O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
Archiwum
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 24 kwietnia 2009

W nocy "ktoś" wlazł nam do łóżka. Posunęłam sie  i śpię dalej, rano będę wyjaśniać.

Rano pytanie - dlaczego, co sie stało. - -"mama, mokpo". No to sprawdzam spodenki - ciężko zasiusiać łóżko tak, zeby spodnie od piżamy były na miejscu i suche. A tu wszystko w porządku. Sprawdzam łóżko - sucho. Mały ściemniacz wie, że jak jest mokre łóżko, to na pewno ma prawo do nas wleźć - bo przecież nie będzie spał w kałuży... Za cwane jest to dziecko jak na moje potrzeby.

Rozwożę moją menażerię - Jeden do żłobka, drugi do pracy (blisko, to sie załapuje na transport). Piotrek jak zwykle wypatruje koparek. Dziś nędznie - tylko jedna. Ale za to jest traktor, tam gdzie powinien - na parkingu sobie stoi. Małż do Potomka - Piotrusiu, zobacz, jakie traktor ma wielkie koła, większe niez piotruś!. A mały na to ze zdumieniem w głosie - Ja mam koła? odpadłam...

 

czwartek, 23 kwietnia 2009

Po żłobku poszliśmy sobie z Piotrusiem do lasu. Mamy blisko, więc czemu nie? Fajnie było, słuchaliśmy, jak ptaki ćwierkają, obserwowaliśmy jak jeden kos grzebie w zeszłorocznych liściach szukając zapewne czegośdo zjedzenia. Patrzylkiśmy na barwinki, fiołki i inne niezidentyfikowane kwiatki. I było po prostu miło. Cicho, spokojnie, bez tłumu  - tylko czasem ktoś przebiegło obok. Zdaje się, zę byliśmy jedynymi osobami , które nie przyszły tam potruchtać.Chodziliśmy sobie powoli po ścieżkach. Piotruś powiedział żę tęskni za tatą i żebym mu wysłała smsa - trochę mnie zatkało bo zarówno słowa "tęsknić", jak i "sms" nie spodziewałam sie u faceta w tym wieku. Ale to, ze umie wyrazić uczucia, że rozumie, co sie z nim dzieje, kiedy tęskni, to jest bardzo dużo, jak na ten wiek.

 Połaziliśmy po lesie dwie godziny, potem wróciliśmy do domu. Po drodze piotrek recytował mi marki spotkanych samochodów. Opel, nissan, ford, honda, toyota, renault i peugeot - rozróżnia bezbłędnie znaczki. Aż wstyd sie przyznać, ja zaczęłam na to zwracać uwagę i kojarzyć co jest co mając dwadzieścia kilka lat...

Po powrocie zjedliśmy kolację i wreszcie zadzwonił tata, że już wraca z pracy. Wyżty, wymęczony i ogólnie ledwo ciepły - zpaytał, czy wyjdziemy mu na spotkanie. Czemu nie. Piotrek przez całą drogę BIEGŁ.  Ja nie wiem, skąd to dziecko ma tyle energii, ale nie sposób go zmęczyc. To straszne, bo my nie wyrabiamy, Małżyk dziś miał bardzo ciężki dzień w pracy, ja mam jutro i pojutrze szkołę - też będę zdechła, a Piotrek w pełni sił... RAtunku!!! Przydałoby sie takie kółko jak dla chomika - może by pomogło...

wtorek, 21 kwietnia 2009

Listy przedszkolne ogłoszone, Piotrka zakwalifikowali tam , gdzie chcieliśmy - przedszkole u nas pod oknem.

jednak internet bardzo ułatwia życie, zamiast pchać się pod drzwiami w tłumie zdenerwowanych rodziców po prostu sprawdziłam w sieci nie ruszając sie od biurka. Teraz od razu wydrukuję sobie Kartę Potwierdzenia Woli Zapisu Dziecka Do Przedszkola  (ale fajna nazwa, nie dało sie dłuższej wykombinowac?) i  zaniosę w ząbkach do Szanownej Dyrekcji.

Teraz jeszcze do 30 pozostaje ślad niepewności - na KPWZDDP (Karcie Potwierdzenia...) jest rubryczka - decyzja dyrektora. Czyli może mogą mi jeszcze odrzucić? Kurczę, nie rozumiem tego , chyba specjalnie tak pokręcili, żeby rodzice głowy nie zawracali. Bo rozumie,m, że jeśli ktoś nie potwierdzi, to na jego miejsce wskakuje następny z listy rezerwowej. A co ma do tego dyrektor? Chyba pójdę sie dowiedzieć na miejscu....

 

Wieczorem...

 

Młody został wykapany, wysuszyłam mu piórka (bo na działce wysypał sobie porcje piachu na głowę), zapakowany do łóżka i ogląda Misia. Ukochaną dobranockę. Mówię do niego - Piotrusiu, oglądaj, a mama pójdzie troche posprzątać. A ten mały drań pokazał stanowczym gestem na łazienkę  i odpowiada - Mama, moje teś! No po prostu szczęka mi opadła na taką bezczelność!!!!! (chodziło o jego zabawki z wanny).

Byłabym załamana, gdyby nie to, że tak w ogóle to on chętnie pomaga i  całkiem nieźle sprząta po sobie jak na ten wiek i przebywanie pod jednym dachem z nieuleczalną bałaganiarą, czyli ze mną.

 

Denerwuję się. Dziś o 13 mają być wywieszone listy dzieci przyjętych do przedszkoli. Czyli mam jeszcze dwie godziny i 45 minut. Z jednej strony wiem, że nawet jeśli Piotrek się nie dostanie, to nie ma dramatu, bo wtedy zostaje w żłobku, z drugiej - zależy mi. Przedszkole jest pod oknem, bliziutko. Jeśli myślimy i rodzeństwie dla niego - a myślimy - to nie chcemy mu fundować wszystkich zmian na raz. Z trzeciej strony - żłobek jest już znany i kochany, o przedszkolu słyszeliśmy dobrze - odpytałam starannie sąsiadów, którzy posyłają lub posyłali niedawno tam swoje dzieci. Pełen entuzjazm. Żłobek jest tańszy. W przedszkolu ma już pierwszy kontakt z angielskim, podobno z bardzo fajną i rozsądną panią. Kurczę, myślówa na całego, chyba sobie ukręcę głowę od tego kręcenia w prawo i lewo. Przedszkole - żłobek, żłobek - przedszkole. I bądź tu człowieku mądrym i odpowiedzialnym rodzicem...

Z tych nerwów siadłam do pisania projektu, do którego się nie mogłam wczoraj zabrać. I dobrze, bo w czwartek mam go oddać. jak się uda, to będzie z tego trochę dodatkowej forsy. Przyda się, oj przyda...

Wracam dłubać dalej projekt, przynajmniej nie będę obgryzać paznokci z nerwów.

 

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Kąpiel wieczorna.

To znaczy - mnóstwo zabawek w wannie, wody na podłodze i moich spodniach, roześmiany pyszczek. 

Piotrek właśnie rzucił do wanny litrowym opakowaniem po mojej odżywce do włosów - pełnym wody. Zachlapał sporo. Dumny z siebie wypiął brzuszek i ogląda efekty destrukcyjnej działaności. Popatrzyłam na niego - Piotrek, masz brzuch jabyś był w ciąży. - Tak, ja w cioji.

No to sie nieco zdziwiłam, a zaraz potem zdziwiłam sie jeszcze bardziej, bo potomek dokończył złotą myśl. - mama teś w cioji!

Ja wiem, że kobieta o wielu rzeczach dowiaduje sie ostatnia, ale wydawało mi się, że akurat ta sprawa się nie zalicza do wyżej wzmiankowanej kategorii....

niedziela, 19 kwietnia 2009

Znalazłam sobie kolejnego bloga do czytania. http://wylegarnia.blox.pl/html/. Kurczę, nie wiem, jak to przerobić, żeby wyglądało tak, jak bym chciała. Na razie zostanie jak jest.

Nieważne. jak czytałam, chichocząc z lekka,  jak nazywany jest Przyszły Potomek, to mi sie przypomniała kolejna nasza ciążowa dykteryjka, która do dziś nas cieszy. 

Otóż z przyczyn różnych od urodzenia zwana byłam Kaczorem. Wiem, ze to obecnie bardzo obraźliwe i niepolityczne, ale ja byłam Kaczorem dawno, zanim usłyszałam o Zjawisku Bioogicznym, i nie dam sobie tego odebrać. Howgh.

W każdym razie, kaczki, jak wiadomo, są ptakami, co za tym idzie , znosza jajka. Więc jak sie okazało, zę jestem w ciąży, to początkowo mówiliśmy do malucha - Jajko. Jajko, kocham cię, Jajko to, Jajko tamto. 

W końcu po I trymestrze pojechaliśmy powiedzieć Dziadkom. Wcześniej raczej nie trąbiliśmy, wiedzieli rodzice, kilka moich koleżanek i tyle. ogłosiliśmy Wielką Nowinę w sposób dość spokojny,  - ot, po prostu będziemy mieć Jajko. Babcia nie załapała, więc potrzebne było tłumaczenie. A ona na to zagrzmiała - no wiecie? Jakie jajko, przecież to Błogosławieństwo!!!!!!  Udało nam sie utrzymać powagę na twarzach, ale  wracając samochodem kwiczeliśmy jak para prosiaków wymyślając kolejne dialogi. "Błogosławieństwo, nie kop matki, bo sie spocisz!", "Błogosławieństwo, nie siadaj mi na pęcherzu!", "Błogosławieństwo, przez twoją czkawkę nie mogę czytać, bo mi książka skacze". 

Do tej pory w stosunku do Piotrka używamy całego katalogu określeń zoologicznych, poczynając od tych na najniższym stopniu rozwoju filogenetycznego - Robaczku, Płazińcu, Wciornastku, Karaluszku, Kotku, Piesku, Żuczku... Przy większości z nich widze jakieś kose spojrzenia mam w piaskownicy - zwłaszcza tych, które mają córeczki ubrane w różowe falbanki.  Jakoś to przeżyjemy....

Ostatnio mam wrażenie, że tak właśnie żywię moje dziecko. Chlebem i wodą. I mam duży problem, jak mu wetknąć do paszczy coś innego. Do tego facecik ma obniżony lekko poziom żelaza, więc powinien dużo mięsa, szpinak, zieleninę, a on ostatnio tyllko chleb  i chleb. Fakt, jest pyszny - kupuję w piekarni jak odwożę moich chłopaków - praca jednego P i żłobek drugiego P są niedaleko siebie, a obok jest świetna piekarnia, gdzie do tego kupuję znacznie taniej, niż w osiedlowym sklepiku. I jeszcze ciepły ten chlebek... Wrzucam do zamrażarki i jak potrzebuję to mam - jak sie rozmrozi to jest świeżutki, mimo, że może mieć już tydzień :). Mniam :P

Wracam do pracy, tak tylko zajrzałam sobie na chwilkę, powinnam robić zupełnie co innego :)

sobota, 18 kwietnia 2009

Może nie zawsze i nie wszędzie - przy tak ogromnej rodzinie zawsze mogą sie zdarzyć mniej miłe sytuacje. I właśnie wczoraj tak było. Spotkanie rodzinne, mniejsza o okazję. Była spora grupa moich kuzynów, których słabiej znam, a ja ogólnie jestem zwierzęciem rodzinnym i lubię mieć kontakt z krewnymi. W związku z tym staram się na takich spotkaniach bywać, jeśli mogę, pogadać i w ogóle.

Jedna z kuzynek była ze swoim stadkiem dzieci, (trójka), ja przyszłam z Piotrkiem, za to bez Małża, bo on biedaczek jeszcze siedział w pracy. Ogólnie fajnie było, tylko to potomstwo kuzynki... Starsza dwójka (ok 4 i 2 lata) się tłukła, szarpała, goniła i wrzeszczała. Kuzynka patrzyła na to pobłażliwie, komentując, że dzieci zawsze się leją. Ok, jej dzieci. Ale jak starszy synek zaczął zabierać mojemu Piotrkowi ukochanego misia, szarpać mi dziecko, dusić, szczypać i bić, to mnie już trochę trafiło. Na spokojnie spróbowałam raz i drugi zaproponować wspólną zabawę, a ten mały drań udając, że Piotrka przytula znowu go dusi, do tego dowiesiła sie jego młodsza siostra i też szarpie i szczypie. Piotrek wpakował mi sie na kolana, był wyraźnie przestraszony - nie spotkał sie dotąd z takimi zachowaniami. My mu nie pozwalamy na znęcanie sie nad innymi, natomiast z całą pewnością, jak tylko wiek pozwoli, pójdzie na jakieś zajęcia ze sportów walki - to, że nie zaczyna sam bić nie może oznaczać, że nie bedzie w stanie się obronić, jak trafi na jakiegoś łobuza.

Jak Piotrek już sie trochę uspokoił i nabral znowu odwagi, to poszedł do najmłodszego z dzieci kuzynki - czteromiesięcznego Krzysia. Podał mu smoczek, pogłaskał po buzi, bardzo delikatnie przytulił, pocałował. Jak Piotrek się odwrócił po soczek, to mały wyciągnął do niego łapki, wiec  Pietruszek wrócil zajmowac sie maluchem. Całkiem sam z siebie, bez żadnej mojej inspiracji, to nie było działanie sterowane w celu pochwalenia sie jakie mam wspaniałe dziecko. Ciotki cmokały z zachwytu jaki grzeczny, a ja miałam ochote powiedzieć, ze nie jakiś super grzeczny, tylko po prostu normalnie wychowywany i uczony manier, a nie hodowany na dzikiego buszmena. I że na takim tle to każde dziecko będzie grzeczne. 

Delikatnośc Piotrka w odniesieniu do malucha mnie nie zdziwiła - sam od urodzenia mieszka z kotem i psem i nauczył sie tego  po paru próbach pociągnięcia za jeden czy drugi ogon. Jak dostał karnie kocią łapą (ale ze schowanymi pazurami), albo psimi zębami (też ostrożnie, tak, zeby nie pokaleczyć), to szybko pojął, że nie można sprawiać innym bólu. 

I teraz mam dylemat. Z jednej strony nie chcę blokować tego kontaktu, zależy mi, żeby Piotrek znał swoich krewnych. Z drugiej akurat te dzieci są umiarkowanie sympatyczne. Nie chcę skreślać ich z marszu, zawsze byłam zwolenniczką dawania szansy (oczywiście do pewnych granic). Ale po prostu boję sie zabrać Piotrka na spotkanie z tą piekielną dwójką, bo diabli wiedzą, czym to sie skończy. Ich mama co prawda deklarowała, że normalnie sie tak nie zachowują, ale jakoś nie bardzo chce mi się w to wierzyć...

Z ostatniej chwili:

Piotrek dzielnie pomagał przy myciu podłogi. Psu sie przydarzyło "małe nieszczęście", i jak Piotrek zobaczył, że tata sprząta, to poprosił o swoją szmatkę i się przyłączył.  Kochany mały pomocnik :).

 

 

piątek, 17 kwietnia 2009

Piotrek lubi jeździć samochodem. A jeszcze bardziej lubi wleźć na przednie siedzxenie i kręcić wszystkim, czym sie da. W związku z tym wyjęcie  go z samochodu bywa skomplikowane, bo on natychmiast po odpięciu szelek fotelika pryska do przodu, przełazi na fotel kierowcy i zaczyna sie bawwić. Czasem zdążę go złapać. Czasem nie.

Wczoraj nie zdążyłam. Pogrzebał w schowku, powyciągał różne rzeczy, potem przelazł na fotelk kierowcy, włączył światła, wycieraczki, zatrąbił... i wrzucił na luz. Samochód zaczął sie toczyć, a przed nami następny zaparkowany... Na szczęście zdążyłam zaciągnąć ręczny.  Kasowanie samochodu sąsiada, zwłaszczagdy  tenże sąsiad stoi obok stanowczo nie zajmuje wysokiego miejsca na mojej liście priorytetów.

Za to okazało się, że do alergologa będziemy mogli pójść wcześniej. Zwolniła sie jakaś wizyta, więc zamiast 21 maja idziemy 30 kwietnia. Hura!!

czwartek, 16 kwietnia 2009

Pietruszek całą jesień i zimę przechorował, w lutym pani dr wysłuchała mu świsty obturacyjne w oskrzelach i kazała do alergologa. Skierowanie, termin, badania... trochę trwało, ale dziś mam je już w ręku. I mój zachwyt jest co najmniej ograniczony.

Teoretycznie zawsze wiedziałam, że moje dzieci mają dużą szansę na astmę lub alergie. Wiem, że medycyna poszła do przodu ogromnie, w tej dziedzinie postęp jest naprawdę wielki. Wiem, że z astmą można żyć i to nawet całkiem aktywnie (dzięki Przemie, to dla mnie bardzo ważne w tej chwili).

A jednak, mimo całej tej wiedzy, zdrowego rozsądku i całej reszty po prostu sie cholernie boję o moje dziecko. I nie pomaga mi przypominanie, ze na razie nie ma o co panikować, bo on mi sie nie dusi, nie obsypuje pryszczami od nie wiadomo czego, czy czort wie, co jeszcze. Ale jak zobaczyłam wyniki badań Ige, które ponad dziesięciokrotnie przekraczały normę, to mnie łupnęło jak cegłą w czerep. A do tego wiem, że to ja będę głosem zdrowego rozsądku, bo Małżonek Najszanowniejszy zwykle w sprawach medycznych panikuje równo, a do tego o astmie pojęcie ma bladziutkie. Ja niestety mam dużo większe....

Na razie staram sie trzymać, poszliśmy sobie  z Piotrkiem i psem na długi spacer. oglądaliśmy samochody - jak na dwu i pół rocznego faceta zupełnie nieźle rozróżnia marki, zastanawiam sie, czy rozpoznaje znak graficzny, czy czyta, bo znacznie lepiej szło mu jak widział napis, niż jak był tylko symbol. Ale hondę rozpoznawał i po symbolu....   Może będzie równie genialny, jak jego kuzyn (co nie daj Boże), który mając trzy lata już czytał, pisał, i rozwiązywał zadania z rachunku różniczkowego. I w ogóle jest naj, naj, najmądrzejszy  w okolicy - tak z definicji. Biedne dziecko...

Jest mi źle. Martwię się o Piotrka, o pracę - a raczej o jej brak, na przyszły tydzień mam przygotować konspekt warsztatów i ofertę i  w tej chwili to mi sie cholernie nie chce. Boję się wizyty u lekarza - tego, co usłyszę, ze będe musiała robić Piotrusiowi kolejne badania, a on sie tak boi pobierania krwi...Strasznie ciężko trzymać takiego malucha jak się widzi, że on sie aż cały kuli ze strachu... równocześnie wiem, ze w tym momencie potrzebuje mnie najbardziej, więc nie mogę oddać tego "przywileju" komuś innemu.

 

Dlaczego to wszystko tak jest? No dlaczego? Czy ktoś mi to wytłumaczy??????

niedziela, 12 kwietnia 2009

Ano temu, proszę państwa, że rodzice starannie uczą, że nie warto, nie należy, nie potrafisz i tak dalej. Taki maluch aż rwie sie do pomocy, robienie tego, co mama czy tata jest świetną atrakcją i bardzo interesującą zabawą. A tu mama pędzi z kuchni, bo sama zrobi szybciej lepiej i w ogóle "nie plącz mi sie tu pod nogami". Pewnie, zę po takiej "pomocy" trzeba najczęsciej zrobić jeszcze raz, poprawić, posprzątać. Przez pierwszy okres. Potem malec nabiera wprawy, wystarczy już tylko patrzeć na łapki i podpowiadać, a w końcu będzie robił sam, szczęśliwy i dumny, że może pomóc. A mama będzie mogła sobie usiąść z książką w fotelu i poczekać, aż dziecko przyniesie jej wymarzoną herbatkę....

Na te filozoficzne rozważania wzięło mnie z racji porządków przedświątecznych i szaleństwa kulinarnego. Dwaj panowie P razem myli podłogę. Piotrek byl niesamowicie dumny z siebie, miał swoją szmatkę, razem z tatą ją wykręcali, żeby nie była zbyt mokra,  szorował dziarsko. Zachwyt pełen.

Robiłam sałatkę, Piotruś mieszał. Co prawda za pierwszym razem  udało mu sie wywalić sporą porcję na stół, ale potem mieszaliśmy razem, ja mu tłumaczyłam, na co trzeba zwrócić uwagę. Za drugim juz nie będe musiała gadać, a za jakiś czas będzie mieszał fachowo, jakby robił to od urodzenia. I mając dziesięć lat będzie w stanie sobie zrobić sałatkę "na winie"* samodzielnie.

Za każdym razem, jak słyszę labiedzenie jakiejś mamy, że nastoletnie dziecko każe sie obsługwać, panience w liceum kanapki trzeba robić, siedemnastolatek nie wrzuci do prania swojej garderoby, że nie wspomnę o poskładaniu prania, to sie zastanawiam, czy którekolwiek z tych rodziców pomyślało o tym wcześniej. Bo przecież sami sobie wyhodowali takie obustronnie leworęczne  potomstwo. Wystarczyło obsługiwać malucha, podtykać wszystko pod nos.  Po kilkunastu latach  takiego traktowania skąd nagle delikwent ma umieć wykonywać te wszystkie czynności, i , co ważniejsze, jak ma zrozumieć, dlaczego nagle zmieniono zasady gry? Zawsze matka robiła to wszystko, to co się stało, że nagle zaczęła mieć jakieś dziwne wymagania? I dlaczego sie dziwi, zę dziecku sie to nie podoba? Każdy protestuje, jak mu sie zabiera jakieś przywileje, jeśli były to przywileje trwające przez całe dotychczasowe życie, protest jest nieunikniony..

 

Wniosek z tego jest jeden. Żeby nasze dzieci umiały sprzątać, gotować, prać, żeby chciały pomagać rodzicom, trzeba tego uczyć od początku. Ten wysiłek włożony w ścieranie rozlanego soku, zamiatanie jeszcze raz itd.  na pewno sie opłaci. Gwarantuję.

 * dla niewtajemniczonych - sałatka "na winie" - co sie nawinie pod rękę, to do miski.

Zmiana pościeli w łóżęczku u Piotrka. Lista rzeczy wyjętych:

misie, przytulanki różne - sztuk 14

książeczki (|Franklin i inne) - sztuk 11

samochodziki - sztuk 2

forsa - dużo, jeszcze przeddenominacyjna. Kwotowo ma dużo wiecej niż rodzice.

pieluchy nieużywane - sztuk 2

prezerwatywa w opakowaniu - sztuk 1.  - nie za wcześnie trochę???????

 

I na tym wszystkim śpi Piotrek.... Codzienne wyławianie zabawek nic nie daje, zawsze jakoś migrują, teleportują sie, czy co, ale wieczorem  w łóżku naszego dziecka jest mnóstwo różnych dziwnych rzeczy. Chociż tej ostatniej pozycji to sie nie spodziewałam...

 

Wesołych Świąt tak w ogóle - przy dzieciach są wesołe z definicji...

 

 

sobota, 11 kwietnia 2009

Ludzie bywają bardzo dziwne, nawet jak na oko wyglądają normalnie. Ostatnio jeden taki egzemplarz sie ujawnił. To sąsiadka rodziców. Kobieta niby wykształcona, inteligentna, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, ze powinna sie leczyć. Zaczęło sie od tego, że pani przeszkadzała winorośl na ścianie budynku. To ją po prostu ścięła. Wieloletnia roślina, kilkadziesiąt metrów kwadratowych zieleni w ponurym blokowisku. Postępowanie administracyjne jest w toku. No to  pani wymyśliła, że NIESPRAWIEDLIWE  jest, ze moi rodzice mają trzy wyjścia z mieszkania, podczas gdy wszyscy inni mieszkańcy mają dwa, i ona sobie życzy, zeby przestali chodzić przez ogródek. (wyjście z mieszkania jest normalnie jedno, z klatki schodowej są dwa). A do tego markiza, która jest podwieszona do ich balkonu obciąża go w takim stopniu, ze grozi to zawaleniem i mają ją zdjąć. (Markiza jest w dużej mierze osłoną przed uporczywym podlewaniem kwiatków przez w/w panią, gdy tylko ktoś usiądzie na tarasie). ponieważ została dość dokładnie obśmiana i wyjaśniono jej, że gada bzdury, a jeśli balkon ma tak słabą konstrukcję, zę 20 kg markizy zagraża jego stabilności, to zaraz pójdzie pismo do nadzoru budowlanego o zdjęcie, a wcześniej o zakaz wstępu, to wysłała pismo do spółdzielni. Te same zarzuty. Spółdzielnia też wysłała ją na bambus - zarzuty bezpodstawne, zgoda Sp-ni na użytkowanie ogródka i tarasu jest, a nawet jakby nie było, to jako samowolka budowlana byłoby przedawnione jakieś dziesięć lat temu, jak nie więcej.. No to poszła do dzielnicowego....

Ciekawe, co będzie dalej. Pewnie tak jak inna sąsiadka rodziców, będzie ciągać po sądach. Tamta druga szarpała wspólnych znajomych "po psie" kilkanaście razy, zarzucając między innymi, żę przeszkadza jej szczekanie psa tych znajomych. Szkopuł w tym, że wtedy pies już od dwóch lat nie żył...

jako sie rzekło w poprzedniej notce, rośnie nam dyktator. Oto kolejny dowód: Wczorajsza kolacja. Małżyk wrócił zdechły i zaczął sie zastanawiać, czy nie zrobić sobie słabej kawy bo zaśnie z nosem w talerzu. Młodociany ujrzawszy słoik zakrzyknął gromko - Kawa nie!

Pojęcia nie mam, skąd on wie, że kawa na noc to kiepski pomysł, bo my w ogóle kawę pijemy z rzadka. Poprzedni słoik (najmniejszy rozmiar neski) schodził przez dwa lata, i to głównie dzięki gościom. Ale Piotrek jakoś tę wiedzę nabył i z niej skorzestał. Mina małżonka - bezcenne!

 Kolejny dowód na dyktatorskie zapędy potomka. Małż poszedł z Piotrkiem na plac zabaw, ja poleciałam na ostatnie zakupy na bazarek. Pietruszek stoi na kamieniu i podziwia koparkę. Obok jakiś burak parkuje na trawniku, co Piotrek zdecydowanie skomentował kategorycznym "fe, fuj". Tatuś potwierdził - "masz rację, Piotrusiu nie należy parkować samochodu na trawie". Burak sie obruszył i startuje do Piotrka - "a widzisz tu gdzieś jakąś trawę? bo ja nie". Małż spokojnie powiedział, że Piotruś po prostu wie, że nie należy parkować na trawniku i dał wyraz swoim przekonaniom. Faceta zmyło. Mina buraka - bezcenne!

 Skończyłam na bazarku co miałam, podjechałam po chłopaków. Przyszli na parking, Większy zapakował mniejszego do fotelika i idzie wsiąść z drugiej strony. W tym czasie młodszy mnie poucza - "mama, nie jedź, kakuś!" . Jak kakuś wsiadł, to dopiero dostałam akcept na ruszenie z miejsca.
Podobnie jest na prawie każdych światłach - Piotrek wie, że na czewonym sie stoi, na zielonym idzie/jedzie, i bardzo mnie pilnuje. I dobrze - kwestię poruszania sie po ulicy będzie miał opanowaną, zanim sie zorientuje.

piątek, 10 kwietnia 2009

Konkurs ogłosiłam, a tu taka olewka... Cóż, rozumiem, zę po prostu pytanie  było za trudne.

otóż , proszę państwa, Guncie oznacza Dziękuję.

A w ogóle to nam dyktator rośnie. Wracamy ze żłobka. Piotrek wypatruje koparek. Próbuje z nim rozmawiać i słysze kategoryczne "mama, pać doga, ja kaja". W tłumaczeniu na ludzki język oznacza to tyle, ze Piotrek patrzy na koparki, a matka ma patrzeć na drogę.

W naszym ulubionym sowim gnieździe pisklaki. Śmiesznie piszczą, ale już po dziupli przemieszczają się całkiem zgrabnie jak na istotki, które mają raptem kilka dni. Dobrze, zę Piotrek nie zaczynał tak wcześnie....

 

czwartek, 09 kwietnia 2009

Pojechałyśmy z rodzicielką na świąteczne zakupy. Panowie nasi rozbiegli sie w różne strony - jeden w żłobku, drugi w pracy, trzeci pojechał załatwiać coś po urzędach najjaśniejszych, a czwarty też gdzieś się wyniósł. I dobrze, nie będzie poganiania (to taty specjalność). Zapakowałyśmy do wózka według listy, nawet nie było to takie tragiczne, zważywszy Święta i dwa domy. przeszłyśmy przez kasy, nagle mama zobaczyła, zę ma do sukienki przyczepiona jakąś naklejkę. Patrzymy - a tuu wielki napis - "polecamy na grill lub na patelnię"....  Ryknęłyśmy śmiechem, dobrze nam zrobił taki absurdalny epizod. Obie lubimy absurdy, więc nam sie weselej zrobiło.

Piotrkowe słownictwo wzbogaca się z dnia na dzień. I konia z rzędem temu, kto zgadnie, co oznacza słowo "guncie".

Rozwiązanie w następnym odcinku, jak ktoś będzie miał jakiś pomysł, to poproszę o podanie go w komentarzu.

Oprócz tego funkcjonuje juz nie tak niezwykłe słowo "kaja" - koparka (wielka miłość Piotrusiowa, szperliwe oczko wypatrzy nawet najmniejszą), reszta brzmi całkiem normalnie. Za chwilę sie zacznie era "a dlaczego?" i wtedy osiwieję do reszty.

 

 

wtorek, 07 kwietnia 2009

Dziś był trudny dzień. Trzeba było zrobić wreszcie badania przed wizytą u alergologa - udało sie przekonać młodego człowieka, żeby nasiusiał do pojemniczka. Nie było to proste, przez ostatnie dwa dni bojkotował temat i lał do nocnika, a potem od razu wylewał, korzystając z faktu, zę matka była cokolwiek uziemiona. Ale sie udało. Potem bbyło trudniej - wyjście z domu bez śniadania - bunt, gabinet pobrań - wrzask na całego. Tyle dobrego, zę nasza przychodnia wprowadziła zasadę, zę dzieci do lat 6 na pobrania bez kolejki - nie wyobrażam sobie czekania ze znudzonym facecikiem, a potem jesszcze walki o podanie łapki do kłucia.....

W nagrodę były ciasteczka i soczek, i przytulanki, a potem galopem do żłobka - i nawet zdążył na śniadanko :)

Raport odzwierzęcy - nasze ulubione podglądane zwierzaki się mnożą. Sowa ma już pisklaki -  ostatnio widziałam trzy, ale to ciężko odróżnić. Orzeł na razie chyba jeszcze siedi na jaju. Za to dołożyli kolejna kamerę - czarny bocian. Przyleciał i zaczął sie rozglądać, ale z opisu na stronie wynika, ze tochyba nie był zeszłoroczny właściciel, tylko jakaś konkurencja. Ano, zobaczymy. Dziki sie kończą - to znaczy kończy sie sezon nakarmienie, a szkoda, bo ostatnio oprócz podstawowego stada ok. 12 sztuk było coś ze dwadzieścia małych elektronów w paski -przemieszczały sie te warchlaki  w niesamowitym tempie, tylko pasiasta smuga mknęła przez środek ekranu. Kapitalny widok :)

Małżon przez Święta będzie zakuwał - we wtorek i środę ma egzaminy.  Cóż, może po obżarstwie pojade zPiotrkiem na działkę, zeby mógł w spokoju przegryzać sie przez te dwie tony materiałów, które dostał. 

Małżu, sam na to pracowałeś. Było nie pokazywać szefom, żeś taki genialny, to by Cie tak nie popędzali.... Cierp ciało, kiedyś chciało:)

niedziela, 05 kwietnia 2009

Porządki w toku, okna zaczynają przypominać okna, czasem nawet błyśnie kawałek podłogi. Na pocieszenie  (po braku pracy) postanowiłam zrobic tartę, znalazłam smakowicie brzmiący przepis na tartę cytrynową. Zrobiłam w przerwie pomiędzy obiadem, oknami a praniem. Piotrek jak zobaczył po porwrocie zplacu zabaw, to błysnął oczkiem i zrobił wdzięczną minkę, jak tylko on potrafi - "mama, ciasto, posę". Zarządziłąm mycie łapek - popędził prawie nogi gubiąc, jak rzadko. Dostał kawałek. Nabrał na łyżeczkę, włożył do buzi i ... wypluł - "fe, fuj". To jest najwyższy wyraz dezaprobaty, fuj jest takie średnie, fe - łagodne. Zapytałam czemu nie smakuje - okazało sie, zę za słodkie... Poprosił o ogórka kiszonego. I zjadł ze smakiem.

Moje wysiłki, by dzieć nie był  słodyczożerny zostały uwieńczone sukcesem....

piątek, 03 kwietnia 2009

Piotrek przyczłapał w nocy do nas do łóżka. Zdarza się, zrobiliśmy mu odruchowo trochę miejsca i śpimy dalej. 

Jakiś czas potem małż poszedł do łazienki.

Wrócił, przetarł oczęta, ale widok sie nie zmienił. Na jego poduszce  w poprzek łóżka leżał Piotrek. Nie było jak sie zmieścić obok, przełożenie dziecia oznaczało obudzenie go i dłuższe brykannie potomka. nie w środku nocy takie numery. 

Co miał zrobić, zabrał jakąś w miarę dostępną poduszkę, koc i pomaszerował do sąsiedniego pokoju na średnio wygodną wersalkę....

czwartek, 02 kwietnia 2009

Piotrek najpierw był w żłobku. Tam dzieci mają dużo różnych zajęć, były na dworze w ogródku, dziś była rytmika... OK. 16 zabrałam go ze żłobka i pojechaliśmy do Łazienek.

Oczywiście biegał po alejkach jak szalony, karmił pawie, kaczki, nawet jedna wiewiórkę - no , powiedzmy, ja ją karmiłam, Piotrek patrzył. Przykucnął obok i patrzył, jak wiewiór wziął delikatnie orzeszka z ręku i zaczął zajadać.

potem karmiliśmy razem pawie - krzyczał, zę mają ostre dzioby. Zgadza się, dzioby mają, z tą ostrością bym nie przesadzała...

I karmiliśmy rybki. W parku są gigntyczne, łakome karpie, które żrą chleb jakby im kto za to płacił. Piotrek kwiczał z radości, nie dał sie odciągnąć dopóki był chociaż jeden kawałek.

Znowu biegał.

Potem stwierdził, ze jest zmęczony i na rączki. kawałek przeniosłam ja, kawałek moja mama, która pojechała z nami, resztę udało sie młodego wykiwać i nie zauważył, jak przetuptał sam. 

odpoczął chwilę w samochodzie, jak dojechaliśmy to popędził na górkę - mama łap!! zbiegał z niej, a ja go łapałam.

 I po tym wszystkim ja ledwo ruszam ręką i nogą, aten mały drań jest w pełni sił....

Ogłaszam konkurs:

W jaki sposób można skutecznie zmęczyć faceta mającego 2,5 roku???

 Zwycięzca będzie mógł sprawdzić na Piotrusiu, czy jego metoda działa...

niedziela, 29 marca 2009

Pietruszek znowu nie chodzi do żłobka. Jutro idziemy do pani dr, ale na moje oko dostanie szlaban do Świąt, i to nie przeraża. Jak do cholery mam umyć okna i podłogi z dzieckiem plączącym sie pod nogami i "pomagającym"?????? A zrobić zakupy? Nie wyobrażam sobie tego. Może pani dr nie będzie tak okrutna.... Ale czarno to widzę.

Składamy podanie do przedszkola. Mam w związku z tym dylemat, bo przedszkole jest pod oknem, do żłobka trzeba go dowieźć, przedszkole - podobno dobre (polecane przez sąsiadów), żłobek - ukochany, i parę różnych powodów jeszczze. Z drugiejstrony, jak sie nie dostanie, to nie ma dramatu, zostaje w żłobku jeszcze rok i tyle. Mam zagwozdkę....

Pojechaliśmy na działkę rodziców. Piotrek  świetnie sie bawił wyrzucając kamyki na drogę (w ramach łatania co wiekszych i bardziej błotnistych kolein), a my cichcem pognaliśmy do sklepu, zostawiając go z dziadkami i dwoma szalejącymi psami. Wrócił i padł spać. Błoga cisza.....

Nie chc e mi sie pisać, a z drugiej strony ciągnie - czasem układam sobie w głowie czałe akapity,  nie mam czasu ich wklepać, a potem jestem zła na siebie, zę takie fajne było, ajuż nie pamiętam, co takiego odkrywczego miałam do powiedzenia. W ogóle lubię sobie czasem coś napisać, (byle nie poezję, pęd w tym kierunku skutecznie zamordował mi polonista w liceum), tak dla siebie. jakieś takie przemyślenia na temat. Może to głupie, ale naprawde brakuje mi wypracowań szkolnych, kiedy dostawałam pretekst do intelektualnej rozrywki i nie było tego co teraz - chciałabym napisać, ale są ważniejsze sprawy do zrobienia... Jak już sie rozstałam z owym polonistą od mordowania poezji (po I klasie zrobili kipisz  i profilowanie, i wreszcie przestałam mieć z nim kontakt...) dostaliśmy polonistkę trochę drętwą, ale za to bez tak rozdętego ego. I pisanie u niej wypracowan bylo naprawde fajne.... A teraz nie ma czasu, pretekstu... 

Ale nie wrócę do szkoły, czasem mi sie śni w charakterze koszmaru, że mam ukończone studia, a tu ktoś gdzieś sie doszukał, ze mam niezaliczony polski z klasy maturalnej i musze chodzić na lekcje do Zientara z ludźmi młodszymi o 15 lat... Zgroza. Druga wersja tego miłego snu, to niezaliczona mamtemetyka z podstawówki - reszta analogicznie. Czasem w wersji ardcore niezaliczone jedno i drugie i biegam między podstawówką a liceum, i wiecznie sie spóźniam, bo oczywiście te lekcje są jedna po drugiej, a ja musze dojechać.... Widać, którzy nauczyciele zapisali sie w pamięci. I nie chodziło o to, zę wymagali - historyka i romanistkę z LO, którzy cisnęli bardzo ostro do dziś wspominam z ogromną sympatią. Ale polski w I klasie LO i matma w podstawówce - cóż, matematyczkę czasem lubiłam. Jak nie miała gorszego dnia i nie przyzłośliwiała wszystkim jak leciało....

Zebrało mi sie na wspomnienia z czasów szkolnych - może dlatego, ze Piotrek rośnie przerażająco szybko i ani sie obejrzę, jak zacznę chodzić na wywiadówki, a potem będzie trzeba wybrać gimnazjum, pisać mature.... A to co sie dzieje w polskiej edukacji to jest jakaś masakra. Reforma jest bardzo potrzebna, tylko dlaczego u licha zaczynają ją od końca? Nie trzeba wielkiej inteligencji, zeby wymyślić, ze najpierw się tak ogromną rzecz przygotowuje, a dopiero potem wprowadza w życie, a u nas z niewiadomych powodów jest dokładnie odwrotnie. Szkoły nieprzygotowane na przyjęcie sześciolatków, nie mają zaplecza pedagogicznego, wyposażenia, często nie da sie oddzielić maluchów od starszych uczniów, programy nieprzygotowane... Od dziesięciu lat w szkolnictwie jest jakieś zamieszanie, co jeden to ma lepszy pomysł na zmiany (bo moje zmiany beda lepsze niż poprzednika), więc stawiamy całość na głowie z każdą zmianą ekipy.... 

A jak zwykle cierpią na tym dzieciaki - czyli ci najbardziej bezbronni, którzy nie mają siły przebicia.  Ech, to jedno mogłoby mnie skłonić do wmigracji - jakiś normalny,stabilny system edukacji dla mojego dziecka. A że przez całe życie twierdziłam, ze jestem Polką i tu zamierzam mieszkać (co nie wyklucza oczywiście okazjonalnych wyjazdów zawodowo - rozrywkowych), to doprowadzenie mnie do takiego stanu jest niezłym sukcesem kilku ostatnich ekip rządzących.

czwartek, 26 marca 2009

Taaaak, okres buntu dwulatka.... kończy się, gdy zaczyna sie bunt trzylatka. A do tego jak patrzę na moje dziecko, to widzę samą siebie - i podziwiam moją mamę, zę mnie nie udusiła w dzieciństwie. Jeśli byłam tak uparta jak Piotrek (a z tego co pamiętam, to byłam), to miała wszelkie podstawy do rozwiązań drastycznych.

Młody znowu złapał jakieś pokarmowe świństwo. Szczegółów oszczedzę, ale w rezultacie zatrzymałam go w domu. Byliśmy w Łazienkach pokarmić kaczki, wiewiórki, pawie i inny drób. W pewnym momencie młody człowiek postanowił pozwiedzać na własną rękę. Niektóre ścieżki, już wielokrotnie przez nas przedeptane i dobrze znane, pozwoliłam mu przebiec samodzielnie - tak, że mnie nie widział. Ale jak zaczął się za bardzo zbliżać do kanałku (i stromej skarpy) to zaprotestowałam - nie bardzo miałam ochotę na wyławianie i potem transport kompletnie mokrego osobnika. Osobnik miał inne zdanie, więc narobił wrzasku (nie działa na mnie) i ułożył sie w kałuży w alejce. Matka okazała sie wredna - wzięła za frak, wyjęła z kałuży, przeniosła na suchy chodnik. Jak sie położył - został poinformowany, że może sobie tak leżeć, ja idę karmić wiewiórkę. I poszłam. Stary numer, ale zawsze działa. Wstał i pobiegł za mną...

Wyszliśmy wieczorem na spacer z psem. Młody już wyedukowany, wie, ze po psie należy sprzątać, nosi w kieszeni torebkę. Ja sprzątam, on wrzuca do śmieci. A przy okazji świetnie sie nadaje do pogadanek wychowawczych, jak widze na horyzoncie kogoś, komu nie chce sie schylić po "pamiątkę". Ja rozmawiam z moim dzieckiem, uwagi o sprzątaniu i kulturze osobistej są do niego. A  jeśli komuś zrobi sie głupio...tylko czekam, aż młody zacznie pouczać kogoś takiego, że po psie sie sprząta  :) Będzie fajnie.

Wieczorne przytulanie po kąpieli. To jest rytuał, Piotrek siada mi na kolanach, owijamy sie w wielki, mięciutki koc i sie przytulamy. Ponieważ "kakuś" już wrócił, więc rozmowa o tym, co dziś robiliśmy. O wiewiórkach, pawiach, które mają ostre dzioby i strasznie sie drą, kaczkach.... Piotrek stwierdza, zę sie boi pawi (jego słowo-wytrych na wszystko, co mu sie w danej chwili nie podoba). Pytanie - czemu? Bo paw zje. (też standardowa odpowiedź). No to mu tłumaczę, że paw zjada orzeszki, a nie Piotrusie - czy ty jesteś orzeszkiem? - tak. Hm, a gdzie masz brązową łupinkę? - Mały stanowczym ruchem poklepał sie po pupie....

 

ogólnie po całym dniu z własnym dzieckiem padam na pysk. A jutro następny taki... Ratunku!!!!!!!

 

sobota, 21 marca 2009

Potomek przekracza wszelkie granice. Dziś rano zamknął nas po raz kolejny. Już trzeci w swej krótkiej życiowej karierze. Kurczę, ten dzieciak nie ma jeszcze nawet dwóch i pół roku!!! Czasami się go boję....

Tak bardziej szczegółowo, to siedzieliśmy sobie rano w łazience.  Małżon moczył swe dostojne zwłoki w wannie, ja przycupnęłam na sedesie, żeby pogadać. Piotruś przywiózł ciężarówkę, pies uznał, ze jak wszyscy, to wszyscy, on też. Dobrze, ze kot sobie poszedł... Łazienka ma w sumie 5 m2, zawiera normalne wyposażenie, czyli podłogi jest stosownie mniej... Ciasno było, ale nic to.  Omawiamy z małżonem jakże istotną kwestię wyboru przedszkola dla Piotrka, a mały sie bawi. W pewnym momencie zarejestrowałam z lekkim rozbawieniem, ze wyciągnął z szuflady klucz do drzwi łazienkowych i ćwiczy zamykanie. Pomyślałam sobie, że skoro wszyscy jesteśmy w środku, klucz też, to niech ćwiczy, co mi tam. Zamknął drzwi na zamek i próbuje otworzyć. My gadamy. A ten cwaniak nagle.... wyrzucił klucz przez kratkę wentylacyjną w drzwiach!!!!!!

Zamarłam. Małż zamilkł, widząc mój wytrzeszcz i przerażenie w oczach - on ze swoich nizin waniennych nie miał szansy zobaczyć, co sie stało.  I teraz pytanie, co dalej?

Na szczęście udało nam się przeciągnąć  klucz pod drzwiami przy pomocy Piotrkowych zabawek - niech żyje wędka do łowienia magnetycznych rybek.

 Ale teraz klucz wisi na sznurku schowany za grzejnikiem, mały tam jeszcze przez jakiś czas nie sięgnie (ciekawe, jak długo...).

I druga zasada - jak sie idzie do łązienki i nie ma na zewnątrz drugiej osoby dorosłej, to należy brać telefon. 

Ale rodzice będą mieli ubaw, jak któreś z nas zadzwoni: "Piotrek zamknął mnie w łazience, nie mogę wyjść, pomocy!" 

czwartek, 19 marca 2009

otóż to. Niechciej jak stąd do Katowic, najchętniej bym nic nie robiła. Ostatnio padam na dziób już ok 22, albo nawet wcześniej. Podejrzewam, ze ma to wszsytko związek z porą roku, już nie mogę doczekać sie słońca. Brakuje mi go strasznie. Depresja sezonowa. Wrrr....

Piotrek też sie dopomina o słońce - od rana jak wstanie, to pyta, czy jest, a jak nie ma, to twierdzi, że poszło jeść i pić i dlatego nie dotarło na miejsce.

Właściwie nie za bardzo mam o czym pisać. O stażu - kończy się, co oznacza, ze muszę zabrać się za porządki w dokumentacji. Nienawidzę papierków. 

O Piotrku piszę stale. Męczy mnie teraz skleroza, ostatnio rzucił jakimś świetnym tekstem, pomyślałam sobie, że warto uwiecznieć tutaj, ale nie chciało mi sie ruszyć odwłoka z łóżka, odłożyłam do następnego dnia, i zapomniałam. Jak zwykle....

to co by tu.....

O, mam. Umieszczę tu ogłoszenie o pracy, a co:

 Psycholog w trakcie szkolenia psychoterapeutycznego w Warszawie poszukuje pracy. Mile widziana duża pensja, ale za to samochód służbowy niekonieczny. poproszę w pakiecie rozsądnego zwierzchnika i fajny zespół, najlepiej niepalący.

Oferuję swoją wiedzę, poczucie humoru, optymizm i umiejętność rannego wstawania bez grymasów  - co oznacza, ze sie raczej nie spóźniam do pracy.

Osoby zainteresowane proszone są o maila.

  Jeśli ktoś chce napisać mi coś miłego, to bardzo proszę, ta pogoda działa jednak przygnębiająco....a nie będę sie pocieszać czekoladą. Nie ma mowy. raczej pójdę poszukać ogóreczka kiszonego :)

 

 

sobota, 07 marca 2009

Jakiś czas temu namierzyłam stronę z adresami do podglądania zwierzaków w stanie dzikożyjącym. Fajna, systematycznie przychodzi stado dzików, czasem sarna, jenot... różności. Ostatnio przestawili jedną kamerę  - teraz celuje prosto w gniazdo orła. Widać , że się szykują do lęgów, przynoszą patyczki, poprawiają gniazdo...

Piotrek się bardzo cieszy, jak je widzi. Pokrzykuje - mamo, osioł, osioł!!!!

Chyba muszę mu wytłumaczyć różnicę między tymi gatunkami....