O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

ciąża

środa, 23 lipca 2014

Dziś w ramach atrakcji pojechałam z mamą na działkę pozbierać mirabelki. Grzesiek został postawiony przy krzaku borówki amerykańskiej i poinstruowany co do kolorów - niebieskie jemy, zielone zostaje. A my runęłyśmy pod krzaki.

Potem udało mi sie dorwać sekator i zabrać za to, co tygryski kochają najbardziej - wycinanie suchych badyli. 

Nasze mirabelki stare są, one były stare, jak kupowaliśmy tę działkę. Czyli trzydzieści lat temu. Nie odmłodniały przez ten czas.

Mają w związku z tym mnóstwo suchych badyli, kolejne gałęzie obumierają. I wtedy wkraczam do akcji. Uzbrojona w duży i mały sekator tnę, siekam, obcinam... Rodzina podśpiewuje mi chórem piosenkę odpowiednią*, a ja sie dobrze bawię. 

Dziś mogłam nieco poszaleć, oczyściłam teren pod opadającymi gałęźmi, gdzie się zbiera żółte kulki wyjątkowo parszywie - właśnie ze względu na suche badyle mirabelkowe z góry i nieco mniej suche, ale rosnące całkiem bez sensu i jak popadnie badyle bzowe z dołu. Potraktowałam ostro jedne i drugie i teraz kolejne zbiory będą znacznie łatwiejsze :).

 

* ODpowiednia piosenka to "Żywopłot" ANdrzeja Waligórskiego, ale nie udało mi się znaleźć na tubce, więc nie zalinkuję. Właściwy kawałek, który cieszy rodzinę brzmi: "Trwa w okolicy popłoch i zamieszanie spore/ Tatko strzyżę żywopłot ogromnym sekatorem." Tu strzyże mama.

sobota, 05 lipca 2014

Dołożyłam do starej listy przesądów ciążowych, ale jest tak cudne, żę wkleję również osobno :)

 

 

I po jakiego grzyba ja latałam z chłopakami po okulistach? Wystarczyło trochę pomysleć przed urodzeniem... :)))

niedziela, 03 lutego 2013

Chyba ostatni, chociaż nie wiem, czy sie jeszcze kiedyś nie pochwalę.

Nadal nie zamierzam się przyznawać, ile ważę - za dużo.

Ale bilans ciąży jest nader zadowalający:

  •  Różnica pomiędzy stanem z początku ciąży  a tym na dzień przed porodem - 0,4 kg. Tak, to nie jest pomyłka, przytyłam w sumie niecałe pół kilo. i podejrzewam, że to przede wszystkim kwestia świąt i kilku imprez urodzinowych po świętach.
  • Stan po wyjściu ze szpitala - tydzień po porodzie - minus 12 kilo w  stosunku do początku ciąży. I nadal leci w dół, powoli, ale zdecydowanie.

Jeszcze element humorystyczny: w szpitalu następnego dnia po porodzie znalazłam na korytarzu wagę. taką starego typu, lekarską, nie elektroniczną - z ramieniem, na którym przesuwa się ciężarki. I wyszło mi na niej, że ważę... więcej, niż przed cesarką:). A Grzechot jednak swoje ważył....

 

PS. ponad rok temu doszłam do odkrywczego wniosku, że pora najwyższa wziąć się za siebie i schudnąć. Z radością stwierdzam, że mimo  ciąży po drodze jest mnie o ciut ponad 20 kg mniej niż w momencie podejmowania tej życiowej decyzji!

sobota, 02 lutego 2013

O tym, że termin porodu wypada nam z A. prawie idealnie zgodnie - wiedziałyśmy od dawna. Umawiałyśmy sie na ten sam szpital, z nadzieją, ze sie spotkamy - w sumie tydzień różnicy w wyliczeniach, a jak wiadomo tylko około 5% dzieci rodzi sie w terminie liczonym z OM. 

Jak pan dr wyznaczył mi datę cesarki i kazał się zgłosić dzień wcześniej - dałam jej znać, żeby w razie czego jechać razem - zawsze weselej.

W końcu pojechałam sama. Zameldowałam się, rozpakowałam, zamontowali mi wenflon - i zaczęła sie nuda. Co można robić w szpitalu - czytać i gadać przez telefon. No to gadałam, snując sie po korytarzu. I nagle zobaczyłam znajomą twarz śmiejącą sie do mnie przez drzwi jednej z sal. Okazało sie, że A. przyjechała tego samego dnia, a kroją ją dzień po mnie. Przegadałyśmy razem aż do wieczora i poprosiłyśmy o umieszczenie nas potem w jednej sali na położniczym. W końcu jak sie przyjaźnimy juz tyle lat, to należy szczęściu troche pomóc. 

I się udało, co prawda panie z noworodków trochę narzekały, że tak daleko, ale po prostu to była jedyna sala, gdzie było wiadomo, ze będą dwa łóżka wolne równocześnie. A my mogłyśmy sobie plotkować dalej....

Jeszcze była prześmieszna scenka, jak w środę położna zawiozła mnie na fotelu do Grzechotka - sama jeszcze nie dałabym rady dojść. Przed oddziałem noworodkowym stał mąż A. z mydelniczką zawierającą potomka - jasne, ze sie zatrzymałam, obejrzeć Kangura i pogadać chwilę. W tym momencie wyszła z bloku porodowego pani doktor, która była przy porodzie A. i zamarła, widząc nas rozmawiających.

- To pani już wstała?????? - zapytała ciężko zszokowana. Okazało sie, ze wzięła mnie za A. i myślała, ze ona tak sobie beztrosko w dwie godziny po cc już hasa po korytarzu, zamiast przykładnie leżeć plackiem i nie majtać głową :)

generalnie szpital to kolejne miejsce, gdzie można sie umawiać na spotkania towarzyskie :)

Tagi: poród
14:07, agra1 , ciąża
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 stycznia 2013

Odmeldowuję sie. Wrócę tu za parę dni, razem z Grzechotkiem.

Trzymajcie sie  i nie rozrabiajcie za bardzo pod moją nieobecność ;)

 

PS. Ostateczny bilans tycia podczas ciąży - 0,4 kg powyżej stanu początkowego :))))

sobota, 19 stycznia 2013

Ostatni będzie po porodzie, potem przestanę sie chwalić.

Na razie ubawiłam się serdecznie - znalazłam w necie jakiś kalkulatorek wagi PO ciąży. Trzeba było podać stan  z początku ciąży i wzrost. I wyszło mi, że jak urodzę (czyli od wtorku), to będę ważyć... kilogram czy półtora więcej niż dziś. :)))))

Na razie nieznacznie przekroczyłam stan z początku ciąży (o niecały kilogram, ), ale też mam solidne obrzęki na nogach, więc sporo z tego, co ostatnio przybyło, to po prostu woda.  Tak czy inaczej, przez trzy dni, które mi zostały (najwyżej trzy)  nie dam rady bardzo przytyć, żeby nie wiem, co.

Krótko mówiąc, kurację odchudzającą pod tytułem "Ciąża" można uznać za udaną :). Polecam wszystkim!!!!

piątek, 18 stycznia 2013

Wszystko już wiadomo. 

W poniedziałek zgłaszam się do szpitala, we wtorek na stół.

Trzymajcie kciuki!

piątek, 11 stycznia 2013

Dzisiaj miałam w planie usg. Chodziło o sprawdzenie gabarytów potomka, który rośnie i zapowiada się na takiego granicznego - innymi słowy, przed nami decyzja na temat porodu, cc czy sn. Okazało się, że młody człowiek przez równe dwa tygodnie przybrał na wadze jakieś 800 g.  I nieprzyjemnie zbliżył się do granicy decyzyjnej, a do terminu porodu jeszcze 10 dni. Czyli jeszcze zdąży urosnąć, jeśli się nie zdecyduje na ewakuację.

Pan doktor uesgolog stwierdził, że dobrze by było udać się do szpitala, w którym chcę rodzić, i skonsultować z nimi, niech tam podejmą decyzję. Ale do tego muszę mieć skierowanie od lekarza prowadzącego.

Ból polegał na tym, że dr prowadząca jest chora, wróci w poniedziałek - albo i nie.

W domu zasiadłam do telefonu i okazało sie szybko, że do samego zapisu na konsultację muszę zawieźć skierowanie w zębach - jak zapisywałam kiedyś Pytona do alergologa to wystarczyło przedyktować numerki i dowieźć papier w ciągu dwóch tygodni. A tu nie ma lekko.

Dobra, umówiłam sie do jedynego dostępnego gina na dziś - nie ma to jak abonament, było mi wszystko jedno kto, bo iał wystawić tylko papier. Wystawił. Tyle że miałam 40 minut od momentu gdy zadzwoniłam do chwili wejścia do gabinetu. I musiałam sie dostać z obrzeży miasta na drugą stronę centrum. Tę dalszą. Ale zdążyłam.

Ponieważ nie mogłam się dodzwonić do jednego ze szpitali branych pod uwagę, podjechałam do tego bliższego. W przychodni usłyszałam jakże budującą nowinę, że najbliższe terminy są na... kwiecień. Dziękuję bardzo, do tego czasu mam zamiar NIE być już w ciąży od dawna. Na szczęście dziewczyna z rejestracji poradziła, żebym poszła na Izbę Przyjęć, może tam coś dziewczyny wymyślą. 

Wymyśliły, kazały sięnajpierw położyć na ktg a potem do lekarza - ok, tylko zadzwonię do męża. I tu zonk, wcięło mi komórkę. Pomyślałam chwilę i wyszło, że prawdopodobnie zostawiłam ją w kieszeni kurtki. No to do szatni - była. Dobra nasza, radosna jak prosię w deszcz poszłam na ktg. 

Potem już byłam mniej radosna bo to jednak cholernie niewygodne, dwadzieścia minut w jednej pozycji i plecy mnie łupały okropnie, ale niech tam.  A teraz zapraszamy pod gabinet numer 3, pani dr poprosi. Dobra nasza, myślę sobie. Jak na NFZ to jakiś kosmos, całkiem jak prywatna służba zdrowia.

POd gabinetem spędziłam z półtorej godziny kompletnie nie mogąc rozgryźć kwestii kolejności pacjentek. Zresztą i tak pani dr w gabinecie głównie nie było. Po godzinie zadzwonił Skorupiak, miło sobie plotkujemy gdy nagle.... zatchnęło nie na miejscu. 

Zdałam sobie sprawę, że nie mam teczki z całą dokumentacją medyczną. Wszystkie badania zdjęcia z usg, skierowanie, oryginały serologii, paciorkowca i co tam jeszcze. Przepadło. Obleciałam korytarz, zajrzałam pod wszystkie krzesła, zapytałam w rejestracji. Niet.

W końcu mnie tknęło - jeszcze jedno miejsce w który byłam, to ta szatnia. Może tam zostawiłam?

Ano tak. Jak poszłam po komórkę, to zostawiłam teczkę. Nieprzytomna kompletnie. Może dlatego, że głodna - rano zjadłam jedną kanapkę tak bardziej przez rozum, a potem nie miałam czasu. I do 15 zgłodniałam potężnie, co jak widać rzuciło mi się na mózg. 

Tak czy inaczej - wszystkie pogubione skarby znalazłam, głowy na koniec nie zgubiłam (a było blisko), w piątek za tydzień kolejne usg i konsultacja oraz decyzja. Ale podejrzewam, że jednak stanie na cc - z atutem w charakterze pierwszego dziecka gabarytów młodego mamuta, rozmiarami obecnego i paroma innymi ciekawostkami w wywiadzie raczej nie będzie chętnych do sn.

Z jednej strony żałuję - chciałabym urodzić naturalnie, nie czuć się jak eksponat, wszystko jest robione za mnie. Z drugiej - nie zaryzykuję zdrowia Grzechotka a zapowiada się spory. Więc nie będę się kłócić.

Tak czy inaczej - coraz bardziej widać koniec. Koniec kłopotów z wkładaniem rajstop, obcinaniem paznokci u nóg, zjeżdżającymi z okrągłego brzucha spodniami. Koniec z lataniem do toalety co chwilę, bo komuś zachciało się poskakać po moim pęcherzu.

Widać też początek. Początek nowego życia naszej rodziny, już w szóstkę.  Ciekawa jestem, jak zwierzaki powitają Grzechotka. Jak będzie się układało, czy będzie spał w nocy, czy będzie dużo jadł, płakał? A może nie, może będzie taki jak Pyton - ciekawy świata otwarty i pogodny od początku?

Przekonamy sie. Już niedługo.

czwartek, 10 stycznia 2013

Ponieważ coraz więcej osób zaczyna tupać nerwowo i dopytywać się czy moje milczenie oznacza, że Grzechot sie wykluł - oto oficjalny komunikat prasowy:

Grzechot sie jeszcze nie wykluł. Nie ma pojęcia, kiedy zamierza, już ma pełne prawo, ale termin wyliczony to 21 stycznia. Plus minus dwa tygodnie.

Daję Wam słowo, że jak się wykluje, to da znać, jak tylko uda mi sie dorwać jakikolwiek dostęp do komputera.

A na razie po prostu jestem dość zmęczona, do tego jak mam wolną chwilę, to Pyton zagania mnie do Rummikuba. I co gorsza - często ogrywa.

wtorek, 01 stycznia 2013

No i udało sie przekroczyć kolejny próg Grzechotkowy. Zależało mi na tym, żeby jednak poczekał z wyłażeniem do 2013 - zawsze łatwiej w szkole osobnikowi z początku roku niż temu z końca grudnia, wiem coś o tym. 

Od najbliższego poniedziałku ma oficjalne pozwolenie na ewakuację, a ja siedzę w dołku startowym. Torba prawie gotowa, w domu też brakuje tylko paru drobiazgów, Skorupiak zdenerwowany a ja całkiem na spokojnie. Pewnie dlatego, że chciałabym już urodzić i móc sie wreszcie normalnie położyć, zobaczyć własne stopy i - oczywiście - sprawdzić, ile ważę.

Bo nadal ważę ciut mniej, niż na początku ciąży :))). 

środa, 12 grudnia 2012

Syn nasz Wewnętrzny miał dzisiaj lenia. 

Podobnie jak poprzednio, nie bardzo chcial się ruszać. Wzięłam ciepły prysznic - jak co rano, normalnie jest to element gwarantujący aktywizację potomka. NIc.

Zjadłam kanapkę - tez pomaga - nic.

Wypadliśmy ze Skorupiakiem z domu - mieliśmy umówione spotkanie, ważne, a tu wywaliło światła w dużej części Ursynowa (sygnalizatory również - co skomplikowało sytuację na drodze). 

Skorupiak coraz bardziej nerwowy, zaczyna sie poważnie martwić nieruchawością dziecia. 

Na miejsce spotkania dotarliśmy ze sporym zapasem czasu - n konto kłopotów z oświetleniem wyszliśmy wcześniej, więc poszliśmy jeszcze do jakiegoś sklepiku po coś słodkiego, bo to jeden ze sposobów polecanych na doenergetyzowanie takich leni.

Na siłę i wyłącznie przez rozum zjadłam prawie całą tabliczkę czekolady. Jakieś ruchy tam były, ale niemrawe, Grzechot zwyczajnie nie miał na nic ochoty, nawet po takiej dawce cukru.

Skorupiak już zdecydowanie nerwowy.

Po spotkaniu zgodnie z rozkładem pojechaliśmy do moich rodziców, skąd miałam z mamą jechać dalej. I tu stwierdziłam, że ja mam dość słodyczy, poproszę uczciwą kanapkę z kiełbasa i kiszonym ogórkiem. Popijaną gorzką herbatą.

No ti to wreszcie pomogło. Dzieć nie reagował za bardzo na słodycze, ale jak dostał ciemny chlebek z mięchem i kiszeniakiem, to sie ożywił od razu.

Dziecko wie, co dobre, ja też zawsze jak miałam do wyboru ciasteczko czy cukierka, albo kanapkę z wędliną, to wolałam kanapkę. Mięsożerna jestem od urodzenia i taka pozostanę do śmierci, a Potomek Wewnętrzny widocznie też.

czwartek, 06 grudnia 2012

Jak co miesiąc (tak mniej więcej) zeznania w kwestii jakże istotnej - kilogramowej. Zwłaszcza, że ostatnio poczytałam sobie o zmaganiach w kwestii zrzucania pociążowych nadmiarów przez koleżankę. Humor mi sie poprawił, jak czytałam, nie powiem.

Do czasu, jak sobie uświadomiłam, że ona w największym rozmiarze i tak była szczuplejsza, niż ja będe po porodzie (bo teraz to w ogóle nie ma o czym gadać).

Nic to, grunt to znaleźć sobie odpowiedni punkt odniesienia, co wielokrotnie tłumaczyłam własnym pacjentom. A jedyny sensowny w tym przypadku - to ja sama.

Rok temu było mnie o 10 kg wiecej niż dziś. 

Na początku ciąży było mnie o 2,5 kg wiecej niż dziś.

Ważę tyle samo, ile na koniec października (po drodze był jeszcze dołek spowodowany chorobą). Co razem wzięte daje szansę , ze za półtora miesiąca, jak urodzę, gwałtownie ubędzie mi jeszcze z 8-10 kg. A potem  - mogę sobie pomarzyć nawet dość realistycznie, że Grzechotek, mimo, że Gad, będzie się zachowywał jak na uczciwego Ssaka przystało i na karmieniu piersią też trochę zleci. A potem będzie wiosna, spacerki (mam ambitny plan, żeby sie wreszcie nauczyć jeździć na rolkach i pomykać na nich razem z maluchem w wózku). I może schudnę jeszcze trochę....

Tak sobie marzę, że uda mi sie w miarę mało boleśnie zrobić porządek z nadwyżkami, które mnie gnębią od lat. W sumie  - w ciąży normalnie kobiety nie chudną, tylko wręcz przeciwnie. U mnie za każdym razem było wbrew przepisom, bez najmniejszych nawet problemów wynikających z niedożywienia dziecka, czym mnie straszyła w pierwszej ciąży koleżanka z pracy.  Ta, niedożywiony, patrzcie go... 4830 żywej wagi, 62 centymetry, to raczej nie był niedożywiony, prawda? Więc teraz sie kompletnie nie przejmuję, a raczej cieszę, zę kochane dziecko jest tak uprzejme, że wyciąga matczyne sadełko. 

Byle tak dalej, Gadzinko,byle tak dalej!!!!

(ale nie musisz mnie przy tym aż tak kopać....)

 

sobota, 24 listopada 2012

Widać, że Pyton czeka na brata. 

Czasem przejawia się to w upiornym rozrabianiu, buncie, kłóceniu się o wszystko.

Częściej - przychodzi, głaszcze Grzechotka, opowiada, co będzie robił, jak będzie się z bratem bawił czy nim zajmował.

Dzisiaj usiadł do czytania - zgodnie z zasadą telewizyjną, zarabia kolejne minuty na obejrzenie jakiegoś filmu.

I jak myślicie, jaką książkę wybrał? Tematyka jest oczywista, wybrał najbardziej pasującą z dostępnych - "Franklin i dzidziuś". Czyli o tym, jak to najlepszy przyjaciel żółwika został starszym bratem, o oczekiwaniu na ten doniosły fakt, radości, nadziei i odbiegających od wyobrażeń realiach po narodzinach malucha.

Przygotowania idą pełną parą - na wszystkich frontach. 

 

wtorek, 20 listopada 2012

Grzechotek jest gadziną energiczną. Wierzga, kręci się, podskakuje, macha łapkami. 

Już pisałam, ze jego ulubiona pora na brykanie to 6 rano i 22.  Tak jak u Czorta w młodości.\

Oczywiście nie jsą to jedyne godziny szaleństw - ale za to stałe.

Czasami zastanawiam sie, czy mogłabym sie jakoś odłączyć - młody co prawda na razie nie osiągnął mistrzostwa swego starszego brata, który tak mi skopał jeden mięsień, że do tej pory czasami mnie tam boli (nie wiem, czy to był mięsień, wątroba czy inne coś, ale dostało solidnie).

Tak czy inaczej czasem mam ochotę zakrzyknąć bojowo:

Dziecko kochane, nie kop matki , bo sie spocisz!!!!

poniedziałek, 05 listopada 2012

Mam problem.

Z racji ciąży - dość już zaawansowanej jednak - nie wolno mi:

- spać na plecach, bo uciskam coś tam.

- spać na prawym boku bo uciskam coś innego.

- spać na brzuchu, bo zgniatam Grzechotka, zresztą to już jest potwornie niewygodne.

Zostaje lewy bok. I do tej pory było nieźle, ale...

No właśnie, zawsze jest jakieś ale.

Jak leżę na boku, obojętne którym, to kaszel szarpie mnie potwornie, na plecach  - zdecydowanie mniej. Na boku rzuca mną mniej więcej co dwie minuty, przy czym na tyle skutecznie, że muszę sie podnieść, żeby skutecznie pozbyć się fuzli z gardła. Na krótko, ale zawsze. 

Oczywiste jest, że jak się co chwile podnoszę to spać się nie da. Leków na kaszel dostać nie mogę z wiadomych przyczyn.

Jak spać, droga Redakcjo, jak spać????

sobota, 03 listopada 2012

Kwestia poważna, jak wiadomo. A mi o tyle miło sie pisze na ten temat, że jestem nienormalna i zamiast tyć - chudnę. Nadal.

Wygląda, że nie dociągnę nawet do poziomu wyjściowego z początku ciąży - na razie mam 3,5 kg zapasu do tego etapu, i tylko troche ponad dwa miesiące. No dobra, dwa i pół do trzech. Ale oficjalnie mam prawo zacząć rodzić już od 7 stycznia i Grzechot będzie donoszony. Wedle mądrych kalkulatorów powinnam 10-13 kg więcej niż w tej chwili, a mały i tak rośnie, tralala!!!

W szafie czekają na wiosnę całkiem fajne ciuchy, których nie chciałam wyrzucać, z nadzieją, że jeszcze  kiedyś sie w nich zmieszczę. Ale będzie fajnie :)))))

żeby nie było za dobrze, jestem chorawa (bo jeszcze nie chora), i nie mam siły na jedzenie. Dziś wchodza mi mandarynki i niewiele więcej, reszta jest zbyt trudna i ciężkostrawna. leżę sobie w łóżku, przysypiam, przytulam Pytona...

Kurczę, niech ja wyzdrowieję, taki totalny brak sił jest upiornie męczący!!!!

piątek, 02 listopada 2012

Tytuł notki oddaje sedno problemu.

Czuje sie podle, kaszel mnie szarpie tak, że żebra trzeszczą, gardło drapie, podrażnienie gardła powoduje odruch wymiotny i zwroty posiłków, boję sie oddychać, bo też podrażnia i wysusza gardło, a nie oddychać jeszcze sienie nauczyłam. SłB jestem jak kot, dziś rano  po prysznicu, wysuszeniu głowy i zjedzeniu śniadania (na siłę z  wyłącznie z rozsądku) nie miałam siły ruszyć ręką.

Ale w związku z ciążą leczyć sie mnie nie da, bo nie bardzo jest czym. Jakbym była porządnie chora, infekcja bakteryjna, to proszę bardzo, a tak to herbatka z malinami, dużo pić, czosnek (nie mogę, odrzuca mnie), cebulka (jak wyżej), woda z solą morską do nosa i tyle. I polubić.

Obawiam się, ze w ten sposób to ja sie do końca ciąży nie wyleczę, tylko będę chodzić taka niewyraźna. A i po porodzie nie ma co sie cieszyć, bo przecież chciałabym karmić piersią, a w czasie laktacji też z tym leczeniem sa problemy....

Ech, życie....

czwartek, 01 listopada 2012

Ściśle rzecz biorąc, nie samego spania sie boję. Wręcz przeciwnie, zasnęłabym natychmiast, gdybym tylko miała pewność, zę nie obudzi mnie ten cholerny ból łydki. Już teraz czuję ćmienie zapowiadające - nieomylny sygnał, że w nocy będzie polka  galopka. 

Wyciągnęłam getry, Skorupiak przygotuje mi termofor do rozgrzewania tego mięśnia, wymoczę sobie nogę w gorącej wodzie przed pójściem spać - tylko czy to wystarczy???? Nie moge nie spać do porodu, do cholery jasnej, to jeszcze prawie trzy miesiące!!!!

Pyton dziś poprosił o nocowanie u dziadków - całe szczęscie, wiem, ze nawet, jesli zacznę krzyczeć, to go nie obudzę. Ale nie cierpię takich wrzasków, w końcu mieszkamy w bloku, sa sąsiedzi, nad nami mieszka dwójka maluchów... A poza tym nie pasuje mi do charrakteru i tyle. 

Czy ktoś ma jakiś sposób na te kurcze???? Królestwo bym oddała (gdybym je miała) za skuteczną metodę zapobiegania....

Od paru dni (a waściwie nocy) meczą mnie kurcze. Lewej łydki, konkretnie. 

W poprzedniej ciąży było tak samo, i chyba też była to lewa noga. Koszmar jakiś, budze sie wyjąc z bólu. Skorupiak biedny dzielnie wyskakuje spod kołdry, rozmasowuje, pomaga jak może... Ale czy jest jakiś sposób, zeby tego cholerstwa po prostu uniknąć???? Ostatnio dopadło mnie tak złośliwie, że równocześnie trzymał kurcz w łydce (aby rozciągnąć, należy palce przygiąć maksymalnie do siebie) i drugi gdzieś jakiegoś mieśnia w samym stawie, co wymagało wyprostowania stopy...  I co w takiej sytuacji???

Oczywiście wcinam stosowne piguły zalecone przez panią dr i pocieszam się myślą, że bez nich byłoby jeszcze gorzej. Za to jak mi czasem przemknie przez głowę, że skurcze porodowe sa równie atrakcyjne, tylko dłużej trwają... cóż, w takich momentach jednak doceniam cesarkę. Ale i tak wolę urodzić sn. tam przynajmniej będe wiedziała, że to jest po coś, do czegoś służy  - tutaj jest to po prostu znęcanie się natury nad biedną ciężarówką.

Jest mi już niewygodnie, do tego wygląda na to, że sie jednak rozchoruję. Dzielnie sie trzymałam, póki chorowały chłopaki, a jak wyzdrowiały to padłam. Temperatura podwyższona, kaszlę jak gruźlik, aż mi żebra trzeszczą, przyduszona jestem.  Gardło też zapyziałe, a nie bardzo wiadomo, czym sie leczyć. Na razie wypijam wiadra herbaty z malinami domowej produkcji i śpię, ile mogę.

Ja chcę wreszcie wyzdrowieć!!!! 

poniedziałek, 29 października 2012

Dzisiaj Grzechot napędzil nam stracha.

Normalnie rano kręci sie jak kołowrotek. A tu nic.

Przewrócilam sie z boku na bok, postukałam w brzuch. Nic.

Poczłapałam do kuchni i wyciągnęłam coś słodkiego - wcale nie miałam na to ochoty, ale on po słodkim wierci się bardziej. machnął łapą na odczepnego i dalej nic.

Przestało mi się podobać, a Skorupiak zaczął wpadac w histerię. Uznałąm, że na wszelki wypadek pojadę jednak pokazać sie u ginekologa, bo może mały śpi, a może jednak dzieje sie coś niewłaściwego (tfu, odpukać trzy razy!!!)

Na szczęście prywatna służba zdrowia sie sprawdzila stuprocentowo, w chwilę po wejściu już miałam badanie, usg, okazało sie, że jest wszystko w porządku. Maluch po prostu ma dziś lenia i tyle. Ale rusza się, serduszko bije jak należy i ogólnie wszystko gra i buczy. 

Grzechotniku kochany! Nie rób nam takich kawałów, bo jak się będe stresować, to cię zaleje kortyzolem i wcale ci to nie posłuży. A do tego tata też sie denerwuje, a jak on sie denerwuje, to denerwują sie wszyscy wkoło. Więc we własnym, dobrze pojętym interesie radzę ci, żebyś sie jednak ruszał  i nie obijał!

Krótko mówiąc - synu, do roboty!

piątek, 26 października 2012

Grzechotnik jest podobny do kota. 

Oczywiście, nasz Grzechotek do naszego Czorta, nie będe sie wypowiadać na temat wszystkich przedstawicieli gatunku - zwłaszcza z tym pierwszym wolałabym  - poza jednym wyjątkiem - nie mieć do czynienia.

Czort w młodości wczesnej (czy to możliwe, że to już dwanaście lat temu?) miał dziennie dwie fazy głupawki kompletnej.

O 6 rano (masakra!) i o 22 dostawał małpiego rozumu i zaczynał szaleć.  Biegał po całym mieszkaniu, wspinał sie na firanki, skakał na nas z szafy - wszystko, co mu do głowy strzeliło. A że wówczas był mały, lekki i pełen energii, to potrafił wleźć naprawdę wysoko. Trwało to z pół godziny, po czym wracał do normalnego poziomu aktywności kociego małolata.

Grzechot podobnie. Wcześnie rano (nie potrafię stwierdzić, czy to akurat 6, ale zdecydowanie za wcześnie, jak na mnie) zaczyna wierzgać. Kopie, kręci się, wierci, szaleje. Wieczorem - tak koło 22 - powtórka.

Oczywiście pomiędzy tymi godzinami też sie kręci, czasem nawet dość intensywnie, ale prawdziwe wariactwa odstawia właśnie wtedy. 

Tak sie zastanawiam, jak oni na siebie zareagują. Kot i Grzechot. W przypadku Piotrka było to coś niezwykłego, wielka miłość, która trwa do dziś. Ciekawa jestem, co kot zrobi teraz - czy pokocha następnego tak samo, czy przeleje uczucia z Pytona na Grzechota (oby nie, to byłoby dla Piotra bardzo ciężkie), czy zlekceważy Grzechota, wychodząc z założenia, żę on już ma swoje dziecko. 

Będzie ciekawie....

 

Pomysł na tę notkę przemknął mi przez głowę, jak siedzieliśmy wieczorem ze Skorupiakiem i omawialiśmy plany na następny dzień. Przemknął i zniknął, zanim zdążyłam otworzyć okienko wpisu. I potem długo się zastanawiałam, co ja takiego dobrego miałam... Wiedziałam, że pomysł był i za żadne skarby nie mogłam dojść, czego dotyczył. 

W końcu dziecko samo załatwiło sprawę. Wymierzyło mi solidnego kopa, a równocześnie ja spojrzałam na zegarek...

poniedziałek, 15 października 2012

Zdaję sobie sprawę, że nie mnie jedną w tym kraju. Ba, takich, co to ich ta instytucja NIE wkurza, jest pewnie kilka sztuk. Albo zwolennicy li i jedynie medycyny naturalnej, homeopatii i ziołolecznictwa.

Byłam dziś kontrolnie u mojej pani dr, sprawdzić jak sie Grzechot miewa. Miewa sie znakomicie, poza tym, że sie kręcił jak wesz na grzebieniu i ciężko było go upolować, żęby posłuchać serduszka. Ale sie udało.

Dostałam oczywiście kolejne recepty - po czerwcowych rozrywkach niestety jadę na wspomaganiu, nie tylko klasyczne witaminki ciążowe, luteina też. I okazało się,m że szanowna [...] instytucja (nie będę sie wyrażać, bo mi klawiaturę szlag trafi) stosowanie luteiny uznaje tylko do 20 tygodnia, potem juz nie chce refundować. Innymi słowy - fanaberia i mało potrzebne, jak rozumiem. 

A żeby ich pokręciło... Rozumiem, że jak jest mało kasy to trzeba jakoś ją dzielić, nie wspominając o tym, że jakieś zasady podziału być muszą, żeby uniknąć cwaniaków, którzy sie zawsze znajdą. Ale po pierwsze - im jednak sporo forsy idzie w gwizdek, siedziby, premie i limuzyny, a po drugie, wedle opinii wielu lekarzy, kryteria doboru leków do refundacji i te dziwne szusy - komu i na jakie schorzenie z literką R a komu 100% - są od czapy i kompletnie bez sensu.

 

wtorek, 09 października 2012

Kolejne zajęcia w szkole rodzenia nie wzbudziły mojego entuzjazmu. Spotkanie z pediatrą, które dało mi przede wszystkim informację, do którego lekarza NA PEWNO nie zapiszę Grzechotka. Ale to tak na marginesie.

 

Za to mam zagwozdkę. Wyszło od kwestii szczepień. Ja ogólnie uważam, że ma to głęboki sens - najlepszym dowodem jest właściwie zniknięcie polio po wprowadzeniu obowiązkowych szczepionek, i zwiększająca się obecnie zachorowalność na krztusiec w stanie Waszyngton, gdzie działa bardzo prężne lobby antyszczepionkowe.  To jednak natychmiast widać w statystykach medycznych.

Żeby było jasne, nie będę tu nikogo przekonywać, swoje zdanie mam, potrafię je uzasadnić, uważam, żę nieszczepienie jest głupotą. Ale ktoś inny może być zdania dokładnie odwrotnego. 

Natomiast wylazła kwestia płacenia za szczepionki skojarzone i nieobowiązkowe. No bo faktycznie są to ciężkie pieniądze. A że dziecko to w  ogóle mała skarbonka, to kolejne kilka stów stosunkowo krótkich odstępach czasowych - to boli, czasem bardzo...

Pani położna zaproponowała wariant zrzutki rodzinnej - na zasadzie "zamiast pluszaka wrzuć do skarbonki szczepionkowej". I postawić taką skarbonkę w korytarzu i zbierać od gości podziwiających malucha.

I tu mi sie zaczęły wątpliwości.

Bo:

1. Idea prezentu praktycznego zamiast pluszaków - TAK!!!!! Po powodziach Piotrek oddał całą walizę pluszaków dla dzieci, którym zalało wszystkie zabawki, a jeszcze zostąło sporo takich ukochanych, albo na tyle lubianych i fajnych, że chciał zostawić dla - hipotetycznego wówczas - brata lub siostry. Pluszak jest dla mnie prezentem z gruntu idiotycznym, bo ile tego można mieć???? Nie kupilismy ani jednej sztuki, a bywały momenty, kiedy ciężko było zmieścić Pytona w łóżeczku obok  tego wszystkiego. To lepszy prezent praktyczny, zwłaszcza, że nie oszukujmy się - czego może potrzebować do zabawy noworodek?

2. Takie nachalne żebranie po rodzinie - ja nie  umiem. No nie  przejdzie, nie dam rady. Do tego czułabym sie jak dyrektor cyrku, który sprzedaje bilety uprawniające do obejrzenia cielęcia z dwiema głowami, albo innego dziwoląga. Moje dziecko nie jest dziwolągiem. Z tacą chodzić nie będę.

3. Pomysł prezentu zbiorowego - Nie ma sprawy, wolę jeden sensowny, konkretny i pożyteczny, niż masę zabawek albo siedemnasty śpioszek. Ubranka w tym wieku i tak krążą po znajomych, nasze obsłużyły po Piotrku już kilkoro dzieci, teraz wróciły, potem pójdą w świat. Maluchy tak szybko rosną, że nie zdążą zniszczyć, jak sie ma trochę znajomych dzieciatych, to na początek z ciuchów można prawie nic nie kupować. 

4. Głupio mi zwyczajnie powiedzieć komukolwiek "wiesz, chętnie Cię zobaczę, ale zapłać za wstęp, dorzuć sie do szczepionek". Cel szczytny, prozdrowotny, ostatecznie nie chodzi mi o rodzinną zrzutę na mój tygodniowy pobyt w SPA, tylko o zdrowie malucha. Tylko jak to przekazać, tak, żeby nie wyszło nachalnie, nieuprzejmie, żeby nie było podtekstu "bez kasy nie przychodź"? Bo przecież nie chodzi o to, tak samo chętnie witam każdego, niezależnie od prezentów czy możliwości finansowych, nie zapraszam po to, żeby się obłowić...

5. Padła koncepcja, żeby rzucić takie hasło jako prezent z okazji chrztu.  Fakt, to jest jakaś idea, zwłaszcza, ze wtedy często pada pytanie, można to jakoś przemycić. Tylko u nas z kalendarza tak wyjdzie, że chrzest pewnie będzie już po głównej fali szczepień.

A jednak szczepionkę na takie świństwo jak rotawirusa to bym chciała małemu zafundować. Zwłaszcza, gdy Pyton chodzi do szkoły, szanse na przyniesienie ma dużo większe, a to jednak prawie na bank oznacza pobyt w szpitali. Czyli trauma, i to dla obu chłopaków. Nie chcę sytuacji, w której Piotrek dojdzie do wniosku, że przez tego brata to same kłopoty, mama ma mniej czasu dla niego, a teraz to juz całkiem znikła na parę dni. Do tego pneumokoki, ospę... Nie mówiąc o tym, że te skojarzone to zwyczajnie mniej kłucia w małą łapkę.

Ojejku, jejku.... same problemy z tymi dziećmi. A mimo to  - najfajniejsze problemy na świecie, jak potem sie taki pyszczek uśmiechnie i przytuli...

piątek, 05 października 2012

Od ostatniej spowiedzi na ten temat minął miesiąc. 

Grzechot przybrał na wadze elegancko - tuż przed poprzednią notką wedle mądrych komputerków od usg ważył 250 g, teraz - 590. I wydłużył sie stosownie na różnych frontach. Zresztą, czuję go coraz mocniej, jak sie kręci, czasem już nawet jak walnie, to gwiazdy widzę. 

Za to ja na wadze nie przybieram. Jak sie zatrzymałam na tym ...1,5 kg, tak trwam, od początku sierpnia. Oczywiście są drobne wahania, zależne głównie od tego, co zjadłam na obiad (jak dotąd, najbardziej widoczne były kotleciki mielone). 

W ogóle jak sprawdziłam moje zapiski w tym zakresie, to szczyt wagi wypadł na połowę maja, kiedy jeszcze nie wiedziałam o istnieniu Grzechotka - ....4,8. POtem były mdłości, szpital... - i jest jak jest.

Ciekawa jestem bardzo, jak to będzie dalej. Wedle mądrych kalkulatorów do tych rzeczy powinnam już jakiś czas temu wejść w kolejną dziesiątkę. To znaczy, nie obowiązkowo, ta następna dziesiątka to byłby górny limit tego, co miałabym prawo przytyć - przy założeniu mojej wyjściowej masy. 

Do tego ostatnio skarżyła mi sie koleżanka, która jest o miesiąc bardziej zaawansowana, zę ona prawie nic jeść nie może, bo ma jakieś starsze kłopoty żołądkowe, do tego, jeść jej sie po prostu nie chce, a i tak pół kilo na tydzień pojawia się dodatkowo jak w zegarku. Aż mi głupio było przyznać sie, jak u mnie tematy wygląda... Inna sprawa, że ona jest szczupła dziewczyna, a ja nie. Może jednak jest jakaś sprawiedliwość dziejowa....

czwartek, 04 października 2012

Jak sie łatwo domyślić, staje sie coraz bardziej okrągła. 

Nie  ułatwia mi to bynajmniej życia, zwłaszcza, że lubię robić wszystko szybko - szybko chodzić, mówić, i tak dalej. A teraz - nie ma to tamto, Grzechot życzy sobie mięć matkę stateczną i dostojną. Błyskawicznie udowadnia mi, że świat mi nigdzie nie ucieknie, jeśli dla odmiany pochodzę powolutku i z godnością, a po powrocie do domu zamiast zmywać gary położę sie spać.

No to sie kładę, cóż mam biedna robić?

Do tego jest już jesień, będzie zima. Nie jest to specjalnie odkrywcze stwierdzenie, podobnie jak to, że pogoda będzie sie pogarszać. Może prędzej, może później, ale bankowo. 

A ja jestem zmarzluch. Teraz reaguję na zimno jeszcze bardziej niż zwykle. Do tego poruszanie sie staje sie coraz bardziej problematyczne. Nie am oczywiście na myśli machania łapkami, ale dalsze wycieczki.

Jak sie połączy jedno z drugim, to wychodzi na to, żę jeszcze trochę, a przestanę wychodzić z domu dalej niż do szkoły Pytona (czyli na jakieś 200 m).  Życie towarzyskie ograniczy mi sie do telefonów i maili (bo fb to nie jest życie, to jest atrapa, namiastka i plastik). 

Nic, tylko skorzystać z przykładu niedźwiedzi, zaszyć sie na zimę w gawrze, gdzieś po drodze wydać na świat potomstwo i wystawić nos na zewnątrz, jak będzie już ciepło.

Wielka Niedźwiedzica to ja! (bynajmniej nie ze względu na gwiaździstość, niestety. Raczej na gabaryty.)

 
1 , 2