O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

sobota, 03 stycznia 2009

Uduszę młodego. Powinien dawno słodko spać, wtulony w ukochanego misia. A gadzina jedna stale wyłazi - mama, skarpetki, siusiu, kupka, tata poczytaj, mama stań na głowie. Cholera jasna, o tej porze dzieć ma spać i kropka!!!!

piątek, 02 stycznia 2009

...to zajęcie Szanownego Małżonka. Zwaliłam na niego tę radosną fuchę na etapie odcycowania - mnie by sie nie udało wytłumaczyć, że bar zamknięty, a u taty baru po prostu nie ma i po temacie. A poza tym, panowie mają mało czasu dla siebie, bo M dużo pracuje, więc te pół godziny jest tylko ich. Zawsze znajdę jakieś wytłumaczenie, prawda? A dzięki temu ja sobie spokojnie stukam w klawiaturę i nie muszę tłumaczyć malcowi, że pora spać.

Mam ochotę powydawać pieniądze. Co jakiś czas tak mi się zbiwera i poszłabym na ciuchy, kosmetyki, albo do księgarni, wszystko jedno. Nawet spożywczy może być. Ale się nie da..... W takim nastroju lepiej siedzieć w domu.

czwartek, 01 stycznia 2009

Przetrwaliśmy sylwestra. To najważniejsza informacja. Pies, jak co roku na prochach - naćpany równo, ale i tak się trząsł jak świńskie nogi w galarecie. kot nieco spokojniej, ułożył sie na swoim ulubionym kawałku podłogi przy drzwiach i generalnie miał pod ogonem wszystkie hałasy. Dzieć - najpierw na spacerze się wystraszył. Spacer był niezbędny, bo trzeba było wyjść z psem, zanim zaczną strzelać na dobre i wynieść śmieci. Potomek na początku marudził i się bał, ale jak mu wytłumaczyłam, że te śliczne iskierki na niebie są nieodłącznie związane z bumbumami, to zaakceptował - zażyczył sobie wzięcia na ręce i z bezpiecznej kryjówki maminych ramion rozglądał się za iskierkami. Doszło do tego, że musiałam mu obiecać, że go obudzę o północy, bo wtedy będzie dużo iskierek.... W tym celu M nastawił budzik - padłam jak pies Pluto, jedna lampka grzańca spowodowała, że zachrapałam niczym starszy sierżant sztabowy. Ekonomiczna jestem, odrobina alkoholu wystarczy, żeby mnie uśpić. Wracając do tematu - budzika też nie usłyszałam, rozczmuchałam się, jak panowie stali w oknie i podziwiali iskierki. Mały tak sie cieszył... Kto by pomyślał, że kilka godzin wcześniej tak bardzo sie bał.

Kolejny raz widać, że wiele problemów wychowawczych można rozwiązać zupełnie łatwo, tylko trzeba reagować od razu i inteligentnie. (ach, jaka ja jestem genialna, nieprawdaż?)

Poklepałam sie po plecach, ale stale dochodzę do wniosku, że proste sposoby mogą niezmiernie ułatwić wychowywanie dziecka - tylko trzeba najpierw trochę pomyśleć, a potem chcieć poświęcić maluchowi odrobinę uwagi i serca. Ileż problemów "ryczących" rozwiązałam pytając Piotrka - ok, stary, o co ci chodzi? nie chcesz tej czapki? Proszę bardzo, możesz włożyć tę drugą. I wrzask, który pierwotnie był na temat - nie chcę żadnej czapki, odpowiednio skanalizowany tracił impet. Bo mnie naprawdę wszystko jedno, którą czapkę on włoży, byle włożył. A jak mógł wybrać, to czuł, że od niego coś zależy, ktoś się z nim liczy i w ogóle jest ważny.  Bo jest ważny. Dla mnie najważniejszy na świecie. Ale to nie znaczy, że pozwolę mu na wszystko. Wręcz przeciwnie, z miłości będę go uczyć, że są granice, pewnych rzeczy się nie robi, i trzeba zwracać uwagę na innych,a nie tylko na czubek własnego nosa.

Jak co roku, rzucam bluzgami pod adresem jednego sąsiada. Bydlak głupi odpalił parę lat temu petardę pod nosem naszemu psu. Dowcip przedni, nieprawdaż? I suczydło kochane, które się wcale nie bało huków, teraz ze strachu by wlazło pod wannę (nie da się), albo przynajmniej za szafę (jak wyżej). I co roku, żeby jej ułatwić przetrwanie tej nocy, muszę ją szprycować ogłupiaczem. Mam wyrzuty sumienia, jak widzę, jak jej się łąpy plączą, ale bez tego to byłoby jej jeszcze trudniej...

Summa summarum, okres świąteczny za nami, obżarstwo sie skończyło. I dobrze, i tak jest mnie o 1,5 kg więcej niż przed świętami. Mogło być gorzej. Teraz wracamy do normalnych zwyczajów żywieniowych. Bilans otwarcia roku wynosi ...8,2 kg. Pierwszej cyfry nie zdradzę, pozostanie moją słodką tajemnicą. I tak jest to o dychę mniej niż przed ciążą.  W ten sposób będę miała zanotowany stan z początku roku  i wreszcie nie zgubię kartki z tą cenną informacją... Jakoś zawsze mi znikają. Freudowskie czynności omyłkowe, czy co?...

sobota, 27 grudnia 2008

Codziennie włos mi dęba staje. A że długi, to się trudno zmieścić w drzwiach - no bo jak włosy dęba , to pół metra więcej mam od razu i drzwi za niskie...

A wszystko przez potomka, jak zwykle. W końcu od czego są dzieci - żeby straszyć rodziców i zwalać na nie winę.

Potomek bystry jest nadmiernie. Kumaty takoż. Rozumie wszystko - skomplikowane polecenia, wywody filozoficzne, dowcipy - no, wszystko.

I tak jakoś mi sie przypomniała moja była koleżanka. Była, bo po świństwie, jakie zrobiła mojemu Małżowi (kant na tle zawodowym), obraziła się i przestała odzywać, jak ją zapytałam, czy uważa, zę postąpiła właściwie.

ALe ja nie o tym. Otóż owa koleżanka, lekarz i psycholog z wykształcenia zresztą, wygłosiła kiedyś teoryję, po której kapcie mi spadły, a szczękę zbierałam z podłogi. Otóż wedle tej doświadczonej niewiasty Z DZIEĆMI DO 10-12  ROKU ŻYCIA NIE MA KONTAKTU!!!!!. A ja z PIotrusiem kontakt mam od początku. To co, on nieprzeciętnie inteligentny, ja wyjątkowo utalentowana wychowawczo, czy... Trzeciej opcji nie wymienię, aczkolwiek ciśnie mi sie na usta.

Swoją drogą, jak już mi sie zebrało na wspominki - jakie ochrzany zebrałam od co poniektórych, jak powiedziałam po raz pierwszy, zę Piotrek idzie do żłobka... Bo dziecko do 3 roku powinno siedzieć w domu z matką i koniec. Każde, bez wyjątku. To mi tłumaczył pan ginekolog, który może był dobrym ginekologiem, ale o dzieciach pojęcie miał blade. Taki więcej konserwatywny, później odmówił wypisania mi tabletek antykoncepcyjnych z powodów religijnych. A ja  wiem, zę są dzieci, dla których żłobek nie jest dobrym pomysłem, i są takie, dla których jest świetny. Piotrek należy do tej drugiej grupy. Dwa lata ze mną przesiedział w domu, a potem po prostu zaczął potrzebować towarzystwa rówieśników.W żłobku jest mu znakomicie, biegnie tam z radością, wraca roześmiany. Ciocie są bardzo troskliwe, rozsądne. I nie jest to żadna prywatna inicjatywa, najzwyklejszy państwowy żlobek i już. A jest super. Aż mam dylemat, bo planowaliśmy puścić Pietruszka do przedszkola od przyszłego roku - będzie miał prawie trzy lata, ale może jeszcze zostać na rok w żłobku. Przedszkole dobre mamy pod oknem, do tego za dwa lata chcemy mu zafundować siestrzyczkę (albo braciszka), więc nie wsyzstkie stresy na raz. Ale ten żlobek jest tak fajny..... Kurczę, i co tu zrobić?????

 

wtorek, 23 grudnia 2008

Nareszcie. Po raz pierwszy w swej karierze żłobkowicza (czyli od września) Pietruszkowi udało sie pójść piąty dzień z rzędu do żłobka - do tej pory zawsze się już zdążyło przyplątrać jakieś choróbsko. Mam nadzieję, zę to może oznaczać koniec sezonu chorowania co chwilę. Oby, bo naprawdę mam już dość. Do tego zaraz po Świętach zaczynam staż kliniczny i będę miałą zajęcia codziennie, a nie jak dotąd 3 razy w tygodniu, co gwałtownie komplikuje sprawę opieki nad chorowitkiem.

Nic, bądźmy dobrej myśli.

Piotrusiu, dziękuję za ten prezent!!!!!!!

niedziela, 14 grudnia 2008

Potomek mnie uwielbia. Niby nic dziwnego w tym wieku - dwulatki tak mają. Ale okazywanie szacunku poprzez całowanie matki po stopach to sie już rzadko zdarza :). Pojęcia nie mam, dlaczego, ale młody uwielbia jak nosze rajstopy. Takie zwykłe, cienkie. Skarpetki też mogą być, byle był ten rodzaj materiału, zwykłe  bawełniane go nie ruszają. A jak mam rajstopy, to sie przytula do moich stóp, całuje, głaszcza... Czasem łaskocze (paskud jeden, wie już, ze tam mam łaskotki)...

Ciekawe, skąd mu sie to wzięło?????

Swoją drogą, facecik jest cwany. Małż siedzi i go usypia, a Piotrek ma swoje zdanie na ten temat. Ćwiczymy już spanie bez szczebelków w łóżeczku i zwykle działa.  A dzisiaj jakoś nie bardzo, dziecko po prostu nie zamierza iść spać i tyle. wylazłby najchętniej i pobrykał. Ojciec z całą powagą zapowiada, ze jak Piotrek dotknie stopami do podłogi, to tata wyjdzie z pokoju. Zwykle taka groźba skutkuje. A dziś?  Kochane maleństwo odwróciło się i wylazło łapkami i dziobem do przodu....

 

czwartek, 11 grudnia 2008

Szpital.

Poranna odprawa.

Jeden z lekarzy przedstawia dane z karty pacjenta przyjętego poprzedniego dnia. Mamrocze okropnie, nie da sie zrozumieć.

ordynator w końcu nie wytrzymał i pyta:

- czemu pan tak  niewyraźnie, nic się nie da zrozumieć?

- Bo tu jest , kurde, tak niewyraźnie napisane....

 

Kurtyna, oklaski.

wtorek, 09 grudnia 2008

Łoże małżęńskie jest iejscem bezpiecznym, przyjemnym i w ogóle same zalety. Tylko ciasno jakoś... Małżon zajmuje przysługującą mu połówkę z całą godnością. Reszta dla mnie... No, czasem jeszcze przytuli sie tam pies... Pies nieduży jest, ot, trochę większy od jamnika, taki wyżeł kabacki (dla niewtajemniczonych, pysk wyżła, reszta całkiem nie, urodziła sie na działkach za lasem Kabackim). Czasem, czyli co noc. I jeszcze dzieć - na razie też nieduży, poniżej metra, około 14 kg. O różnych porach nocy przyłazi. I jeszcze czasem (alee to już naprawdę rzadko) kot. Kot jest duży jak na kota, ale w końcu to nie tygrys, prawda? raptem 7 kilo  kota. Więc to wszystko sie upycha na mojej połówce (małża nie da sie ruszyć).   Czasem marzę o przytulnej wycieraczce. I cieszę się, zę nie mamy papugi...

A pomysł zakupu większego ŁM (Łoża Małżeńskiego)  nie wchodzi w grę. po pierwsze, nie ma kasy, po drugie, nie ma miejsca.

Do kitu.

poniedziałek, 08 grudnia 2008

Piotrek ćwiczy słownictwo. Zbitki sylab, nowe słowa, w ogóle gada jak nakręcony. Sęk w tym, ze niektóre zbitki mają swoje znaczenie, czego on na razie jest na szczeście nieświadomy. Ostatnio pokochał sylabę "pa",powtarza jąw różnych konfiguracjach, samodzielnie albo dokłada do niej różne przedrostki - między innymi "du", "ku","ci"... Z jednej strony wszystko sie we mnie buntuje, jak słyszę takie słownictwo, z drugiej wiem, zę jedyne co mogę to przeczekać, nie reagując. Jeśli on sie orientuje, ze to dla mnie ważne, to przegrałam z kretesem. A czasem to po porstu chce mi sie śmiać, ale to też do bani pomysł.

Ech, wychowywanie małego dziecka może być trudne, uciążłiwe, męczące... Ale na pewno nie jest nudne :)))))

sobota, 06 grudnia 2008

Komentarz do poprzedniego wpisu - wrócił lekko wątpliwy, więc go w piątek zatrzymałam.

Za to tydzień później wrócił już całkiem niewątpliwie chory - 37,8, popłakuje. Od pani dr naszej dostaliśmy skierowanie do laryngologa na cito, bo jej sie ucho nie podobało. Niestety pani laryngolog okazała sie gorzej niż głupia - stwierdziła, ze to tak zwane "ucho kataralne", poboli dwa dni i przejdzie. Psikać do nosa wodą z solą morską i miedzią i będzie ok.  Dzś Piotrek mi cały dzień płakał, że boli, więc w końcu olałam dobre rady pani laryngolog i pojechałam z nim na dyżur. I chwała Bogu, trafiliśmy na bardzo sensowną pediatrę. Obejrzała Piotrka, stwierdziła, że w oskrzelach mu już gra, gardło paskudne, uszka oba zajęte... nie wiem, jak wczoraj laryngolożka tego nie widziała. Dwie godziny po podaniu leków Piotrek brykał, gadał, rysował, skakał po łóżku i w ogóle było to zupełnie inne dziecko, niż ta zapłakana kupka nieszczęścia.

Medycyna to jednak jest sztuka, jak sie rzemieślnik za to bierze, to tak wychodzi....

czwartek, 27 listopada 2008

niesamowite, jak z odpowiedzi na kilkaset idiotycznych pytań wyciągnąć kopę informacji o człowieku. Siedziałam dziś i dłubałam przy testach pacjentów. Co prawda wolę prace z pacjentem, niż z papierkami, ale to jednak kopalnia informacji.

Za jakieś półtorej-dwie godziny chwila prawdy. Czy moje dziecko przekroczy magiczny czwarty dzień i jutro pójdzie znowu do żłobka, czy znowu przyniesie jakiegoś wirusa? Miło by było, gdyby sie wreszcie uodpornił troszeczkę...

Święta sie zbliżają, po raz pierwszy od dawna poszłam do empiku. księgarnie omijam z zasady, bo potrafię tam zostawić znacznie więcej kasy niż w sklepie z ciuchami. I oczywiście wyszłam z bólem serca, książek, któe bym chciała mieć jest cała sterta. Nic to, prezenty sugerowane dobra rzecz :)

sobota, 22 listopada 2008

Duża rodzina fajna jest. To jest motto dzisiejszegowpisu.

Duża rodzina ma to do siebie, ze zawsze znajdzie sie  ktoś sympatyczny, ktoś, kto wie coś na potrzebny temat, ktoś, kto ma  i może pożyczyć poszukiwaną książkę, ktoś w moim wieku, z kim można pogadać... I tak dalej. A do tego jest mnóstwo śmiechu, jak sie zacznie ledzić pokrewieństwa i nagle okazuje sie, ze kuzynka starsza o dwa lata ode mnie jest pokoleniow licząc moją ciotką. Moja najmłodsza kuzynka (z mojego pokolenia) ma obecnie około pół roku - czyli mój syn ma ciotkę młodsza od siebie :)

Tak mnie jakoś naszło na rozważania rodzinno-filozoficzne, bo przyjechała ciotka z Luksemburga, babcia tej mojej najmłodszej kuzynki.  Bardzo ją lubię, z racji odległości rzadko widuję, najwyżej czasem dzwonię.

W ogóle rodzina rozpirzona po całym świecie, tylko niestety bilety lotnicze drogie... A tak fajnie byłoby spędzić urlop w Australii, RPA, Włoszech, Francji, Kanadzie, Brazylii, Holandii, Szwajcari czy gdzie tam jeszcze. Ale czasem się daje zobaczyć i wtedy języki bolą od pytlowania :)))

piątek, 21 listopada 2008

Młodociany zaczyna gadać. Fajnie to brzmi, na razie poza mną i Małżem to mało kto coś zrozumie, ale nie o to chodzi. Jedną z ulubionych rozrywek młodocianego jest wypatrywnie samochodów. A jak widzi toyotę (najlepiej ten model, co nasza) - to piszczy z radości i drze się "mama, mama". Ostatnio powstało nowe słowo - mianowicie toyota to jest uja. Pozostałe marki są w tyle, ale kilka następnych też już zaczyna nazywać sam.

Ani chybi rośnie nam rzeczoznawca samochodowy :)

wtorek, 18 listopada 2008

Wydzwonili mnie ze szpitala, jak byłam w połowie opisywania wyników testu pacjenta. Piotrek ma 38,8, czy może pani przyjechać i go zabrać do domu. pewnie, ze mogę, sprintem do metra, do domu, łapać samochód i do żłobka.

Cholera, czy on kiedyś pójdzie 5 dni ciurkiem, czy już zawsze będzie tak - 4 dni w żłobku i 2 tygodnie w domu??????

poniedziałek, 17 listopada 2008

Piotrek do żłobka, ja do szpitala, Małż do roboty. W szpitalu  - jak to na psychiatryku. paru nowych pacjentów, standardowe problemy z fumami NFZ - ostatnio z radością dowiedziałam się, że jak na recepcie lekarz napisze PESEL pod nazwiskiem i adresem, to jest ok, a jak nad, to jest to ciąg nic nie znaczących cyferek i NFZ odmawia refundacji. Paranoja.....

Do żłobka należy dostarczyć klej brokatowy. Zachodzę w głowę, ki diabeł, otatecznie klejem sie przykleja coś do czegoś, to po grzmota w środek brokat? Ale jak mus, to mus, poszukamy.

Pies znowu zeżarł kanapki młodego. Ciekawe, czyy ta głupia suka nauczy sie kiedyś, zę za taki numer ląduje sie w kagańcu. Przecież nie z głodu to zrobiła, zwłaszcza, zę michę dostała pięć minut wcześniej.

Jutro próba ogniowa. Piertruszek od września chodzi do żłobka, ale choruje stale i dłużej, niż cztery dni to nie był. Jutro będzie czwarty - pytanie, wróci z gorączką, czy nie???

poniedziałek, 10 listopada 2008

tym razem tylko na chwilę. Powinnam czytać o schizofrenii paranoidalnej (juz przeczytane i wynotowane co trzeba), hebefrenicznej ( w trakcie), katatonicznej i inne takie kwiatuszki. NIe idzie jak cholera, dużo tego jeszcze przede mną, a na sobotę musi być wstukane. A ja mam cholerne kłopoty ze skoncentrowaniem sie na tym, zwłaszcza, jak widzę, ile jest do zrobienia w domu. Ale póki Piotrek śpi, to powinnam korzystać z okazji, bo uczenie się, jak on mnie ciągnie za rękaw niestety nie wchodzi w grę.


szkoda, że informacje o lekturze na zajęcia wysłano na tydzień przed faktem, jakby było wiadomo wcześnie, to można by sobie rozlożyć i byłoby łatwiej. Wniosek: przycisnąć o lektury na następne zajęcia, żeby znowu nie wysłali na pięć minut przed dzwonkiem.

 

To żegnam państwa i wracam dzięciolić.

niedziela, 09 listopada 2008
 Kurczę, żałuję, ze nie wpadłam na ten pomysł juz dawno.
A właściwie, to gdzieś  tam mi kiełkował, ale jakoś nie
miałam do tego przekonania. A bo tak mi głupio
upubliczniać siębie, a jak długo będzie mi się chciało  pisac...

Tysiąc powodów, każdy dobry i każdy bez sensu.
A teraz żałuję. Tyle drobiazgów mogłam uchwycić, zapisać. 
Teraz pamiętam tylko niektóre, te co weselsze.
A najdrobniejsze, wywołujące ciepły uśmiech na  twarzy - przepadły...
Ale pamiętam, jak czternastomiesięczny Piotrek  został 
nakryty, jak wytaszczył z kuchni swoje krzesło, przyciągnął
je do drzwi wejściowych, wlazł i zaczął  otwierać górny zamek. 
Albo jak w przeddzień imienin - 28 czerwca 
dwudziestomiesięczny mały cwaniak zamknął rodziców na balkonie. 
Przerażenie M, że mały coś sobie może zrobić, 
a my nie mamy jak się do niego dostać i moja głupawka z 
powodu operatywności  potomka. Telefon do rodziców (M na 
szczęście miał komórkę w kieszeni...) - przyjedźcie i weźcie
klucze, a potem tłumaczenie małemu, że ma przynieść stołek
z łazienki, wejść, przekręcić klamkę  od drzwi... I gdy już się
wydawało, że się udało, Małż powiedział mu, żeby zszedł ze stołka,  
żeby móc otworzyć drzwi - ten mały ancymon przytrzymał się 
klamkę, przekręcił ją i zamknął nas z powrotem... I apiać  od
początku. Ale w końcu nas wypuścił.  
Tylko co będzie dalej, jak on już zaczyna internować rodziców???
Wycieczki do Łazienek - początkowo jak wiewiórka podchodziła, 
to emocje były tak  wielkie, że Pietruszek piszczał na sam widok
zwierzaka. Kiedyś wiewiór już podchodził, gołąb się czaił z
drugiej strony, a jak mały pisnął, to oba zwierzaki  podskoczyły
z przerażenia i zderzyły się w powietrzu, co oczywiście spotęgowało 
ich stres.
A teraz - wiewiórki  i pawie karmi sam, bez wspomagania, z 
sikorkami trochę  gorzej, ale też siadają na łapce - tylko trzeba
siędzieć u mamy na kolanach. 
 Kilka miesięcy, a jak to się zmienia....     
piątek, 07 listopada 2008

Młody zaczyna mówić. W sumie już czas, ma skończone dwa lata. Tworzy rozmaite dziwolągi - "k" i "t" dla niego brzmiątak samo.

W rezultacie ostatnim hitem jest słowo "kakuś" pilnie ćwiczone przez Pietruszka. Kakuś to oczywiście tatuś, co wzbudza nasz duży entuzjazm, zwłaszcza, ze nie wiadomo czemu, ale grubsza sprawa pieluchowa określana jest mianem "kaka". Z francuska, a co. nie wiem, skąd to podłapał, bo ja przy nim nie gadam po francusku - nie mam tu nikogo kto by to zrozumiał.

Tak czy inaczej, słownictwo sie wzbogaca. Pytanie, kiedy zacznie kląć...

 

 

 

czwartek, 06 listopada 2008

Nosiłam sie z pomysłem od jakiegoś czasu. Zobaczymy, jak długo bede pamiętać... Ale co tam, najwyżej przestanę pisać, prawda?

Dziś o mały włos nie udusiłam potomka. Potomek sie nudził. Lekarz zalecił wstrzymanie się z powrotem do żlobka, więc kisimy się w domu, ja ledwo łażę (niech żyją psie zabawki porozrzucane tu i ówdzie...), smarczemy oboje, pogoda jaka jest, każdy widzi. Słowem, nie ma warunków do wyjścia i już. Ale co robić z energicznym dwulatkiem, który nie chce, żeby mu czytać, rysowanie mu sie znudziło, klocki są be... Najpiękniejsze chwile to te, kiedy idzie spać.

Wniosek jest jeden - szybko wyzdrowieć i młodociany do żłoba a ja do roboty, zanim uduszę dziecko albo męża (bo przypadkiem nawinie sie pod rękę).

 

1 ... 81 , 82 , 83 , 84 , 85