sie strasznie zachciało śmiać.

Dużo jeszcze takich migawek pozostało w pamięci. Wraca do nich ze zdumieniem - już tyle czasu. Wytrzymaliśmy ze sobą, mimo raf i trudności - udało sie przetrwać niejedną zawieruchę, co daje nadzieję, ze razem przetrwamy wszystko.

Mamy teraz naszą kochaną Pietruszkę. Udało nam sie dziecko jak mało które (wiem, każda mama tak twierdzi. I dobrze.) Bystrzak, pracuś, kochany, dobry dzieciak. Codziennie nas zaskakuje czymś nowym, powiedzonkiem, pytaniem, zrozumieniem....Najwyższa pora na pomyślenie o rodzeństwie - niedługo już będzie można. Musze tylko skończyć szkołę, bo byłoby ciężko - i finanowo i technicznie. Ale to już tylko kilka miesięcy

Z okazji rocznicy przypomina mi sie kawał, jak to na 50 rocznicy ślubu ktoś pyta dostojną jubilatkę:

- I nigdy przez te 50 lat nie myślała pani o rozwodzie?

- Nie, skąd. Najwyżej o morderstwie - odpowiedziała żywo zapytana.

Ja też.

 

sobota, 05 września 2009

Zaczął się rok szkolny, wiec mi sie przypomniały pewne wagary. Właściwie moje jedyne, zawsze byłam grzeczną uczennicą (co bynajmniej nie znaczy, że miałam jakieś super świadectwa, bez przesady). Ale te były zabawne.

W pierwszej klasie liceum to było. Miały być dwie godziny geografii, na które mieliśmy chęć... ograniczoną. Więc społeczność klasowa postanowiła prysnąć. Wymknęliśmy sie cichutko, truchcikiem na przystanek. Tam trzeba było zaczekać, bo jak zwiewaliśmy ze szkoły, to na horyzoncie zamajaczył dyrektor i jeden kolega musiał awaryjnie skręcać do łazienki, żeby uniknąć niewygodnych pytań. Stoimy więc sobie na przystanku, czekamy na Darka i zastanawiamy sie, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem. Podjeżdżają kolejne autobusy, a tu z jednego z nich wysiada.... geografka. Ups. Spóźniona solidnie, więc też miałaby krechę u dyrektora. Młoda dziewczyna to była, całkiem sympatyczna zresztą. Wytłumaczyliśmy jej, ze możemy przecież pójść na jakąś wycieczkę edukacyjną, czy coś - zgodziła się. No to zapakowaliśmy sie do autobusu, po wnikliwej lekturze prasy porannej znaleźliśmy jakieś muzeum z wystawą, którą od biedy dało sie dopasować do tematów na lekcjach, pojechaliśmy. Obejrzeliśmy co trzeba, wracamy grzecznie do szkółki,   przez okno autobusu zobaczyliśmy jeszcze kolegów z klasy równoległej. Ustaliliśmy szybciutko wersję wydarzeń, wyznaczono przedstawiciela do kontaktów z mediami - czyli władzami szkolnymi.

Po powrocie zasiedliśmy w naszej sali i czekamy na matematyczkę - a tu nic, nie ma jej. po 10 minutach poszłam do pokoju nauczycielskiego i udając głupią pytam, co sie stało, czy pani profesor przyjdzie. A tu sie okazało, ze sytuacja jest jeszcze weselsza, niż nam sie wydawało.

Otóż zwiały wszystkie klasy pierwsze. Matematyczka poszła do domu, bo nikt sie nie spodziewał, ze będziemy tak bezczelni, żeby wrócić. Przygotowano juz pisemka z ostrzeżeniem, że jeśli sytuacja sie powtórzy, to szkoła wyciągnie straszliwe konsekwencje ze spaleniem na stosie włącznie. A tu zonk! - wróciliśmy... Oczywiście przesłuchania, tłumaczenia, my idziemy w zaparte, że to byla zaplanowana wycieczka, może pani zapomniała zgłosić, ale nie byly to wagary, w żadnym wypadku, proszę, tu są bilety z muzeum....

Widać było, że dyro czuje, że coś tu nie gra, ale nie był w stanie dojść co - stworzyliśmy zgrany front (chyba pierwszy i ostatni raz w historii tej klasy) i nie mógł znaleźć słabych punktów w obronie. W końcu dali nam spokój, zorganizowali galopem jakieś niemrawe zastępstwo na ostatnią godzinę i tyle.

Podsumowując - z naszej strony bardzo udany dzień. lekcje sie usmażyły, konsekwencji nie bylo (tamte klasy miały spore kłopoty), a wszystko dzięki temu, że wróciliśmy na jedną lekcję i mieliśmy w zanadrzu dobrą historię. No i dzięki współpracy geografki, nie da sie ukryć...

wtorek, 21 lipca 2009

Jak dziwnie sie plotą losy...

Mielismy z mężem w dzieciństwie kocyki. Jak każdy chyba maluch - takie nieduże, dziecinne. Z tej samej serii, ten sam wzorek, tylko kolory inne. Mój był brązowo-pomrańczowy, jego - beżowo-żółty. Między nami jest 2,5 roku różnicy - jak na tamte czasy nic, to teraz moda sie zmienia co chwilę. Wtedy produkt taki jak dziecięcy kocyk mógł być produkowany latami. A może odziedziczony po jakimś starszym dziecku? Nieważne.

Małża kocyk był jako dodatkowa izolacja w wózku, jak Piotrek był malutki, teraz jest na działce, wysiadywany czasem na trawie.

Mój służy jako wyściółka psiego gniazda.

Jak to się toczy....

niedziela, 18 stycznia 2009

Jakoś tak mi sie zbiera co jakiś czas. Powspominam sobie, a co mi tam.

Jak pod koniec ciąży (na dwa tygodnie pred porodem) pojechałam na ślub kuzyna gdzieś na śląsk - z torbą szpitalną w bagażniku na wszelki wypadek, w eleganckiej jedwabnej kiecce (mojej mamy) i w domowych klapkach. Inne buty nie wchodziły w grę, miałam za bardzo spuchnięte stopy. Dojechaliśmy do tegoLublińca, lekko spóźnieni, dopadamy kościoła... A tam widok pod ołtarzem jakby nie pasujący,  więc szybkie pytanie do kogoś przy drzwiach - czy to Agata i Adam? nie!!!

no to szukamy właściwego kościoła...  W końcu znaleźliśmy, sympatycznie było. Ja z brzuchem wystającym na metr do przodu przynajmniej nie miałam problemu w kolejce - co kto zobaczył, to się odsuwał i zaczynał uważać, zeby łokciem nie przywalić...

Albo jak w dniu, na który miałam wyliczony termin, poszłam sobie na koncert Jacka Kowalskiego ... Wbrew pozorom nie był to aż taki idiotyzm, jak wygląda. Torba - w bagażniku. Obstawa - była, moi rodzice też się wybrali, małż zrezygnował, bo go strasznie głowa bolała. A w ogóle to dwa dni potem miałam umówioną cesarkę, a szpital był trzy ulice dalej, więc jakby co, to wiedziałam, że mnie przyjmą. (gwoli wyjaśnienia, cesarka ze wskazań, a nie z powodu moich fanaberii). KOncert fajny, przed był jeszcze jakiś kawałek artystyczny, więc siedzimy sobie z Jackiem i rodzicami i gadamy, i w pewnym momencie on się uprzejmie pyta, na kiedy mam termin. "na dziś" odpowiedziałam z radosnym uśmiechem. Lekko zzieleniał, ale go uspokoiłam, żę w razie czego po prostu szybko wyjdziemy, więc jakby z boku było jakies zamieszanie, to spokojnie, ja tylko rodzę...

A w ogóle, to co pomyślę o następnej ciąży, to mi jakoś bliźniaki nie chcą się odczepić... ciekawe, czy to ma być proroctwo? jak tak, to poproszę dwie dziewczynki!

sobota, 27 grudnia 2008

Codziennie włos mi dęba staje. A że długi, to się trudno zmieścić w drzwiach - no bo jak włosy dęba , to pół metra więcej mam od razu i drzwi za niskie...

A wszystko przez potomka, jak zwykle. W końcu od czego są dzieci - żeby straszyć rodziców i zwalać na nie winę.

Potomek bystry jest nadmiernie. Kumaty takoż. Rozumie wszystko - skomplikowane polecenia, wywody filozoficzne, dowcipy - no, wszystko.

I tak jakoś mi sie przypomniała moja była koleżanka. Była, bo po świństwie, jakie zrobiła mojemu Małżowi (kant na tle zawodowym), obraziła się i przestała odzywać, jak ją zapytałam, czy uważa, zę postąpiła właściwie.

ALe ja nie o tym. Otóż owa koleżanka, lekarz i psycholog z wykształcenia zresztą, wygłosiła kiedyś teoryję, po której kapcie mi spadły, a szczękę zbierałam z podłogi. Otóż wedle tej doświadczonej niewiasty Z DZIEĆMI DO 10-12  ROKU ŻYCIA NIE MA KONTAKTU!!!!!. A ja z PIotrusiem kontakt mam od początku. To co, on nieprzeciętnie inteligentny, ja wyjątkowo utalentowana wychowawczo, czy... Trzeciej opcji nie wymienię, aczkolwiek ciśnie mi sie na usta.

Swoją drogą, jak już mi sie zebrało na wspominki - jakie ochrzany zebrałam od co poniektórych, jak powiedziałam po raz pierwszy, zę Piotrek idzie do żłobka... Bo dziecko do 3 roku powinno siedzieć w domu z matką i koniec. Każde, bez wyjątku. To mi tłumaczył pan ginekolog, który może był dobrym ginekologiem, ale o dzieciach pojęcie miał blade. Taki więcej konserwatywny, później odmówił wypisania mi tabletek antykoncepcyjnych z powodów religijnych. A ja  wiem, zę są dzieci, dla których żłobek nie jest dobrym pomysłem, i są takie, dla których jest świetny. Piotrek należy do tej drugiej grupy. Dwa lata ze mną przesiedział w domu, a potem po prostu zaczął potrzebować towarzystwa rówieśników.W żłobku jest mu znakomicie, biegnie tam z radością, wraca roześmiany. Ciocie są bardzo troskliwe, rozsądne. I nie jest to żadna prywatna inicjatywa, najzwyklejszy państwowy żlobek i już. A jest super. Aż mam dylemat, bo planowaliśmy puścić Pietruszka do przedszkola od przyszłego roku - będzie miał prawie trzy lata, ale może jeszcze zostać na rok w żłobku. Przedszkole dobre mamy pod oknem, do tego za dwa lata chcemy mu zafundować siestrzyczkę (albo braciszka), więc nie wsyzstkie stresy na raz. Ale ten żlobek jest tak fajny..... Kurczę, i co tu zrobić?????

 

niedziela, 09 listopada 2008
 Kurczę, żałuję, ze nie wpadłam na ten pomysł juz dawno.
A właściwie, to gdzieś  tam mi kiełkował, ale jakoś nie
miałam do tego przekonania. A bo tak mi głupio
upubliczniać siębie, a jak długo będzie mi się chciało  pisac...

Tysiąc powodów, każdy dobry i każdy bez sensu.
A teraz żałuję. Tyle drobiazgów mogłam uchwycić, zapisać. 
Teraz pamiętam tylko niektóre, te co weselsze.
A najdrobniejsze, wywołujące ciepły uśmiech na  twarzy - przepadły...
Ale pamiętam, jak czternastomiesięczny Piotrek  został 
nakryty, jak wytaszczył z kuchni swoje krzesło, przyciągnął
je do drzwi wejściowych, wlazł i zaczął  otwierać górny zamek. 
Albo jak w przeddzień imienin - 28 czerwca 
dwudziestomiesięczny mały cwaniak zamknął rodziców na balkonie. 
Przerażenie M, że mały coś sobie może zrobić, 
a my nie mamy jak się do niego dostać i moja głupawka z 
powodu operatywności  potomka. Telefon do rodziców (M na 
szczęście miał komórkę w kieszeni...) - przyjedźcie i weźcie
klucze, a potem tłumaczenie małemu, że ma przynieść stołek
z łazienki, wejść, przekręcić klamkę  od drzwi... I gdy już się
wydawało, że się udało, Małż powiedział mu, żeby zszedł ze stołka,  
żeby móc otworzyć drzwi - ten mały ancymon przytrzymał się 
klamkę, przekręcił ją i zamknął nas z powrotem... I apiać  od
początku. Ale w końcu nas wypuścił.  
Tylko co będzie dalej, jak on już zaczyna internować rodziców???
Wycieczki do Łazienek - początkowo jak wiewiórka podchodziła, 
to emocje były tak  wielkie, że Pietruszek piszczał na sam widok
zwierzaka. Kiedyś wiewiór już podchodził, gołąb się czaił z
drugiej strony, a jak mały pisnął, to oba zwierzaki  podskoczyły
z przerażenia i zderzyły się w powietrzu, co oczywiście spotęgowało 
ich stres.
A teraz - wiewiórki  i pawie karmi sam, bez wspomagania, z 
sikorkami trochę  gorzej, ale też siadają na łapce - tylko trzeba
siędzieć u mamy na kolanach. 
 Kilka miesięcy, a jak to się zmienia....