O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 29 marca 2009

Pietruszek znowu nie chodzi do żłobka. Jutro idziemy do pani dr, ale na moje oko dostanie szlaban do Świąt, i to nie przeraża. Jak do cholery mam umyć okna i podłogi z dzieckiem plączącym sie pod nogami i "pomagającym"?????? A zrobić zakupy? Nie wyobrażam sobie tego. Może pani dr nie będzie tak okrutna.... Ale czarno to widzę.

Składamy podanie do przedszkola. Mam w związku z tym dylemat, bo przedszkole jest pod oknem, do żłobka trzeba go dowieźć, przedszkole - podobno dobre (polecane przez sąsiadów), żłobek - ukochany, i parę różnych powodów jeszczze. Z drugiejstrony, jak sie nie dostanie, to nie ma dramatu, zostaje w żłobku jeszcze rok i tyle. Mam zagwozdkę....

Pojechaliśmy na działkę rodziców. Piotrek  świetnie sie bawił wyrzucając kamyki na drogę (w ramach łatania co wiekszych i bardziej błotnistych kolein), a my cichcem pognaliśmy do sklepu, zostawiając go z dziadkami i dwoma szalejącymi psami. Wrócił i padł spać. Błoga cisza.....

Nie chc e mi sie pisać, a z drugiej strony ciągnie - czasem układam sobie w głowie czałe akapity,  nie mam czasu ich wklepać, a potem jestem zła na siebie, zę takie fajne było, ajuż nie pamiętam, co takiego odkrywczego miałam do powiedzenia. W ogóle lubię sobie czasem coś napisać, (byle nie poezję, pęd w tym kierunku skutecznie zamordował mi polonista w liceum), tak dla siebie. jakieś takie przemyślenia na temat. Może to głupie, ale naprawde brakuje mi wypracowań szkolnych, kiedy dostawałam pretekst do intelektualnej rozrywki i nie było tego co teraz - chciałabym napisać, ale są ważniejsze sprawy do zrobienia... Jak już sie rozstałam z owym polonistą od mordowania poezji (po I klasie zrobili kipisz  i profilowanie, i wreszcie przestałam mieć z nim kontakt...) dostaliśmy polonistkę trochę drętwą, ale za to bez tak rozdętego ego. I pisanie u niej wypracowan bylo naprawde fajne.... A teraz nie ma czasu, pretekstu... 

Ale nie wrócę do szkoły, czasem mi sie śni w charakterze koszmaru, że mam ukończone studia, a tu ktoś gdzieś sie doszukał, ze mam niezaliczony polski z klasy maturalnej i musze chodzić na lekcje do Zientara z ludźmi młodszymi o 15 lat... Zgroza. Druga wersja tego miłego snu, to niezaliczona mamtemetyka z podstawówki - reszta analogicznie. Czasem w wersji ardcore niezaliczone jedno i drugie i biegam między podstawówką a liceum, i wiecznie sie spóźniam, bo oczywiście te lekcje są jedna po drugiej, a ja musze dojechać.... Widać, którzy nauczyciele zapisali sie w pamięci. I nie chodziło o to, zę wymagali - historyka i romanistkę z LO, którzy cisnęli bardzo ostro do dziś wspominam z ogromną sympatią. Ale polski w I klasie LO i matma w podstawówce - cóż, matematyczkę czasem lubiłam. Jak nie miała gorszego dnia i nie przyzłośliwiała wszystkim jak leciało....

Zebrało mi sie na wspomnienia z czasów szkolnych - może dlatego, ze Piotrek rośnie przerażająco szybko i ani sie obejrzę, jak zacznę chodzić na wywiadówki, a potem będzie trzeba wybrać gimnazjum, pisać mature.... A to co sie dzieje w polskiej edukacji to jest jakaś masakra. Reforma jest bardzo potrzebna, tylko dlaczego u licha zaczynają ją od końca? Nie trzeba wielkiej inteligencji, zeby wymyślić, ze najpierw się tak ogromną rzecz przygotowuje, a dopiero potem wprowadza w życie, a u nas z niewiadomych powodów jest dokładnie odwrotnie. Szkoły nieprzygotowane na przyjęcie sześciolatków, nie mają zaplecza pedagogicznego, wyposażenia, często nie da sie oddzielić maluchów od starszych uczniów, programy nieprzygotowane... Od dziesięciu lat w szkolnictwie jest jakieś zamieszanie, co jeden to ma lepszy pomysł na zmiany (bo moje zmiany beda lepsze niż poprzednika), więc stawiamy całość na głowie z każdą zmianą ekipy.... 

A jak zwykle cierpią na tym dzieciaki - czyli ci najbardziej bezbronni, którzy nie mają siły przebicia.  Ech, to jedno mogłoby mnie skłonić do wmigracji - jakiś normalny,stabilny system edukacji dla mojego dziecka. A że przez całe życie twierdziłam, ze jestem Polką i tu zamierzam mieszkać (co nie wyklucza oczywiście okazjonalnych wyjazdów zawodowo - rozrywkowych), to doprowadzenie mnie do takiego stanu jest niezłym sukcesem kilku ostatnich ekip rządzących.

czwartek, 26 marca 2009

Taaaak, okres buntu dwulatka.... kończy się, gdy zaczyna sie bunt trzylatka. A do tego jak patrzę na moje dziecko, to widzę samą siebie - i podziwiam moją mamę, zę mnie nie udusiła w dzieciństwie. Jeśli byłam tak uparta jak Piotrek (a z tego co pamiętam, to byłam), to miała wszelkie podstawy do rozwiązań drastycznych.

Młody znowu złapał jakieś pokarmowe świństwo. Szczegółów oszczedzę, ale w rezultacie zatrzymałam go w domu. Byliśmy w Łazienkach pokarmić kaczki, wiewiórki, pawie i inny drób. W pewnym momencie młody człowiek postanowił pozwiedzać na własną rękę. Niektóre ścieżki, już wielokrotnie przez nas przedeptane i dobrze znane, pozwoliłam mu przebiec samodzielnie - tak, że mnie nie widział. Ale jak zaczął się za bardzo zbliżać do kanałku (i stromej skarpy) to zaprotestowałam - nie bardzo miałam ochotę na wyławianie i potem transport kompletnie mokrego osobnika. Osobnik miał inne zdanie, więc narobił wrzasku (nie działa na mnie) i ułożył sie w kałuży w alejce. Matka okazała sie wredna - wzięła za frak, wyjęła z kałuży, przeniosła na suchy chodnik. Jak sie położył - został poinformowany, że może sobie tak leżeć, ja idę karmić wiewiórkę. I poszłam. Stary numer, ale zawsze działa. Wstał i pobiegł za mną...

Wyszliśmy wieczorem na spacer z psem. Młody już wyedukowany, wie, ze po psie należy sprzątać, nosi w kieszeni torebkę. Ja sprzątam, on wrzuca do śmieci. A przy okazji świetnie sie nadaje do pogadanek wychowawczych, jak widze na horyzoncie kogoś, komu nie chce sie schylić po "pamiątkę". Ja rozmawiam z moim dzieckiem, uwagi o sprzątaniu i kulturze osobistej są do niego. A  jeśli komuś zrobi sie głupio...tylko czekam, aż młody zacznie pouczać kogoś takiego, że po psie sie sprząta  :) Będzie fajnie.

Wieczorne przytulanie po kąpieli. To jest rytuał, Piotrek siada mi na kolanach, owijamy sie w wielki, mięciutki koc i sie przytulamy. Ponieważ "kakuś" już wrócił, więc rozmowa o tym, co dziś robiliśmy. O wiewiórkach, pawiach, które mają ostre dzioby i strasznie sie drą, kaczkach.... Piotrek stwierdza, zę sie boi pawi (jego słowo-wytrych na wszystko, co mu sie w danej chwili nie podoba). Pytanie - czemu? Bo paw zje. (też standardowa odpowiedź). No to mu tłumaczę, że paw zjada orzeszki, a nie Piotrusie - czy ty jesteś orzeszkiem? - tak. Hm, a gdzie masz brązową łupinkę? - Mały stanowczym ruchem poklepał sie po pupie....

 

ogólnie po całym dniu z własnym dzieckiem padam na pysk. A jutro następny taki... Ratunku!!!!!!!

 

sobota, 21 marca 2009

Potomek przekracza wszelkie granice. Dziś rano zamknął nas po raz kolejny. Już trzeci w swej krótkiej życiowej karierze. Kurczę, ten dzieciak nie ma jeszcze nawet dwóch i pół roku!!! Czasami się go boję....

Tak bardziej szczegółowo, to siedzieliśmy sobie rano w łazience.  Małżon moczył swe dostojne zwłoki w wannie, ja przycupnęłam na sedesie, żeby pogadać. Piotruś przywiózł ciężarówkę, pies uznał, ze jak wszyscy, to wszyscy, on też. Dobrze, ze kot sobie poszedł... Łazienka ma w sumie 5 m2, zawiera normalne wyposażenie, czyli podłogi jest stosownie mniej... Ciasno było, ale nic to.  Omawiamy z małżonem jakże istotną kwestię wyboru przedszkola dla Piotrka, a mały sie bawi. W pewnym momencie zarejestrowałam z lekkim rozbawieniem, ze wyciągnął z szuflady klucz do drzwi łazienkowych i ćwiczy zamykanie. Pomyślałam sobie, że skoro wszyscy jesteśmy w środku, klucz też, to niech ćwiczy, co mi tam. Zamknął drzwi na zamek i próbuje otworzyć. My gadamy. A ten cwaniak nagle.... wyrzucił klucz przez kratkę wentylacyjną w drzwiach!!!!!!

Zamarłam. Małż zamilkł, widząc mój wytrzeszcz i przerażenie w oczach - on ze swoich nizin waniennych nie miał szansy zobaczyć, co sie stało.  I teraz pytanie, co dalej?

Na szczęście udało nam się przeciągnąć  klucz pod drzwiami przy pomocy Piotrkowych zabawek - niech żyje wędka do łowienia magnetycznych rybek.

 Ale teraz klucz wisi na sznurku schowany za grzejnikiem, mały tam jeszcze przez jakiś czas nie sięgnie (ciekawe, jak długo...).

I druga zasada - jak sie idzie do łązienki i nie ma na zewnątrz drugiej osoby dorosłej, to należy brać telefon. 

Ale rodzice będą mieli ubaw, jak któreś z nas zadzwoni: "Piotrek zamknął mnie w łazience, nie mogę wyjść, pomocy!" 

czwartek, 19 marca 2009

otóż to. Niechciej jak stąd do Katowic, najchętniej bym nic nie robiła. Ostatnio padam na dziób już ok 22, albo nawet wcześniej. Podejrzewam, ze ma to wszsytko związek z porą roku, już nie mogę doczekać sie słońca. Brakuje mi go strasznie. Depresja sezonowa. Wrrr....

Piotrek też sie dopomina o słońce - od rana jak wstanie, to pyta, czy jest, a jak nie ma, to twierdzi, że poszło jeść i pić i dlatego nie dotarło na miejsce.

Właściwie nie za bardzo mam o czym pisać. O stażu - kończy się, co oznacza, ze muszę zabrać się za porządki w dokumentacji. Nienawidzę papierków. 

O Piotrku piszę stale. Męczy mnie teraz skleroza, ostatnio rzucił jakimś świetnym tekstem, pomyślałam sobie, że warto uwiecznieć tutaj, ale nie chciało mi sie ruszyć odwłoka z łóżka, odłożyłam do następnego dnia, i zapomniałam. Jak zwykle....

to co by tu.....

O, mam. Umieszczę tu ogłoszenie o pracy, a co:

 Psycholog w trakcie szkolenia psychoterapeutycznego w Warszawie poszukuje pracy. Mile widziana duża pensja, ale za to samochód służbowy niekonieczny. poproszę w pakiecie rozsądnego zwierzchnika i fajny zespół, najlepiej niepalący.

Oferuję swoją wiedzę, poczucie humoru, optymizm i umiejętność rannego wstawania bez grymasów  - co oznacza, ze sie raczej nie spóźniam do pracy.

Osoby zainteresowane proszone są o maila.

  Jeśli ktoś chce napisać mi coś miłego, to bardzo proszę, ta pogoda działa jednak przygnębiająco....a nie będę sie pocieszać czekoladą. Nie ma mowy. raczej pójdę poszukać ogóreczka kiszonego :)

 

 

sobota, 07 marca 2009

Jakiś czas temu namierzyłam stronę z adresami do podglądania zwierzaków w stanie dzikożyjącym. Fajna, systematycznie przychodzi stado dzików, czasem sarna, jenot... różności. Ostatnio przestawili jedną kamerę  - teraz celuje prosto w gniazdo orła. Widać , że się szykują do lęgów, przynoszą patyczki, poprawiają gniazdo...

Piotrek się bardzo cieszy, jak je widzi. Pokrzykuje - mamo, osioł, osioł!!!!

Chyba muszę mu wytłumaczyć różnicę między tymi gatunkami.... 

piątek, 06 marca 2009

Małż właśnie mi doniósł, że znowu kolejny klient zalega z prowizją.

Przyłamało mnie to solidnie. Do tego znowu w nocy zmarzłam (wieczna dyskusja o otwieranie okien) i jestem zasmarkana. 

Mam: bałagan w domu, kupę roboty ze stażu, ponurą perspektywę, katar. Nie mam: pracy. Chyba puszczę jutro tego totka....

 

czwartek, 05 marca 2009
Usiłuję młodocianego zagonić do spania. A przed tym do kąpieli. Trwa dyskusja, bo on by się jeszcze bawił, a jak juz koniecznie musi się myć, to chce w wannie. Co oznacza mnóstwo czasu, zachlapaną łazienkę  - nie chce mi się. Próbuję go namówić na prysznic. targi trwają, Piotrek z wdziękiem mówi "wamwa, plosę" i ja wymiękam. Na moje "prysznic, proszę" jest odporny jak pień. W końcu, lekko załamana, proponuję układ: Będzie się kąpał w wannie, jeśli potem sam położy się do łóżka i nie będzie już z niego dziś wyłaził. Na co mały spojrzał na mnie bystrze i mówi: "pysnic plosę". Ręce mi opadły....
wtorek, 03 marca 2009

ZNowu mnie ciocie żłobkowe wydzwoniły, zę Piotrek ma 38,6.  CO prawda tym razem dzwoniły, jak już byłam w domu i nie musiałam się urywać ze szpitala, za pół godziny miałam po niego i tak jechać. Ale zła jestem... Podejrzewam, zę on wcale nie jest chory, tylko mu piątki ruszyły do przodu. Poprzednie zęby też tak szły, trochę drgnęło, ciut gorączki, przerwa, jeszcze raz.... Zobaczymy.

 Moja Ciocia jest w szpitalu. Zapalenie płuc, problemy z sercem. Na szczeście idzie ku lepszemu, już dziś sama jadła, jest przytomna. Dzielna jest. A w listopadzie skończy 100 lat. Oby jej się udało dożyć.... Trzymaj się Ciociu kochana :)

Na  stażu - jak zwykle. Sala duszna, jak tam siedzi 20 osób to pod koniec sesji można uświerknąć. Albo zasnąć z braku tlenu. Tylko to głupio, jak terapeuta zasypia, więc walczęze sobą jak tylko potrafię. Wczoraj było łatwiej, była piękkna pogoda, obserwowałam dzięcioła przez okno w krytycznych momentach. A dziś buro i ponuro, nie ma na czym poka zawiesić, pogoda senna.....

Małż wrócił wkurzony z roboty, oberwało mi się za klienta. Rozumiem, zę klient może być dowolnie głupi, wkurzający, chamski... Tylko dlaczego ja mam za to zbierać???? Małżu, weź na wstrzymanie, wyżyj się po drodze, przebiegnij się, zrób parę pompek, albo co... Zamiast drzeć się na mnie i na młodocianego, bo potem bardzo trudno mi sie uśmiechnąć.  NIe potrafię po prostu przejść do porządku dziennego po tym, jak nawrzeszczysz, zwłaszcza, jeśli ja sie nie czuję winna. Bo niby czemu mam sie tak czuć, jeśłi powodem Twojego wkurzenie jest klient??????

niedziela, 01 marca 2009

Dziś się wietrzyliśmy na całego  - najpierw w Łazienkach, potem po obiedzie - po okolicy, wyciągnęłam znajomych, którzy mają trochę ponad rocznego synka i było fajnie. W Łazienkach  - żywizna wszelaka. Piotrek już umie wymienić ulubione zwierzaki - siś (sikorki), paw, kasia (kaczki), wiuja (wiewiórka), gołob (gołąb), siusia (sójka), kulki (kruki - systematycznie ogląda je przez internet, jeszcze myli kruki i gawrony). Jak na facecika, który ma niecałe 2,5 roku, to uważam, że nieźle. Do tego odróznia jeszcze dzwońce, kowaliki i wróble. Bo on te wszystkie gatunki rozpoznaje jak je zobaczy.

Żeby nie było - nie jestem nawiedzona i nie uczę go od szczeniaka wszystkich gatunków ptaków po kolei. Po prostu od początku jak pokazywałam mu jakiegoś skowyrka, to podawałam nazwę, zamiast mówić "o , zobacz, ptaszek" . było - zobacz, kawka, sikorka , czy co tam. I teraz te gatunki, z którymi sie spotykał - rozpoznaje. 

Część z tego bierze się z naszej ostatnio ulubionej strony do podglądania zwierzaków przez internet. Jedna z kamer jest ustawiona na paśnik dzików - co wieczór przychodzi tam spore stadko chrumkaczy, widzieliśmy jenota, koziołka, stado sójek, dzwońce, kruki i wrony, jakiegoś drapieżnika - nie podleciał na tyle blisko, żeby się dało stwierdzić, co on za jeden - jakiś sokół., jastrząb, czy inna gadzina. Dziś był orzeł.... A Piotrek to wszystko ogląda i bardzo się cieszy. W ten sposób mimo, że mieszkamy w mieście i w tym roku stale chorujemy, co automatycznie mocno ogranicza nam wycieczki do lasu, może poznawać świat przyrody. Jak się zrobi cieplej i przestaniemy charczeć (a Piotrek nabierze troszeczkę rozumku....) to  pójdziemy znowu połazić po lesie. Tylko niech się skońćzy to błocko wszechobecne, bo z takiego spaceru to nasz kochany synek by wrócił jako jedna czarna kulka błota...

Moglibyśmy zadać pytanie - myjemy, czy robimy nowe?

 

 

sobota, 28 lutego 2009

Wróciliśmy do żłobka. Pani dr stwierdziła, że już można - ku naszej ogromnej uldze. Ja po prostu wymiękam, on teraz ma fazę na nie i do tego do wszystkiego potrzebna jaest mamusia. Tatuś nie może zaprowadzić do łazienki, umyć, dać kolacji, pokazać zwierzaków w internecie... kurczę, ja już dostaję cholery. Dziś robiłam coś ważnego, a ten wrzeszczy, że siusiu. Mąż chce go zaprowadzić - nie, mamusia!!!!!!!.

 Teraz mały potwór na szczeście śpi, Małż poleciał do klientów - na szczęście blisko i tylko na około godzinę. A ja nie mam siły, żeby się zabrać za uzupełnianie kart pacjentów, obiad, sprzątanie, wieszanie prania, rozładowanie zakupów z bazarku..... Po prostu padłam jak pies Pluto. 

Do tego szefowe małża rozliczają się z nim w odcinkach - dostał na razie pensję za styczeń i ogryzeczek prowizji z jednej transakcji, pensja za luty i reszta prowizji - w bliżej niesprecyzowanej przyszłości......

Za to ostatnio Małż wyprostował nieco naszą przychodnię lekarską. Może trochę za głośno to zrobił, ale za to skutecznie. Przychodnia, a ściśle biorąc rejestracje (i dorosła i dziecinna) od lat na różnych forach są określane jako skansen PRL-u. Reszta określeń nie nadaje sie do powtórzenia. Przy kolejnym staniu po numerek i patrzeniu jak panie sie snują i omawiają sprawy prywatne, zamiast obsługiwać kolejkę opieprzył, zażądał procedur wydawania numerków ( bo panie twierdziły, że nie ma możliwości zamówienia numerka na następny dzień, można sobie przyjść o 6 rano i zamówić). Jak potrząsnął tym bałaganem, to się okazało, że w procedurach jest przewidziane wydawanie numerków telefonicznie na następny dzień.  Tylko procedury powstały, żeby dostać certyfikat ISO ileś tam, a potem wylądowały w szufladzie...   Dzięki temu teraz mogliśmy zadzwonić, poprosić o numerek na jutro, bez wstawania o świcie, co było o tyle cenne, zę oboje jesteśmy chorzy, ale nie ma możliwości, żęby paść na dwa tygodnie nazwolnienie, jak mi to zasugerowała bardzo miła pani dr. Se na da, i tyle. Więc chodzę, charcząc, katar mi minął, a niestety po infekcji ja zawsze kaszlę długo - ten typ tak ma....

 

niedziela, 22 lutego 2009

Potomek postanowił być samodzielny, odważny  i niezależny. Przejawiło się to znienacka, wczoraj wieczorem, jak poinformował, że on chce spać w salonie. Proszę bardzo, czxemu nie. Przygotowaliśmy mu łóżko, pościel, Mimi i Małpisia - ukochane przytulanki. Młody człowiek zaordynował jeszczze jako towarzystwo do łóżka ciężarówkę, koparkę, plecak misia pandę i dwie książeczki. BYł niezmiernie podekscytowany, coi chwila wstawał, a to jeszcze siusiu, pić, pogłaskać kotka, wyjrzeć za okno..... ale w końcu zasnął. My cichutko pozbieraliśmy zęby z podłogi - do tej pory bał się sam spać, i z radością się położyliśmy - sypialni tylko dla siebie nie mieliśmy od dwóch lat i czterech miesięcy.... Ale radość nie trwała długo, około pierwszej w nocy (chyba, ciemno było i własnego zegarka nie widziałąm, a budzik stoi za daleko, zębym bez okularów była w stanie stwierdzić, co na nim widać) Piotrek przytuptał i się wpakował do nas. I oczywiście ułożył w poprzek, bo przecież tak najwygodniej.

Ale nic to, pierwsze koty za płoty. Trzeba przygotować mu pokój, co wymaga wywalenia miliona gratów, pomalowania i kupienia paru mebli, więc w weekend sie tego nie zrobi, zwłaszcza, że my znowu chorzy. 

ZNalazłam sobie na forum Małe dziecko wątek o psotach naszych milusińskich i przypomniało mi sie, jak Piotrek puszczał pranie. Zwykle jak ja to robiłam, to mi pomagał - razem nieśliśmy miskę z ubraniami, otwierał drzwi, włączał pralkę.... Jakoś latem - czyli jak miał trochę ponad półtora roku, postanowił puścić pranie sam. Wsad się znalazł - koło pralki mieszkają ścierki do podłogi, więc je wszystkie pracowicie wrzucił. Z proszkiem gorzej, stoi poza zasięgiem, ale Piotrek nie cielę, sobie poradzi. Obok stoi kocia kuweta - wziął miarkę, któej zawsze używam i pełną kociego żwirku umieścił w bębnie pralki.... Na szczęście mamy znajomego fachowca, więc dzięki jego telefonicznym radom pralka przetrwałą. A ja przełożyłam klamkę do toalety - na sztorc - tego mały przez jakiś czas nie otwierał.... Teraz przynosi sobie stołek.

 

Za to sie pochwalę Obmierzyłam się dziś, wlazłam na wagę i stwierdziłam zadowalający spadek zarówno kilogramowy jak i centymetrowy. Dziś było ...5,9, wynik dawno nie widziany. Pierwsza cyfra nadal tajna. Jak się zmieni, to może się przyznam. A może i nie.

 

czwartek, 19 lutego 2009

Na początku się pochwalę, a co. Otóż NIE ZJADŁAM DZIŚ ANI JEDNEGO PĄCZKA. Nie wynika z tego od razu, że  ja taka dzielna jestem. Przeszkód było sporo - klapa finansowa, chora jestem i wyjście z domu po cokolwiek przekracza moje możliwości, pączki zawsze wyglądają i pachną lepiej niż smakują, odchudzam się..... Każdy z tych powodów pojedynczo pewnie byłby za słaby, suma dała taki efekt, jaki dała. I dobrze, jak to powiedziała jedna z koleżanek z zaprzyjaźnionego forum - minuta w ustach, rok w biodrach.

Swoją drogą przypomniała mi się historyjka z czasów dawnych, pewnie sprzed dwudziestu lat. Był Tłusty Czwartek,ja byłam chora - jakoś solidniej chyba, bo leżąłam w łóżku Mama przyniosła mi pączka, żebym niebyła poszkodowana przez nieobecność w kuchni. Zdążyłam raz go ugryźć i wypadł mi z ręki - niepamiętam, ktoś mnie potrącił, czy sama o coś zahaczyłam... Nieważne, tak czy inaczej pączek znalazł się na podłodze. Bromba  - nasza terieropodobna psica - natychmiast wbiła w niego zęby, a jak rzuciłam się odzyskiwać mienie, to zastawiła się zadem, chowając głowę z pączkiem we wnęce pod łóżkiem. A potem się zakleiła i nie mogłą rozewrzeć szczęk. W sumie zabawy mieliśmy mnóstwo, więcej, niż z jednego idącego w sadło pączka :)

Wizytę duszpasterską mamy z głowy. Zaszczycił nas sam proboszcz (ja go nie poznałam, nie bywam w parafii)  i chyba nie był zachwycony, jakna pytanie, czy mamy jakieś uwagi, pytania czy coś do funkcjonowania parafii, usłyszał, ze my tam nie bywamy, tylko po sąsiedzku u konkurencji... Nie miałam odwagi mu powiedzieć, zę kazania mają przegadane, kościół odpacykowali, że wygląda jak sen szalonego cukiernika, więc tylko usłyszał, zę nam się organista nie podoba. Też jest to prawda, tyle, że niecała....

 

wtorek, 17 lutego 2009

... chodzenie do żłobka. Wczoraj ciocie doniosły, zę młody miał 37,6, kaszle jak gruźlik, oczka łzawią i ogólnie trochę nieszczęśliwy. Ale nie mam co narzekać, chodził bite trzy tygodnie i jeden dzień. Jak na niego to rekord świata, do tej pory kapał odcinkami po 4 dni.

W związku z powyższym zadecydowaliśy, zę dziś zostanie w domu, ja pojadę tylko na superwizję, a nie na całe zajęcia i tak to jakoś opędzlujemy. CO będzie jutro, to sie zobaczy. 

 POstranowiłam zmienić wygląd - tamten poprzedni był fajny, ale już zanadto melancholijny i jesienny, a tu przecież wiosna do nas idzie. Co prawda powoli, halsując, i w ogóle, ale jednak się zbliża. Stąd bardziej wiosenny wygląd i piękna orchidea  - lubię te kwaituy, a w ogólnej burości wsyzstkiego potrzebuję czegoś jasnego i promiennego.

niedziela, 15 lutego 2009

Walentynki za nami - i dobrze. NIe lubię tego komercyjnego i plastikowego święta. Uważam, zę okazywanie sobie uczuć i miłe gesty nie powinny być ograniczone do jednego dnia w roku, a jeśli trzeba o tym komuś przypominać rekalmą telewizyjną, to zastanawiam się nad rzeczywistą temperaturą jego uczuć....

Jeden raz walentynki były dla nas świętem szczególnym - i do tej pory wspominanym zsentymentem. ALe to był zbieg okoliczności, zę akurat wtredy przypadkiem był 14 lutego. Każdego innego dnia takie wydarzenie też byłoby równie ważne. Trzy lata temu w walentynki o świcie (przynajmniej z punktu widzenia małżą) powiedziałam mu, zę będziemy mieli dziecko.  Zorientowałam się poprzedniego dnia,m i uznałąm, że zazekam te parę godzin z informacją, skoro już tak się zbiegły terminy. Teraz Piotrek siedzi obok i się bawi, a małżonek wczoraj zapytał (z nadzieją w głosie?) czy przypadkiem nie kupić mi testu ciążowego - ma nadzieję na powtórk? Prawdę mówiąc, ja też, ale raczej za rok. MOże się uda też tak ładnie z datami?

Za to wczoraj w ramach rozrywek towarzyskich poszliśmy na kolację do znajomych - żałuję, zę nie wzięłąm aparatu fotograficznego. Piotrek łaził po J., rzucał do niego piłką, Pełnia szczęścia. Co prawda kolacja walentynkowa w towarzystwie teściowej honoris causa nie jest typowym rozwiązaniem, ale jako sie rzekło we wstępie, walentynki jako takie czniam i tniutniam. Termin taki dlatego, zę akurat przyjechał na dwa dni do Polski jej syn A teściowa h.c. jest pomysłem znakomitym - oboje bardzo ją lubimy, mogliśmy sobie sami wybrać... Super rozwiązanie, polecam wszystkim.

W przyszłym tygodniu mamy wizytację z parafii. Kolęda, znaczy się. Mój entuzjazm jest ograniczony. W naszej parafii - chodziłam gdzie indziej. bywam rzadko - ja jestem typem buntowniczym, więc często robiłam tak, zę parafia oficjalna sovbie, a ja sobie nie lubię, jak mi sie coś narzuca, Równocześnie lubię dyskutować. I czaję się na to spotkanie. Zresztą, zależy, jaki ksiądz przyjdzie. Dwa lata temu przyszedł bardzo fajny - akurat byłam sama w domu, małż jeszcze nie wrócił z pracy, a ja miałam na ręku (i przy cycu) miesięcznego Piotrka. NIe speszył się na ten widok, tylko spokojnie stwuierdził, żę mam zajęte ręce, a Piotrek mnie bardziej potrzebuje, więc darujemy sobie modlitwę, bo w końcu to nie formułka jest najważniejsza, tylko myśl. I pogadaliśmy sobie bardzo fajnie. Za to rok temu był jakiś drętwus. Pouczył nas sztywno, zę powinniśmy zainteresować się własną parafią - nie podobało mu sie, zę chodzimy (jeśli w ogóle) do sąsiedniej, zapytał okasę - nie daję z zasady podczas kolędy, a w ogóle jak ktoś  się nachalnie domaga, to ja się wkurzam. Zresztą, wtedy było bardzo cienko ( i nadal jest), ja robię staże niezbędne do rozpoczęcia pracy, ale za staż to mi nikt nie płaci i nie zamierzam finansować parafii, w któej nie bywam, gdzie kościół mi sie nie podoba - kiedyś był piękny, z surowej cegły, ale opacykowali, ozdobili i wygląda teraz jak bomba w torcie Kazania też mi sie nie podobają - długie i przegadane A u sąsiadów - dookładnie odwrotnie, na dokładkę mają świetną organistkę. Zobaczymy, jak to będzie. Najbliższą wizytę w kościele parafialnym planuję w maju na ślubie kuzynki. Raczej nie wcześniej...

 

No, to sobie pogadałam. Małż spał, nie było do kogo dzioba otworzyć - niech żyje blog!!!!!

 

 

niedziela, 08 lutego 2009

Doszłam do wniosku, zę uprzejmie by było wyjaśnić, czemu blog ma tytuł zastępczy Bo nie jest to tylko i wyłącznie kwestia mojego lenistwa intelektualnego (aczkolwiek oczywiście tego się nie będę wypierać, bo ci co mnie znają i tak nie uwierzą). Historia tematów i tytułów zastępczych jest jednak nieco bardziej skomplikowana.

 

Wiąże się to z moją przyjaciółką  - A. ,jeszcze z czasów podstawówki. Otóż owa przyjaciółka też lubiła zastępować różne rzeczy. Kiedyś  (chyba w ósmej klasie) jak jechaliśmy na obóz w Gorce, zabrałą konserwę w opakowaniu zastępczym. To jeszcze były czasy, kiedy jedzenie na dwa tygodnie brało się ze sobą, dokupując po wsiach tylko chleb i jakąś zieleninę - nie to co dziś. Wracając do owej konserwy. Opakowanie zastępcze głosiło, iż w środku jest  mielonka z dżdżownicy - oraz informacja, zę jest to opakowanie zastępcze, data przydatności do spożycia i inne takie. Jak ta puszka posżła do kotła, to jedna z koleżanek, taka bardziej ę ą i obrzydliwa nie jadła obiadu... A przyjaciółka, która etykietę zastępczą pacowicie drukowała  w domu na drukarce igłowej, zwijała się ze śmiechu. Ja też. Na usprawiedliwienie koleżanki można powiedzieć, że nie były to czasy, kiedy każdy miał w domu komputer, a drukarkę to już w ogóle ho ho ho... 

Kolejny numer A. związany również z zastępstwami miał miejsce w liceum. Polonistka zadała nam w charakterze pracy domowej napisanie felietonu. Temat dowolny, wymyślcie sami. No to A. napisała felieton na Temat zastępczy...  Mnóstwo tam było cudności różnych, najbardziej mi utkwił w pamięci fragment o neologizmach, kalkowaniu słów z innych języków i używaniu spolszczonych terminów branżowych, zwłaszcza informatycznych. Pytanie, jaki może być sensowny zamiennik słowa interfejs  - bo będące dokładnym tłumaczeniem międzymordzie jakoś nie bardzo pasowało.. A wszystko dlatego, zę polonistka miała kota na punkcie poprawnej polszczyzny i obie z A miałyśmy świetną rozrywkę z udowadniania jej, że są sytuacje, kiedy po prostu się tak nie da. Inna sprawa, ze tak poza tym, to obie zawsze bardzo zwracałyśmy uwagę na poprawność i elegancję języka. A. dziś jest tłumaczem...

 Tak a propos spolszczania terminów. Analogiczna sprawa, tylko terminologia żeglarska. Jest takie coś, jak saling. Dla nieżeglarzy wyjaśnię, że jest to kawał patyka prostopadły do masztu, dość wysoko, służy do rozpierania want (stalówek biegnących od szczytu masztu do burt). W dawnych czasach generał Zaruski  - jeden z ojców polskiego żeglarstwa - postanowił spolszczyć teminologię, jako że faktycznie w tej dziedzinie ogromna większość nazw pochodzi z angielskiego, niemieckiego lub holenderskiego. Saling dostał nową nazwę - rozpier, zgodnie ze swoją funkcją. A na większych jednostkach bywa czasem saling górny i saling dolny...  I tak zostaliśmy przy pierwotnej terminologii :).

Swoją drogą, muszę pokopać w papierach, bo ten felieton A. to ja gdzieś mam - poczytam sobie, pośmieję się i powspominam stare czasy... JAkie my wtedy mądre i błyskotliwe byłyśmy, niektóre moje wypracowania naprawdę były inteligentnie napisane. Szkoda, że mi to z wiekiem minęło...

czwartek, 05 lutego 2009

Mam staż. Grupa terapeutyczna.

Wczoraj - zajęcia z psychorysunku. Omawiamy jedną z prac, postać mężczyzny. I komentarz pacjenta: Początkowo chciałem narysować, pana, panie Adamie (to do prowadzącego terapeuty), ale potem sobie przypomniałem, że to miała być postać mężczyzny.

 

W ogóle jest wesoło, bo terapeuci służą między innymi jako obiekty, na których można ćwiczyć wyrażanie złości, więc takie kwiatki się powtarzają częściej...

 

A poza tym, to znowu jestem chora i w związku z tym korzystam z ciszy i spokoju w domu i idę spać Na jutrzejsze kolokwium nauczę się później - albo i nie. Dobranoc.

poniedziałek, 02 lutego 2009

Małż wyszedł wieczorem na spacer z psem. Rzecz zwyczajna, wychodzą co wieczór, chyba, ze akurat ja wyjdę. Wtedy nie wyszłam.

Zwykle łażą długo.

Wrócili po 10 minutach. Małż targa w objęciach jakąś torbę i jeszcze karton. I wyraźnie jest zły. No to zapytałam, o co się tak wkurzył.

Okazało się, że ktoś widocznie robił porządki w bibliotece domowej i całą masę książek uznał za zbędną. Jego prawo. Ale już niekoniecznie musiał je pirzgnąć  w śmietniku na błotnistą podłogę, można to było jakoś spakować. Ale się nie chciało. Może nie pasowały do mebli, a była to jedyna ich funkcja w tamtym domu? Nie wiem, historia milczy na ten temat.

W każdym razie małż zanurkował w śmietniku i w efekcie tegoż przybyło nam parę dobrych pozycji na półce:

 

Krystyna córka Lavransa - Sigrid Unsted, którą bardzo lubię, 

 Targowisko próżności  - W. Thackeray

Buddenbrokowie - T. Mann

Piotr I - A. Tołstoj

Kartka miłości - E. Zola

Opium w rosole - M. Musierowicz - mój egzemplarz był już dokumentnie zaczytany

Dolina bez wyjścia - Thomas Maine Reid, 

pogromca zwierząt - J. F. Cooper

 i jeszcze Colette, Iłłakowiczówna i jeszcze trochę innych. Oczywiście było tam trochę badziewia, któe wróci pod śmietnik, ale porządnie, w torbie - jak się znajdzie jakiś wielbiciel Putramenta, to nie będzie musiał go wyciągać z błota.

 

 Za to ostatni tydzień upłynął nam pod hasłem pogrzebów - najpierw zmarł Wuj  - w USA, więc tutaj była msza za jego Duszę, równocześnie z pogrzebem w Waszyngtonie.

Parę dni później zmarła Ciocia  - pogrzeb tego samego dnia, co msza za Wuja, tylko parę godzin wcześniej.

To było w piątek, a dziś był jeszcze pogrzeb Cioci małża - tyle, że w Łodzi - czyli potomka o świcie do żłobka, w samochód, dojechaliśmy na styk, potem spotkanie rodzinne - prawie zupełnie sympatyczne (mili ludzie, z jednym wyjątkiem....) i z powrotem w samochód. A ja nienawidzę prowadzić po zmierzchu....

 

Do tego młodociany wpakował sie nam do łóżka o 2.30 , i od tej pory nie udało mi sie już zasnąć, bo miałam kompletnie zapchany nos i zawalone gardło.

 

W związku z tym informuję miłych czytaczy (o ile ktoś tu w ogóle zagląda), że padam na dziób i idę spać. Dobranoc.

 

 

 

sobota, 24 stycznia 2009

Dialog Małża z Potomkiem:

- Piotrusiu, nie wyspałem się dzisiaj, ktoś się strasznie rozpychał w łóżku. NIe wiesz przypadkiem , kto?

- Gusia - odpowiada dumnhie malec, który w środku nocy wpakował się nam do łóżka. (Agra, zwana Grusią, to nasza psica)...

 

Zwierzaki są po to, żby mieć winnego pod ręką...

piątek, 23 stycznia 2009

Robiłam pomoidorówkę. Ukochana zupa moich chłopaków, jak jest, to mogę już nie gotować drugiego. Otworzyłam słoik z koncentratem, a tu zonk! pleśń. Sprawdziłąm datę przydatności - jeszcze ho ho i kangury. No to się zjeżyłam i napisałam maila z reklamacją do porducenta, niech sobie nie myślą. A co. Trzeba przyznać, skontaktowali się błyskawicznie, pan bardzo miło przeprosił i powiedział, że chciałby w ramach rekompensaty podrzucić parę drobiazgów...

Parę drobiazgów oznaczało:

kalendarz -notes

kalendarz ścienny

blok na biurko do mazania notatek, z przeznaczeniem dla naszego dziecia - usłyszał go w tle, jak rozmawiałam

10 puszek warzyw konserwowych różnych

musztardy różne - też kilka rodzajów

sok pomiodorowy

koncentrat pomidorowy

keczap

ogórki konserwowe

paprykę w słoiku

i coś tam jeszcze, nie pamiętam. W sumie jak wrzucał kolejne słoiki do siaty, to mi się oczy robiły coraz większe.... tyle tego, że sama nie byłam w stanie dygnąć torby - też dostaliśmy, porządna zakupowa.

Trzeba przyznać, że firma się zachowała. A ja mam musztardy na pół roku....

 

czwartek, 22 stycznia 2009

Świt. Zadzwonił budzik. Zgasiłam go szybciutko, zanim się dzieć obudzi, i poczłapałam do łazienki. Chlapię się radośnie pod prysznicem,  a tu nagle jakieś podejrzane dźwięki słychać. Jakby... chrobotanie klucza w zamku? Wychynęłam z kabiny, sprawdzam klamkę. Zamknięte na głucho...

Co sie okazało. Potomek sie obudził. Wlazł do łazienki i wyciągnął z szafki dyżurny klucz. Wyszedł, zamknął za sobą drzwi - fajnie, że zapamiętał, od jakiegoś czasu usiłuję go tego nauczyć. A potem zamknął drzwi dokładniej, na klucz. A ja w środku, goła i mokra. Małż śpi snem sprawiedliwego. Ja muszę lecieć do pacjentów... No to sugestia do synka - obudź tatę. Już po chwili rozlegają się radosne okrzyki: Kakuś, kakuś!!!. I gniewny pomruk spod poduszki. Jak się przyłączyłam do  synka, to małżonek nieco oprzytomniał. Poprosiłam ładnie, żeby mnie wypuścił...

A wszystko przez to, że nasz zamek w drzwiach do łazienki lubi stroić fochy i zdarza mu sie samoistnie zatrzasnąć. Więc stąd klucz w szafce, żeby ofiara mogła sie wydostać o własnych siłach bez demolowania mieszkania.

I co ja mam zrobić? Jak miał 20 miesięcy, zamknął nas na balkonie. Teraz ma dwa lata i trzy miesiące - zamknął mnie w łazience. Całe szczęście, że nie mieszkamy z zamku wyposażonym w lochy, bo mogłabym osiwieć, zanim by mnie ktoś znalazł...

niedziela, 18 stycznia 2009

Jakoś tak mi sie zbiera co jakiś czas. Powspominam sobie, a co mi tam.

Jak pod koniec ciąży (na dwa tygodnie pred porodem) pojechałam na ślub kuzyna gdzieś na śląsk - z torbą szpitalną w bagażniku na wszelki wypadek, w eleganckiej jedwabnej kiecce (mojej mamy) i w domowych klapkach. Inne buty nie wchodziły w grę, miałam za bardzo spuchnięte stopy. Dojechaliśmy do tegoLublińca, lekko spóźnieni, dopadamy kościoła... A tam widok pod ołtarzem jakby nie pasujący,  więc szybkie pytanie do kogoś przy drzwiach - czy to Agata i Adam? nie!!!

no to szukamy właściwego kościoła...  W końcu znaleźliśmy, sympatycznie było. Ja z brzuchem wystającym na metr do przodu przynajmniej nie miałam problemu w kolejce - co kto zobaczył, to się odsuwał i zaczynał uważać, zeby łokciem nie przywalić...

Albo jak w dniu, na który miałam wyliczony termin, poszłam sobie na koncert Jacka Kowalskiego ... Wbrew pozorom nie był to aż taki idiotyzm, jak wygląda. Torba - w bagażniku. Obstawa - była, moi rodzice też się wybrali, małż zrezygnował, bo go strasznie głowa bolała. A w ogóle to dwa dni potem miałam umówioną cesarkę, a szpital był trzy ulice dalej, więc jakby co, to wiedziałam, że mnie przyjmą. (gwoli wyjaśnienia, cesarka ze wskazań, a nie z powodu moich fanaberii). KOncert fajny, przed był jeszcze jakiś kawałek artystyczny, więc siedzimy sobie z Jackiem i rodzicami i gadamy, i w pewnym momencie on się uprzejmie pyta, na kiedy mam termin. "na dziś" odpowiedziałam z radosnym uśmiechem. Lekko zzieleniał, ale go uspokoiłam, żę w razie czego po prostu szybko wyjdziemy, więc jakby z boku było jakies zamieszanie, to spokojnie, ja tylko rodzę...

A w ogóle, to co pomyślę o następnej ciąży, to mi jakoś bliźniaki nie chcą się odczepić... ciekawe, czy to ma być proroctwo? jak tak, to poproszę dwie dziewczynki!

środa, 14 stycznia 2009

chorujemy wszyscy. Młody najzdrowszy. nie mam siły sie z nim bawić, zajmować się, karmić, zmieniać pieluchy. NIepedagogicznie włączyłam mu telewizor, jak poprosił to jeszcze puściłam z dvd sceny z życia smoków i oddycham z ulgą, jak nie zawraca mi głowy.

sobota, 10 stycznia 2009

Ano właśnie.

Zaczęło sie od tego, że dzieć jest znowu chory, szlag by to jasny. Pogadałm z koleżanką, ktróra zasugerowała postawienie facecikowi baniek, dodając , żę może mi pożyczyć zestaw bezogniowych. Bo ogniowe posiadam, ale młody jeszcze nie miał stawianych i może sie wystraszyć. Ok, pognałam do koleżanki po bańki. Truchtem dopadam do wejścia do klatki schodowej, jakaś pani wchodzi przede mną i uprzejmie przytrzymuje mi drzwi. Uprzejmie podziękowałam, po czym popatrzyłam i trochę mnie zatkało. Ją zresztą też. to była ex mojego M. Kiedyś się ... przyjaźniłytśmy to za mocne słowo, powiedzmy, ze z nią i jeszcze dwiema dziewczynami tworzyłyśmy paczkę na studiach. Ona potem zerwała z facetem, każąc mu sie wynosić i nie wracać, i pech polegął na tym, zę on to wziął na serio. Jak sie okazało, ona nie. Niedługo po ich zerwaniu zaczęłam z nim chodzić (nie zerwali ze względu na mnie, jakby się kto pytał, ja sie pojawiłam później w tym równianiu). natomiast zanim oni sie rozstali obiecałam dziewczynom, zę mogę zorganizować latem metę w Paryżu, na dwa tygodnie - jak pojedziemy autobusem i weźmiemy żarcie to będzie w sam raz na studencką kieszeń. Potem się wszystko poplątało, ona zerwała, ja zaczęłam chodzić, przed wakacjami facet zdążył mi sie oświadczyć... Myślałam, że ona nie pojedzie. Jak się okazało, byłam w błędzie, pojechała. Nie odezwała się do mnie słowem przez całe dwa tygodnie. Przestała się odzywać gruntownie i na amen.

Czas mijał, z owym facetem jesteśmy prawie 10 lat po ślubie, mamy dziecko... I wczoraj się na nią nadziałam tak nos w nos. W pierwszym odruchu zachichotałam złośliwie, a potem zrobiło mi sie jej żal. Jak ktoś się tak zapieka w nienawiści, że po 10 latach nadal nie może odpowiedzieć na "cześć", choćby cedząc przez zęby, to jest bardzo smutne. Jej nie jest łatwo, ale do licha, sama sobie utrudnia... przywiązanie do nienawiści jest szkodliwe, to ona na tym cierpi, nie ja.

 

czwartek, 08 stycznia 2009

Chyba tak. Mowa oczywiście o moim dziecku, bo jakże by inaczej. Z małżem zastanawialiśmy się, co robimy dalej teraz - po jego powrocie z pracy. Małż optował za wyjściem jeszcze na sanki, ja twierdziłam, że za późno (po 19) i trzeba młodego już kłaść spać. Jak wyjdziemy, to przed 21 się go nie ulula.

A cały wic polega na tym, że dzieć cwany jest już okropnie, więc wyżej wzmiankowaną dyskusję toczyliśmy in english, aby nie kłócić się potem z dwulatkiem, który będzie koniecznie chciał na dwór, jeśli tylko usłyszy, że istnieje taka opcja.

Nie pomogło. Mały przyniósł buty i poinformował, że on chce iść....

Przecież to dziecko NIE UCZYŁO SIĘ angielskiego!!!!!!! nie należę do nawiedzonych mamusiek, które muszą angielski w pieluchach, a w ogóle już w ciąży mają zaplanowaną ścieżkę kariery dla potomka aż do habilitacji.  I nie rozmawiamy z małżem w tym języku codziennie, zwłaszcza, że nasza znajpomość jest raczej skromna, więc filozoficznych dyskusji to nie damy rady...

Jeśli wyglądałam na równie przerażoną  jak małżon, to znaczy, że obłęd w oku i wytrzeszcz ogólny był wyraźny...

wtorek, 06 stycznia 2009

Rura pękłą. Ale jest zimno. (Dlatego pękłą). W związku z temperaturą wodociągowcy nie będą na razie rozkopywać skamieniałego gruntu i naprawiać usterki, tylko poczekają, aż się zrobi cieplej. Zwłaszcza, zę to mała usterka, mają większe. I teraz pytanie: czy ja mam wypuszczać z wanny ten zapas wody, czy go trzymać, aaż zakwitnie (i aż wyłączą wodę z zaskoczenia)? Do tego już wiemy, że jak wyłączą wodę, zęby naprawiać, to wyłąćzą też ogrzewanie. Zimno mi na samą myśł.

Wracam wczoraj do domu po stażu.  W tramwaju zauważyłąm, zę dostałam jakiegoś dziwnego smsa od małża. No to dzwonię wyjaśni9ć, o co chodzi. W tak zwanym miuędzyczasie zeszłam do metra, czekam aż odbierze. Zgłasza sie poczta, więc próbuję drugi raz. Udało sie, pytam o co chodzi, bo ja już jadę do domu, jestem w metrze na wilanowskiej. I słyszę w odpowiedzi: na wilanowskiej? poczekaj, ja też, tylko wysiądę z pociągu!!!! Jechał pociągiem w przeciwnym kierunku i jeszcze zdążył wyskoczyc...

Wniosek z tego płynie, że najłatwiej spotkać się w komunikacji miejskiej albo w centrum handlowym. TAm też spotykam sporo osób, zwłaszcza takich od lat niewidzianych....