O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

kwiatki Matki

sobota, 11 lutego 2017

Tekst poranny:

- Dziewczyno, rusz się wreszcie pod ten prysznic. Wiem,  ze jest okropnie wcześnie i ci się wcale nie chce, mnie też się nie chce, a jednak wstałam...

 

I w tym momencie zdałam sobie sprawę, że mowię sama do siebie w dwóch osobach.

Rozdwojenie jaźni?

 

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Obudziłam się z myślą że ostrzygę dziś Piotra.  Zarósł już jak krzaczek i dobrze byłoby skrócić go przed obozem.

Zapomniałam tylko o jednym drobiazgu.

 Piotrek na obóz wyjechał dwa dni temu....

czwartek, 24 września 2015

- Piotrek dostał dziś ode mnie dwadzieścia pięć kotów - oznajmiłam radośnie przez telefon Skorupiakowi po powrocie  z zakupów.

W słuchawce zapadła cisza. Baaaaardzo długa cisza.

- Czy możesz to jakoś przybliżyć? - wyartykułował to zdanie niezwykle starannie, jak już odzyskał głos.

- Mogę, czemu nie. Pamiętasz plakat, który wisi w kuchni u Niedoszłej Kuzynki?

- No pewnie.

- To teraz wisi też u Piotrka na drzwiach.

Chyba mu z lekka użyło. W sumie nie dziwię się, perspektywa dwudziestu pięciu kotów, dwójki energicznych dzieci, szurniętego psa i dwóch osób dorosłych w trzech pokojach i do tego z zaskoczenia może zwalić z nóg najsilniejszego.

piątek, 04 września 2015

Sprzątam na autopilocie karty do rozpoznawania ptaków - bawiliśmy się dzisiaj z Grzesiem.

Odruchowo zerkam na nazwy - niektórych z nich w ogóle nie znałam. A czy ktoś z Was wie, co to takiego na przykład pomurnik? Ja już wiem, aczkolwiek od bardzo niedawna.

W pewnym momencie coś mi zazgrzytało. Zaraz, zaraz, czy aby na pewno? Naprawdę mignął mi tam bakłażan? Chyba jednak skołowany i zasmarkany nmózg poprawił bażanta, bo o fruwających bakłażanach jeszcze nie słyszałam :)

piątek, 14 sierpnia 2015

Zmęczoa jestem ostatnio bardzo. padam na nos, warczę na dzieci, zapominam o różnych rzeczach.

Dziś sie zorietowałam, że Piotrka z obozu należy odebrać jutro, a nie w niedzielę.

Ale wtopa by była, jakbym zapomiała przyjechać po własne dziecko!!!!

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Włączone do prądu lepiej działa.

Zapomniałam o tej kardynalnej zasadzie - nie po raz pierwszy zresztą.

Pozbierałam pracowicie pranie ze sznurków, czego nie lubię, i poszłam wieszać następne, a tu zonk! - pralkę nastawiłam, wsypałam i wlałam co trzeba, tylko nie nacisnęłam jednego małego guzika....

Ekskrementa włościance nie chronometr, tarę mi dać do łapy, to będe na pewno wiedziała, czy uprałam.

środa, 23 lipca 2014

Grzechot budzi sie regularnie o 6.20. Z dziesięciominutowym odchyleniem w obie strony. 

Nie ma wówczas to tamto, należy sie dzieckiem zająć. Wycwaniłam się już na tyle, że mam przyszykowanego banana i zatykam wygłodniałą paszczę - skoro poprzedni system zatykania dzioba cycem już nie działa, to trzeba sobie jakoś radzić. Ale to pomaga na chwilę, dziecię me drugorodne posiliwszy się po prostu zaczyna dzień.

Zwykle zabieram go  i odizolowuję od Skorupiaka, żeby mógł jeszcze chwile pospać. Czasem Skorupiak też wstaje - żeby zatonąć w odmętach wanny na półtorej godziny. Tak czy inaczej, mam młodego na głowie. Ciurkiem przez cały dzień, bez chwili przerwy.

Dziś Skorupiak wrócił, pokręcił sie chwilę i oznajmił, żę musi jeszcze napisać coś tam strasznie ważnego, zajmie mu to z półtorej godziny. I żeby mu Grzechot nie przeszkadzał w tym czasie.

Zainstalował się w pokoju Pytona i przepadł. Była godzina 17.30.

Przetrwaliśmy do 19 bawiąc się, czytając, zdejmując i rozkładając pranie... Zjedliśy kolację. Umyliśmy Grzesia - to znaczy, ja myłam, a on próbował zwiać, bo uparłam sie umyć również łepek. Wytarłam, ubrałam, pobrykaliśmy chwilę po łóżku. Niestety, próby uśpienia spełzły na niczym, spał o nietypowej porze - zasnął dopiero ok. 15, normalnie o tej porze to się budzi. I o 20.30 nastąiło wybawienie - Skorupiak wyhynął z nory i zapytał, czy chcę, zęby mnie zmienił przy usypianiu Minora.

Jasne, żę chcę, moja wachta trwa już ponad 14 godzin z jedną przerwą, kiedy to popędziłam dać sie pokłuć - musiałam zrobić badania. Obróciłam w poł godziny, ale i tak w drodze powrotnej był juz telefon, kiedy wrócę.

Mam dość. Ja wiem, zę Skorupiak też nie leży na biurku w pracy opalając sie pod żarówką, ale on ma jakies urozmaicenie, wychodzi na dwór BEZ stowra, którego należy pilnować, bo szybkie to a jeszcze głupie i nie rozumie, zę pod samochody sie nie wybiega... A ja mam cztery ściany i dziecia.

sobota, 12 lipca 2014

Poszliśmy sobie na spacer, nie przejmując sie zbytnio aurą - wilgotno jakoś dzisiaj było, z przerwami na bardziej konkretne lanie.

Co tam, zabraliśmy wózek, Grześka, kocyk i pedeszcza wózkowego na wypadek zlewy.

Jak sie okazało, zlewę przewidzieliśy całkiem słusznie, ale nic z tego nie wynikło, bo Grzechot zrobił zupełnie porządną awanturę przy pierwszej próbie nadziania na niego i wózek tego strasznego przedmiotu. Bo to hańba niebywała, jechać w takim plastiku, on sobie wyprasza i nie będzie. Zaczął wyłazić natychmiast bokiem spod plandeki, tak go gryzła w delikatne uczucia.

Nie to nie, na drzewo. Zmokniesz najwyżej, a potem wyschniesz, synku kochany.

A plastik nie będzie sie marnował, o nie. Matka nadziała go sobie na głowę i tak wędrowała przez dobry kilometr, pękając ze śmiechu na widok min ludzkości okolicznej. I żałując niezmiernie, że nie pojawiła sie  na horyzoncie żadna staruszka, bo tu już dyskusja mogłaby byc przecudnej urody. Cóż, nihil est ab omni parte beatum. Ale za to nie zmokłam. 

A oto Wyrodna w Pokrowcu:

 

 

Gwoli wyjaśnienia, czemu idę ścieżką rowerową - bo chodnik był po drugiej stronie, częściowo zalany, a tam, gdzie nie był zalany, to zastawiony samochodami. 

czwartek, 06 marca 2014

Matka dzisiaj zachowała sie jak rasowa blondynka.

Przygotowywałam dzieciowi młodszermu przecier z jabłek i kiwi - miałam nadzieję, że może zje, chory  jest, więc taka paćka owocowa, łatwo wchodząca... Jak sie potem okazało, nie zjadł, ale ja nie o tym.

Paćkę przygotowywałam przy pomocy blendera - wrzucałam składniki do kubeczka i sprzętem mielącym  pracowicie je rozdrabniałam. Słabo szło, jabłko wkleszczyło się pod nóż obrotowy. 

I matka dzieci, wiele nie myśląc (chyba wcale, niestety), grzebnęła paluchem wokół noża, aby rzeczone wydobyć. A tymczasem druga rączka subtelnie jej sie obsunęła po uchwycie blendera. Zahaczając o przycisk. Taki duży, szary. I tak, to był ten, którym sie wyżej wzmiankowany sprzęt włącza....

Na szczęście zahaczyła delikatnie, palec miała prawie na wierzchu, więc go szybko zabrała, dzięki czemu nie przerobiła go na mielonkę, tylko nieco skaleczyła - wystarczył największy rozmiar plastra z dziecięcymi rysuneczkami (Toy Story, o ile dobrze rozpoznaję).

Głupi mają szczęście. Dużej krzywdy soie nie zrobiłam, a mogłam uciąć kawał palca. Nie przewiduję takich dodatków żywieniowych w diecie potomków.

Przynajmniej wytłumaczyłam dobitnie Piotrkowi, czemu nie wolno robić tak, jak zrobiłam. Kapiąca krew zrobila na nim wrażenie, Mam nadzieję, zę wystarczy mu nauka na moich błędach i tego nie będzie powtarzał. 

A co, niech sobie wymyśla własne.

a matka - cóż, ekskrementa włościance nie chronometr. Nastęnym razem jabłko podam w całości.