O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
Archiwum
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 16 lipca 2009

Piotrek wynalazł maszynę zapobiegającą trzaskaniu drzwiami podczas przeciągów.

Maszyna składa sie z drzwi, psiej smyczy i roweru. Smycz przyczepił karabińczykiem do zamka, drugi koniec zamontował na kierownicy.

Jak każdy wynalazca przetestował pomysł przed wprowadzeniem do obiegu, sprawdził, czy wszystko jest ok - działa!

 

Zebraliśmy sie wreszcie (rychło w czas,...) na zmianę kół w samochodzie. No bo to już obciach pełen, lipiec w całej krasie, a my nadal na zimowych kółkach. Ale jakoś tak wyszło....

Piotrek pomagał. Najpierw dzielnie podkładał klin pod właściwe koło, potem machał wajchą od podnośnika, odkręcał śruby poluzowane przez Małża, potem przykręcał następne, pamiętając, że należy je dokręcać na krzyż...

Uświniony przy tej operacji od pięt po czubek głowy, ubranko w całości do prania, ale co tam. Najważniejszy był pełen szcześcia uśmiech, poczucie, że robi coś z tatą, coś ważnego, dorosłego. I naprawdę pomagał, jak on dokręcał śruby, to tata mógł odstawić zimowe koła do piwnicy.

Piotrek zmienia koło

 

To jest taki wiek, kiedy można dzieciaka nauczyć pomagania w sposób niezauważalny. Bo to jeszcze jest frajda - dopiero za parę lat będzie to przykry obowiązek - chyba, ze sie wcześniej nauczy, że każdy ma coś do zrobienia, że fajnie jest robić coś wspólnie, że wtedy można mieć więcej czasu na wspólną zabawę. że to łączy rodzinę.  I że wyniesienie śmieci też może być sposobem na okazanie miłości, mimo, iż samo w sobie zajęcie jest całkiem nieromantyczne.

A wieczorem po spaniu poszliśmy sobie razem na dwugodzinny spacerek po okolicy. Bo dzieki wspólnej pracy przy samochodzie mieliśmy czas, żeby pójść w komplecie ( no, powiedzmy - komplet ludzki, kot i pies zostały w domu).

poniedziałek, 13 lipca 2009

Krótko będzie, bo ile razy można to samo. Młody znowu zamknął mnie na balkonie, jak wieszałam pranie - i zablokował klamkę (mamy taką z zameczkiem na klucz).

Na szczęście seria poleceń doprowadziła do wypuszczenia matki z aresztu.

Ani chybi klawisz mi rośnie. Tej kariery dla dziecka raczej nie mam na liście wymarzonych.....

niedziela, 12 lipca 2009

Pietruszek ostatnio z bliżej niezidentyfikowanych powodów zaczął sie do mnie zwracać per "żono". Nie wiem, skąd mu sie to wzięło, Małż ślubny tak do mnie nie mówi.

Wracając do tematu - najpiękniej to brzmi, jak młody z wielką mocą mówi "Maś rację, ziono!". Oprócz tego lecą różne inn teksty urozmaicone ową "zioną", co mnie bawi. Małż natomiast nie jest zachwycony - trudno się dziwić, w końcu ktoś usiłuje mu odbić połowicę. Ani chybi zazdrość. W sumie to całkiem miłe, jak mogę w bezpiecznej sytuacji poczuć, że mu tak na mnie zależy :).

Piotrkowe pomysły nomenklaturowe spowodowały , że zaczłam sie zastanawiać nad powiązaniami rodzinnymi, jeśli miałabym być żoną Piotrka. Skomplikowane to niezmiernie, najbardziej ucieszył mnie wniosek, że byłabym wtedy swoją własną teściową - jako matka mojego męża...

W ogóle wychodzi na to, ze mamy dość skomplikowaną sytuację - małż jako chyba jedyny mężczyzna na świecie ma dwie teściowe mimo posiadania tylko jednej żony (niezorientowanym wyjaśniam, ze chodzi o naszą wspólną teściową honoris causa).

Dalsze radosne powiązania na razie mi umknęły - ale pewnie sie jeszcze coś znajdzie, tylko na rrazie nie chce mi sie nad tym myśleć.

Raczej pójdę coś zjeść :)

piątek, 10 lipca 2009

Jedziemy na działkę. Mama Piotrek, ja i dwa psy. Rozmawiamy o moim bracie, który w łapki ogrywa wszystkich, do tego stopnia, że jakktoś był bardziej zaperzony, to proponował, że on może grać z zawiązanymi oczyma. I  tak wygrywał.  Grali o piwo, wiec miał spory zapas.

Piotrek słucha z tyłu, w pewnym momencie wypalił - mama, ja chcę piwo. Zastrzygłam uchem, po pierwsze zabrakło magicznego słowa "proszę", a poza tym skąd u diabła on wie, co to jest piwo? Ja dotąd nie spotkałam gatunku, który by mi smakował, Małż jak wypije jedno na miesiąc,  to jest dużo.

A młody przerywa mi rozmyślania komunikatem;

- mama, ja lubie piwo!

No to już przesada - za młody! Rozpijanie trzylatka to troche za wcześnie, więc zamiast piwa może dostać szklankę mleka.

Tylko skąd mu sie taka wiedza wzięła, skorto u nas piwo bywa od wielkiego dzwonu, a alkohol w ogóle schodzi w ilościach śladowych? Butelka wódki, którą kumpel przyniósł na pępkowe, nadal stoi w szafce  z połową zawartości. A Piotrek ma prawie trzy lata...

Poranek

Piotrek bryka po mieszkaniu. My siedzimy w łazience i gadamy, korzystając z faktu, że Małż siedzi w wannie i nie ucieka.

Poszłam po Potomka, żeby go wreszcie ubrać. Był w kuchni - i szczęka mi opadła na widok jego działalności. Młody wyjął z szafki karton mleka, otworzył go, nalał do kubka - i dał kotu. Bo "kotek lubi mlećko".

Operatywny facet, zadbał o zwierzaka, zrobił to rozsądnie - kotek faktycznie lubi mleczko.

Wniosek  -   nie zginie, w kuchni sobie poradzi. Przyszla synowa bedzie wdzięczna.

 

poniedziałek, 06 lipca 2009

Świat mi sie nie podoba. Właściwie nie powinno tak być, w pracy fajnie, złapałam kontakt z pacjentem początkowo mocno zjeżonym i nastawionym na nie, z Piotrusiem w żłobku ok, potem pooglądaliśmy sobie koparki... No właśnie tylko jedna kanapka mi życie zatruła - całkiem dosłownie. Poszłam w wolnej chwiili do Fresh Pointa kupić sobie kanapkę ze złudną nadzieją, że będzie lepsza niż takie pakowane nie wiadomo kiedy. Wziełam taką zwykłą, z jajkiem, bez jakichś bajerów. I przewracała mi sie po żołądku przez parę godzin, żeby go w końcu opuścić trasą raczej nie przewidzianą dla ruchu w tym kierunku. Nie wiem, jedyne co tam mogło być drugiej świeżości, to odrobina sosu, ale też taki sos jest zawsze najbardziej podejrzany.

Cóż, pomysł na zdrowsze jedzenie wziął w łeb, następnym razem pójdę do KFC, które jest za ścianą. Po  nich nigdy nie miałam kłopotów żołądkowych.

niedziela, 05 lipca 2009

Kładziemy Pietruszkę spać. Dostał dziś nową książeczkę o Franklinie, więc po obowiązkowej lekturze straży pożarnej tata czyta i o małym żółwiku. W połowie młody stwierdza, ze on woli sobie sam poczytać straż pożarną i za Franklina dziękuje. Ok, nie ma sprawy. Ale Piotrek prosi, żeby mama została z nim i posiedziała. Tłumaczę mu, że mama musi jeszcze posprzątać w kuchni po kolacji. Na co malutek kategorycznie zarządził:

- mama zostań, kakuś ić przątać!

Dziś dla odmiany o psie, a nie o Piotrusiu. Przynajmniej chwilowo...

Pies (a raczej psica) jest typem wybitnie zaczepno-obronnym (to znaczy zaczepia i trzeba jej bronić). Chodząca odwaga po prostu. Do tego od czasu jak wiele lat temu pewien sąsiad ^%^$#$@%^%(*%^%) (nie będę sie wyrażać, ale mam nadzieję, że i tak wiadomo, co mam na myśli) w ramach świetnej rozrywki okołonoworocznej rzucił jej petardę prosto pod nos, Agra panicznie boi sie burzy, petard, strzałów i huków wszelkiej maści.

Dziś była burza piękna, grzmiąca. Panowie P postanowili pójść obejrzeć ją z bliska - Piotruś włożył kaloszki, pelerynkę i jazda na spacer. I ta dzielna głupia sunia, która właziła prawie pod wannę ze strachu,  przez cały czas ich spaceru piszczała pod drzwiami, że chce wyjść ich chronić... Jak wrócili, to znowu zaczęła sie bać.

Swoją drogą są momenty, kiedy najbardziej kochane dziecko mam ochotę własnoręcznie udusić. Czy on nie mógł pospać trochę dłużej??????

Piotrek dostał na zakończenie roku żłobkowego książeczkę o straży pożarnej. Ładne obrazki, króciutki prosty tekst. Piotrek ją uwielbia. Czytam mu to przynajmniej dwa razy dziennie, i ostatnio zaczął recytować tekst razem ze mną, zaglądając mi przez ramię. Zastanawialiśmy się, czy on czyta, czy sie nauczył na pamięć. Dziś wyszło, zę jednak na pamięć - przy obiedzie zaczął recytować kawałki nie mając książki przed nosem. Swoją drogą śmiesznie brzmi, jak usiłuje się wyjęzyczyć ze słowami tak długimi jak "leniuchowanie" :)

 

 

sobota, 04 lipca 2009

Przygrzało nam Piotrusia. Innymi słowy udar słoneczny, lekki na szczeście, ale jednak. Temperatura, wymioty, narzeka na brzuszek, kręci mu sie w głowie... Dostał kapelusik - czapeczki znowu oczywiście nie wział ( a głowę bym dała, zę na 10 sekund przed wyjściem wcisnęłam mu ja na łepek). oprócz tego zarobił dziś sandałki i krótkie spodenki  - skoczył w górę ostatnio i trochę nam powyrastał.

Mieliśmy dziś pojechać w odwiedziny do jednej z około miliona ciotek. Tę akurat bardzo lubimy, niestety jedzie sie do niej dobrą godzinę, a wobec stanu Piotrka ten pomysł był absolutnie wykluczony. Szkoda, dawno jej nie widziałam, ale z dziećmi tak juz jest - chorują wtedy, kiedy jest to najbardziej jak to możliwe w poprzek wszystkich planów.

Za to dowiedziałam się, że jedna z koleżanek jest w ciąży. Zazdroszczę jej, będzie miała sympatyczną różnicę wieku pomiędzy dziećmi - ok 2 lat. Też tak chciałam, ale niestety, życie jest życiem i nie zawsze mamy to, czego chcemy. Może za rok.....

Tyle razy przemknęło mi dzić przez głowę, że to warto zapisać - i nie pamiętam. Drobniutkie scenki, powiedzonka Piotra, okruchy życia. Niestety, umknęły i nie wrócą. Żałuję, lubię wracać do takich drobiazgów.

Dziś Pietruszzek postanowił sam sie umyć pod prysznicem - tak jak mama (bo mama woli prysznic, a tata wannę, co skutecznie rozładowuje poranną kolejkę do łazienki - po prostu można równocześnie dokonywać ablucji.). Wlazł pod prysznic, po czym jak tata zapytał, czemu sie nie myje, to z powagą w głosie stwierdził, że nie może, bo musi najpierw umyć szyby kabiny - bo są brudne!!!!. Nie wiem, skąd mu ten pomysł, inna sprawa, ze one mają taki wzorek, jakby po szybie ściekały krople - może stąd mu przyszło do głowy.

Niech się zrobi trochę chłodniej,nie mam pojęcia, jak wytrzymamy jutro w domu - nie wyjdę z Piotrkiem na to słońce, jak go przygrzało, a coś z dzieckiem zrobić trzeba. Tylko co?????

środa, 01 lipca 2009

To jest wlaśnie dieta mojego dziecka. Nie żebym taka skąpa była i dziecku żałowała. Młody po prostu sam sie domaga - wie co dobre, chleb pieczony przeze mnie to jest pyszna rzecz. I on po prostu prosi o chleb z masłem i wystarczy. Ewentualnie z pomidorem.

Do picia dostawał kiedys  Kubusie, ale po pogawędce z żywieniowcem zrezygnowaliśmy z tej bomby cukrowej, powoli przestawiamy sie na picie głównie wody - na te upały najlepsze. I tak Piotrek żyje o chlebie i wodzie.

Dobrze, że w złobku ma normalne jedzenie....

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Młody się już właściwie usamodzielnił jeśli chodzi o potrzeby fizjologiczne. Sam biegnie do łazienki, siada na nocniku (albo siusia do sedesu), wylewa nocnik, myje łapki - pełnia szcześcia. Przy grubszych sprawach pomoc na końcu jest potrzebna, ale bardzo pilnuje swojej samodzielności - jeśli zajrzę do łazienki w takiej chwili to słyszę -

-mama, idź, ja wołam. (mama, idź, zawołam cię)

N to idę. Teraz też wyszłam, usiadłam nakrześle... i słyszę ryk z łazienki - mama......

Jakby nie mógł od razu....

Mężyk zadzwonił z pytaniem czy mogłabym go zwieźć od klienta, bo na Mokotowie leje koszmarnie. Mogłabym. Pojechaliśmy z Piotrkiem i psem. po powrocie młody do wanny. Jest już tak zmęczony, że marudzi i kłóci sie o wszystko. W końcu nie wytrzymuję i mówię, zę jak sie będzie tak zachowywał, to nie pojedzie po tatę następnym razem. A on na to -że zostanie w domu. No to pytam go, jak to, sam ma zostać, bez mamy? A ten mały drań popatrzył i mówi :

- nie siam, mam Guśkę! (Guśka, zwana Gruśką, to nasz pies).

I weź tu człowieku dyskutuj z takim.....

Misiek wczoraj się znalazł w szafie. Piotrek ma taki kawałek szafy, gdzie lubi włazić. Wczoraj nie mam pojęcia, kiedy tam majstrował, bo wydawało mi sie, ze miałam go pod ręką cały czas, jak byli goście. Ale jakoś mu sie udało wpakować Mimi do szafy, a potem leżał i patrzył jak sie miotamy. Testował naszą reakcję na jego problem? Jeśli tak, to chyba zaliczyliśmy, naprawdę solidnie szukaliśmy wszędzie, gdzie sie dało. Jak widać, skutecznie.

Po raz pierwszy od nie wiem jak dawna mam chwilę, kiedy siedze bez wyrzutów po mordzie i się obijam. Zaraz sobie polakieruję paznokcie - miałam na to ochotę od paru tygodni, ale nie miałam kiedy, a jak miałam kiedy to byłam juz tak padnięta, że wolałam iść spać.Do pracy idę na 14, więc jeszcze mam chwilę.

Za to przekonałam sie wreszcie do rabarbaru. Z czasów przedszkolnych zostało mi przekonanie, ze rabarbar = paskudny kompot z frędzlami włażącymi między zęby. A teraz zrobiłam crumble z rabarbaru ściągnięte z zaprzyjaźnionego  bloga,

Nie wiem, jak wstawić linkę, nie chce mi sie kombinować, biorę sie za paznokcie

Ponieważ już wiem, jak wstawić, to poprawiłam :)

Pyszne było, dzięki Ci, olalala77 :)

 

 

 

niedziela, 28 czerwca 2009

Działo sie przez ten tydzień, oj, działo....

Szkoła. Tygodniowy zjazd, ciekawe tematy, spotkanie z ludźmi, których bardzo lubię i których zobaczę w komplecie dopiero we wrześniu. Koleżanka, która urodzila dziecko tydzień temu, dramat choroby malucha. Aniu, Piotrusiu, trzymajcie się mocno, modlę się za Was.

Zakończenie roku w żłobku - przedstawienie w wydaniu dwulatków - jasne, ze prościutkie. Przypomniało mi sie, jak pani dyrektor mówiła, że kiedyś jakiś rodzic zgłosił pretensje, zę te przedstawienia takie krótkie, kiepska rozrywka. A czego on oczekiwał, że mu maluchy Hamleta na trawie odstawią???? Rozkleiłam sie, jak to oglądałam. Do tego Piotrek taki dumny z siebie, jak mijał nas to mu sie pyszczek rozdziawiał i uśmiech od ucha do ucha

Imieniny Piotrka. Wypadają jutro, ale nie ma mowy, żebym jutro kogokolwiek zapraszała. Siedzę w pracy do 20, jak wrócę, to młody już będzie  w łóżku.

Piotrek, który stale zaskakuje mnie kolejnymi zachowaniami. Dziś szykujemy sie do imienin, Małż zaniósł szklanki  i podkładki pod nie, takie plecione. Właściwie, czy ktoś wie, jak to sie nazywa? u nas w domu to chodziło pod nazwą "patarafki", ewentualnie "wafle". To tylko tak na marginesie. A po chwili patrzymy, a Pietruszka ustawia starannie każdą szklanke na podstawce....

W szkole - znakomicie, chociaż tematy egzystencjalne, trudne, pod koniec naprawde ciężko sie skoncentrować. A po południu - warsztaty z terapii grupowej. Nie wyszło mi prowadzenie mojego kawałka, poryczałam sie ze zmęczenia wieczorem, w domu. Teraz widzę, ze nie bylo tak źle, zrobiłam kawał dobrej roboty, a w końcu po to tam jestem, żeby sie uczyć. Błędów nie popełnia tylko ten, co nic nie robi. Ale wtedy mnie zdołowało.

Koleżanka z grupy wychodzi za mąż. Bardzo chiałam być na jej slubie, a tu kicha, będę wtedy w Bieszczadach służbowo, na obozie z dzieciakami. Żadnego manewru, nie pójdę na ten ślub. Chyba że sie w miesiąc nauczę bilokacji.

Imieniny fajnie, nie robiliśmy wielkiego spędu, moi rodzice, teściowa h.c. i chrzestna, czyli nasza przyjaciółka. Chrzestny miał nieco daleko - mieszka na Pomorzu, więc nieobecność usprawiedliwiona. Nawet to, że nie zadzwonił rozumiem, wybrał sie dziś na żagle z jakimś kumplem, po zakończeniu pewnie gdzieś siedli nad piwem i ględzą.

Na dokładkę, jak już młody leżał w łóżku okazało się, że przepadł gdzieś jego misiek ukochany. Szukamy jak wściekli, przeglądamy meble, pomieszczenia. W końcu nie mieszkamy w pałacu, nie mamy 250 metrów. I chwała Bogu w tym kontekście, jakbym miała szukać tego niedźwiedzia na takiej powierzchni, to chyba bym oszalała,

Jeszcze więcej tego było, ale palce mi sie śligają po klawiaturze ze zmęczenia.

Dobanoc.

 

wtorek, 23 czerwca 2009

To nie jest wpis, tylko dwa słowa. nie ma mnie i raczej nie będzie do końca tygodnia. Mam tygodniowy zjazd u mnie w szkółce, do soboty włącznie, a w niedzielę imieniny potomka. Padam na pysk, nie mam siły na myślenie, a tym bardzoej pisanie z sensem. A bez sesnsu nie lubię.

Do zobaczenia :)

sobota, 20 czerwca 2009

Fajnie było dziś rano.

Młody wmeldował sie nam do łóżka o 5, ale wtulił sie we mnie i zasnął dalej. I do prawie 8 spał, co jest wyczynem niezywkłym (normalnie budzi o 6, najpóźniej 7). Zarządził

- mama, kakuś, budź!

Mama i kakuś zgodnie zamamrotali i wetknęłi głowy pod poduszki. No to młody przelazł po nas i poszedł włączyć budzik. Budzik jesrt taki z radiem, ma sporo guzików na obudowie, a jeszcze żeby przestawić trzeba nacisnąć w stosownym miejscu na wyświetlaczu. Byłam pewna, że on tego jeszvczxe nie umie. Jak się okazało, byłam w błędzie, włąćzył budzik i jeszcze przestawił zegarek na czas zimowy. I wrócił do nas. Tak sie trochę kotłowaliśmy przez jakiś czas, w końcu powyłaziliśmy z nory stwierdzająć, zę spać sie i tak już nie da. Zaczęłam go ubierać. Wierci sie jak stado pcheł, bryka po łóżku, zwiewa mi zaśmiewając sie do rozpuku, włazi na parapet. W końcu lekko zirytowana mówię mu, że jak  nie wróci do mnie bnatychmiast, to na śniadanie dostanie zwykł kupny chleb, a nie pieczony przeze mnie. ( Wie co dobre, odkąd zaczłam piec, to ten kupny, skądinąd całkiem niezły, mu nie pasuje).

A na to Piotrek z pretensją w głosie:

- Mama, to nie fair!

I gdzie on to podłapał?

 

wtorek, 16 czerwca 2009

Wracam z Piotrkiem do domu po zajęciach adaptacyjnych w przedszkolu. Nagle Piotrek zobaczył, ze na trawniku stoi duży samochód.I wygłosił pelną piersią żądanie do rodzicielki :

- mama, dzon, ten palant stoi na tawie!!!!

Mama nie zadzwoniła. Osłabła kompletnie słysząc słownictwo. Fakt, biję sie w  piersi, określenie kogoś mianem  palanta nam sie zdarza - żeby nie używać tak zwanej łaciny kuchennej i odniesień do linii prostych i nie tylko, ale chyba trzeba będzie zrezygnować i z tego....

I niech mi ktoś powie, żę dzieci uczą się rzeczy niewłaściwych od kolegów. Guzik prawda, przede wszystkim od własnych rodziców, tylko ciężko to nam przyznać, bo automatycznie oznacza to przyznanie sie, że sami nie zachowujemy się włąściwie...

niedziela, 14 czerwca 2009

Wychodzimy na spacerek. przy wejściu do klatki schodowej spotykamy sąsiada, miłego starszego pana. Witamy się, pan też, różnież z Piotreusiem. Piotrek nic. Przypominamy mu, że należy się przywitać. Chwila skupionego milczenia i Piotrek wypala:

- Boli mnie siusiak!

Zatkało nas....

Mam problem, tudzież dylemat wychowawczy. Chodzi o sprzątanie po sobie. Bardzo sie cieszę, ze Piotrek stara sie to robić, ale... No właśnie, nie jestem zachwycona, jak łapie za szczotkę do mycia toalety i szoruje klozet. Niby wszystko w porządku, działalność bardzo chwalebna i pożądana, tylko on przy tej okazji zawsze sie ochlapie, łapie tą cholerną szczotkę w różnych miejscach, kapie z niej na swoje misie... No masakra. Staram sie sprzątac razem z nim, albo chować szczotkę, ale szperliwe oczko zawsze znajdzie.

I co ja mam zrobić?

piątek, 12 czerwca 2009

To jeden z ukochanych tekstów Piotrka. Powtarza to jak ściera stół, zbiera swoje zabawki na miejsce, podaje mi chustkę do nosa - przy każdej możliwej okazji. Jak słysze "Mama, cięśka paca", to zaczynam chichotać, nie mogę sie opanowac.pracuś mój kochany :)

Następnego dnia:

Wielkie sprzątanie spowodowane inwazją mrówek - będziemy próbowali zasilikonować miejsca, którymi włążą, więc trzeba wszystko pozamiataać, umyć i tak dalej. Piotrek chciał pomóc i został poprosszony o pozbieranie swoich zabawek. komentarz - cięśka paca, zbiejanie zabawek.

Nic dodać, nic ująć.

czwartek, 11 czerwca 2009

Postanowiłam zrobić spis dotychczasowych pomysłów językowych Piotrka, bo większość zapominam błyskawicznie, a niektóre są naprawdę urokliwe. Lista będzie bez żadnej sensownej kolejności - ot, jak mi się coś przypomni to dopiszę.

guncie - dziękuję

pasałom - parasol

kamkam - tramwaj

kaja - koparka

uja - toyota (wersja wcześniejsza, teraz jest mama)

fak - fiat

fonk - ford

kakuś - tatuś

okanki - okulary

matinki - majteczki

pusia - pieluszka

sopsie - spodnie

siepsie - szczzebelki (w łóżeczku, takie wyjmowane)

ononek - ogonek

minon - pomidor

gasia - żyrafa

Więcej na razie nie pamiętam, będę dopisywać :)

 

Piotrek dostał jakiś czas temu wóż strażacki. Wielki, z wysuwaną drabina i sikawką zamontowaną na podnośniku. NIestety sikawka ma zbiornik na wode i można faktycznie z niej polewać.

Piotrk postanowił udoskonalić wynalazek. Do sikawki podłączył rączkę plastikowej skakanki, która jest po prostu wężem zakończwnym dwona uchwytami - całkowicie przzepływowa.  Teraz sikawka ma większy zasięg, na szczęście mniejsze ciśnienie, bo skakanka ma więszy przekrój od węża strażackiego.

Ale on ma pomysły.....

Pietruszek rozrabia u nas w łóżku. Pobiegł do kuchni, po chwili wrócił z zaaferowaną minką. Wgramolił sie na łóżko i podaje mi coś do ust:

- mama, mas chupka!

Pobiegł po kocie chrupki....

Myślałam, że sobie dziś pośpię. Wczoraj siedziałam w pracyy od 9 do 19.30, to sie chciałam zregenerować. A tu nic z tego... O bliżej niesprecyzowanej porze wpakował sie nam do łóżka potomek. Rozpychał sie w nocy niemiłosiernie. A o 6 rano uznał, że już starczy tego spania - zaczął gadać, przynosic książki, łazić po nas, skubać, głaskać, gryźć... Jak mnie ugryzł w duży palec u nogi, to stwierdziłam, że laba się skończyła....