O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
Archiwum
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 28 czerwca 2009

Działo sie przez ten tydzień, oj, działo....

Szkoła. Tygodniowy zjazd, ciekawe tematy, spotkanie z ludźmi, których bardzo lubię i których zobaczę w komplecie dopiero we wrześniu. Koleżanka, która urodzila dziecko tydzień temu, dramat choroby malucha. Aniu, Piotrusiu, trzymajcie się mocno, modlę się za Was.

Zakończenie roku w żłobku - przedstawienie w wydaniu dwulatków - jasne, ze prościutkie. Przypomniało mi sie, jak pani dyrektor mówiła, że kiedyś jakiś rodzic zgłosił pretensje, zę te przedstawienia takie krótkie, kiepska rozrywka. A czego on oczekiwał, że mu maluchy Hamleta na trawie odstawią???? Rozkleiłam sie, jak to oglądałam. Do tego Piotrek taki dumny z siebie, jak mijał nas to mu sie pyszczek rozdziawiał i uśmiech od ucha do ucha

Imieniny Piotrka. Wypadają jutro, ale nie ma mowy, żebym jutro kogokolwiek zapraszała. Siedzę w pracy do 20, jak wrócę, to młody już będzie  w łóżku.

Piotrek, który stale zaskakuje mnie kolejnymi zachowaniami. Dziś szykujemy sie do imienin, Małż zaniósł szklanki  i podkładki pod nie, takie plecione. Właściwie, czy ktoś wie, jak to sie nazywa? u nas w domu to chodziło pod nazwą "patarafki", ewentualnie "wafle". To tylko tak na marginesie. A po chwili patrzymy, a Pietruszka ustawia starannie każdą szklanke na podstawce....

W szkole - znakomicie, chociaż tematy egzystencjalne, trudne, pod koniec naprawde ciężko sie skoncentrować. A po południu - warsztaty z terapii grupowej. Nie wyszło mi prowadzenie mojego kawałka, poryczałam sie ze zmęczenia wieczorem, w domu. Teraz widzę, ze nie bylo tak źle, zrobiłam kawał dobrej roboty, a w końcu po to tam jestem, żeby sie uczyć. Błędów nie popełnia tylko ten, co nic nie robi. Ale wtedy mnie zdołowało.

Koleżanka z grupy wychodzi za mąż. Bardzo chiałam być na jej slubie, a tu kicha, będę wtedy w Bieszczadach służbowo, na obozie z dzieciakami. Żadnego manewru, nie pójdę na ten ślub. Chyba że sie w miesiąc nauczę bilokacji.

Imieniny fajnie, nie robiliśmy wielkiego spędu, moi rodzice, teściowa h.c. i chrzestna, czyli nasza przyjaciółka. Chrzestny miał nieco daleko - mieszka na Pomorzu, więc nieobecność usprawiedliwiona. Nawet to, że nie zadzwonił rozumiem, wybrał sie dziś na żagle z jakimś kumplem, po zakończeniu pewnie gdzieś siedli nad piwem i ględzą.

Na dokładkę, jak już młody leżał w łóżku okazało się, że przepadł gdzieś jego misiek ukochany. Szukamy jak wściekli, przeglądamy meble, pomieszczenia. W końcu nie mieszkamy w pałacu, nie mamy 250 metrów. I chwała Bogu w tym kontekście, jakbym miała szukać tego niedźwiedzia na takiej powierzchni, to chyba bym oszalała,

Jeszcze więcej tego było, ale palce mi sie śligają po klawiaturze ze zmęczenia.

Dobanoc.

 

wtorek, 23 czerwca 2009

To nie jest wpis, tylko dwa słowa. nie ma mnie i raczej nie będzie do końca tygodnia. Mam tygodniowy zjazd u mnie w szkółce, do soboty włącznie, a w niedzielę imieniny potomka. Padam na pysk, nie mam siły na myślenie, a tym bardzoej pisanie z sensem. A bez sesnsu nie lubię.

Do zobaczenia :)

sobota, 20 czerwca 2009

Fajnie było dziś rano.

Młody wmeldował sie nam do łóżka o 5, ale wtulił sie we mnie i zasnął dalej. I do prawie 8 spał, co jest wyczynem niezywkłym (normalnie budzi o 6, najpóźniej 7). Zarządził

- mama, kakuś, budź!

Mama i kakuś zgodnie zamamrotali i wetknęłi głowy pod poduszki. No to młody przelazł po nas i poszedł włączyć budzik. Budzik jesrt taki z radiem, ma sporo guzików na obudowie, a jeszcze żeby przestawić trzeba nacisnąć w stosownym miejscu na wyświetlaczu. Byłam pewna, że on tego jeszvczxe nie umie. Jak się okazało, byłam w błędzie, włąćzył budzik i jeszcze przestawił zegarek na czas zimowy. I wrócił do nas. Tak sie trochę kotłowaliśmy przez jakiś czas, w końcu powyłaziliśmy z nory stwierdzająć, zę spać sie i tak już nie da. Zaczęłam go ubierać. Wierci sie jak stado pcheł, bryka po łóżku, zwiewa mi zaśmiewając sie do rozpuku, włazi na parapet. W końcu lekko zirytowana mówię mu, że jak  nie wróci do mnie bnatychmiast, to na śniadanie dostanie zwykł kupny chleb, a nie pieczony przeze mnie. ( Wie co dobre, odkąd zaczłam piec, to ten kupny, skądinąd całkiem niezły, mu nie pasuje).

A na to Piotrek z pretensją w głosie:

- Mama, to nie fair!

I gdzie on to podłapał?

 

wtorek, 16 czerwca 2009

Wracam z Piotrkiem do domu po zajęciach adaptacyjnych w przedszkolu. Nagle Piotrek zobaczył, ze na trawniku stoi duży samochód.I wygłosił pelną piersią żądanie do rodzicielki :

- mama, dzon, ten palant stoi na tawie!!!!

Mama nie zadzwoniła. Osłabła kompletnie słysząc słownictwo. Fakt, biję sie w  piersi, określenie kogoś mianem  palanta nam sie zdarza - żeby nie używać tak zwanej łaciny kuchennej i odniesień do linii prostych i nie tylko, ale chyba trzeba będzie zrezygnować i z tego....

I niech mi ktoś powie, żę dzieci uczą się rzeczy niewłaściwych od kolegów. Guzik prawda, przede wszystkim od własnych rodziców, tylko ciężko to nam przyznać, bo automatycznie oznacza to przyznanie sie, że sami nie zachowujemy się włąściwie...

niedziela, 14 czerwca 2009

Wychodzimy na spacerek. przy wejściu do klatki schodowej spotykamy sąsiada, miłego starszego pana. Witamy się, pan też, różnież z Piotreusiem. Piotrek nic. Przypominamy mu, że należy się przywitać. Chwila skupionego milczenia i Piotrek wypala:

- Boli mnie siusiak!

Zatkało nas....

Mam problem, tudzież dylemat wychowawczy. Chodzi o sprzątanie po sobie. Bardzo sie cieszę, ze Piotrek stara sie to robić, ale... No właśnie, nie jestem zachwycona, jak łapie za szczotkę do mycia toalety i szoruje klozet. Niby wszystko w porządku, działalność bardzo chwalebna i pożądana, tylko on przy tej okazji zawsze sie ochlapie, łapie tą cholerną szczotkę w różnych miejscach, kapie z niej na swoje misie... No masakra. Staram sie sprzątac razem z nim, albo chować szczotkę, ale szperliwe oczko zawsze znajdzie.

I co ja mam zrobić?

piątek, 12 czerwca 2009

To jeden z ukochanych tekstów Piotrka. Powtarza to jak ściera stół, zbiera swoje zabawki na miejsce, podaje mi chustkę do nosa - przy każdej możliwej okazji. Jak słysze "Mama, cięśka paca", to zaczynam chichotać, nie mogę sie opanowac.pracuś mój kochany :)

Następnego dnia:

Wielkie sprzątanie spowodowane inwazją mrówek - będziemy próbowali zasilikonować miejsca, którymi włążą, więc trzeba wszystko pozamiataać, umyć i tak dalej. Piotrek chciał pomóc i został poprosszony o pozbieranie swoich zabawek. komentarz - cięśka paca, zbiejanie zabawek.

Nic dodać, nic ująć.

czwartek, 11 czerwca 2009

Postanowiłam zrobić spis dotychczasowych pomysłów językowych Piotrka, bo większość zapominam błyskawicznie, a niektóre są naprawdę urokliwe. Lista będzie bez żadnej sensownej kolejności - ot, jak mi się coś przypomni to dopiszę.

guncie - dziękuję

pasałom - parasol

kamkam - tramwaj

kaja - koparka

uja - toyota (wersja wcześniejsza, teraz jest mama)

fak - fiat

fonk - ford

kakuś - tatuś

okanki - okulary

matinki - majteczki

pusia - pieluszka

sopsie - spodnie

siepsie - szczzebelki (w łóżeczku, takie wyjmowane)

ononek - ogonek

minon - pomidor

gasia - żyrafa

Więcej na razie nie pamiętam, będę dopisywać :)

 

Piotrek dostał jakiś czas temu wóż strażacki. Wielki, z wysuwaną drabina i sikawką zamontowaną na podnośniku. NIestety sikawka ma zbiornik na wode i można faktycznie z niej polewać.

Piotrk postanowił udoskonalić wynalazek. Do sikawki podłączył rączkę plastikowej skakanki, która jest po prostu wężem zakończwnym dwona uchwytami - całkowicie przzepływowa.  Teraz sikawka ma większy zasięg, na szczęście mniejsze ciśnienie, bo skakanka ma więszy przekrój od węża strażackiego.

Ale on ma pomysły.....

Pietruszek rozrabia u nas w łóżku. Pobiegł do kuchni, po chwili wrócił z zaaferowaną minką. Wgramolił sie na łóżko i podaje mi coś do ust:

- mama, mas chupka!

Pobiegł po kocie chrupki....

Myślałam, że sobie dziś pośpię. Wczoraj siedziałam w pracyy od 9 do 19.30, to sie chciałam zregenerować. A tu nic z tego... O bliżej niesprecyzowanej porze wpakował sie nam do łóżka potomek. Rozpychał sie w nocy niemiłosiernie. A o 6 rano uznał, że już starczy tego spania - zaczął gadać, przynosic książki, łazić po nas, skubać, głaskać, gryźć... Jak mnie ugryzł w duży palec u nogi, to stwierdziłam, że laba się skończyła....

środa, 10 czerwca 2009

Niestety moje własne.

A chodzi o usypianie młodego. Wieczorem są cyrki.. Marudzenie, mama siusiu, poczytaj, pić, wyłazi z łóżka,  - do 22 na bank, czasem dłużej.

Zdarza się, że ja się szwendam (czytaj - siedze w pracy do późna) - w każdą środę, a teraz i w poniedziałki. I Piotrka kładzie spać kto inny. Zwykle jest to tata, ale czasem on też nie możę. I na ratunek ściągamy moją Mamę. A dziś ona wyjechała na długi weekend i ratowała nas w potrzebie Teściowa honoris causa. Wróciłam ok 20 z minutami, zmęczona jak pies (od 9 w robocie), tu w domu cisza, spokój, potomek spi, żadnych dyskusji na ten temat nie było. Skonsultowałam z małżem - jak on kładzie gada spać, to podobnie. Wniosek prosty, acz nieprzyjemny, to ja tu nawalam wychowawczo.

Uczyniłam mocne postanowienie poprawy,  przeanalizowałam moje postępowanie - i zobaczymy. Nie będę go dziś budzić, żeby sprawdzić, jak mi wychodzi usypianie...

czwartek, 04 czerwca 2009

Kolejny raz nie udało sie położyć młodego o normalnej porze. Wszystko dlatego, że pojechaliśmy do rodziców poświętować - w końcu dwudziestolecie końca komunizmu trafia sie raz na dwadzieścia lat... A właściwie, to dwudziestolecie trafia sie raz, potem to będą inne "lecia". Więc tym bardziej należało uczcić. I tak jakoś wyszło, że Piotrek zdominował spotkanie - były jeszcze trzy znajome i wszyscy gadali o/do Piotra.

Po powrocie ubieram młodego w piżamkę, przychodzi Małżon z portfelem w ręku, a mały wydaje polecenie :

-Kakuś, daj mamie piniądze!

Ciekawe, czy w przyszłości też będzie tego samego zdania, jak to on bedzie miał dać kase własnej żonie...

wtorek, 02 czerwca 2009

Zaczynam mieć dość. Dzieć zamiast iść spać o kulturalnej porze rozrabia jak pijany zajączek chwilę przed 23. Świetnie wie, że jest jedno hasło, na które pozwolę mu wstać z łóżka - mama, siusiu. Niedawno odpieluchowany, wzmacniam w nim na wszystkie sposoby tę umiejętność, ale mnie coś trafia, jak mały gad wyłazi do łazienki, wyciska z siebie trzy kropelki i dalej gada.

Wiem, że częściowo zawdzięczam to samej sobie - jakbym mu nie  pozwoliła spać tak długo, jak on lubi, to byłyby większe szanse, że wcześniej padnie wieczorem. Ale jakoś tak wychodzi, że zawsze się zagapię, mimo wielokrotnych obietnic, że dziś śpi nie dłużej niż do 16. albo wcześnie, zależy o której się położy, w każdym razie dwie godzinki i finał. Ale to takie wygodne, jak w ciągu dnia mam trzy lub cztery godziny, że zwykle zapominam, albo mi sie nie chce zwlec odwłoka z krzesła. I potem mam za swoje...

Ale nie zmienia to faktu, że mam dość. Nie wiem, co z takim typem zrobić, przeciez mu nie przyłożę (chociaż czasem mam na to wielką ochotę...).

Teraz chyba potwór już zasnął, ja w obłędzie robię obiad na jutro, sprzątam nieco przynajmniej kuchnię, szykuję sie do zajęć z grupą i spotkań z pacjentami (akurat, właśnie widać, prawda? terapii grupowej blog nie przypomina, indywidualną też nie bardzo, jeśli już to moją własną, ale za to mi nie płacą).

poniedziałek, 01 czerwca 2009

Prawda od dawna znaną jest, że jeśli sie chce dziecia do czegoś przyuczyć, to warto zacząć wcześnie. Dlatego pianiści i baletnice w wieku czterech lat zamiast brykać na podwórku z kolegami pracowicie ćwiczą.

Piotrek nie ćwiczy baletu ani nie gra na fortepianie, ale powyższa mądrość ma zastosowanie nie tylko w tych przypadkach, więc zaczęliśmy ćwiczyć obycie kuchenne. To znaczy - że jak sie nakłada z garnka do psiej miski jedzenie, to warto miskę postawić - będzie wygodniej, niż trzymać ją w łapie. Że jak sie wrzuca coś do garnka, to tak, żeby nie było dużego plum!, bo sie można poparzyć. Pietruszek wrzucił dzielnie trzy marchewki pokrojone w plasterki i ani razu nie polumknął głośno i chlapliwie - jak wytłumaczyłam, to natychmiast załapa, o co biega. Potem podawał mi ziemniaki do obierania. A potem zrozumiał, że teraz trzzeba poczekać, aż sie obiad ugotuje.

Oprócz tego Piotrek wie, że trzeba uważać na palce, jak sie coś kroi - powtarza mi to za każdym razem, jak wezmę nóż do ręki,  i parę innych takich rzeczy.

Przyszła synowa powinna mnie w brudną piętę całować.

niedziela, 31 maja 2009

jakiś czas temu na bazarku widziałam rzecz, która ucieszyła mnie niebywale.

Otóż ktoś sprzedawał sukienki, takie najzwyklejsze, bawełniane, na lato. Reklamowała je wielka kartka z napisem: 120% bawełny. Ja jeśli chodzi o nauki ścisłe, to jestem Miś O Bardzo Małym Rozumku, ale tak mi dzwoni, że to jednak coś się komuś pokręciło :)

Niestety nie miałam aparatu fotograficznego....

czwartek, 28 maja 2009

Ponieważ podpowiedź okazała sie niewystarczająca, a młodemu w tak zwanym międzyczasie pasałom przekształcił się w parasol, konkurs kończę. 

Co do podpowiedzi - bije sie w piersi, ale to zboczenie z dzieciństwa. Ukochaną rozrywką moją i mamy było (i jest nadal) rzucanie sobie wzajemnie jakiegoś cytatu - i czekanie, czy ta druga rozpozna. Cytaty bywały mało charakterystyczne, wiec czasem potrzebne były podpowiedzi. A te nie mogły być zbyt proste, wymyślenie dobrej podpowiedzi - podającej informacje z danej książki, a równocześnie nie będącej prostym naprowadzeniem - było czasem trudniejsze, niż rozpracowanie cytatu. 

Moim chyba największym sukcesem z tej dziedziny było, jak kiedyś rodzicielka moja przy jakiejś okazji rzuciła mi tekstem "sam złowiłem" - i patrzy na mnie z wyczekiwaniem. A ja nic, pustka w głowie. Ale po chwili zaczęłam myśleć - ciągiem skojarzeń. Zimno było. Śnieg i ciemno. Coś schowane. pudełko. śmierdzące. i tak w końcu sobie przypomniałam, chodziło o książkę Liv Balstad "pod biegunem kwitną kwiaty", a konkretnie o jej męża, który był niezmiernie dumny z własnoręcznie złowionych sledzi.... które trzymał w pudełku pod łóżkiem.

Wracając do tematu podpowiedzi do pasałoma - przedobrzyłam, to było obliczone na kogoś z wieloletnią wprawą w rozpracowywaniu moich zagadek. Następnym razem postaram sie bardziej.

Piotrek dostał od mojego taty myszkę. Sporą, szarą , z długim ogonkiem. Piotrek jest zachwycony. Nosi myszkę na ręku, głaszcze, wyprowadza na spacer, przykrywa kołderką. Myszka towarzyszy mu przy myciu siusianiu, jedzeniu... wszędzie.

Piotrek i jego myszka :)

środa, 27 maja 2009

Młody mnie wkurzył na maksa. Wróciłam z pracy ok 21 - siedział juz w łóżeczku, umyty i opiżamkowany. Rozdarł sie na mój widok - mamusia jest! Poszłam, przytuliłam, pogadałam, utuliłam. Wyszłamz pokoju - pora późna, młody dawno powinien spać. Po chwili słyszę jakieś podejrzane dźwięki - smarkacz bezczelny złapał książkę, którą dostał ostanio od mojej kuzynki i drze. Celowo, złośliwie. A książka świetna, o maszynach które on bardzo kocha, z ruchomymi kawałkami - super po prostu. I drze na strzępy, gad jeden. Zabrałam książkę, pozbierałam strzępki, zgasiłam światło i wyszłam. A ten sie drze, jak syrena w czasie strajku co najmniej. Mama, paluszek boli (faktycznie, boli, w niedzielę sie wyłożył i zdarł sobie pół paznokcia), mama siusiu, pić, chodź, cokolwiek. Poszłam parę razy, podałam chusteczke,bo zasmarkany do imentu, posiedziałam chwile, a ten znowu w ryk i z żądaniami - mama na ręce. O niedoczekanie twoje, na ręce po czymś takim nie ma mowy. Ostatni koncert był pod hasłem mama pić, ale jakoś juz spokojniej, bardziej zrezygnowany był, więc poszłam. Dostał łyk wody i zapowiedź, że ma już spać i nie chcę siedzieć przy Piotrusiu, który tak sie zachowuje, drze książkę i wrzeszczy. I zasnął.

Jestem z siebie dumna. Może można było to rozegrac z nim lepiej, nie wiem. Ale udało mi sie nie wrzepić mu w tyłek, mimo, że miałam na to wielkką ochotę. Wiem, że to nie rozwiązuje problemu, nie nauczy go niczego,. Byłoby to tylko rozładowanie mojej złości, frustracji, zmęczenia. Ale miałam na to dużą ochotę, tak przyrżnąć, żeby zapamiętał, że książek sie nie drze. i nie robi sie cyrków o 22.30, tylko dawno śpi.

Jest w tym troche naszej winy - pozwoliliśmy mu przesunąć porę spania - jakoś tak wychodziło, a to spacer, a to pojedziemy po tatę, a to fajnie sie siedzi u moich rodziców i gada - i tak Piotrek chodził spać coraz później. Trudno sie dziwić, że o 19 jak ktoś występował z propozycją typu - kolacja, kąpiel i spac, to był traktowany jak półgłówek, który nie wie, że dzień sie właśnie zaczyna, a nie kończy.

Nareszcie młody zasnął. A ja mogę przestać się trzymać za ręce, pilnując, żeby mi nie poleciały  z klapem w stronę małego kupra.

Piotrek postanowił być dobry dla mamy. Nie wiem, czemu, może dzień dobroci dla zwierząt. W każdym razie przyczłapał i hojną ręką zaczął wydzielać matce gotówkę. Uzbierało sie tego. A młody wylicza - to na pocziąg, a to na autobus, to na pociąg, a to na autobus. Nie wiem, skąd mu takie rozróznienie, ale tak jakoś.

Nie zdążyłam podliczyc tej kasy, musiałam wychodzić do pracy. Ale tak na oko było tego jakieś siedemset złotych.

Szkoda tylko, że przeddenominacyjnych.....

niedziela, 24 maja 2009

Pietruszek dba żeby rodzice się nie nudzili.

Zaczęło sie wczoraj w nocy -  około północy zorientowałam sie, że mamy sublokatora w łóżku. Sublokator bardzo płakał, ale dopiero po chwili dotarło do mojej nieco o tej porze zamroczonej świadomości, że jest cieplejszy niż powinien. I to dużo cieplejszy. Wpakował sie nam do łóżka, przytulił do mnie mocno. Małż potuptał po picie, o które Potrek prosił, Nurofen, termometr. pomiary pokazały, że mały ma prawie 39 stopni - podejrzewam, że miał wiecej, ale nie dawał sobie zmierzyć, z termometrem rtęciowym nie chciałam sie z nim szarpać, a ten elektryczny jest jakiś walnięty i nie potrafię sie z nim dogadac. Małż następnie zabrał kołderkę, poduszkę i i poszedł na wygnanie - we trójkę w łóżku jest już zdecydowanie ciasno i niewygodnie, a Piotrek nie rokował nadziei na szybką eksmisję. 

Rano było w miarę ok, ale jednak katar był znacznie solidniejszy niż wcześniej, ten skok temperatuury nie wiadomo z czego, troszkę pokasłuje - ani chybi jakas wirusówka, na wszelki wypadek pojechaliśmy na dyżur. Dostałam leki, mniej więcej to, co bym mu i tak dała, ale potrzebowałam recepty na eurespal, bo mi sie skończył.  Nie mówiąc o tym, że nie lubie sama włączać mu leków - zostało mi z dzieciństwa, kiedy po domu pętały sie straszne ilości różnych medykamentów - niestety rodzina gremialnie dbała o rozwój zawodowy lekarzy. 

Podwieczór - Piotrek jest chory, ma trochę gorączki, ale tak znośnie. Bardzo chciał wyjść na spacer z psem, co bylo zresztą zbieżne z poglądami psa na ten temat - poszliśmy. Piotrek złapał smycz, Agra pociągnęła - moja wina, bo zawsze pilnuję, żeby trzymał kogoś za rękę, jak prowadzi psa, a tu zapomniałam. I oczywiście się wyłożył - tak, że rozwalił sobie małyy palec prawej łapki i zdarł pół paznokcia. Zabrałam Piotrka do domu, obcięłam te wszystkie frędzle z paznokcia i skóry, zdezynfekowałam - Młody trzymał sie bardzo dzielnie. Owszem , płakał, ale jak poprosiłam zeby wyciągnął łapkę, i będzie teraz szczypało - podlewałam wodą utlenioną, to dzielnie trzymał i nie uciekał.  

Potem poszliśmy jednak na spacer - w końcu Piotrek o to sam prosił, a to byla okazja, żeby  zrobić coś razem, co nie było związane z ranami bojowymi. 

I tylko chciałabym bardzo pozbyć sie go wreszcie znaszego łóżka - a on jak na złość, jak coś sie dzieje, jest chory czy coś go boli, to przyłazi, przytula sie do mnie  i tyle. A ja mam noc w plecy, bo nie bardzo mam sie jak ruszyć, ugniatana z jednej strony przez Małża, z drugiej przez Piotrka, z trzeciej przez psa. I wszystko mnie rano boli. A z drugiej strony - jak tu powiedzieć takiemu zapłakanemu czy rozgorączkowanemu człowieczkowi, że ma spadać do siebie?

Dobrze, ze kot sypia osobno.

 

sobota, 23 maja 2009

Babcia bez mohera skądinąd całkiem słusznie zwróciła mi uwagę, że bez kontekstu to ten Piotrkowy pasałom jest nie do odgadnięcia. Nie da się ukryć, święta prawda. Więc żeby trochę ułatwić powiem, że Piotrek już z odmianą sobie radzi całkiem przyzwoicie i końcówki czasowników są zwykle całkiem prawidłowe.  To po pierwsze. Po drugie.... hm, jak by to powiedzieć, żeby jednak za dużo nie powiedzieć... obiekt, którego słowo dotyczy jest nieco podobny w brzmieniu - melodia słowa jest podobna (mało zrozumiale to może zabrzmieć, ale nie mam pojęcia, jak to ująć, żeby wyszło to , o co mi chodzi. Rytm, rozkład akcentów, no, kurczę, proszę wysilić wyobraźnię!). A w ogóle to ostatnio prowadziliśmy długą dyskusje na temat chmur różnorakich....

Tyle tytułem podpowiedzi, jak nie pomoże, to pomyślę, co by tu jeszcze. 

Byliśmy dziś z Małżem na warsztatach w żłobku. Młody do dzieci, a my sie szkolilismy. Fajnie było, najlepsza część była z Panią Ratownik. Celowo piszę to wielką literą - ta Pani na to z całą pewnością zasługuje. Mówiła przystępnie, konkretnie, podawała zasady postępowania bez rozmydlania ich w sosie ideologicznym, dołożyła parę drastycznych filmików - tak, żeby nikomu nie przysżło juz do łba przewożenie dziecka bez fotelika, jeżdżenie bez zapinania pasów, opowiedziała parę makabrycznych historyjek przemawiających do wyobraźni na temat tego, co dzieci potrafią  zrobić z zamknięciami dziecioszczelnymi - a wszystko to okraszone sporą dawką życzliwego poczucia humoru i na dodatek zdrowego rozsądku też.

Za tydzień - warsztaty o zdrowym żywieniu dzieci. Bedziemy gotować :) a potem to jeść...:(

 

 

 

piątek, 22 maja 2009

Pojawiło sie nowe słowo - pasałom. I podobnie  jak w przypadku "Guncie" ogłaszam konkurs - kto zgadnie, co to oznacza?

Guncie dobrze się trzyma, Piotrek świetnie wie, kiedy należy podziękować i nie ma z tym problemów. Ale nie wszyscy go rozumieją właściwie... Byliśmy ostatnio na urodzinach kuzynki. Piotruś   powiedział "mama, chcę ciasto", więc natychmiast zapytałam, czy dobrze słysze, dlaczego mam dac mu to ciasto. Mały na to sie poprawił  i dodał "posę". Kuzyn pyta - czy on powiedział - bo chcę? Piotrek dostał ciastko, powiedział "guncie" i ok. Odwróciłam sie do kuzynki, a ona chichocze z bratem - zrozumieli, że Piotrus powiedział "goń się"... I tak uprzejmość mojego dziecka została uznana za teksty z lekka zalatujące chamstwem i prostactwem, mimo, że Piotrek naprawdę był tu w porządku.... 

Tu mogłam przetłumaczyć z Piotrkowego na nasze, ale nie zawszze jest taka możliwość. Dlatego proponuję, żeby zanim ktoś sie oburzy nieparlamentarnym zwrotem u osóbki niezbyt jeszcze sprawnie gadającej, żeby sprawdził u rodziców tejże, co naprawde dziecko powiedziało. 

 

sobota, 16 maja 2009

Dziecko mnie znokautowało. Ze dwa dni temu, chyba w czwartek. Bawiliśmy sie na łóżku - trochę mu czytałam wierszyki, trochę sie przytulaliśmy, trochę kotłowaliśmy. I w trakcie tej kotłowaniny Pietruszek, machając łapkami przyłożył mi książką. Książka w twardej oprawie, porządnie wydana - zdaje sie, że to były "Wiersze że aż strach!" Małgorzaty Strzałkowskiej. Faktycznie, strach, i wszystkie gwiazdy zobaczyłam przed oczami jak dostałam kantem w nos.

Ponieważ takie przypadkowe trafienia w różnbe części ciała przy dziecku to norma, więc szybko zapomniałam. Ale nos nie dawał mi spokoju,  następnego dnia był spuchniety i bolał, tylko za żadne pierniki nie mogłam sobie przypomnieć, dlaczego. W końcu poszłam do pani doktor, która zasugerowała, żeby sie jednak pokazać na dyżurze laryngologicznym. Pojechałam z duszą na ramieniu - moje dotychczasowe kontakty z Izbą Przyjęć zawsze oznaczały wiele godzin czekania, średnio ciekawe towarzystwo, awantury w kolejce - zawsze ktoś sie pieklił, że za długo czeka. Ogólnie nieprzyjemnie. Do tego szpital dyżurujący był na Szaserów - czyli drugi koniec miasta. A tu niespodzianka - mimo, że była pora powrotów z pracy, dojechałam w dwadzieścia minut. W szpitalu sprawę załatwiłam w 45. Ekspres normalnie. Pan dr obmacał mi nos i radośnie stwierdził, że potomek mi przyłożył zdecydowanie za słabo, żeby z tego był jakiś efekt - faktycznie, nawet siniaka nie mam, tylko spuchnietą paszczę, ale to się tak nie rzuca w oczy pod okularami. Przykładać lód, za jakieś dziesięć dni pokazać laryngologowi w rejonie i tyle. I uważać, jak mały macha łapkami.

I staraj sie tu, człowieku, pilnuj, żeby nie bić dziecka. Opanowuj nerwy, panuj nad łapami. A dziecko i tak przyłoży....

 

Wieczorem...

Kładę młodego spać. Siedzi mi na kolanach i przekomarzamy się o włażenie do łóżeczka. A ten jak mi nie przysunie głową w nos....

Pożegnaliśmy się z pieluchami. Na razie tylko na dzień, nocne jeszcze zostały - Pietruszkowi nadal zdarza  się przesiusiać ją przez sen. Ale w dzień chodzi w majteczkach, dzielnie meldując co należy.

Popatrzyłam sobie dziś rano na moich chłopaków i mi sie smutno zrobiło. Stali obok siebie, obaj w majtkach tej samej firmy (przypadek absolutny!!!). i tak sobie pomyśląłam, że życie niepotrzebnie tak pędzi. Jeszcze niedawno stukałam do Piotrka do brzucha, a on podpowiadał machając nóżkami. Potem uśmiechaliśmy sie do siebie przy karmieniu, jak ssał. A teraz stanął przede mną mały mężczyzna. Jeszcze chwila, a będzie całkiem dorosły, przyjdzie któregoś dnia i powie - mama, chciałem ci przedstawić moją dziewczynę. AMoże wyjedzie na studia gdzieś daleko, potem wyprowadzi sie z domu, będzie miał własne dzieci.... To wszystko są naturalne etapy, byłoby mi bardzo ciężko, gdyby z jakiegoś powodu ten cykl się zablokował w jego życiu. Ale z drugiej strony - nie nadążam. Cieszę się, patrząc na jego rozwój, słuchając, jak coraz lepiej mówi, patrząc, jak rośnie, jest coraz sprawniejszy. Ale chciałabym zatrzymać na chwilę czas, nacieszyć sie tym, że jeszcze jest taki malutki, że wtula się we mnie tak cieplo, obejmując mnie za szyję, daje lepkie buziaki i pakuje sie na kolana.

Ten blog jest właśnie po to - żeby zatrzymać chwilę, te drobiazgi które stanowią istotę życia. I które najszybciej zapominamy. Pamięta sie WYDARZENIA - takie jak ślub, przeprowadzka, zmiana pracy, narodziny dziecka. A te drobiazgi, usmiechy dnia codziennego - przepadają w mrokach niepamięci. WYDARZENIA same w sobie są krótkie,  - parę godzin, jeden dzień, czasem kilka tygodni - ale cóż to jest na przestrzeni całego życia. One dzielą czas na "przed" i "po", a tkanka łączna wypełniająca czas pomiędzy nimi - ginie najszybciej, mimo, że stanowi istotę życia.