O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

wtorek, 03 marca 2009

ZNowu mnie ciocie żłobkowe wydzwoniły, zę Piotrek ma 38,6.  CO prawda tym razem dzwoniły, jak już byłam w domu i nie musiałam się urywać ze szpitala, za pół godziny miałam po niego i tak jechać. Ale zła jestem... Podejrzewam, zę on wcale nie jest chory, tylko mu piątki ruszyły do przodu. Poprzednie zęby też tak szły, trochę drgnęło, ciut gorączki, przerwa, jeszcze raz.... Zobaczymy.

 Moja Ciocia jest w szpitalu. Zapalenie płuc, problemy z sercem. Na szczeście idzie ku lepszemu, już dziś sama jadła, jest przytomna. Dzielna jest. A w listopadzie skończy 100 lat. Oby jej się udało dożyć.... Trzymaj się Ciociu kochana :)

Na  stażu - jak zwykle. Sala duszna, jak tam siedzi 20 osób to pod koniec sesji można uświerknąć. Albo zasnąć z braku tlenu. Tylko to głupio, jak terapeuta zasypia, więc walczęze sobą jak tylko potrafię. Wczoraj było łatwiej, była piękkna pogoda, obserwowałam dzięcioła przez okno w krytycznych momentach. A dziś buro i ponuro, nie ma na czym poka zawiesić, pogoda senna.....

Małż wrócił wkurzony z roboty, oberwało mi się za klienta. Rozumiem, zę klient może być dowolnie głupi, wkurzający, chamski... Tylko dlaczego ja mam za to zbierać???? Małżu, weź na wstrzymanie, wyżyj się po drodze, przebiegnij się, zrób parę pompek, albo co... Zamiast drzeć się na mnie i na młodocianego, bo potem bardzo trudno mi sie uśmiechnąć.  NIe potrafię po prostu przejść do porządku dziennego po tym, jak nawrzeszczysz, zwłaszcza, jeśli ja sie nie czuję winna. Bo niby czemu mam sie tak czuć, jeśłi powodem Twojego wkurzenie jest klient??????

niedziela, 01 marca 2009

Dziś się wietrzyliśmy na całego  - najpierw w Łazienkach, potem po obiedzie - po okolicy, wyciągnęłam znajomych, którzy mają trochę ponad rocznego synka i było fajnie. W Łazienkach  - żywizna wszelaka. Piotrek już umie wymienić ulubione zwierzaki - siś (sikorki), paw, kasia (kaczki), wiuja (wiewiórka), gołob (gołąb), siusia (sójka), kulki (kruki - systematycznie ogląda je przez internet, jeszcze myli kruki i gawrony). Jak na facecika, który ma niecałe 2,5 roku, to uważam, że nieźle. Do tego odróznia jeszcze dzwońce, kowaliki i wróble. Bo on te wszystkie gatunki rozpoznaje jak je zobaczy.

Żeby nie było - nie jestem nawiedzona i nie uczę go od szczeniaka wszystkich gatunków ptaków po kolei. Po prostu od początku jak pokazywałam mu jakiegoś skowyrka, to podawałam nazwę, zamiast mówić "o , zobacz, ptaszek" . było - zobacz, kawka, sikorka , czy co tam. I teraz te gatunki, z którymi sie spotykał - rozpoznaje. 

Część z tego bierze się z naszej ostatnio ulubionej strony do podglądania zwierzaków przez internet. Jedna z kamer jest ustawiona na paśnik dzików - co wieczór przychodzi tam spore stadko chrumkaczy, widzieliśmy jenota, koziołka, stado sójek, dzwońce, kruki i wrony, jakiegoś drapieżnika - nie podleciał na tyle blisko, żeby się dało stwierdzić, co on za jeden - jakiś sokół., jastrząb, czy inna gadzina. Dziś był orzeł.... A Piotrek to wszystko ogląda i bardzo się cieszy. W ten sposób mimo, że mieszkamy w mieście i w tym roku stale chorujemy, co automatycznie mocno ogranicza nam wycieczki do lasu, może poznawać świat przyrody. Jak się zrobi cieplej i przestaniemy charczeć (a Piotrek nabierze troszeczkę rozumku....) to  pójdziemy znowu połazić po lesie. Tylko niech się skońćzy to błocko wszechobecne, bo z takiego spaceru to nasz kochany synek by wrócił jako jedna czarna kulka błota...

Moglibyśmy zadać pytanie - myjemy, czy robimy nowe?

 

 

sobota, 28 lutego 2009

Wróciliśmy do żłobka. Pani dr stwierdziła, że już można - ku naszej ogromnej uldze. Ja po prostu wymiękam, on teraz ma fazę na nie i do tego do wszystkiego potrzebna jaest mamusia. Tatuś nie może zaprowadzić do łazienki, umyć, dać kolacji, pokazać zwierzaków w internecie... kurczę, ja już dostaję cholery. Dziś robiłam coś ważnego, a ten wrzeszczy, że siusiu. Mąż chce go zaprowadzić - nie, mamusia!!!!!!!.

 Teraz mały potwór na szczeście śpi, Małż poleciał do klientów - na szczęście blisko i tylko na około godzinę. A ja nie mam siły, żeby się zabrać za uzupełnianie kart pacjentów, obiad, sprzątanie, wieszanie prania, rozładowanie zakupów z bazarku..... Po prostu padłam jak pies Pluto. 

Do tego szefowe małża rozliczają się z nim w odcinkach - dostał na razie pensję za styczeń i ogryzeczek prowizji z jednej transakcji, pensja za luty i reszta prowizji - w bliżej niesprecyzowanej przyszłości......

Za to ostatnio Małż wyprostował nieco naszą przychodnię lekarską. Może trochę za głośno to zrobił, ale za to skutecznie. Przychodnia, a ściśle biorąc rejestracje (i dorosła i dziecinna) od lat na różnych forach są określane jako skansen PRL-u. Reszta określeń nie nadaje sie do powtórzenia. Przy kolejnym staniu po numerek i patrzeniu jak panie sie snują i omawiają sprawy prywatne, zamiast obsługiwać kolejkę opieprzył, zażądał procedur wydawania numerków ( bo panie twierdziły, że nie ma możliwości zamówienia numerka na następny dzień, można sobie przyjść o 6 rano i zamówić). Jak potrząsnął tym bałaganem, to się okazało, że w procedurach jest przewidziane wydawanie numerków telefonicznie na następny dzień.  Tylko procedury powstały, żeby dostać certyfikat ISO ileś tam, a potem wylądowały w szufladzie...   Dzięki temu teraz mogliśmy zadzwonić, poprosić o numerek na jutro, bez wstawania o świcie, co było o tyle cenne, zę oboje jesteśmy chorzy, ale nie ma możliwości, żęby paść na dwa tygodnie nazwolnienie, jak mi to zasugerowała bardzo miła pani dr. Se na da, i tyle. Więc chodzę, charcząc, katar mi minął, a niestety po infekcji ja zawsze kaszlę długo - ten typ tak ma....

 

niedziela, 22 lutego 2009

Potomek postanowił być samodzielny, odważny  i niezależny. Przejawiło się to znienacka, wczoraj wieczorem, jak poinformował, że on chce spać w salonie. Proszę bardzo, czxemu nie. Przygotowaliśmy mu łóżko, pościel, Mimi i Małpisia - ukochane przytulanki. Młody człowiek zaordynował jeszczze jako towarzystwo do łóżka ciężarówkę, koparkę, plecak misia pandę i dwie książeczki. BYł niezmiernie podekscytowany, coi chwila wstawał, a to jeszcze siusiu, pić, pogłaskać kotka, wyjrzeć za okno..... ale w końcu zasnął. My cichutko pozbieraliśmy zęby z podłogi - do tej pory bał się sam spać, i z radością się położyliśmy - sypialni tylko dla siebie nie mieliśmy od dwóch lat i czterech miesięcy.... Ale radość nie trwała długo, około pierwszej w nocy (chyba, ciemno było i własnego zegarka nie widziałąm, a budzik stoi za daleko, zębym bez okularów była w stanie stwierdzić, co na nim widać) Piotrek przytuptał i się wpakował do nas. I oczywiście ułożył w poprzek, bo przecież tak najwygodniej.

Ale nic to, pierwsze koty za płoty. Trzeba przygotować mu pokój, co wymaga wywalenia miliona gratów, pomalowania i kupienia paru mebli, więc w weekend sie tego nie zrobi, zwłaszcza, że my znowu chorzy. 

ZNalazłam sobie na forum Małe dziecko wątek o psotach naszych milusińskich i przypomniało mi sie, jak Piotrek puszczał pranie. Zwykle jak ja to robiłam, to mi pomagał - razem nieśliśmy miskę z ubraniami, otwierał drzwi, włączał pralkę.... Jakoś latem - czyli jak miał trochę ponad półtora roku, postanowił puścić pranie sam. Wsad się znalazł - koło pralki mieszkają ścierki do podłogi, więc je wszystkie pracowicie wrzucił. Z proszkiem gorzej, stoi poza zasięgiem, ale Piotrek nie cielę, sobie poradzi. Obok stoi kocia kuweta - wziął miarkę, któej zawsze używam i pełną kociego żwirku umieścił w bębnie pralki.... Na szczęście mamy znajomego fachowca, więc dzięki jego telefonicznym radom pralka przetrwałą. A ja przełożyłam klamkę do toalety - na sztorc - tego mały przez jakiś czas nie otwierał.... Teraz przynosi sobie stołek.

 

Za to sie pochwalę Obmierzyłam się dziś, wlazłam na wagę i stwierdziłam zadowalający spadek zarówno kilogramowy jak i centymetrowy. Dziś było ...5,9, wynik dawno nie widziany. Pierwsza cyfra nadal tajna. Jak się zmieni, to może się przyznam. A może i nie.

 

czwartek, 19 lutego 2009

Na początku się pochwalę, a co. Otóż NIE ZJADŁAM DZIŚ ANI JEDNEGO PĄCZKA. Nie wynika z tego od razu, że  ja taka dzielna jestem. Przeszkód było sporo - klapa finansowa, chora jestem i wyjście z domu po cokolwiek przekracza moje możliwości, pączki zawsze wyglądają i pachną lepiej niż smakują, odchudzam się..... Każdy z tych powodów pojedynczo pewnie byłby za słaby, suma dała taki efekt, jaki dała. I dobrze, jak to powiedziała jedna z koleżanek z zaprzyjaźnionego forum - minuta w ustach, rok w biodrach.

Swoją drogą przypomniała mi się historyjka z czasów dawnych, pewnie sprzed dwudziestu lat. Był Tłusty Czwartek,ja byłam chora - jakoś solidniej chyba, bo leżąłam w łóżku Mama przyniosła mi pączka, żebym niebyła poszkodowana przez nieobecność w kuchni. Zdążyłam raz go ugryźć i wypadł mi z ręki - niepamiętam, ktoś mnie potrącił, czy sama o coś zahaczyłam... Nieważne, tak czy inaczej pączek znalazł się na podłodze. Bromba  - nasza terieropodobna psica - natychmiast wbiła w niego zęby, a jak rzuciłam się odzyskiwać mienie, to zastawiła się zadem, chowając głowę z pączkiem we wnęce pod łóżkiem. A potem się zakleiła i nie mogłą rozewrzeć szczęk. W sumie zabawy mieliśmy mnóstwo, więcej, niż z jednego idącego w sadło pączka :)

Wizytę duszpasterską mamy z głowy. Zaszczycił nas sam proboszcz (ja go nie poznałam, nie bywam w parafii)  i chyba nie był zachwycony, jakna pytanie, czy mamy jakieś uwagi, pytania czy coś do funkcjonowania parafii, usłyszał, ze my tam nie bywamy, tylko po sąsiedzku u konkurencji... Nie miałam odwagi mu powiedzieć, zę kazania mają przegadane, kościół odpacykowali, że wygląda jak sen szalonego cukiernika, więc tylko usłyszał, zę nam się organista nie podoba. Też jest to prawda, tyle, że niecała....

 

wtorek, 17 lutego 2009

... chodzenie do żłobka. Wczoraj ciocie doniosły, zę młody miał 37,6, kaszle jak gruźlik, oczka łzawią i ogólnie trochę nieszczęśliwy. Ale nie mam co narzekać, chodził bite trzy tygodnie i jeden dzień. Jak na niego to rekord świata, do tej pory kapał odcinkami po 4 dni.

W związku z powyższym zadecydowaliśy, zę dziś zostanie w domu, ja pojadę tylko na superwizję, a nie na całe zajęcia i tak to jakoś opędzlujemy. CO będzie jutro, to sie zobaczy. 

 POstranowiłam zmienić wygląd - tamten poprzedni był fajny, ale już zanadto melancholijny i jesienny, a tu przecież wiosna do nas idzie. Co prawda powoli, halsując, i w ogóle, ale jednak się zbliża. Stąd bardziej wiosenny wygląd i piękna orchidea  - lubię te kwaituy, a w ogólnej burości wsyzstkiego potrzebuję czegoś jasnego i promiennego.

niedziela, 15 lutego 2009

Walentynki za nami - i dobrze. NIe lubię tego komercyjnego i plastikowego święta. Uważam, zę okazywanie sobie uczuć i miłe gesty nie powinny być ograniczone do jednego dnia w roku, a jeśli trzeba o tym komuś przypominać rekalmą telewizyjną, to zastanawiam się nad rzeczywistą temperaturą jego uczuć....

Jeden raz walentynki były dla nas świętem szczególnym - i do tej pory wspominanym zsentymentem. ALe to był zbieg okoliczności, zę akurat wtredy przypadkiem był 14 lutego. Każdego innego dnia takie wydarzenie też byłoby równie ważne. Trzy lata temu w walentynki o świcie (przynajmniej z punktu widzenia małżą) powiedziałam mu, zę będziemy mieli dziecko.  Zorientowałam się poprzedniego dnia,m i uznałąm, że zazekam te parę godzin z informacją, skoro już tak się zbiegły terminy. Teraz Piotrek siedzi obok i się bawi, a małżonek wczoraj zapytał (z nadzieją w głosie?) czy przypadkiem nie kupić mi testu ciążowego - ma nadzieję na powtórk? Prawdę mówiąc, ja też, ale raczej za rok. MOże się uda też tak ładnie z datami?

Za to wczoraj w ramach rozrywek towarzyskich poszliśmy na kolację do znajomych - żałuję, zę nie wzięłąm aparatu fotograficznego. Piotrek łaził po J., rzucał do niego piłką, Pełnia szczęścia. Co prawda kolacja walentynkowa w towarzystwie teściowej honoris causa nie jest typowym rozwiązaniem, ale jako sie rzekło we wstępie, walentynki jako takie czniam i tniutniam. Termin taki dlatego, zę akurat przyjechał na dwa dni do Polski jej syn A teściowa h.c. jest pomysłem znakomitym - oboje bardzo ją lubimy, mogliśmy sobie sami wybrać... Super rozwiązanie, polecam wszystkim.

W przyszłym tygodniu mamy wizytację z parafii. Kolęda, znaczy się. Mój entuzjazm jest ograniczony. W naszej parafii - chodziłam gdzie indziej. bywam rzadko - ja jestem typem buntowniczym, więc często robiłam tak, zę parafia oficjalna sovbie, a ja sobie nie lubię, jak mi sie coś narzuca, Równocześnie lubię dyskutować. I czaję się na to spotkanie. Zresztą, zależy, jaki ksiądz przyjdzie. Dwa lata temu przyszedł bardzo fajny - akurat byłam sama w domu, małż jeszcze nie wrócił z pracy, a ja miałam na ręku (i przy cycu) miesięcznego Piotrka. NIe speszył się na ten widok, tylko spokojnie stwuierdził, żę mam zajęte ręce, a Piotrek mnie bardziej potrzebuje, więc darujemy sobie modlitwę, bo w końcu to nie formułka jest najważniejsza, tylko myśl. I pogadaliśmy sobie bardzo fajnie. Za to rok temu był jakiś drętwus. Pouczył nas sztywno, zę powinniśmy zainteresować się własną parafią - nie podobało mu sie, zę chodzimy (jeśli w ogóle) do sąsiedniej, zapytał okasę - nie daję z zasady podczas kolędy, a w ogóle jak ktoś  się nachalnie domaga, to ja się wkurzam. Zresztą, wtedy było bardzo cienko ( i nadal jest), ja robię staże niezbędne do rozpoczęcia pracy, ale za staż to mi nikt nie płaci i nie zamierzam finansować parafii, w któej nie bywam, gdzie kościół mi sie nie podoba - kiedyś był piękny, z surowej cegły, ale opacykowali, ozdobili i wygląda teraz jak bomba w torcie Kazania też mi sie nie podobają - długie i przegadane A u sąsiadów - dookładnie odwrotnie, na dokładkę mają świetną organistkę. Zobaczymy, jak to będzie. Najbliższą wizytę w kościele parafialnym planuję w maju na ślubie kuzynki. Raczej nie wcześniej...

 

No, to sobie pogadałam. Małż spał, nie było do kogo dzioba otworzyć - niech żyje blog!!!!!

 

 

niedziela, 08 lutego 2009

Doszłam do wniosku, zę uprzejmie by było wyjaśnić, czemu blog ma tytuł zastępczy Bo nie jest to tylko i wyłącznie kwestia mojego lenistwa intelektualnego (aczkolwiek oczywiście tego się nie będę wypierać, bo ci co mnie znają i tak nie uwierzą). Historia tematów i tytułów zastępczych jest jednak nieco bardziej skomplikowana.

 

Wiąże się to z moją przyjaciółką  - A. ,jeszcze z czasów podstawówki. Otóż owa przyjaciółka też lubiła zastępować różne rzeczy. Kiedyś  (chyba w ósmej klasie) jak jechaliśmy na obóz w Gorce, zabrałą konserwę w opakowaniu zastępczym. To jeszcze były czasy, kiedy jedzenie na dwa tygodnie brało się ze sobą, dokupując po wsiach tylko chleb i jakąś zieleninę - nie to co dziś. Wracając do owej konserwy. Opakowanie zastępcze głosiło, iż w środku jest  mielonka z dżdżownicy - oraz informacja, zę jest to opakowanie zastępcze, data przydatności do spożycia i inne takie. Jak ta puszka posżła do kotła, to jedna z koleżanek, taka bardziej ę ą i obrzydliwa nie jadła obiadu... A przyjaciółka, która etykietę zastępczą pacowicie drukowała  w domu na drukarce igłowej, zwijała się ze śmiechu. Ja też. Na usprawiedliwienie koleżanki można powiedzieć, że nie były to czasy, kiedy każdy miał w domu komputer, a drukarkę to już w ogóle ho ho ho... 

Kolejny numer A. związany również z zastępstwami miał miejsce w liceum. Polonistka zadała nam w charakterze pracy domowej napisanie felietonu. Temat dowolny, wymyślcie sami. No to A. napisała felieton na Temat zastępczy...  Mnóstwo tam było cudności różnych, najbardziej mi utkwił w pamięci fragment o neologizmach, kalkowaniu słów z innych języków i używaniu spolszczonych terminów branżowych, zwłaszcza informatycznych. Pytanie, jaki może być sensowny zamiennik słowa interfejs  - bo będące dokładnym tłumaczeniem międzymordzie jakoś nie bardzo pasowało.. A wszystko dlatego, zę polonistka miała kota na punkcie poprawnej polszczyzny i obie z A miałyśmy świetną rozrywkę z udowadniania jej, że są sytuacje, kiedy po prostu się tak nie da. Inna sprawa, ze tak poza tym, to obie zawsze bardzo zwracałyśmy uwagę na poprawność i elegancję języka. A. dziś jest tłumaczem...

 Tak a propos spolszczania terminów. Analogiczna sprawa, tylko terminologia żeglarska. Jest takie coś, jak saling. Dla nieżeglarzy wyjaśnię, że jest to kawał patyka prostopadły do masztu, dość wysoko, służy do rozpierania want (stalówek biegnących od szczytu masztu do burt). W dawnych czasach generał Zaruski  - jeden z ojców polskiego żeglarstwa - postanowił spolszczyć teminologię, jako że faktycznie w tej dziedzinie ogromna większość nazw pochodzi z angielskiego, niemieckiego lub holenderskiego. Saling dostał nową nazwę - rozpier, zgodnie ze swoją funkcją. A na większych jednostkach bywa czasem saling górny i saling dolny...  I tak zostaliśmy przy pierwotnej terminologii :).

Swoją drogą, muszę pokopać w papierach, bo ten felieton A. to ja gdzieś mam - poczytam sobie, pośmieję się i powspominam stare czasy... JAkie my wtedy mądre i błyskotliwe byłyśmy, niektóre moje wypracowania naprawdę były inteligentnie napisane. Szkoda, że mi to z wiekiem minęło...

czwartek, 05 lutego 2009

Mam staż. Grupa terapeutyczna.

Wczoraj - zajęcia z psychorysunku. Omawiamy jedną z prac, postać mężczyzny. I komentarz pacjenta: Początkowo chciałem narysować, pana, panie Adamie (to do prowadzącego terapeuty), ale potem sobie przypomniałem, że to miała być postać mężczyzny.

 

W ogóle jest wesoło, bo terapeuci służą między innymi jako obiekty, na których można ćwiczyć wyrażanie złości, więc takie kwiatki się powtarzają częściej...

 

A poza tym, to znowu jestem chora i w związku z tym korzystam z ciszy i spokoju w domu i idę spać Na jutrzejsze kolokwium nauczę się później - albo i nie. Dobranoc.

poniedziałek, 02 lutego 2009

Małż wyszedł wieczorem na spacer z psem. Rzecz zwyczajna, wychodzą co wieczór, chyba, ze akurat ja wyjdę. Wtedy nie wyszłam.

Zwykle łażą długo.

Wrócili po 10 minutach. Małż targa w objęciach jakąś torbę i jeszcze karton. I wyraźnie jest zły. No to zapytałam, o co się tak wkurzył.

Okazało się, że ktoś widocznie robił porządki w bibliotece domowej i całą masę książek uznał za zbędną. Jego prawo. Ale już niekoniecznie musiał je pirzgnąć  w śmietniku na błotnistą podłogę, można to było jakoś spakować. Ale się nie chciało. Może nie pasowały do mebli, a była to jedyna ich funkcja w tamtym domu? Nie wiem, historia milczy na ten temat.

W każdym razie małż zanurkował w śmietniku i w efekcie tegoż przybyło nam parę dobrych pozycji na półce:

 

Krystyna córka Lavransa - Sigrid Unsted, którą bardzo lubię, 

 Targowisko próżności  - W. Thackeray

Buddenbrokowie - T. Mann

Piotr I - A. Tołstoj

Kartka miłości - E. Zola

Opium w rosole - M. Musierowicz - mój egzemplarz był już dokumentnie zaczytany

Dolina bez wyjścia - Thomas Maine Reid, 

pogromca zwierząt - J. F. Cooper

 i jeszcze Colette, Iłłakowiczówna i jeszcze trochę innych. Oczywiście było tam trochę badziewia, któe wróci pod śmietnik, ale porządnie, w torbie - jak się znajdzie jakiś wielbiciel Putramenta, to nie będzie musiał go wyciągać z błota.

 

 Za to ostatni tydzień upłynął nam pod hasłem pogrzebów - najpierw zmarł Wuj  - w USA, więc tutaj była msza za jego Duszę, równocześnie z pogrzebem w Waszyngtonie.

Parę dni później zmarła Ciocia  - pogrzeb tego samego dnia, co msza za Wuja, tylko parę godzin wcześniej.

To było w piątek, a dziś był jeszcze pogrzeb Cioci małża - tyle, że w Łodzi - czyli potomka o świcie do żłobka, w samochód, dojechaliśmy na styk, potem spotkanie rodzinne - prawie zupełnie sympatyczne (mili ludzie, z jednym wyjątkiem....) i z powrotem w samochód. A ja nienawidzę prowadzić po zmierzchu....

 

Do tego młodociany wpakował sie nam do łóżka o 2.30 , i od tej pory nie udało mi sie już zasnąć, bo miałam kompletnie zapchany nos i zawalone gardło.

 

W związku z tym informuję miłych czytaczy (o ile ktoś tu w ogóle zagląda), że padam na dziób i idę spać. Dobranoc.

 

 

 

sobota, 24 stycznia 2009

Dialog Małża z Potomkiem:

- Piotrusiu, nie wyspałem się dzisiaj, ktoś się strasznie rozpychał w łóżku. NIe wiesz przypadkiem , kto?

- Gusia - odpowiada dumnhie malec, który w środku nocy wpakował się nam do łóżka. (Agra, zwana Grusią, to nasza psica)...

 

Zwierzaki są po to, żby mieć winnego pod ręką...

piątek, 23 stycznia 2009

Robiłam pomoidorówkę. Ukochana zupa moich chłopaków, jak jest, to mogę już nie gotować drugiego. Otworzyłam słoik z koncentratem, a tu zonk! pleśń. Sprawdziłąm datę przydatności - jeszcze ho ho i kangury. No to się zjeżyłam i napisałam maila z reklamacją do porducenta, niech sobie nie myślą. A co. Trzeba przyznać, skontaktowali się błyskawicznie, pan bardzo miło przeprosił i powiedział, że chciałby w ramach rekompensaty podrzucić parę drobiazgów...

Parę drobiazgów oznaczało:

kalendarz -notes

kalendarz ścienny

blok na biurko do mazania notatek, z przeznaczeniem dla naszego dziecia - usłyszał go w tle, jak rozmawiałam

10 puszek warzyw konserwowych różnych

musztardy różne - też kilka rodzajów

sok pomiodorowy

koncentrat pomidorowy

keczap

ogórki konserwowe

paprykę w słoiku

i coś tam jeszcze, nie pamiętam. W sumie jak wrzucał kolejne słoiki do siaty, to mi się oczy robiły coraz większe.... tyle tego, że sama nie byłam w stanie dygnąć torby - też dostaliśmy, porządna zakupowa.

Trzeba przyznać, że firma się zachowała. A ja mam musztardy na pół roku....

 

czwartek, 22 stycznia 2009

Świt. Zadzwonił budzik. Zgasiłam go szybciutko, zanim się dzieć obudzi, i poczłapałam do łazienki. Chlapię się radośnie pod prysznicem,  a tu nagle jakieś podejrzane dźwięki słychać. Jakby... chrobotanie klucza w zamku? Wychynęłam z kabiny, sprawdzam klamkę. Zamknięte na głucho...

Co sie okazało. Potomek sie obudził. Wlazł do łazienki i wyciągnął z szafki dyżurny klucz. Wyszedł, zamknął za sobą drzwi - fajnie, że zapamiętał, od jakiegoś czasu usiłuję go tego nauczyć. A potem zamknął drzwi dokładniej, na klucz. A ja w środku, goła i mokra. Małż śpi snem sprawiedliwego. Ja muszę lecieć do pacjentów... No to sugestia do synka - obudź tatę. Już po chwili rozlegają się radosne okrzyki: Kakuś, kakuś!!!. I gniewny pomruk spod poduszki. Jak się przyłączyłam do  synka, to małżonek nieco oprzytomniał. Poprosiłam ładnie, żeby mnie wypuścił...

A wszystko przez to, że nasz zamek w drzwiach do łazienki lubi stroić fochy i zdarza mu sie samoistnie zatrzasnąć. Więc stąd klucz w szafce, żeby ofiara mogła sie wydostać o własnych siłach bez demolowania mieszkania.

I co ja mam zrobić? Jak miał 20 miesięcy, zamknął nas na balkonie. Teraz ma dwa lata i trzy miesiące - zamknął mnie w łazience. Całe szczęście, że nie mieszkamy z zamku wyposażonym w lochy, bo mogłabym osiwieć, zanim by mnie ktoś znalazł...

niedziela, 18 stycznia 2009

Jakoś tak mi sie zbiera co jakiś czas. Powspominam sobie, a co mi tam.

Jak pod koniec ciąży (na dwa tygodnie pred porodem) pojechałam na ślub kuzyna gdzieś na śląsk - z torbą szpitalną w bagażniku na wszelki wypadek, w eleganckiej jedwabnej kiecce (mojej mamy) i w domowych klapkach. Inne buty nie wchodziły w grę, miałam za bardzo spuchnięte stopy. Dojechaliśmy do tegoLublińca, lekko spóźnieni, dopadamy kościoła... A tam widok pod ołtarzem jakby nie pasujący,  więc szybkie pytanie do kogoś przy drzwiach - czy to Agata i Adam? nie!!!

no to szukamy właściwego kościoła...  W końcu znaleźliśmy, sympatycznie było. Ja z brzuchem wystającym na metr do przodu przynajmniej nie miałam problemu w kolejce - co kto zobaczył, to się odsuwał i zaczynał uważać, zeby łokciem nie przywalić...

Albo jak w dniu, na który miałam wyliczony termin, poszłam sobie na koncert Jacka Kowalskiego ... Wbrew pozorom nie był to aż taki idiotyzm, jak wygląda. Torba - w bagażniku. Obstawa - była, moi rodzice też się wybrali, małż zrezygnował, bo go strasznie głowa bolała. A w ogóle to dwa dni potem miałam umówioną cesarkę, a szpital był trzy ulice dalej, więc jakby co, to wiedziałam, że mnie przyjmą. (gwoli wyjaśnienia, cesarka ze wskazań, a nie z powodu moich fanaberii). KOncert fajny, przed był jeszcze jakiś kawałek artystyczny, więc siedzimy sobie z Jackiem i rodzicami i gadamy, i w pewnym momencie on się uprzejmie pyta, na kiedy mam termin. "na dziś" odpowiedziałam z radosnym uśmiechem. Lekko zzieleniał, ale go uspokoiłam, żę w razie czego po prostu szybko wyjdziemy, więc jakby z boku było jakies zamieszanie, to spokojnie, ja tylko rodzę...

A w ogóle, to co pomyślę o następnej ciąży, to mi jakoś bliźniaki nie chcą się odczepić... ciekawe, czy to ma być proroctwo? jak tak, to poproszę dwie dziewczynki!

środa, 14 stycznia 2009

chorujemy wszyscy. Młody najzdrowszy. nie mam siły sie z nim bawić, zajmować się, karmić, zmieniać pieluchy. NIepedagogicznie włączyłam mu telewizor, jak poprosił to jeszcze puściłam z dvd sceny z życia smoków i oddycham z ulgą, jak nie zawraca mi głowy.

sobota, 10 stycznia 2009

Ano właśnie.

Zaczęło sie od tego, że dzieć jest znowu chory, szlag by to jasny. Pogadałm z koleżanką, ktróra zasugerowała postawienie facecikowi baniek, dodając , żę może mi pożyczyć zestaw bezogniowych. Bo ogniowe posiadam, ale młody jeszcze nie miał stawianych i może sie wystraszyć. Ok, pognałam do koleżanki po bańki. Truchtem dopadam do wejścia do klatki schodowej, jakaś pani wchodzi przede mną i uprzejmie przytrzymuje mi drzwi. Uprzejmie podziękowałam, po czym popatrzyłam i trochę mnie zatkało. Ją zresztą też. to była ex mojego M. Kiedyś się ... przyjaźniłytśmy to za mocne słowo, powiedzmy, ze z nią i jeszcze dwiema dziewczynami tworzyłyśmy paczkę na studiach. Ona potem zerwała z facetem, każąc mu sie wynosić i nie wracać, i pech polegął na tym, zę on to wziął na serio. Jak sie okazało, ona nie. Niedługo po ich zerwaniu zaczęłam z nim chodzić (nie zerwali ze względu na mnie, jakby się kto pytał, ja sie pojawiłam później w tym równianiu). natomiast zanim oni sie rozstali obiecałam dziewczynom, zę mogę zorganizować latem metę w Paryżu, na dwa tygodnie - jak pojedziemy autobusem i weźmiemy żarcie to będzie w sam raz na studencką kieszeń. Potem się wszystko poplątało, ona zerwała, ja zaczęłam chodzić, przed wakacjami facet zdążył mi sie oświadczyć... Myślałam, że ona nie pojedzie. Jak się okazało, byłam w błędzie, pojechała. Nie odezwała się do mnie słowem przez całe dwa tygodnie. Przestała się odzywać gruntownie i na amen.

Czas mijał, z owym facetem jesteśmy prawie 10 lat po ślubie, mamy dziecko... I wczoraj się na nią nadziałam tak nos w nos. W pierwszym odruchu zachichotałam złośliwie, a potem zrobiło mi sie jej żal. Jak ktoś się tak zapieka w nienawiści, że po 10 latach nadal nie może odpowiedzieć na "cześć", choćby cedząc przez zęby, to jest bardzo smutne. Jej nie jest łatwo, ale do licha, sama sobie utrudnia... przywiązanie do nienawiści jest szkodliwe, to ona na tym cierpi, nie ja.

 

czwartek, 08 stycznia 2009

Chyba tak. Mowa oczywiście o moim dziecku, bo jakże by inaczej. Z małżem zastanawialiśmy się, co robimy dalej teraz - po jego powrocie z pracy. Małż optował za wyjściem jeszcze na sanki, ja twierdziłam, że za późno (po 19) i trzeba młodego już kłaść spać. Jak wyjdziemy, to przed 21 się go nie ulula.

A cały wic polega na tym, że dzieć cwany jest już okropnie, więc wyżej wzmiankowaną dyskusję toczyliśmy in english, aby nie kłócić się potem z dwulatkiem, który będzie koniecznie chciał na dwór, jeśli tylko usłyszy, że istnieje taka opcja.

Nie pomogło. Mały przyniósł buty i poinformował, że on chce iść....

Przecież to dziecko NIE UCZYŁO SIĘ angielskiego!!!!!!! nie należę do nawiedzonych mamusiek, które muszą angielski w pieluchach, a w ogóle już w ciąży mają zaplanowaną ścieżkę kariery dla potomka aż do habilitacji.  I nie rozmawiamy z małżem w tym języku codziennie, zwłaszcza, że nasza znajpomość jest raczej skromna, więc filozoficznych dyskusji to nie damy rady...

Jeśli wyglądałam na równie przerażoną  jak małżon, to znaczy, że obłęd w oku i wytrzeszcz ogólny był wyraźny...

wtorek, 06 stycznia 2009

Rura pękłą. Ale jest zimno. (Dlatego pękłą). W związku z temperaturą wodociągowcy nie będą na razie rozkopywać skamieniałego gruntu i naprawiać usterki, tylko poczekają, aż się zrobi cieplej. Zwłaszcza, zę to mała usterka, mają większe. I teraz pytanie: czy ja mam wypuszczać z wanny ten zapas wody, czy go trzymać, aaż zakwitnie (i aż wyłączą wodę z zaskoczenia)? Do tego już wiemy, że jak wyłączą wodę, zęby naprawiać, to wyłąćzą też ogrzewanie. Zimno mi na samą myśł.

Wracam wczoraj do domu po stażu.  W tramwaju zauważyłąm, zę dostałam jakiegoś dziwnego smsa od małża. No to dzwonię wyjaśni9ć, o co chodzi. W tak zwanym miuędzyczasie zeszłam do metra, czekam aż odbierze. Zgłasza sie poczta, więc próbuję drugi raz. Udało sie, pytam o co chodzi, bo ja już jadę do domu, jestem w metrze na wilanowskiej. I słyszę w odpowiedzi: na wilanowskiej? poczekaj, ja też, tylko wysiądę z pociągu!!!! Jechał pociągiem w przeciwnym kierunku i jeszcze zdążył wyskoczyc...

Wniosek z tego płynie, że najłatwiej spotkać się w komunikacji miejskiej albo w centrum handlowym. TAm też spotykam sporo osób, zwłaszcza takich od lat niewidzianych....

 

niedziela, 04 stycznia 2009

Pojechaliśmy na rodzinne multi-urodziny. W sumie trójka jubilatów, spęd rodzinny średniej wielkości, jakieś 27 osób, jeśli dobrze policzyłam.  Ogólnie sympatycznie, Piotrek pobawił sie ze starszym kuzynem, pogadaliśmy.

Wracamy do domu - na wejściu do klatki schodowej w sąsiednim bloku podejrzana karteczka. Na parkingu samochód wodociągowców. Uj, niedobrze to wygląda. Najgorsze obawy się potwierdzają - u nas taka sama kartka wisi i nie chce przestać. Jutro nie będzie wody, od 8 rano, przewidywany czas naprawy 16 godzin. Tyle dobrego, że mały będzie w żłobku - o ile tam też jakaś rura nie walnie... Ja na stażu, małż w robocie. Pozostaje pytanie, czy na pewno naprawią, rury pękają jak głupie i może się okazać, że nie wyrabiają z robotą. A zostać na parę dni bez wody, to ja dziękuję przy takiej temperaturze. A jeśli jeszcze padnie ogrzewanie, to będzie dramat.... Ja jestem zmarzlak i NIE CIERPIĘ ZIMY!!!!!!!

sobota, 03 stycznia 2009

Uduszę młodego. Powinien dawno słodko spać, wtulony w ukochanego misia. A gadzina jedna stale wyłazi - mama, skarpetki, siusiu, kupka, tata poczytaj, mama stań na głowie. Cholera jasna, o tej porze dzieć ma spać i kropka!!!!

piątek, 02 stycznia 2009

...to zajęcie Szanownego Małżonka. Zwaliłam na niego tę radosną fuchę na etapie odcycowania - mnie by sie nie udało wytłumaczyć, że bar zamknięty, a u taty baru po prostu nie ma i po temacie. A poza tym, panowie mają mało czasu dla siebie, bo M dużo pracuje, więc te pół godziny jest tylko ich. Zawsze znajdę jakieś wytłumaczenie, prawda? A dzięki temu ja sobie spokojnie stukam w klawiaturę i nie muszę tłumaczyć malcowi, że pora spać.

Mam ochotę powydawać pieniądze. Co jakiś czas tak mi się zbiwera i poszłabym na ciuchy, kosmetyki, albo do księgarni, wszystko jedno. Nawet spożywczy może być. Ale się nie da..... W takim nastroju lepiej siedzieć w domu.

czwartek, 01 stycznia 2009

Przetrwaliśmy sylwestra. To najważniejsza informacja. Pies, jak co roku na prochach - naćpany równo, ale i tak się trząsł jak świńskie nogi w galarecie. kot nieco spokojniej, ułożył sie na swoim ulubionym kawałku podłogi przy drzwiach i generalnie miał pod ogonem wszystkie hałasy. Dzieć - najpierw na spacerze się wystraszył. Spacer był niezbędny, bo trzeba było wyjść z psem, zanim zaczną strzelać na dobre i wynieść śmieci. Potomek na początku marudził i się bał, ale jak mu wytłumaczyłam, że te śliczne iskierki na niebie są nieodłącznie związane z bumbumami, to zaakceptował - zażyczył sobie wzięcia na ręce i z bezpiecznej kryjówki maminych ramion rozglądał się za iskierkami. Doszło do tego, że musiałam mu obiecać, że go obudzę o północy, bo wtedy będzie dużo iskierek.... W tym celu M nastawił budzik - padłam jak pies Pluto, jedna lampka grzańca spowodowała, że zachrapałam niczym starszy sierżant sztabowy. Ekonomiczna jestem, odrobina alkoholu wystarczy, żeby mnie uśpić. Wracając do tematu - budzika też nie usłyszałam, rozczmuchałam się, jak panowie stali w oknie i podziwiali iskierki. Mały tak sie cieszył... Kto by pomyślał, że kilka godzin wcześniej tak bardzo sie bał.

Kolejny raz widać, że wiele problemów wychowawczych można rozwiązać zupełnie łatwo, tylko trzeba reagować od razu i inteligentnie. (ach, jaka ja jestem genialna, nieprawdaż?)

Poklepałam sie po plecach, ale stale dochodzę do wniosku, że proste sposoby mogą niezmiernie ułatwić wychowywanie dziecka - tylko trzeba najpierw trochę pomyśleć, a potem chcieć poświęcić maluchowi odrobinę uwagi i serca. Ileż problemów "ryczących" rozwiązałam pytając Piotrka - ok, stary, o co ci chodzi? nie chcesz tej czapki? Proszę bardzo, możesz włożyć tę drugą. I wrzask, który pierwotnie był na temat - nie chcę żadnej czapki, odpowiednio skanalizowany tracił impet. Bo mnie naprawdę wszystko jedno, którą czapkę on włoży, byle włożył. A jak mógł wybrać, to czuł, że od niego coś zależy, ktoś się z nim liczy i w ogóle jest ważny.  Bo jest ważny. Dla mnie najważniejszy na świecie. Ale to nie znaczy, że pozwolę mu na wszystko. Wręcz przeciwnie, z miłości będę go uczyć, że są granice, pewnych rzeczy się nie robi, i trzeba zwracać uwagę na innych,a nie tylko na czubek własnego nosa.

Jak co roku, rzucam bluzgami pod adresem jednego sąsiada. Bydlak głupi odpalił parę lat temu petardę pod nosem naszemu psu. Dowcip przedni, nieprawdaż? I suczydło kochane, które się wcale nie bało huków, teraz ze strachu by wlazło pod wannę (nie da się), albo przynajmniej za szafę (jak wyżej). I co roku, żeby jej ułatwić przetrwanie tej nocy, muszę ją szprycować ogłupiaczem. Mam wyrzuty sumienia, jak widzę, jak jej się łąpy plączą, ale bez tego to byłoby jej jeszcze trudniej...

Summa summarum, okres świąteczny za nami, obżarstwo sie skończyło. I dobrze, i tak jest mnie o 1,5 kg więcej niż przed świętami. Mogło być gorzej. Teraz wracamy do normalnych zwyczajów żywieniowych. Bilans otwarcia roku wynosi ...8,2 kg. Pierwszej cyfry nie zdradzę, pozostanie moją słodką tajemnicą. I tak jest to o dychę mniej niż przed ciążą.  W ten sposób będę miała zanotowany stan z początku roku  i wreszcie nie zgubię kartki z tą cenną informacją... Jakoś zawsze mi znikają. Freudowskie czynności omyłkowe, czy co?...

sobota, 27 grudnia 2008

Codziennie włos mi dęba staje. A że długi, to się trudno zmieścić w drzwiach - no bo jak włosy dęba , to pół metra więcej mam od razu i drzwi za niskie...

A wszystko przez potomka, jak zwykle. W końcu od czego są dzieci - żeby straszyć rodziców i zwalać na nie winę.

Potomek bystry jest nadmiernie. Kumaty takoż. Rozumie wszystko - skomplikowane polecenia, wywody filozoficzne, dowcipy - no, wszystko.

I tak jakoś mi sie przypomniała moja była koleżanka. Była, bo po świństwie, jakie zrobiła mojemu Małżowi (kant na tle zawodowym), obraziła się i przestała odzywać, jak ją zapytałam, czy uważa, zę postąpiła właściwie.

ALe ja nie o tym. Otóż owa koleżanka, lekarz i psycholog z wykształcenia zresztą, wygłosiła kiedyś teoryję, po której kapcie mi spadły, a szczękę zbierałam z podłogi. Otóż wedle tej doświadczonej niewiasty Z DZIEĆMI DO 10-12  ROKU ŻYCIA NIE MA KONTAKTU!!!!!. A ja z PIotrusiem kontakt mam od początku. To co, on nieprzeciętnie inteligentny, ja wyjątkowo utalentowana wychowawczo, czy... Trzeciej opcji nie wymienię, aczkolwiek ciśnie mi sie na usta.

Swoją drogą, jak już mi sie zebrało na wspominki - jakie ochrzany zebrałam od co poniektórych, jak powiedziałam po raz pierwszy, zę Piotrek idzie do żłobka... Bo dziecko do 3 roku powinno siedzieć w domu z matką i koniec. Każde, bez wyjątku. To mi tłumaczył pan ginekolog, który może był dobrym ginekologiem, ale o dzieciach pojęcie miał blade. Taki więcej konserwatywny, później odmówił wypisania mi tabletek antykoncepcyjnych z powodów religijnych. A ja  wiem, zę są dzieci, dla których żłobek nie jest dobrym pomysłem, i są takie, dla których jest świetny. Piotrek należy do tej drugiej grupy. Dwa lata ze mną przesiedział w domu, a potem po prostu zaczął potrzebować towarzystwa rówieśników.W żłobku jest mu znakomicie, biegnie tam z radością, wraca roześmiany. Ciocie są bardzo troskliwe, rozsądne. I nie jest to żadna prywatna inicjatywa, najzwyklejszy państwowy żlobek i już. A jest super. Aż mam dylemat, bo planowaliśmy puścić Pietruszka do przedszkola od przyszłego roku - będzie miał prawie trzy lata, ale może jeszcze zostać na rok w żłobku. Przedszkole dobre mamy pod oknem, do tego za dwa lata chcemy mu zafundować siestrzyczkę (albo braciszka), więc nie wsyzstkie stresy na raz. Ale ten żlobek jest tak fajny..... Kurczę, i co tu zrobić?????

 

wtorek, 23 grudnia 2008

Nareszcie. Po raz pierwszy w swej karierze żłobkowicza (czyli od września) Pietruszkowi udało sie pójść piąty dzień z rzędu do żłobka - do tej pory zawsze się już zdążyło przyplątrać jakieś choróbsko. Mam nadzieję, zę to może oznaczać koniec sezonu chorowania co chwilę. Oby, bo naprawdę mam już dość. Do tego zaraz po Świętach zaczynam staż kliniczny i będę miałą zajęcia codziennie, a nie jak dotąd 3 razy w tygodniu, co gwałtownie komplikuje sprawę opieki nad chorowitkiem.

Nic, bądźmy dobrej myśli.

Piotrusiu, dziękuję za ten prezent!!!!!!!

niedziela, 14 grudnia 2008

Potomek mnie uwielbia. Niby nic dziwnego w tym wieku - dwulatki tak mają. Ale okazywanie szacunku poprzez całowanie matki po stopach to sie już rzadko zdarza :). Pojęcia nie mam, dlaczego, ale młody uwielbia jak nosze rajstopy. Takie zwykłe, cienkie. Skarpetki też mogą być, byle był ten rodzaj materiału, zwykłe  bawełniane go nie ruszają. A jak mam rajstopy, to sie przytula do moich stóp, całuje, głaszcza... Czasem łaskocze (paskud jeden, wie już, ze tam mam łaskotki)...

Ciekawe, skąd mu sie to wzięło?????

Swoją drogą, facecik jest cwany. Małż siedzi i go usypia, a Piotrek ma swoje zdanie na ten temat. Ćwiczymy już spanie bez szczebelków w łóżeczku i zwykle działa.  A dzisiaj jakoś nie bardzo, dziecko po prostu nie zamierza iść spać i tyle. wylazłby najchętniej i pobrykał. Ojciec z całą powagą zapowiada, ze jak Piotrek dotknie stopami do podłogi, to tata wyjdzie z pokoju. Zwykle taka groźba skutkuje. A dziś?  Kochane maleństwo odwróciło się i wylazło łapkami i dziobem do przodu....