O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

kosmetyczny

piątek, 13 marca 2015

Cud się zdarzył, 20.30 a dzieciątka kochane leżą w łóżkach i jedno nawet śpi. POwinnam trochę posprzątać, ale sprzątanienie zająć, a taki spokojny wieczór zdarza się rzadko, więc postanowiłam go wykorzystać na upiększanie się. no, przynajmniej poprawienie sobie humoru, jeśli nie będę bardziej śliczna.

Zrobiłam sobie wieczór kosmetyczny.

Zaczęłam sie ostatnio bawić w kosmetyki własnej produkcji, szukam przepisów, sprawdzam - bawię się. 

W rezultacie siedzę i chłonę teraz różne dobre rzeczy, a  wykorzystałam do tego wyłącznie produkty jadalne, które miałam w lodówce i szafkach. Ciekawa jestem efektu, prawdę mówiąc, niektóre z tych rzeczy sprawdzałam już wcześniej, ale nie wszystkie.

I tak:

  • peeling cukrowy na paszczę krokodylą - już wiem, że lepszy jest drobny cukier, a ja miałam taki zwykły. ALe może być. Cukier plus oliwa, zbełtać do gęstości pasty,
  • maseczka drożdżowa - drożdże plus łyżka mleka, zbełtać jw,
  • maseczka na skórę głowy - mielone siemię lniane z oliwą,
  • maseczka na włosy - glutek po przegotowaniu siemienia lnianego.
  • zostało mi jeszcze to wygotowane siemię na paszczę albo ręce - nasionka, ale albo drożdże, albo siemię, mieszać nie będę. A rąk używam do klepania w klawiaturę.
  • do umycia włosów - mieszanka wody z octem jabłkowym.

W sumie wydałam na to jakiś ułamek ceny analogicznych produktów ze średniej półki i do tego nawet jak udało mi się wysmarować peelingiem usta, to mogłam go spokojnie zlizać  i się przy tym nie zapienić :)

Fajne, podoba mi się to coraz bardziej. Jeszcze sobie kupię olej kokosowy i zrobię własny dezodorant.

niedziela, 01 lutego 2015

Ostatnio znalazłam sobie znakomity patent kosmetyczny, który z upodobaniem stosuję. Suchoty kieszonkowe wymuszają inwencję również w tej dziedzinie, a tu metoda tania i skuteczna.

Siemię lniane.

Zawsze miałam chybzia na punkcie własnych włosów. Mam gęste, przez lata długie, choć ostatnio solidnie skróciłam, ale chyba wrócę do długich bo nie chce mi sie latać do fryzjera co miesiąc. W każdym razie dbam o nie, stosowałam różne maseczki, odżywki, cuda wianki.

A teraz przestałam się bawić w większość wyżej wymienionych, tylko raz w tygodniu (przeważnie, czasem częściej, czasem rzadziej, jak mam czas) robię sobie na łepetynie okład. Na skórę głowy idzie mielone siemię z odrobiną oliwy, a na same włosy - ten glutek po wygotowaniu nasionek. jak sie nie za bardzo zgluci, to daje sie ładnie przecedzić przez sitko i wlać na głowę bez nasion, ale jak nie da, to też można. Jest potem tylko więcej sprzątania.

Następnie zawijam to w folię, ręcznik i idę zająć sie czymś pożytecznym albo i nie - poczytać, sparować pojedyncze skarpetki czy coś. Po pół godzinie myję normalnie głowę i już. 

Mielone dosypuję sobie rónież do jedzenia, gdzie popadnie - na kanapki, do sałatki, serka, ziemniaków, mięsa - jak leci.

Włosy mam zdecydowanie bardziej miękkie, gęstsze, lepiej sie układają, Skorupiak twierdzi, że mniej siwych widać, ale tu już nie wiem, czy nie przesadza. Na pewno dłużej są w stanie nadającym sie do pokazania ludziom bez obawy, że uciekną z wrzaskiem - w sezonie czapkowo-grzewczym poranne mycie wystarczało do wieczora i niewiele dłużej, teraz dwa dni ujdą w tłoku - może nie na imprezę, ale do sklepu da się wyjść. A może będzie jeszcze lepiej...

Szaleję sobie z tym,  zwłaszcza, ze na allegro znalazłam sprzedawcę, który to siemię ma dobrej jakości, w bardzo miłych cenach, jest producentem a nie pośrednikiem,  i jak porównałam z ciotką, która tyle samo co ja zapłaciła za paczuszkę 400 gram - podczas, gdy ja kupiłam 1,7 kg, to mi sie fajnie zrobiło. Ma inne rzeczy też, ciecierzycę, ostropest, słonecznik i inne takie.  Jakby ktoś chciał, to podlinkuję adres i słowo daję, że nie pobieram za to prowizji :)

I jeszcze mogę sie cieszyć, że nie zasyfiam świata plastikowymi opakowaniami po maseczkach oraz samymi maseczkami wlewanymi do Wisły :)

niedziela, 23 marca 2014

cud sie stał i udało mi sie wczoraj poleżeć w wannie. Chłopaki spacyfikowane, machnęłam ręką na robotę - ja też mogę czasem odpocząć.

Postanowiłam sprawdzić któryś z przepisów na domowe kosmetyki - od jakiegoś czasu mnie intrygowały.

Na pierwsyz ogień poszła maseczka drożdżowa do suchej cery. Banalnie prosta - rozmemłać drożdże z ciepłym mlekiem i położyć paćkę na front. 

Zaskoczona byłam, jak znakomity efekt to dało. Skóra była elastyczna, miła w dotyku, zupełnie inna, niż przed zabiegiem. Nie spodziewałam sie tego, bo różnica była naprawdę wielka. 

Wniosek - rezygnuję z kupowania gotowych maseczek. Drożdże wiele nie kosztują, często mam je w domu, bo lubię ciasto drożdżowe, więc tu nie ma problemu. Jak będe potrzebowała, to sobie po prostu zrobię, będe miała świeżą, a nie jakąś przeleżaną w szafce. 

Posprawdzam jeszcze następne przepisy, znalazłam trochę fajnych rzeczy. Najbardzoiej mnie intryguje ten na domowy dezodorant - ale muszę dopaść olej kokosowy. Czyli zamówić i potem odebrać. Jak zrobię, to sie pochwalę.