O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
Archiwum
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 04 czerwca 2009

Kolejny raz nie udało sie położyć młodego o normalnej porze. Wszystko dlatego, że pojechaliśmy do rodziców poświętować - w końcu dwudziestolecie końca komunizmu trafia sie raz na dwadzieścia lat... A właściwie, to dwudziestolecie trafia sie raz, potem to będą inne "lecia". Więc tym bardziej należało uczcić. I tak jakoś wyszło, że Piotrek zdominował spotkanie - były jeszcze trzy znajome i wszyscy gadali o/do Piotra.

Po powrocie ubieram młodego w piżamkę, przychodzi Małżon z portfelem w ręku, a mały wydaje polecenie :

-Kakuś, daj mamie piniądze!

Ciekawe, czy w przyszłości też będzie tego samego zdania, jak to on bedzie miał dać kase własnej żonie...

wtorek, 02 czerwca 2009

Zaczynam mieć dość. Dzieć zamiast iść spać o kulturalnej porze rozrabia jak pijany zajączek chwilę przed 23. Świetnie wie, że jest jedno hasło, na które pozwolę mu wstać z łóżka - mama, siusiu. Niedawno odpieluchowany, wzmacniam w nim na wszystkie sposoby tę umiejętność, ale mnie coś trafia, jak mały gad wyłazi do łazienki, wyciska z siebie trzy kropelki i dalej gada.

Wiem, że częściowo zawdzięczam to samej sobie - jakbym mu nie  pozwoliła spać tak długo, jak on lubi, to byłyby większe szanse, że wcześniej padnie wieczorem. Ale jakoś tak wychodzi, że zawsze się zagapię, mimo wielokrotnych obietnic, że dziś śpi nie dłużej niż do 16. albo wcześnie, zależy o której się położy, w każdym razie dwie godzinki i finał. Ale to takie wygodne, jak w ciągu dnia mam trzy lub cztery godziny, że zwykle zapominam, albo mi sie nie chce zwlec odwłoka z krzesła. I potem mam za swoje...

Ale nie zmienia to faktu, że mam dość. Nie wiem, co z takim typem zrobić, przeciez mu nie przyłożę (chociaż czasem mam na to wielką ochotę...).

Teraz chyba potwór już zasnął, ja w obłędzie robię obiad na jutro, sprzątam nieco przynajmniej kuchnię, szykuję sie do zajęć z grupą i spotkań z pacjentami (akurat, właśnie widać, prawda? terapii grupowej blog nie przypomina, indywidualną też nie bardzo, jeśli już to moją własną, ale za to mi nie płacą).

poniedziałek, 01 czerwca 2009

Prawda od dawna znaną jest, że jeśli sie chce dziecia do czegoś przyuczyć, to warto zacząć wcześnie. Dlatego pianiści i baletnice w wieku czterech lat zamiast brykać na podwórku z kolegami pracowicie ćwiczą.

Piotrek nie ćwiczy baletu ani nie gra na fortepianie, ale powyższa mądrość ma zastosowanie nie tylko w tych przypadkach, więc zaczęliśmy ćwiczyć obycie kuchenne. To znaczy - że jak sie nakłada z garnka do psiej miski jedzenie, to warto miskę postawić - będzie wygodniej, niż trzymać ją w łapie. Że jak sie wrzuca coś do garnka, to tak, żeby nie było dużego plum!, bo sie można poparzyć. Pietruszek wrzucił dzielnie trzy marchewki pokrojone w plasterki i ani razu nie polumknął głośno i chlapliwie - jak wytłumaczyłam, to natychmiast załapa, o co biega. Potem podawał mi ziemniaki do obierania. A potem zrozumiał, że teraz trzzeba poczekać, aż sie obiad ugotuje.

Oprócz tego Piotrek wie, że trzeba uważać na palce, jak sie coś kroi - powtarza mi to za każdym razem, jak wezmę nóż do ręki,  i parę innych takich rzeczy.

Przyszła synowa powinna mnie w brudną piętę całować.

niedziela, 31 maja 2009

jakiś czas temu na bazarku widziałam rzecz, która ucieszyła mnie niebywale.

Otóż ktoś sprzedawał sukienki, takie najzwyklejsze, bawełniane, na lato. Reklamowała je wielka kartka z napisem: 120% bawełny. Ja jeśli chodzi o nauki ścisłe, to jestem Miś O Bardzo Małym Rozumku, ale tak mi dzwoni, że to jednak coś się komuś pokręciło :)

Niestety nie miałam aparatu fotograficznego....

czwartek, 28 maja 2009

Ponieważ podpowiedź okazała sie niewystarczająca, a młodemu w tak zwanym międzyczasie pasałom przekształcił się w parasol, konkurs kończę. 

Co do podpowiedzi - bije sie w piersi, ale to zboczenie z dzieciństwa. Ukochaną rozrywką moją i mamy było (i jest nadal) rzucanie sobie wzajemnie jakiegoś cytatu - i czekanie, czy ta druga rozpozna. Cytaty bywały mało charakterystyczne, wiec czasem potrzebne były podpowiedzi. A te nie mogły być zbyt proste, wymyślenie dobrej podpowiedzi - podającej informacje z danej książki, a równocześnie nie będącej prostym naprowadzeniem - było czasem trudniejsze, niż rozpracowanie cytatu. 

Moim chyba największym sukcesem z tej dziedziny było, jak kiedyś rodzicielka moja przy jakiejś okazji rzuciła mi tekstem "sam złowiłem" - i patrzy na mnie z wyczekiwaniem. A ja nic, pustka w głowie. Ale po chwili zaczęłam myśleć - ciągiem skojarzeń. Zimno było. Śnieg i ciemno. Coś schowane. pudełko. śmierdzące. i tak w końcu sobie przypomniałam, chodziło o książkę Liv Balstad "pod biegunem kwitną kwiaty", a konkretnie o jej męża, który był niezmiernie dumny z własnoręcznie złowionych sledzi.... które trzymał w pudełku pod łóżkiem.

Wracając do tematu podpowiedzi do pasałoma - przedobrzyłam, to było obliczone na kogoś z wieloletnią wprawą w rozpracowywaniu moich zagadek. Następnym razem postaram sie bardziej.

Piotrek dostał od mojego taty myszkę. Sporą, szarą , z długim ogonkiem. Piotrek jest zachwycony. Nosi myszkę na ręku, głaszcze, wyprowadza na spacer, przykrywa kołderką. Myszka towarzyszy mu przy myciu siusianiu, jedzeniu... wszędzie.

Piotrek i jego myszka :)

środa, 27 maja 2009

Młody mnie wkurzył na maksa. Wróciłam z pracy ok 21 - siedział juz w łóżeczku, umyty i opiżamkowany. Rozdarł sie na mój widok - mamusia jest! Poszłam, przytuliłam, pogadałam, utuliłam. Wyszłamz pokoju - pora późna, młody dawno powinien spać. Po chwili słyszę jakieś podejrzane dźwięki - smarkacz bezczelny złapał książkę, którą dostał ostanio od mojej kuzynki i drze. Celowo, złośliwie. A książka świetna, o maszynach które on bardzo kocha, z ruchomymi kawałkami - super po prostu. I drze na strzępy, gad jeden. Zabrałam książkę, pozbierałam strzępki, zgasiłam światło i wyszłam. A ten sie drze, jak syrena w czasie strajku co najmniej. Mama, paluszek boli (faktycznie, boli, w niedzielę sie wyłożył i zdarł sobie pół paznokcia), mama siusiu, pić, chodź, cokolwiek. Poszłam parę razy, podałam chusteczke,bo zasmarkany do imentu, posiedziałam chwile, a ten znowu w ryk i z żądaniami - mama na ręce. O niedoczekanie twoje, na ręce po czymś takim nie ma mowy. Ostatni koncert był pod hasłem mama pić, ale jakoś juz spokojniej, bardziej zrezygnowany był, więc poszłam. Dostał łyk wody i zapowiedź, że ma już spać i nie chcę siedzieć przy Piotrusiu, który tak sie zachowuje, drze książkę i wrzeszczy. I zasnął.

Jestem z siebie dumna. Może można było to rozegrac z nim lepiej, nie wiem. Ale udało mi sie nie wrzepić mu w tyłek, mimo, że miałam na to wielkką ochotę. Wiem, że to nie rozwiązuje problemu, nie nauczy go niczego,. Byłoby to tylko rozładowanie mojej złości, frustracji, zmęczenia. Ale miałam na to dużą ochotę, tak przyrżnąć, żeby zapamiętał, że książek sie nie drze. i nie robi sie cyrków o 22.30, tylko dawno śpi.

Jest w tym troche naszej winy - pozwoliliśmy mu przesunąć porę spania - jakoś tak wychodziło, a to spacer, a to pojedziemy po tatę, a to fajnie sie siedzi u moich rodziców i gada - i tak Piotrek chodził spać coraz później. Trudno sie dziwić, że o 19 jak ktoś występował z propozycją typu - kolacja, kąpiel i spac, to był traktowany jak półgłówek, który nie wie, że dzień sie właśnie zaczyna, a nie kończy.

Nareszcie młody zasnął. A ja mogę przestać się trzymać za ręce, pilnując, żeby mi nie poleciały  z klapem w stronę małego kupra.

Piotrek postanowił być dobry dla mamy. Nie wiem, czemu, może dzień dobroci dla zwierząt. W każdym razie przyczłapał i hojną ręką zaczął wydzielać matce gotówkę. Uzbierało sie tego. A młody wylicza - to na pocziąg, a to na autobus, to na pociąg, a to na autobus. Nie wiem, skąd mu takie rozróznienie, ale tak jakoś.

Nie zdążyłam podliczyc tej kasy, musiałam wychodzić do pracy. Ale tak na oko było tego jakieś siedemset złotych.

Szkoda tylko, że przeddenominacyjnych.....

niedziela, 24 maja 2009

Pietruszek dba żeby rodzice się nie nudzili.

Zaczęło sie wczoraj w nocy -  około północy zorientowałam sie, że mamy sublokatora w łóżku. Sublokator bardzo płakał, ale dopiero po chwili dotarło do mojej nieco o tej porze zamroczonej świadomości, że jest cieplejszy niż powinien. I to dużo cieplejszy. Wpakował sie nam do łóżka, przytulił do mnie mocno. Małż potuptał po picie, o które Potrek prosił, Nurofen, termometr. pomiary pokazały, że mały ma prawie 39 stopni - podejrzewam, że miał wiecej, ale nie dawał sobie zmierzyć, z termometrem rtęciowym nie chciałam sie z nim szarpać, a ten elektryczny jest jakiś walnięty i nie potrafię sie z nim dogadac. Małż następnie zabrał kołderkę, poduszkę i i poszedł na wygnanie - we trójkę w łóżku jest już zdecydowanie ciasno i niewygodnie, a Piotrek nie rokował nadziei na szybką eksmisję. 

Rano było w miarę ok, ale jednak katar był znacznie solidniejszy niż wcześniej, ten skok temperatuury nie wiadomo z czego, troszkę pokasłuje - ani chybi jakas wirusówka, na wszelki wypadek pojechaliśmy na dyżur. Dostałam leki, mniej więcej to, co bym mu i tak dała, ale potrzebowałam recepty na eurespal, bo mi sie skończył.  Nie mówiąc o tym, że nie lubie sama włączać mu leków - zostało mi z dzieciństwa, kiedy po domu pętały sie straszne ilości różnych medykamentów - niestety rodzina gremialnie dbała o rozwój zawodowy lekarzy. 

Podwieczór - Piotrek jest chory, ma trochę gorączki, ale tak znośnie. Bardzo chciał wyjść na spacer z psem, co bylo zresztą zbieżne z poglądami psa na ten temat - poszliśmy. Piotrek złapał smycz, Agra pociągnęła - moja wina, bo zawsze pilnuję, żeby trzymał kogoś za rękę, jak prowadzi psa, a tu zapomniałam. I oczywiście się wyłożył - tak, że rozwalił sobie małyy palec prawej łapki i zdarł pół paznokcia. Zabrałam Piotrka do domu, obcięłam te wszystkie frędzle z paznokcia i skóry, zdezynfekowałam - Młody trzymał sie bardzo dzielnie. Owszem , płakał, ale jak poprosiłam zeby wyciągnął łapkę, i będzie teraz szczypało - podlewałam wodą utlenioną, to dzielnie trzymał i nie uciekał.  

Potem poszliśmy jednak na spacer - w końcu Piotrek o to sam prosił, a to byla okazja, żeby  zrobić coś razem, co nie było związane z ranami bojowymi. 

I tylko chciałabym bardzo pozbyć sie go wreszcie znaszego łóżka - a on jak na złość, jak coś sie dzieje, jest chory czy coś go boli, to przyłazi, przytula sie do mnie  i tyle. A ja mam noc w plecy, bo nie bardzo mam sie jak ruszyć, ugniatana z jednej strony przez Małża, z drugiej przez Piotrka, z trzeciej przez psa. I wszystko mnie rano boli. A z drugiej strony - jak tu powiedzieć takiemu zapłakanemu czy rozgorączkowanemu człowieczkowi, że ma spadać do siebie?

Dobrze, ze kot sypia osobno.

 

sobota, 23 maja 2009

Babcia bez mohera skądinąd całkiem słusznie zwróciła mi uwagę, że bez kontekstu to ten Piotrkowy pasałom jest nie do odgadnięcia. Nie da się ukryć, święta prawda. Więc żeby trochę ułatwić powiem, że Piotrek już z odmianą sobie radzi całkiem przyzwoicie i końcówki czasowników są zwykle całkiem prawidłowe.  To po pierwsze. Po drugie.... hm, jak by to powiedzieć, żeby jednak za dużo nie powiedzieć... obiekt, którego słowo dotyczy jest nieco podobny w brzmieniu - melodia słowa jest podobna (mało zrozumiale to może zabrzmieć, ale nie mam pojęcia, jak to ująć, żeby wyszło to , o co mi chodzi. Rytm, rozkład akcentów, no, kurczę, proszę wysilić wyobraźnię!). A w ogóle to ostatnio prowadziliśmy długą dyskusje na temat chmur różnorakich....

Tyle tytułem podpowiedzi, jak nie pomoże, to pomyślę, co by tu jeszcze. 

Byliśmy dziś z Małżem na warsztatach w żłobku. Młody do dzieci, a my sie szkolilismy. Fajnie było, najlepsza część była z Panią Ratownik. Celowo piszę to wielką literą - ta Pani na to z całą pewnością zasługuje. Mówiła przystępnie, konkretnie, podawała zasady postępowania bez rozmydlania ich w sosie ideologicznym, dołożyła parę drastycznych filmików - tak, żeby nikomu nie przysżło juz do łba przewożenie dziecka bez fotelika, jeżdżenie bez zapinania pasów, opowiedziała parę makabrycznych historyjek przemawiających do wyobraźni na temat tego, co dzieci potrafią  zrobić z zamknięciami dziecioszczelnymi - a wszystko to okraszone sporą dawką życzliwego poczucia humoru i na dodatek zdrowego rozsądku też.

Za tydzień - warsztaty o zdrowym żywieniu dzieci. Bedziemy gotować :) a potem to jeść...:(

 

 

 

piątek, 22 maja 2009

Pojawiło sie nowe słowo - pasałom. I podobnie  jak w przypadku "Guncie" ogłaszam konkurs - kto zgadnie, co to oznacza?

Guncie dobrze się trzyma, Piotrek świetnie wie, kiedy należy podziękować i nie ma z tym problemów. Ale nie wszyscy go rozumieją właściwie... Byliśmy ostatnio na urodzinach kuzynki. Piotruś   powiedział "mama, chcę ciasto", więc natychmiast zapytałam, czy dobrze słysze, dlaczego mam dac mu to ciasto. Mały na to sie poprawił  i dodał "posę". Kuzyn pyta - czy on powiedział - bo chcę? Piotrek dostał ciastko, powiedział "guncie" i ok. Odwróciłam sie do kuzynki, a ona chichocze z bratem - zrozumieli, że Piotrus powiedział "goń się"... I tak uprzejmość mojego dziecka została uznana za teksty z lekka zalatujące chamstwem i prostactwem, mimo, że Piotrek naprawdę był tu w porządku.... 

Tu mogłam przetłumaczyć z Piotrkowego na nasze, ale nie zawszze jest taka możliwość. Dlatego proponuję, żeby zanim ktoś sie oburzy nieparlamentarnym zwrotem u osóbki niezbyt jeszcze sprawnie gadającej, żeby sprawdził u rodziców tejże, co naprawde dziecko powiedziało. 

 

sobota, 16 maja 2009

Dziecko mnie znokautowało. Ze dwa dni temu, chyba w czwartek. Bawiliśmy sie na łóżku - trochę mu czytałam wierszyki, trochę sie przytulaliśmy, trochę kotłowaliśmy. I w trakcie tej kotłowaniny Pietruszek, machając łapkami przyłożył mi książką. Książka w twardej oprawie, porządnie wydana - zdaje sie, że to były "Wiersze że aż strach!" Małgorzaty Strzałkowskiej. Faktycznie, strach, i wszystkie gwiazdy zobaczyłam przed oczami jak dostałam kantem w nos.

Ponieważ takie przypadkowe trafienia w różnbe części ciała przy dziecku to norma, więc szybko zapomniałam. Ale nos nie dawał mi spokoju,  następnego dnia był spuchniety i bolał, tylko za żadne pierniki nie mogłam sobie przypomnieć, dlaczego. W końcu poszłam do pani doktor, która zasugerowała, żeby sie jednak pokazać na dyżurze laryngologicznym. Pojechałam z duszą na ramieniu - moje dotychczasowe kontakty z Izbą Przyjęć zawsze oznaczały wiele godzin czekania, średnio ciekawe towarzystwo, awantury w kolejce - zawsze ktoś sie pieklił, że za długo czeka. Ogólnie nieprzyjemnie. Do tego szpital dyżurujący był na Szaserów - czyli drugi koniec miasta. A tu niespodzianka - mimo, że była pora powrotów z pracy, dojechałam w dwadzieścia minut. W szpitalu sprawę załatwiłam w 45. Ekspres normalnie. Pan dr obmacał mi nos i radośnie stwierdził, że potomek mi przyłożył zdecydowanie za słabo, żeby z tego był jakiś efekt - faktycznie, nawet siniaka nie mam, tylko spuchnietą paszczę, ale to się tak nie rzuca w oczy pod okularami. Przykładać lód, za jakieś dziesięć dni pokazać laryngologowi w rejonie i tyle. I uważać, jak mały macha łapkami.

I staraj sie tu, człowieku, pilnuj, żeby nie bić dziecka. Opanowuj nerwy, panuj nad łapami. A dziecko i tak przyłoży....

 

Wieczorem...

Kładę młodego spać. Siedzi mi na kolanach i przekomarzamy się o włażenie do łóżeczka. A ten jak mi nie przysunie głową w nos....

Pożegnaliśmy się z pieluchami. Na razie tylko na dzień, nocne jeszcze zostały - Pietruszkowi nadal zdarza  się przesiusiać ją przez sen. Ale w dzień chodzi w majteczkach, dzielnie meldując co należy.

Popatrzyłam sobie dziś rano na moich chłopaków i mi sie smutno zrobiło. Stali obok siebie, obaj w majtkach tej samej firmy (przypadek absolutny!!!). i tak sobie pomyśląłam, że życie niepotrzebnie tak pędzi. Jeszcze niedawno stukałam do Piotrka do brzucha, a on podpowiadał machając nóżkami. Potem uśmiechaliśmy sie do siebie przy karmieniu, jak ssał. A teraz stanął przede mną mały mężczyzna. Jeszcze chwila, a będzie całkiem dorosły, przyjdzie któregoś dnia i powie - mama, chciałem ci przedstawić moją dziewczynę. AMoże wyjedzie na studia gdzieś daleko, potem wyprowadzi sie z domu, będzie miał własne dzieci.... To wszystko są naturalne etapy, byłoby mi bardzo ciężko, gdyby z jakiegoś powodu ten cykl się zablokował w jego życiu. Ale z drugiej strony - nie nadążam. Cieszę się, patrząc na jego rozwój, słuchając, jak coraz lepiej mówi, patrząc, jak rośnie, jest coraz sprawniejszy. Ale chciałabym zatrzymać na chwilę czas, nacieszyć sie tym, że jeszcze jest taki malutki, że wtula się we mnie tak cieplo, obejmując mnie za szyję, daje lepkie buziaki i pakuje sie na kolana.

Ten blog jest właśnie po to - żeby zatrzymać chwilę, te drobiazgi które stanowią istotę życia. I które najszybciej zapominamy. Pamięta sie WYDARZENIA - takie jak ślub, przeprowadzka, zmiana pracy, narodziny dziecka. A te drobiazgi, usmiechy dnia codziennego - przepadają w mrokach niepamięci. WYDARZENIA same w sobie są krótkie,  - parę godzin, jeden dzień, czasem kilka tygodni - ale cóż to jest na przestrzeni całego życia. One dzielą czas na "przed" i "po", a tkanka łączna wypełniająca czas pomiędzy nimi - ginie najszybciej, mimo, że stanowi istotę życia. 

Pietruszek ostatnio jak mantrę powtarza jedno mądre zdanie: "mama, maś jację".

Mam nadzieję,  że to zapamięta na dłużej....

poniedziałek, 11 maja 2009

Udało się! Od 1 czerwca mam pracę!!!!! Pół etatu w pozarządówce co prawda finansowo nie jest rewelacją, ale   doświadczenie i praca w świetnym zespole nie wiem, czy nie są w tym momencie ważniejsze. Cieszę się jakby mi kto w kieszeń napluł, od razu potężny zastrzyk energii - a ostatnio miałam takiego doła, że juz sie zastanawiałam, czy nie poszukać pomocy, bo coraz bardziej zalatywało depresją. W tej sytuacji sobie odpuszczę, bo u mnie zawsze takie doły  były mocno powiązane z brakiem pracy i poczuciem nieprzydatności ogólnospołecznej. A to mi minęło jak ręką odjął :)

W związku z tym, zamiast bezproduktywnie tracić czas przy komputerze, idę sprzątać, na co od dawna nie miałam energii!

niedziela, 10 maja 2009

proszę się nie emocjonować, nie zamierzam rzucać wulgaryzmami i to do tego nieortograficznie. Po prostu Piotrek ćwiczy rozpoznawanie marek samochodów. Jest fak, honka, beemwu, opel, nisan, mama (czyli toyota, bo to już niepodobne do orginału), deju, fonk, jeno, pejo i dużo innych. Ale fak jest przedmiotem naszej nieustającej radości, a ponieważ nie chcemy, żeby Piotrek sie zorientował, zę nas ta wersja cieszy - bo zacznie powtarzać na potęgę - to tylko możemy na siebie popatrzeć z rozbawieniem w oczach.

Tego rozbawienia to dziś było sporo, bo postanowiłam wyciągnąć rolki. Nie umiem na nich jeździć, a zawsze chciałam. Do tego kiedyś kupiłam jakieś tanie i wyjątkowo kiepskie - cóż, nieuświadomiona byłam i nie wiedziałam na co zwrócić uwagę, więc po pierwszej jeździe miałam nogi pocięte do krwi na krawędzi obu butów - zamiast porządnej żelowej wyściółki miały jakąś kiepską skarpetę. Potem sie na długo zraziłam, ale uznałam, że jak są, to trzeba spróbować. Zwłaszcza, że Piotrek za dwa lata też będzie pewnie chciał jeździć, a takie maluchy łapią technikę jazdy w parę dni. I go nie dogonię... Więc zaczęłam ćwiczyć teraz. Obandażowałam sobie  nogi, żeby nie powtórzyć kłopotów z poprzedniej próby i jazda! Chłopaki szły ze mną, Piotrek wyliczał samochody, małż łapał, jak zaczynałam robić wiatrak,  i tak sobie tuptaliśmy wspólnie.

Nieźle było, tylko jestem solidnie zmęczona - to jednak zupełnie inna technika, niż chodzenie i nogi mnie bolą. Ale mogę się pochwalić, że sie ani razu nie wywaliłam :) Będę teraz jeździć częściej - mam z tego frajdę, a jest to jednak znakomite ćwiczenie odchudzające, rusza wszystkie znane mięśnie i kilka tych nieznanych też.

 

czwartek, 07 maja 2009

Nie miałam pomysłu, co zrobić z Pietruszkiem po przyjściu ze żłobka. Na działkę  zdecydowanie za zimno. W piaskownicy - zwariuję z nudów. Chciałam wyciągnąć koleżankę na spacer, ale okazało sie, że ona w czwartki w pracy, a z potomkiem siedzi babcia. No to wymyśliłyśmy z mamą, że pojedziemy do Zoo. Piotrek tam był, zachwycony, rozróżnia coraz więcej zwierząt. Tylko pytanie, czy zdążymy, bo osttnio jak rodzice go tam zabrali, to sie okazało, że wpuszczają do 17. A my to wymyśliłyśmy o 16, trzeba odebrać gościa ze żłobka i dojechać. Na styk. Ale próbujemy. Gnając na wariata dotarłyśmy na miejsce 17.02 i u miła niespodzianka - od 1 maja Zoo otwarte godzinę dłużej. Czyli kasyy zamykają o 18. 

Połaziliśmy sobie solidnie, ponad półtorej godziny. Piotrek szcześliwy - rozpoznawał i nazywał kolejne gatunki. Przy pawianach wsiąkł na długo, zwłaszcz, ze miały chyba świeżo umyty wybieg - czyściutkie kanienie i tam, gdzie zazwyczaj atmosfera jest... powiedzmy gęsta, tym razem było przyjemnie świeżo. Dużą radość sprawiły mu kangury, sowy, żyrafy,  i foki.

 W drodze powrotnej Piotrek wylicza różne zwierzaki, jakie widział dzisiaj: mapki, soń, lew, gisia (żyrafa), grys (tygrys), babunia... W tym momencie mi szczęka opadła na kierownicę...

Do tego jak jechaliśmy, to Piotruś nagle zupełnie ładnie powiedział "pociąg". Do tej pory było "dada", a tu nagle taka zmyłka:)

Zasypiam kompletnie. Jak mi sie coś przypomnie, to jutro dopiszę. Jak nie to nie. Padam na dziób. Jutro mam kolokwium. Idę spać.

Dobranoc.

 

 

 

A cieszę się z tego, że więcej zapłacę. Brzmi, jakbym sie kwalifikowała do natychmiastowego leczenia i przymusowej izolacji od zdrowej części społeczeństwa. Ale proszę państwa, nie jest tak źle. Ja nie zwariowałam (chociaż co poniektórzy są innego zdania). Po prostu po raz pierwszy za żłobek płacimy pełną stawkę, bez odpisów za nieobecności. Co oznacza, ze Piotrek nie chorował w kwietniu!!!!!!

Wreszcie, po tylu miesiącach smarkania, gorączki, zapalenia ucha, rotawirusów i innych  nieprzyjemnych rzeczy jest normalnie.

Co prawda nie idealnie, bo mały katar ma permanentny, właśnie się umówiłam z nim do laryngologa.Pani alergolog kazała zrobić testy na psa i kota, zadając przy tym pytanie, czy jesteśmy gotowi oddac zwierzaki. Nie jesteśmy i nie oddamy. Piotrek nie jest na nie poważnie uczulony, bo jakby był, to przez dotychczasowe dwa i pół roku życia już bym o tym wiedziała, nie ma siły, Ani się nie dusi, ani nie dostaje parchów po kontakcie ze zwierzakami, a za to jest do nich ogromnie przywiązany, zwłaszcza do kota. Zresztą z wzajemnością, może z Czortem zrobić przwie wszystko, kocur najwyżej miauczy gniewnie i sie ewakuuje w bezpieczne rejony. Może dwa razy dał mu po nosie łapą ze schowanymi pazurami, a przecież zanim Pietruszek sie nauczył, zę sie nie ciągnie za koci czy psi ogon, to trochę potrwało....

Więc nie oddamy zwierzaków, niech sie pani dr wypcha. Podejrzewam, zę sama nie ma i nie miała, bo mówiła o tym tak jakby chodziło o oddanie krzesła, stołu czy innego mebla, a nie członka rodziny., Miałam ochotę zaproponowac jej, żeby oddała własne dziecko. W sytuacji, gdy nie ma bezpośredniego zagrożenia, nie ma uczulenia to wymiar emocjonalny jest szalenie istotny, a ona chyba o tym w ogóle nie pomyslała. 

Niestety nie da sie zmienić alergologa, musiałabym szukac innej przychodni,  łapać terminy, czekać nie wiadomo ile. Cytrk na wrotkach. Nic, na razie nie jest źle, u Piotrka stwierdziła wieksza podatność na alergie, ale jeszcze nie uczulenia samo w sobie. Będzie dobrze i tyle.

wtorek, 05 maja 2009

W sobotę byliśmy na grillu u koleżanki z forum. Dzieciarni w sumie sztuk cztery, Pietruszek, Szymek i dwie panienki - Basia i Krysia. Wszystko około dwóch lat. Piotrek po grillu nawija w kółko, basia to, Krysia tamto, a Szymek jeszcze co inego.

Dziś  oglądał  z moją mamą album z pięknymi zdjęciami różnych zwierzaków. Byłam zaskoczona, ile z nich Piotrek rozpoznaje  i umie nazwać: tygrys, sowa, sikorka, lis, słoń, miś, dzięcioł, orzeł, koala, panda, wąż, żaba, małpka. Przy małpkach mama pokazała mu goryla, potem szympansa. Wieczorem rozmawiamy o zwierzakach, jakie widział w albumie. Pytam, jakie były te małpki - podpowiadam troszkę, go... - Piotrek kończy - goryl, potem szy... A ten krzyczy - Szymek:). I tak zostało.

dowiedziałam sie dzisiaj, zę mój kuzyn miał wypadek. Poważny, jest mocno poturbowany, złamany krąg szyjny i różne inne nieprzyjemności. I mam w zwiażku z tym bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony oczywiście żal mi  i kuzyna i faceta, który był drugą stroną wypadku (tą winną). Z drugiej zastanawiam sie, co powiedzieć o człowieku, któy mając kilkuletnie dziecko bawi sie w skoki spadochronowe? bo przy takim właśnie skoku doszło do wypadku.

Oczywiście rozumiem, że potrzeba adrenaliny,  ciekawe życie, rozrywka, ile można siedzieć w domui tak dalej. Z drugiej strony - on nie jest odpowiedzialny tylko za siebie. Jeśli mu sie coś stanie - pozostawi małą istotkę, która nie będzie rozumieć, co sie stało, dlaczego, o co w tym wszystkim chodzi. I której będzie zwyczajnie o niebo trudniej, jak nagle się okaze, że poziom finansowy gwałtownie sie zmienił z powodu rozrywek tatusia. 

I tak sie zastanawiam. Bo nie uważam, ze z chwilą urodzenia się dziecka należy zajmowac sie wyłącznie rzeczami tak niegroźnymi dla zdrowia jak szydełkowanie. ALe z drugiej - kto sie zajmie tymi najmniejszymi, bezbronnymi, w razie gdyby jednak coś sie stało? 

I w zzwiązku z tym wszystkim nie moge odpędzić od siebie myśli, że kuzyn okazał sie jednak po prostu osobnikiem niedojrzałym. Który przez własną głupotę skrzywdził wiele osób. Ale co tam, najważniejszy był fajny skok, nieprawdaż?

 

 

 

piątek, 01 maja 2009

Jak Piotrek kladzize sie spać, to nieodmiennie jest w pewnym momencie dyskusja na temat wyłażenia z łóżeczka. I czasem pada argument - jak juz bardzo mamy dość - że jesli jakikolwiek kawałek Piotrusia dotknie podłogi, to wstawimy szczebelki. Ta karkołomna konstrukcja gramatyczna bierze się stąd, że kiedyś, gdy używaliśmy wersji skróconej o Piotrkowych nogach, to mały sobie poradził. mianowicie wystawił z łóżeczka przednie łapki i wypełzł na nich.... Teraz już ten numer nie przejdzie. Dziś do łóżka podjechal swoim rowerkiem (nawiasem mówiąc, sporo za małym). Zaparkował go obok łóżka, wlazł  i usiadł na kołdrze. Po chwili stwierdził, zę nie było wieczornego przytulania do mamy. Ja nie miałam siły na bujanie na kolanach piętnastu kilo żywca, więc przypomniałam o niedotykaniu podłogi. A mały? przysunął rowerek, prosto z łóżeczka wylazł na niego, i stamtąd susem rzucil mi sie w ramiona...

Wniosek jest jeden - małpa nie cielę, sobie poradzi. Piotrek też.

Mam zwyczaj robienia listy zakupów. NIe tyle ze względu na oszczedności (raczej nie mam zwyczaju kupowania wszystkiego, co popadnie), ale z powodu zaawansowanej sklerozy. Zwykle robię ją na kolorowych kartkach, które potem przypinam do lodówki. Nie recytuję tego, co zanotuję.

Dziś Piotrek wyspany po szleństwach działkowych zasiadł do obiadolacji i zobaczył mój bloczek do notatek zakupowych. Obok długopis. Rączka zaświerzbiała, złapał za wyżej wymienione i zaczyna gryzmolić. 

- Kakusiu, ja pise. chupki kup, i kubusia nie ma.

Tłumaczyc chyba nie trzeba....Padłam. NIE UCZYŁAM PISAĆ MOJEGO DWU I POŁ-LETNIEGO DZIECKA!!!!!!!!!

I skąd on wiedział, co ja spisuję na tych karteczkach?

wtorek, 28 kwietnia 2009

Tak ogólnie, o wszystko. Piotrek dziś sprawdzał, na ile może sobie ze mną pozwolić, i wyszło mu, ze chyba sie to nie opłaca. Ignorowanie zakazu wychodzenia z ogródka moich rodziców i zwiewanie wokół bloku oznacza natychmiastowe skrócenie wizyty, powrót do domu, natychmiastową kolację, koąpiel i spanie. I mamę, która nie bardzo chce rozmawiać z synkiem. Ale wyczuł blyskawicznie, że przegiął i nie było żadnych dyskusji o kolacje i wannę. Ponieważ na tym etapie zachowywał sie właściwie, dostał zgodę na obejrzenie Misia - ulubionej dobranocki.

Przy okazji wyszło, ze nie wiem, gdzie jest pilot od telewizora. Jak sie skupiłam, to doszłam do wniosku, żę nie widziałam go juz chyba z tydzień. To nieźle ilustruje nasze astawienie do telewizji. Ale jakie ma być inne, skoro nadają głównie potworny chłam, jak leci coś sensownego, to o durnych porach i na tyle rzadko, ze nie warto kupowac gazety z programem, żeby go przejrzeć podczas posiedzenia na klozecie. A po internecie szukać mi sie nie chce. WIęc po prostu nie oglądam, zamiast tego podglądamy zwierzaki - stan na dziś dzień jest następujący -

  • sowa - cztery pisklaki, rosną jak wściekłe.
  • orzeł bielik - dwa pisklaki, wzruszająca jest delikatność, z jaką mama orlica karmi maluchy
  • bocian czarny  - możci gniazdo, ciekawe, kiedy ktoś w nim zamieszka.
  • bocian biały - pięć jajek, czekamy dalej
  • orlik krzykliwy - jedno jajo
  • jakieś bliżej niezidentyfikowane cuś - drapieżnik, podobne do orlika, więc coś spokrewnionego.  Czasem siedzi w gnieździe, do tej pory widziałam raz. Chyba jeszcze bezjajeczne.

To wszystko jest dużo ciekawsze niż tv i kretyńskie perypetie serialowych plastikowych bohaterów. A jak już sprawdzimy co w gniazdach, to idziemy na spacer - oczywiście kosić trawę!!!!! Ta kosiarka to był strzał w dziesiątkę, Pietruszek kocha ją ogromnie. Mimo, że nie ma lampek, gwizdka, nie jeździ sama , nie ma baterii, miliona przełąćzników. i tak dalej. Mimo, a moe właśnie dlatego....

 

Piotrek znalazł sobie nową zabawę. W chowanego. Raz on sie chowa, raz ja.

Dziś rano wylazłam z łóżka jeszcze nieco otumaniona, poczłapałam do łazienki, potem do kuchni - po chwili słysze klap klap bosych nóżek o podłogę. Myślałam, że jak zwykle przyjdzie sie przytulić na dzień dobry, ale nastąpiła zmiana tradycyjnego programu. Młody człowiek jak mnie zobaczył to stanął w kącie, nosem do ściany (tuż obok mnie) i zaordynował:

- Mama, siukaj.

No to grzecznie zajrzałam do łazienki, która była najbliżej. Ale okazało sie, że młody nie uznaje odwalania roboty.

- Mama, siukaj wsiędzie!

no dobrze, obleciałam wszsytkie pokoje głośno komentując, że tu i tam nie ma Piotrusia i dopiero wtedy mogłam go "znaleźć" i przytulić. :)

 

niedziela, 26 kwietnia 2009
Piotrek dostał dziś od dziadków prezent. Wypatrzyłyśmy z mamą parę dni temu przy okazji zakupów w supermarkecie. Śliczna, kolorowa, właściwych rozmiarów, wygodnie składana, bezpieczna - kosiarka. Wszystko dlatego, że Pietruszek uwielbia jeździć na działkę. Na działce trzeba kosić trawę, i w zeszłym roku często sie to robiło z Piotrkiem siedzącym "na barana". W tym już nie, bo za ciężki. Ale drepcze obok i poucza :). No to teraz będzie miał własną kosiarkę i będzie sam kosił. Pełnia szcześcia. Dziś wybraliśmy się na spacerek. Początkowo miało być po osiedlu - bo z kosiarką i psem, ale potem poszliśmy zobaczyć koparkę, potem przez pole, potem bażant był gdzieś daleko... i tak łaziliśmy ponad dwie godziny, Piotrek cały czas dzielnie prowadził kosiarkę. Wróciliśmy, delikwent do wanny. Małż dyplomatycznie po angielsku zadaje jakieś pytanie dotyczące Piotrka - czy coś tam jeszcze przed spaniem może. A mały, który od jakiegoś czasu strasznie się buntuje przeciwko spaniu, nawet jak mu sie pyszczek drze i oczka same zamykają - wypalił : sleep nie! I skąd ten dzieć gada po angielsku? nam naprawdę nie zdarza sie to aż tak często i dużo - raczej są to pojedyncze zdania. Ale on naprawdę systematycznie nam rozpracowuje komunikaty kamuflowane przed nim przy pomocy języka wyspiarzy. W przedszkolu mają jakieś zajęcia z angielskiego - piosenki, zabawy. DOpiero będzie, wtedy to już pozostanie tylko uczyc sie chińskiego...