O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 15 lutego 2009

Walentynki za nami - i dobrze. NIe lubię tego komercyjnego i plastikowego święta. Uważam, zę okazywanie sobie uczuć i miłe gesty nie powinny być ograniczone do jednego dnia w roku, a jeśli trzeba o tym komuś przypominać rekalmą telewizyjną, to zastanawiam się nad rzeczywistą temperaturą jego uczuć....

Jeden raz walentynki były dla nas świętem szczególnym - i do tej pory wspominanym zsentymentem. ALe to był zbieg okoliczności, zę akurat wtredy przypadkiem był 14 lutego. Każdego innego dnia takie wydarzenie też byłoby równie ważne. Trzy lata temu w walentynki o świcie (przynajmniej z punktu widzenia małżą) powiedziałam mu, zę będziemy mieli dziecko.  Zorientowałam się poprzedniego dnia,m i uznałąm, że zazekam te parę godzin z informacją, skoro już tak się zbiegły terminy. Teraz Piotrek siedzi obok i się bawi, a małżonek wczoraj zapytał (z nadzieją w głosie?) czy przypadkiem nie kupić mi testu ciążowego - ma nadzieję na powtórk? Prawdę mówiąc, ja też, ale raczej za rok. MOże się uda też tak ładnie z datami?

Za to wczoraj w ramach rozrywek towarzyskich poszliśmy na kolację do znajomych - żałuję, zę nie wzięłąm aparatu fotograficznego. Piotrek łaził po J., rzucał do niego piłką, Pełnia szczęścia. Co prawda kolacja walentynkowa w towarzystwie teściowej honoris causa nie jest typowym rozwiązaniem, ale jako sie rzekło we wstępie, walentynki jako takie czniam i tniutniam. Termin taki dlatego, zę akurat przyjechał na dwa dni do Polski jej syn A teściowa h.c. jest pomysłem znakomitym - oboje bardzo ją lubimy, mogliśmy sobie sami wybrać... Super rozwiązanie, polecam wszystkim.

W przyszłym tygodniu mamy wizytację z parafii. Kolęda, znaczy się. Mój entuzjazm jest ograniczony. W naszej parafii - chodziłam gdzie indziej. bywam rzadko - ja jestem typem buntowniczym, więc często robiłam tak, zę parafia oficjalna sovbie, a ja sobie nie lubię, jak mi sie coś narzuca, Równocześnie lubię dyskutować. I czaję się na to spotkanie. Zresztą, zależy, jaki ksiądz przyjdzie. Dwa lata temu przyszedł bardzo fajny - akurat byłam sama w domu, małż jeszcze nie wrócił z pracy, a ja miałam na ręku (i przy cycu) miesięcznego Piotrka. NIe speszył się na ten widok, tylko spokojnie stwuierdził, żę mam zajęte ręce, a Piotrek mnie bardziej potrzebuje, więc darujemy sobie modlitwę, bo w końcu to nie formułka jest najważniejsza, tylko myśl. I pogadaliśmy sobie bardzo fajnie. Za to rok temu był jakiś drętwus. Pouczył nas sztywno, zę powinniśmy zainteresować się własną parafią - nie podobało mu sie, zę chodzimy (jeśli w ogóle) do sąsiedniej, zapytał okasę - nie daję z zasady podczas kolędy, a w ogóle jak ktoś  się nachalnie domaga, to ja się wkurzam. Zresztą, wtedy było bardzo cienko ( i nadal jest), ja robię staże niezbędne do rozpoczęcia pracy, ale za staż to mi nikt nie płaci i nie zamierzam finansować parafii, w któej nie bywam, gdzie kościół mi sie nie podoba - kiedyś był piękny, z surowej cegły, ale opacykowali, ozdobili i wygląda teraz jak bomba w torcie Kazania też mi sie nie podobają - długie i przegadane A u sąsiadów - dookładnie odwrotnie, na dokładkę mają świetną organistkę. Zobaczymy, jak to będzie. Najbliższą wizytę w kościele parafialnym planuję w maju na ślubie kuzynki. Raczej nie wcześniej...

 

No, to sobie pogadałam. Małż spał, nie było do kogo dzioba otworzyć - niech żyje blog!!!!!

 

 

niedziela, 08 lutego 2009

Doszłam do wniosku, zę uprzejmie by było wyjaśnić, czemu blog ma tytuł zastępczy Bo nie jest to tylko i wyłącznie kwestia mojego lenistwa intelektualnego (aczkolwiek oczywiście tego się nie będę wypierać, bo ci co mnie znają i tak nie uwierzą). Historia tematów i tytułów zastępczych jest jednak nieco bardziej skomplikowana.

 

Wiąże się to z moją przyjaciółką  - A. ,jeszcze z czasów podstawówki. Otóż owa przyjaciółka też lubiła zastępować różne rzeczy. Kiedyś  (chyba w ósmej klasie) jak jechaliśmy na obóz w Gorce, zabrałą konserwę w opakowaniu zastępczym. To jeszcze były czasy, kiedy jedzenie na dwa tygodnie brało się ze sobą, dokupując po wsiach tylko chleb i jakąś zieleninę - nie to co dziś. Wracając do owej konserwy. Opakowanie zastępcze głosiło, iż w środku jest  mielonka z dżdżownicy - oraz informacja, zę jest to opakowanie zastępcze, data przydatności do spożycia i inne takie. Jak ta puszka posżła do kotła, to jedna z koleżanek, taka bardziej ę ą i obrzydliwa nie jadła obiadu... A przyjaciółka, która etykietę zastępczą pacowicie drukowała  w domu na drukarce igłowej, zwijała się ze śmiechu. Ja też. Na usprawiedliwienie koleżanki można powiedzieć, że nie były to czasy, kiedy każdy miał w domu komputer, a drukarkę to już w ogóle ho ho ho... 

Kolejny numer A. związany również z zastępstwami miał miejsce w liceum. Polonistka zadała nam w charakterze pracy domowej napisanie felietonu. Temat dowolny, wymyślcie sami. No to A. napisała felieton na Temat zastępczy...  Mnóstwo tam było cudności różnych, najbardziej mi utkwił w pamięci fragment o neologizmach, kalkowaniu słów z innych języków i używaniu spolszczonych terminów branżowych, zwłaszcza informatycznych. Pytanie, jaki może być sensowny zamiennik słowa interfejs  - bo będące dokładnym tłumaczeniem międzymordzie jakoś nie bardzo pasowało.. A wszystko dlatego, zę polonistka miała kota na punkcie poprawnej polszczyzny i obie z A miałyśmy świetną rozrywkę z udowadniania jej, że są sytuacje, kiedy po prostu się tak nie da. Inna sprawa, ze tak poza tym, to obie zawsze bardzo zwracałyśmy uwagę na poprawność i elegancję języka. A. dziś jest tłumaczem...

 Tak a propos spolszczania terminów. Analogiczna sprawa, tylko terminologia żeglarska. Jest takie coś, jak saling. Dla nieżeglarzy wyjaśnię, że jest to kawał patyka prostopadły do masztu, dość wysoko, służy do rozpierania want (stalówek biegnących od szczytu masztu do burt). W dawnych czasach generał Zaruski  - jeden z ojców polskiego żeglarstwa - postanowił spolszczyć teminologię, jako że faktycznie w tej dziedzinie ogromna większość nazw pochodzi z angielskiego, niemieckiego lub holenderskiego. Saling dostał nową nazwę - rozpier, zgodnie ze swoją funkcją. A na większych jednostkach bywa czasem saling górny i saling dolny...  I tak zostaliśmy przy pierwotnej terminologii :).

Swoją drogą, muszę pokopać w papierach, bo ten felieton A. to ja gdzieś mam - poczytam sobie, pośmieję się i powspominam stare czasy... JAkie my wtedy mądre i błyskotliwe byłyśmy, niektóre moje wypracowania naprawdę były inteligentnie napisane. Szkoda, że mi to z wiekiem minęło...

czwartek, 05 lutego 2009

Mam staż. Grupa terapeutyczna.

Wczoraj - zajęcia z psychorysunku. Omawiamy jedną z prac, postać mężczyzny. I komentarz pacjenta: Początkowo chciałem narysować, pana, panie Adamie (to do prowadzącego terapeuty), ale potem sobie przypomniałem, że to miała być postać mężczyzny.

 

W ogóle jest wesoło, bo terapeuci służą między innymi jako obiekty, na których można ćwiczyć wyrażanie złości, więc takie kwiatki się powtarzają częściej...

 

A poza tym, to znowu jestem chora i w związku z tym korzystam z ciszy i spokoju w domu i idę spać Na jutrzejsze kolokwium nauczę się później - albo i nie. Dobranoc.

poniedziałek, 02 lutego 2009

Małż wyszedł wieczorem na spacer z psem. Rzecz zwyczajna, wychodzą co wieczór, chyba, ze akurat ja wyjdę. Wtedy nie wyszłam.

Zwykle łażą długo.

Wrócili po 10 minutach. Małż targa w objęciach jakąś torbę i jeszcze karton. I wyraźnie jest zły. No to zapytałam, o co się tak wkurzył.

Okazało się, że ktoś widocznie robił porządki w bibliotece domowej i całą masę książek uznał za zbędną. Jego prawo. Ale już niekoniecznie musiał je pirzgnąć  w śmietniku na błotnistą podłogę, można to było jakoś spakować. Ale się nie chciało. Może nie pasowały do mebli, a była to jedyna ich funkcja w tamtym domu? Nie wiem, historia milczy na ten temat.

W każdym razie małż zanurkował w śmietniku i w efekcie tegoż przybyło nam parę dobrych pozycji na półce:

 

Krystyna córka Lavransa - Sigrid Unsted, którą bardzo lubię, 

 Targowisko próżności  - W. Thackeray

Buddenbrokowie - T. Mann

Piotr I - A. Tołstoj

Kartka miłości - E. Zola

Opium w rosole - M. Musierowicz - mój egzemplarz był już dokumentnie zaczytany

Dolina bez wyjścia - Thomas Maine Reid, 

pogromca zwierząt - J. F. Cooper

 i jeszcze Colette, Iłłakowiczówna i jeszcze trochę innych. Oczywiście było tam trochę badziewia, któe wróci pod śmietnik, ale porządnie, w torbie - jak się znajdzie jakiś wielbiciel Putramenta, to nie będzie musiał go wyciągać z błota.

 

 Za to ostatni tydzień upłynął nam pod hasłem pogrzebów - najpierw zmarł Wuj  - w USA, więc tutaj była msza za jego Duszę, równocześnie z pogrzebem w Waszyngtonie.

Parę dni później zmarła Ciocia  - pogrzeb tego samego dnia, co msza za Wuja, tylko parę godzin wcześniej.

To było w piątek, a dziś był jeszcze pogrzeb Cioci małża - tyle, że w Łodzi - czyli potomka o świcie do żłobka, w samochód, dojechaliśmy na styk, potem spotkanie rodzinne - prawie zupełnie sympatyczne (mili ludzie, z jednym wyjątkiem....) i z powrotem w samochód. A ja nienawidzę prowadzić po zmierzchu....

 

Do tego młodociany wpakował sie nam do łóżka o 2.30 , i od tej pory nie udało mi sie już zasnąć, bo miałam kompletnie zapchany nos i zawalone gardło.

 

W związku z tym informuję miłych czytaczy (o ile ktoś tu w ogóle zagląda), że padam na dziób i idę spać. Dobranoc.

 

 

 

sobota, 24 stycznia 2009

Dialog Małża z Potomkiem:

- Piotrusiu, nie wyspałem się dzisiaj, ktoś się strasznie rozpychał w łóżku. NIe wiesz przypadkiem , kto?

- Gusia - odpowiada dumnhie malec, który w środku nocy wpakował się nam do łóżka. (Agra, zwana Grusią, to nasza psica)...

 

Zwierzaki są po to, żby mieć winnego pod ręką...

piątek, 23 stycznia 2009

Robiłam pomoidorówkę. Ukochana zupa moich chłopaków, jak jest, to mogę już nie gotować drugiego. Otworzyłam słoik z koncentratem, a tu zonk! pleśń. Sprawdziłąm datę przydatności - jeszcze ho ho i kangury. No to się zjeżyłam i napisałam maila z reklamacją do porducenta, niech sobie nie myślą. A co. Trzeba przyznać, skontaktowali się błyskawicznie, pan bardzo miło przeprosił i powiedział, że chciałby w ramach rekompensaty podrzucić parę drobiazgów...

Parę drobiazgów oznaczało:

kalendarz -notes

kalendarz ścienny

blok na biurko do mazania notatek, z przeznaczeniem dla naszego dziecia - usłyszał go w tle, jak rozmawiałam

10 puszek warzyw konserwowych różnych

musztardy różne - też kilka rodzajów

sok pomiodorowy

koncentrat pomidorowy

keczap

ogórki konserwowe

paprykę w słoiku

i coś tam jeszcze, nie pamiętam. W sumie jak wrzucał kolejne słoiki do siaty, to mi się oczy robiły coraz większe.... tyle tego, że sama nie byłam w stanie dygnąć torby - też dostaliśmy, porządna zakupowa.

Trzeba przyznać, że firma się zachowała. A ja mam musztardy na pół roku....

 

czwartek, 22 stycznia 2009

Świt. Zadzwonił budzik. Zgasiłam go szybciutko, zanim się dzieć obudzi, i poczłapałam do łazienki. Chlapię się radośnie pod prysznicem,  a tu nagle jakieś podejrzane dźwięki słychać. Jakby... chrobotanie klucza w zamku? Wychynęłam z kabiny, sprawdzam klamkę. Zamknięte na głucho...

Co sie okazało. Potomek sie obudził. Wlazł do łazienki i wyciągnął z szafki dyżurny klucz. Wyszedł, zamknął za sobą drzwi - fajnie, że zapamiętał, od jakiegoś czasu usiłuję go tego nauczyć. A potem zamknął drzwi dokładniej, na klucz. A ja w środku, goła i mokra. Małż śpi snem sprawiedliwego. Ja muszę lecieć do pacjentów... No to sugestia do synka - obudź tatę. Już po chwili rozlegają się radosne okrzyki: Kakuś, kakuś!!!. I gniewny pomruk spod poduszki. Jak się przyłączyłam do  synka, to małżonek nieco oprzytomniał. Poprosiłam ładnie, żeby mnie wypuścił...

A wszystko przez to, że nasz zamek w drzwiach do łazienki lubi stroić fochy i zdarza mu sie samoistnie zatrzasnąć. Więc stąd klucz w szafce, żeby ofiara mogła sie wydostać o własnych siłach bez demolowania mieszkania.

I co ja mam zrobić? Jak miał 20 miesięcy, zamknął nas na balkonie. Teraz ma dwa lata i trzy miesiące - zamknął mnie w łazience. Całe szczęście, że nie mieszkamy z zamku wyposażonym w lochy, bo mogłabym osiwieć, zanim by mnie ktoś znalazł...

niedziela, 18 stycznia 2009

Jakoś tak mi sie zbiera co jakiś czas. Powspominam sobie, a co mi tam.

Jak pod koniec ciąży (na dwa tygodnie pred porodem) pojechałam na ślub kuzyna gdzieś na śląsk - z torbą szpitalną w bagażniku na wszelki wypadek, w eleganckiej jedwabnej kiecce (mojej mamy) i w domowych klapkach. Inne buty nie wchodziły w grę, miałam za bardzo spuchnięte stopy. Dojechaliśmy do tegoLublińca, lekko spóźnieni, dopadamy kościoła... A tam widok pod ołtarzem jakby nie pasujący,  więc szybkie pytanie do kogoś przy drzwiach - czy to Agata i Adam? nie!!!

no to szukamy właściwego kościoła...  W końcu znaleźliśmy, sympatycznie było. Ja z brzuchem wystającym na metr do przodu przynajmniej nie miałam problemu w kolejce - co kto zobaczył, to się odsuwał i zaczynał uważać, zeby łokciem nie przywalić...

Albo jak w dniu, na który miałam wyliczony termin, poszłam sobie na koncert Jacka Kowalskiego ... Wbrew pozorom nie był to aż taki idiotyzm, jak wygląda. Torba - w bagażniku. Obstawa - była, moi rodzice też się wybrali, małż zrezygnował, bo go strasznie głowa bolała. A w ogóle to dwa dni potem miałam umówioną cesarkę, a szpital był trzy ulice dalej, więc jakby co, to wiedziałam, że mnie przyjmą. (gwoli wyjaśnienia, cesarka ze wskazań, a nie z powodu moich fanaberii). KOncert fajny, przed był jeszcze jakiś kawałek artystyczny, więc siedzimy sobie z Jackiem i rodzicami i gadamy, i w pewnym momencie on się uprzejmie pyta, na kiedy mam termin. "na dziś" odpowiedziałam z radosnym uśmiechem. Lekko zzieleniał, ale go uspokoiłam, żę w razie czego po prostu szybko wyjdziemy, więc jakby z boku było jakies zamieszanie, to spokojnie, ja tylko rodzę...

A w ogóle, to co pomyślę o następnej ciąży, to mi jakoś bliźniaki nie chcą się odczepić... ciekawe, czy to ma być proroctwo? jak tak, to poproszę dwie dziewczynki!

środa, 14 stycznia 2009

chorujemy wszyscy. Młody najzdrowszy. nie mam siły sie z nim bawić, zajmować się, karmić, zmieniać pieluchy. NIepedagogicznie włączyłam mu telewizor, jak poprosił to jeszcze puściłam z dvd sceny z życia smoków i oddycham z ulgą, jak nie zawraca mi głowy.

sobota, 10 stycznia 2009

Ano właśnie.

Zaczęło sie od tego, że dzieć jest znowu chory, szlag by to jasny. Pogadałm z koleżanką, ktróra zasugerowała postawienie facecikowi baniek, dodając , żę może mi pożyczyć zestaw bezogniowych. Bo ogniowe posiadam, ale młody jeszcze nie miał stawianych i może sie wystraszyć. Ok, pognałam do koleżanki po bańki. Truchtem dopadam do wejścia do klatki schodowej, jakaś pani wchodzi przede mną i uprzejmie przytrzymuje mi drzwi. Uprzejmie podziękowałam, po czym popatrzyłam i trochę mnie zatkało. Ją zresztą też. to była ex mojego M. Kiedyś się ... przyjaźniłytśmy to za mocne słowo, powiedzmy, ze z nią i jeszcze dwiema dziewczynami tworzyłyśmy paczkę na studiach. Ona potem zerwała z facetem, każąc mu sie wynosić i nie wracać, i pech polegął na tym, zę on to wziął na serio. Jak sie okazało, ona nie. Niedługo po ich zerwaniu zaczęłam z nim chodzić (nie zerwali ze względu na mnie, jakby się kto pytał, ja sie pojawiłam później w tym równianiu). natomiast zanim oni sie rozstali obiecałam dziewczynom, zę mogę zorganizować latem metę w Paryżu, na dwa tygodnie - jak pojedziemy autobusem i weźmiemy żarcie to będzie w sam raz na studencką kieszeń. Potem się wszystko poplątało, ona zerwała, ja zaczęłam chodzić, przed wakacjami facet zdążył mi sie oświadczyć... Myślałam, że ona nie pojedzie. Jak się okazało, byłam w błędzie, pojechała. Nie odezwała się do mnie słowem przez całe dwa tygodnie. Przestała się odzywać gruntownie i na amen.

Czas mijał, z owym facetem jesteśmy prawie 10 lat po ślubie, mamy dziecko... I wczoraj się na nią nadziałam tak nos w nos. W pierwszym odruchu zachichotałam złośliwie, a potem zrobiło mi sie jej żal. Jak ktoś się tak zapieka w nienawiści, że po 10 latach nadal nie może odpowiedzieć na "cześć", choćby cedząc przez zęby, to jest bardzo smutne. Jej nie jest łatwo, ale do licha, sama sobie utrudnia... przywiązanie do nienawiści jest szkodliwe, to ona na tym cierpi, nie ja.

 

czwartek, 08 stycznia 2009

Chyba tak. Mowa oczywiście o moim dziecku, bo jakże by inaczej. Z małżem zastanawialiśmy się, co robimy dalej teraz - po jego powrocie z pracy. Małż optował za wyjściem jeszcze na sanki, ja twierdziłam, że za późno (po 19) i trzeba młodego już kłaść spać. Jak wyjdziemy, to przed 21 się go nie ulula.

A cały wic polega na tym, że dzieć cwany jest już okropnie, więc wyżej wzmiankowaną dyskusję toczyliśmy in english, aby nie kłócić się potem z dwulatkiem, który będzie koniecznie chciał na dwór, jeśli tylko usłyszy, że istnieje taka opcja.

Nie pomogło. Mały przyniósł buty i poinformował, że on chce iść....

Przecież to dziecko NIE UCZYŁO SIĘ angielskiego!!!!!!! nie należę do nawiedzonych mamusiek, które muszą angielski w pieluchach, a w ogóle już w ciąży mają zaplanowaną ścieżkę kariery dla potomka aż do habilitacji.  I nie rozmawiamy z małżem w tym języku codziennie, zwłaszcza, że nasza znajpomość jest raczej skromna, więc filozoficznych dyskusji to nie damy rady...

Jeśli wyglądałam na równie przerażoną  jak małżon, to znaczy, że obłęd w oku i wytrzeszcz ogólny był wyraźny...

wtorek, 06 stycznia 2009

Rura pękłą. Ale jest zimno. (Dlatego pękłą). W związku z temperaturą wodociągowcy nie będą na razie rozkopywać skamieniałego gruntu i naprawiać usterki, tylko poczekają, aż się zrobi cieplej. Zwłaszcza, zę to mała usterka, mają większe. I teraz pytanie: czy ja mam wypuszczać z wanny ten zapas wody, czy go trzymać, aaż zakwitnie (i aż wyłączą wodę z zaskoczenia)? Do tego już wiemy, że jak wyłączą wodę, zęby naprawiać, to wyłąćzą też ogrzewanie. Zimno mi na samą myśł.

Wracam wczoraj do domu po stażu.  W tramwaju zauważyłąm, zę dostałam jakiegoś dziwnego smsa od małża. No to dzwonię wyjaśni9ć, o co chodzi. W tak zwanym miuędzyczasie zeszłam do metra, czekam aż odbierze. Zgłasza sie poczta, więc próbuję drugi raz. Udało sie, pytam o co chodzi, bo ja już jadę do domu, jestem w metrze na wilanowskiej. I słyszę w odpowiedzi: na wilanowskiej? poczekaj, ja też, tylko wysiądę z pociągu!!!! Jechał pociągiem w przeciwnym kierunku i jeszcze zdążył wyskoczyc...

Wniosek z tego płynie, że najłatwiej spotkać się w komunikacji miejskiej albo w centrum handlowym. TAm też spotykam sporo osób, zwłaszcza takich od lat niewidzianych....

 

niedziela, 04 stycznia 2009

Pojechaliśmy na rodzinne multi-urodziny. W sumie trójka jubilatów, spęd rodzinny średniej wielkości, jakieś 27 osób, jeśli dobrze policzyłam.  Ogólnie sympatycznie, Piotrek pobawił sie ze starszym kuzynem, pogadaliśmy.

Wracamy do domu - na wejściu do klatki schodowej w sąsiednim bloku podejrzana karteczka. Na parkingu samochód wodociągowców. Uj, niedobrze to wygląda. Najgorsze obawy się potwierdzają - u nas taka sama kartka wisi i nie chce przestać. Jutro nie będzie wody, od 8 rano, przewidywany czas naprawy 16 godzin. Tyle dobrego, że mały będzie w żłobku - o ile tam też jakaś rura nie walnie... Ja na stażu, małż w robocie. Pozostaje pytanie, czy na pewno naprawią, rury pękają jak głupie i może się okazać, że nie wyrabiają z robotą. A zostać na parę dni bez wody, to ja dziękuję przy takiej temperaturze. A jeśli jeszcze padnie ogrzewanie, to będzie dramat.... Ja jestem zmarzlak i NIE CIERPIĘ ZIMY!!!!!!!

sobota, 03 stycznia 2009

Uduszę młodego. Powinien dawno słodko spać, wtulony w ukochanego misia. A gadzina jedna stale wyłazi - mama, skarpetki, siusiu, kupka, tata poczytaj, mama stań na głowie. Cholera jasna, o tej porze dzieć ma spać i kropka!!!!

piątek, 02 stycznia 2009

...to zajęcie Szanownego Małżonka. Zwaliłam na niego tę radosną fuchę na etapie odcycowania - mnie by sie nie udało wytłumaczyć, że bar zamknięty, a u taty baru po prostu nie ma i po temacie. A poza tym, panowie mają mało czasu dla siebie, bo M dużo pracuje, więc te pół godziny jest tylko ich. Zawsze znajdę jakieś wytłumaczenie, prawda? A dzięki temu ja sobie spokojnie stukam w klawiaturę i nie muszę tłumaczyć malcowi, że pora spać.

Mam ochotę powydawać pieniądze. Co jakiś czas tak mi się zbiwera i poszłabym na ciuchy, kosmetyki, albo do księgarni, wszystko jedno. Nawet spożywczy może być. Ale się nie da..... W takim nastroju lepiej siedzieć w domu.

czwartek, 01 stycznia 2009

Przetrwaliśmy sylwestra. To najważniejsza informacja. Pies, jak co roku na prochach - naćpany równo, ale i tak się trząsł jak świńskie nogi w galarecie. kot nieco spokojniej, ułożył sie na swoim ulubionym kawałku podłogi przy drzwiach i generalnie miał pod ogonem wszystkie hałasy. Dzieć - najpierw na spacerze się wystraszył. Spacer był niezbędny, bo trzeba było wyjść z psem, zanim zaczną strzelać na dobre i wynieść śmieci. Potomek na początku marudził i się bał, ale jak mu wytłumaczyłam, że te śliczne iskierki na niebie są nieodłącznie związane z bumbumami, to zaakceptował - zażyczył sobie wzięcia na ręce i z bezpiecznej kryjówki maminych ramion rozglądał się za iskierkami. Doszło do tego, że musiałam mu obiecać, że go obudzę o północy, bo wtedy będzie dużo iskierek.... W tym celu M nastawił budzik - padłam jak pies Pluto, jedna lampka grzańca spowodowała, że zachrapałam niczym starszy sierżant sztabowy. Ekonomiczna jestem, odrobina alkoholu wystarczy, żeby mnie uśpić. Wracając do tematu - budzika też nie usłyszałam, rozczmuchałam się, jak panowie stali w oknie i podziwiali iskierki. Mały tak sie cieszył... Kto by pomyślał, że kilka godzin wcześniej tak bardzo sie bał.

Kolejny raz widać, że wiele problemów wychowawczych można rozwiązać zupełnie łatwo, tylko trzeba reagować od razu i inteligentnie. (ach, jaka ja jestem genialna, nieprawdaż?)

Poklepałam sie po plecach, ale stale dochodzę do wniosku, że proste sposoby mogą niezmiernie ułatwić wychowywanie dziecka - tylko trzeba najpierw trochę pomyśleć, a potem chcieć poświęcić maluchowi odrobinę uwagi i serca. Ileż problemów "ryczących" rozwiązałam pytając Piotrka - ok, stary, o co ci chodzi? nie chcesz tej czapki? Proszę bardzo, możesz włożyć tę drugą. I wrzask, który pierwotnie był na temat - nie chcę żadnej czapki, odpowiednio skanalizowany tracił impet. Bo mnie naprawdę wszystko jedno, którą czapkę on włoży, byle włożył. A jak mógł wybrać, to czuł, że od niego coś zależy, ktoś się z nim liczy i w ogóle jest ważny.  Bo jest ważny. Dla mnie najważniejszy na świecie. Ale to nie znaczy, że pozwolę mu na wszystko. Wręcz przeciwnie, z miłości będę go uczyć, że są granice, pewnych rzeczy się nie robi, i trzeba zwracać uwagę na innych,a nie tylko na czubek własnego nosa.

Jak co roku, rzucam bluzgami pod adresem jednego sąsiada. Bydlak głupi odpalił parę lat temu petardę pod nosem naszemu psu. Dowcip przedni, nieprawdaż? I suczydło kochane, które się wcale nie bało huków, teraz ze strachu by wlazło pod wannę (nie da się), albo przynajmniej za szafę (jak wyżej). I co roku, żeby jej ułatwić przetrwanie tej nocy, muszę ją szprycować ogłupiaczem. Mam wyrzuty sumienia, jak widzę, jak jej się łąpy plączą, ale bez tego to byłoby jej jeszcze trudniej...

Summa summarum, okres świąteczny za nami, obżarstwo sie skończyło. I dobrze, i tak jest mnie o 1,5 kg więcej niż przed świętami. Mogło być gorzej. Teraz wracamy do normalnych zwyczajów żywieniowych. Bilans otwarcia roku wynosi ...8,2 kg. Pierwszej cyfry nie zdradzę, pozostanie moją słodką tajemnicą. I tak jest to o dychę mniej niż przed ciążą.  W ten sposób będę miała zanotowany stan z początku roku  i wreszcie nie zgubię kartki z tą cenną informacją... Jakoś zawsze mi znikają. Freudowskie czynności omyłkowe, czy co?...

sobota, 27 grudnia 2008

Codziennie włos mi dęba staje. A że długi, to się trudno zmieścić w drzwiach - no bo jak włosy dęba , to pół metra więcej mam od razu i drzwi za niskie...

A wszystko przez potomka, jak zwykle. W końcu od czego są dzieci - żeby straszyć rodziców i zwalać na nie winę.

Potomek bystry jest nadmiernie. Kumaty takoż. Rozumie wszystko - skomplikowane polecenia, wywody filozoficzne, dowcipy - no, wszystko.

I tak jakoś mi sie przypomniała moja była koleżanka. Była, bo po świństwie, jakie zrobiła mojemu Małżowi (kant na tle zawodowym), obraziła się i przestała odzywać, jak ją zapytałam, czy uważa, zę postąpiła właściwie.

ALe ja nie o tym. Otóż owa koleżanka, lekarz i psycholog z wykształcenia zresztą, wygłosiła kiedyś teoryję, po której kapcie mi spadły, a szczękę zbierałam z podłogi. Otóż wedle tej doświadczonej niewiasty Z DZIEĆMI DO 10-12  ROKU ŻYCIA NIE MA KONTAKTU!!!!!. A ja z PIotrusiem kontakt mam od początku. To co, on nieprzeciętnie inteligentny, ja wyjątkowo utalentowana wychowawczo, czy... Trzeciej opcji nie wymienię, aczkolwiek ciśnie mi sie na usta.

Swoją drogą, jak już mi sie zebrało na wspominki - jakie ochrzany zebrałam od co poniektórych, jak powiedziałam po raz pierwszy, zę Piotrek idzie do żłobka... Bo dziecko do 3 roku powinno siedzieć w domu z matką i koniec. Każde, bez wyjątku. To mi tłumaczył pan ginekolog, który może był dobrym ginekologiem, ale o dzieciach pojęcie miał blade. Taki więcej konserwatywny, później odmówił wypisania mi tabletek antykoncepcyjnych z powodów religijnych. A ja  wiem, zę są dzieci, dla których żłobek nie jest dobrym pomysłem, i są takie, dla których jest świetny. Piotrek należy do tej drugiej grupy. Dwa lata ze mną przesiedział w domu, a potem po prostu zaczął potrzebować towarzystwa rówieśników.W żłobku jest mu znakomicie, biegnie tam z radością, wraca roześmiany. Ciocie są bardzo troskliwe, rozsądne. I nie jest to żadna prywatna inicjatywa, najzwyklejszy państwowy żlobek i już. A jest super. Aż mam dylemat, bo planowaliśmy puścić Pietruszka do przedszkola od przyszłego roku - będzie miał prawie trzy lata, ale może jeszcze zostać na rok w żłobku. Przedszkole dobre mamy pod oknem, do tego za dwa lata chcemy mu zafundować siestrzyczkę (albo braciszka), więc nie wsyzstkie stresy na raz. Ale ten żlobek jest tak fajny..... Kurczę, i co tu zrobić?????

 

wtorek, 23 grudnia 2008

Nareszcie. Po raz pierwszy w swej karierze żłobkowicza (czyli od września) Pietruszkowi udało sie pójść piąty dzień z rzędu do żłobka - do tej pory zawsze się już zdążyło przyplątrać jakieś choróbsko. Mam nadzieję, zę to może oznaczać koniec sezonu chorowania co chwilę. Oby, bo naprawdę mam już dość. Do tego zaraz po Świętach zaczynam staż kliniczny i będę miałą zajęcia codziennie, a nie jak dotąd 3 razy w tygodniu, co gwałtownie komplikuje sprawę opieki nad chorowitkiem.

Nic, bądźmy dobrej myśli.

Piotrusiu, dziękuję za ten prezent!!!!!!!

niedziela, 14 grudnia 2008

Potomek mnie uwielbia. Niby nic dziwnego w tym wieku - dwulatki tak mają. Ale okazywanie szacunku poprzez całowanie matki po stopach to sie już rzadko zdarza :). Pojęcia nie mam, dlaczego, ale młody uwielbia jak nosze rajstopy. Takie zwykłe, cienkie. Skarpetki też mogą być, byle był ten rodzaj materiału, zwykłe  bawełniane go nie ruszają. A jak mam rajstopy, to sie przytula do moich stóp, całuje, głaszcza... Czasem łaskocze (paskud jeden, wie już, ze tam mam łaskotki)...

Ciekawe, skąd mu sie to wzięło?????

Swoją drogą, facecik jest cwany. Małż siedzi i go usypia, a Piotrek ma swoje zdanie na ten temat. Ćwiczymy już spanie bez szczebelków w łóżeczku i zwykle działa.  A dzisiaj jakoś nie bardzo, dziecko po prostu nie zamierza iść spać i tyle. wylazłby najchętniej i pobrykał. Ojciec z całą powagą zapowiada, ze jak Piotrek dotknie stopami do podłogi, to tata wyjdzie z pokoju. Zwykle taka groźba skutkuje. A dziś?  Kochane maleństwo odwróciło się i wylazło łapkami i dziobem do przodu....

 

czwartek, 11 grudnia 2008

Szpital.

Poranna odprawa.

Jeden z lekarzy przedstawia dane z karty pacjenta przyjętego poprzedniego dnia. Mamrocze okropnie, nie da sie zrozumieć.

ordynator w końcu nie wytrzymał i pyta:

- czemu pan tak  niewyraźnie, nic się nie da zrozumieć?

- Bo tu jest , kurde, tak niewyraźnie napisane....

 

Kurtyna, oklaski.

wtorek, 09 grudnia 2008

Łoże małżęńskie jest iejscem bezpiecznym, przyjemnym i w ogóle same zalety. Tylko ciasno jakoś... Małżon zajmuje przysługującą mu połówkę z całą godnością. Reszta dla mnie... No, czasem jeszcze przytuli sie tam pies... Pies nieduży jest, ot, trochę większy od jamnika, taki wyżeł kabacki (dla niewtajemniczonych, pysk wyżła, reszta całkiem nie, urodziła sie na działkach za lasem Kabackim). Czasem, czyli co noc. I jeszcze dzieć - na razie też nieduży, poniżej metra, około 14 kg. O różnych porach nocy przyłazi. I jeszcze czasem (alee to już naprawdę rzadko) kot. Kot jest duży jak na kota, ale w końcu to nie tygrys, prawda? raptem 7 kilo  kota. Więc to wszystko sie upycha na mojej połówce (małża nie da sie ruszyć).   Czasem marzę o przytulnej wycieraczce. I cieszę się, zę nie mamy papugi...

A pomysł zakupu większego ŁM (Łoża Małżeńskiego)  nie wchodzi w grę. po pierwsze, nie ma kasy, po drugie, nie ma miejsca.

Do kitu.

poniedziałek, 08 grudnia 2008

Piotrek ćwiczy słownictwo. Zbitki sylab, nowe słowa, w ogóle gada jak nakręcony. Sęk w tym, ze niektóre zbitki mają swoje znaczenie, czego on na razie jest na szczeście nieświadomy. Ostatnio pokochał sylabę "pa",powtarza jąw różnych konfiguracjach, samodzielnie albo dokłada do niej różne przedrostki - między innymi "du", "ku","ci"... Z jednej strony wszystko sie we mnie buntuje, jak słyszę takie słownictwo, z drugiej wiem, zę jedyne co mogę to przeczekać, nie reagując. Jeśli on sie orientuje, ze to dla mnie ważne, to przegrałam z kretesem. A czasem to po porstu chce mi sie śmiać, ale to też do bani pomysł.

Ech, wychowywanie małego dziecka może być trudne, uciążłiwe, męczące... Ale na pewno nie jest nudne :)))))

sobota, 06 grudnia 2008

Komentarz do poprzedniego wpisu - wrócił lekko wątpliwy, więc go w piątek zatrzymałam.

Za to tydzień później wrócił już całkiem niewątpliwie chory - 37,8, popłakuje. Od pani dr naszej dostaliśmy skierowanie do laryngologa na cito, bo jej sie ucho nie podobało. Niestety pani laryngolog okazała sie gorzej niż głupia - stwierdziła, ze to tak zwane "ucho kataralne", poboli dwa dni i przejdzie. Psikać do nosa wodą z solą morską i miedzią i będzie ok.  Dzś Piotrek mi cały dzień płakał, że boli, więc w końcu olałam dobre rady pani laryngolog i pojechałam z nim na dyżur. I chwała Bogu, trafiliśmy na bardzo sensowną pediatrę. Obejrzała Piotrka, stwierdziła, że w oskrzelach mu już gra, gardło paskudne, uszka oba zajęte... nie wiem, jak wczoraj laryngolożka tego nie widziała. Dwie godziny po podaniu leków Piotrek brykał, gadał, rysował, skakał po łóżku i w ogóle było to zupełnie inne dziecko, niż ta zapłakana kupka nieszczęścia.

Medycyna to jednak jest sztuka, jak sie rzemieślnik za to bierze, to tak wychodzi....

czwartek, 27 listopada 2008

niesamowite, jak z odpowiedzi na kilkaset idiotycznych pytań wyciągnąć kopę informacji o człowieku. Siedziałam dziś i dłubałam przy testach pacjentów. Co prawda wolę prace z pacjentem, niż z papierkami, ale to jednak kopalnia informacji.

Za jakieś półtorej-dwie godziny chwila prawdy. Czy moje dziecko przekroczy magiczny czwarty dzień i jutro pójdzie znowu do żłobka, czy znowu przyniesie jakiegoś wirusa? Miło by było, gdyby sie wreszcie uodpornił troszeczkę...

Święta sie zbliżają, po raz pierwszy od dawna poszłam do empiku. księgarnie omijam z zasady, bo potrafię tam zostawić znacznie więcej kasy niż w sklepie z ciuchami. I oczywiście wyszłam z bólem serca, książek, któe bym chciała mieć jest cała sterta. Nic to, prezenty sugerowane dobra rzecz :)

sobota, 22 listopada 2008

Duża rodzina fajna jest. To jest motto dzisiejszegowpisu.

Duża rodzina ma to do siebie, ze zawsze znajdzie sie  ktoś sympatyczny, ktoś, kto wie coś na potrzebny temat, ktoś, kto ma  i może pożyczyć poszukiwaną książkę, ktoś w moim wieku, z kim można pogadać... I tak dalej. A do tego jest mnóstwo śmiechu, jak sie zacznie ledzić pokrewieństwa i nagle okazuje sie, ze kuzynka starsza o dwa lata ode mnie jest pokoleniow licząc moją ciotką. Moja najmłodsza kuzynka (z mojego pokolenia) ma obecnie około pół roku - czyli mój syn ma ciotkę młodsza od siebie :)

Tak mnie jakoś naszło na rozważania rodzinno-filozoficzne, bo przyjechała ciotka z Luksemburga, babcia tej mojej najmłodszej kuzynki.  Bardzo ją lubię, z racji odległości rzadko widuję, najwyżej czasem dzwonię.

W ogóle rodzina rozpirzona po całym świecie, tylko niestety bilety lotnicze drogie... A tak fajnie byłoby spędzić urlop w Australii, RPA, Włoszech, Francji, Kanadzie, Brazylii, Holandii, Szwajcari czy gdzie tam jeszcze. Ale czasem się daje zobaczyć i wtedy języki bolą od pytlowania :)))