O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 04 marca 2016

Grzesiek ostatnio zwiększył wymagania edukacyjne. Już mu nie wystarcza, jak mama (albo tata) czyta. Teraz domaga się kolejnego odcinka opowieści o Panu Koparce.

Pan Koparka jest wytworem własnej mej fantazji, który na moje nieszczęście powstał pewnego wieczoru. Razem z przyjaciółmi - Panią Betoniarką, Panią Ciężarówką i Panem Dźwigiem pracują przy różnych budowach. Ostatnio dołączył do nich młodzik - Spychacz.

Wymyślam Grześkowi kolejne odcinki, po czym każdy musze powtórzyć co najmniej piętnaście razy. Niektóre jeszcze więcej, jeśli się spodobają.

Wena mi się kończy, zwłaszcza wieczorami, jak trzeba opowiadać, a ja zaczynam bezsensownie bełkotać ze zmęczenia, ale nie ma to tamto, jak mus to mus.

Pan Koparka już brał udział w akcji przeciwpowodziowej, w niezliczonych naprawach różnych awarii, był na pikniku, nie mógł spać, bo Spychacz chrapał, był chory i dużo innych. Skorupiak tylko czasem chichocze spod poduszki, jak słyszy, co ja tam wymyślam, próbując ładować przy okazji odrobinę smrodku dydaktycznego.

Jak ktoś ma pomysł na kolejne przygody, to ja poproszę!!!!

Rozmawiałam sobie z mamą  o różnościach. Zeszło między innymi na Piotrka - że się o niego bardzo martwię ostatnio, bo kompletnie nie  wierzy w siebie, we własny intelekt. U faceta, którego wyniki testów inteligencji powodują wytrzeszcz u każdego, kto je widzi (i rozumie co widzi), to trochę przerażające.

I tu mama mnie zastrzeliła na miejscu.

 - A to zupełnie tak jak ty - stwierdziła krótko.

Zatkało mnie. Myśli mi goniły niczym króliki po polu, zaczęłam coś bełkotać, że ja nigdy nie miałam tak piekielnie wysokiego IQ.

- Może nie aż tak wysokie, ale niskiego też nie masz - skwitowała. I zupełnie nie wierzysz w siebie.

Ma rację, nie wierzę. Przez lata byłam przekonana, że nikt mnie nie zapamięta na tyle, żeby rozpoznać przy kolejnym spotkaniu, że nie zrozumiem najprostszych rzeczy, nie uda mi się i w ogóle do kitu. A teraz tłumaczę Piotrkowi fizykę tak, ze on to rozumie, matmę też, czyli chyba jednak coś pojęłam. I nadal uważam się za głupka,którego nikt nie będzie chciał zatrudnić.

I teraz się gryzę, na ile te jego kłopoty są po prostu kopią moich. I właściwie jakie ja mam prawo denerwować się o to na niego, skoro robię dokładnie to samo?

 I następne pytanie, jeszcze ważniejsze: jak się z tego wygrzebać? Wychodzi na to, że aby pomóc Piotrkowi, muszę najpierw uporać się że swoimi demonami, które od lat odkładam na później zajmując się wszystkimi wokół...

Odkrycie jak na psychologa żenujące, to są podstawy. A jednak tego nie widziałam.

Teraz pora wyciągnąć wnioski i zabrać się do roboty.

Mi, dziękuję Ci bardzo.

czwartek, 03 marca 2016

No i stało się.

Kotlety zostały ubezjajecznione.

Grzesiek nie, mimo, że prosił:)

- Grzechot,   jedziemy do przedszkola.

- A gdzie ty pojedziesz, mamo? - zapytał Wąż.

- Zawiozę koty do pana doktora.

- A po co?

- Trzeba je wykastrować.

- Ja też chcę!!!!!  - ucieszył się potomek.

- Nie synu, ty tego nie potrzebujesz.

- Ale dlaczego????? - zmartwił mi się synek.

 

I weź tu człowieku nie kwiknij mu śmiechem w nos w takiej sytuacji :)

niedziela, 28 lutego 2016

Zbierało mi się od dawna.

Wkurza mnie ten nowy blox jak rzadko, aż sie zastanawiam, czy nie przenieść się z blogowaniem gdzie indziej. Ja rozumiem, że teraz taka moda, że ma być dużo obrazków i mało tekstu, ale jednak nie lubię byc traktowana jak niedorozwojek. Nie potrzebuję  obrazków, drażni mnie nikła ilość informacji na ekranie startowym bloxa, po jakiego grzyba te wielkie puste przestrzenie?

Do tego jakoś nie mogę go oswoić, za każdym razem szukam potrzebnych mi funkcji, a podobno miało być takie intuicyjne....

Generalnie irytuje sie za każdym razem, jak widzę radosne hasło, że blox się zmienia dla mnie.

Otóż nie, dla mnie to mógłby pozostac taki jaki jest.

środa, 24 lutego 2016

Odbierając wczoraj Grzechota z przedszkola stwierdziłam, że jest przyodziany jakby... odwrotnie. Bluzka tył na przód, spodnie też, kapcie prawy na lewej nodze, lewy na prawej i skarpetki piętkami na wierzchu stopy.

Uśmiechnęłam się pod nosem i domyślnym tonem zapytałam ciocię:

- Sam się ubierał po leżakowaniu?

- I do tego nie pozwolił poprawić, chciał to wszystko zrobić sam.

Tego się właśnie spodziewałam, Grzechot od czasu jak usłyszał, że Piotrek w przedszkolu też sam wkładał kurtkę i buty, koniecznie chce być taki jak on.

Dzisiaj odwrotnie były już tylko buty i skarpetki.

Uczy się Wąż.

niedziela, 21 lutego 2016

Wczoraj wieczorem chłopcy zaliczyli przygodę prawie jak z filmu o gangsterach. Co prawda ostatecznie gangster okazał się mało gangsterski, ale... nie uprzedzajmy faktów.

Piotrek miał zanocować u moich rodziców - lubi to, oni też, to czemu nie. Wpakowałam całe zoo (łącznie z mężem) w samochód - zimno, ciemno, co mi tam, odwiozę starszego, młodszy się trochę ruszy i potem pójdzie spać.

Już skręciłam w ulicę, przy ktorej mieszkają rodzice i zadowolona zaczęłam się zastanawiać, ile możemy tam posiedzieć - tak, żeby Grzechot zwiądł, ale jeszcze się nie mazał. Jeszcze tylko przejście dla pieszych - zatrzymałam się, żeby przepuścić dwie osoby, które czekały z obu stron przejścia, w końcu ja mam blaszany parasol, a im wieje.

I w tym momencie obok mnie po prawym pasie (stałam na lewym) śmignęło jakieś coś, przejechało prawie po palcach obojga pieszych (zdążyli się już zbliżyć do siebie na odległość może trzech metrów) i pojechało dalej nie zatrzymując się.

Takich cwaniaków to ja nie lubię, po tym przejściu chodzą dzieciaki do pobliskiej szkoły, a w ogóle co to za numery. Ponieważ ludziom się nic nie stało, pojechałam po prostu za tym cosiem, a Skorupiak złapał za telefon i zadzwonil na policję.

Przejechałam sobie spory kawałek w kierunku, w którym się w ogole nie planowałam udać, Skorupiak raportował przez telefon trasę, aż w końcu na światłach dogoniły nas dwa radiowozy i dwóch tajniaków, wyłuskali z tłumu kierowców stojących na światłach owo coś i zgonili na krawężnik.

Moje chłopaki były niezmiernie podekscytowane, akcja jak z filmu sensacyjnego. Sensacja się co prawda szybko skończyła, bo kierująca pojazdem nie zamierzała uciekać, a za to papierkologia zajęła sporo czasu, ale i tak byli zadowoleni.

Dla takich kierowców nie mam litości. Półtora roku temu kawałek dalej kierowca zabił trzylatka. Tu też identyczna sytuacja,  solidnie oznakowane przejście dla pieszych - przystanek, szkoła, ja się zatrzymałam, a ktoś gna obok. Tym razem cudem nikomu nic się nie stało, ale naprawdę o włos. Mam nadzieję, że zabiorą jej prawo jazdy, bo jest niebiezpieczna dla otoczenia.

 

Przynajmniej Grzesiek w domu padł jak ścięty.

OStatnio nawiedzila nas Niedoszła Kuzynka.

Od czasu,jak wyemigrowała na północ widujemy się znacznie rzadziej, niż bym chciała, ale za to nadrabia, jak wpada do stolicy.

Została zaakceptowana przez koty - nie każdy dostępuje tego zaszczytu, ale oba po kolei władowały sie jej na kolana i kazały miziać. Z tego obowiązku wywiązała sie znakomicie;).

A ja byłam prawie w niebie. Mogłam pogadać z kimś, kto nie jest ani moim rodzicem, ani dzieckiem, ani mężem, lekarzem czy sprzedawcą w sklepie - niestety do takiego kręgu zawęził mi sie krąg osób, z którymi się spotykam. Jest to smutny efekt ciągłych infekcji - jak nie muszę to nie łażę, bo nie mam sily albo zarażam. Albo jedno i drugie.

Droga Niedoszła! Mam nadzieję, że niedługo znowu zawitasz w te strony i bedzie okazja do pogadania. Zabierz ze sobą Spadnięte Niebo :).

piątek, 19 lutego 2016

zalaegły wpis , nie miałam czasu odnotować

Grzechot indagowany przez matkę w kwestii dietetycznej (czyli normalnie mówiąc, zapytałam, co na obiad w przedszkolu było) odparł któregoś dnia krótko:

- Suchy chleb.

 - Co proszę????? - zdębiałam.

- Suchy chleb i czerwona zupa.

Zaczęłam się intensywnie zastanawiać, co też to mogło być - wiem, jak karmią w tym przedszkolu i jest to naprawdę pyszne.

Nie wymyśliłam, co to ten suchy chleb, wiec weszłam na strone przedszkola i sprawdziłam jadłospis

Zupa-krem pomidorowa z grzankami.

Dzisiaj minął rok od śmierci Czorta.

Trudno uwierzyć, że to już tyle czasu bez ciebie, kocie. Brakuje cię nadal bardzo, mimo, że ganiają tu takie dwa śmieszne futrzaki. Podobne są do ciebie, każdy z nich ma jakiś twój rys. 

Jednak żaden nie jest tobą.... 

Czorcik - dziękuję ci za wspaniałe czternaście lat.

środa, 10 lutego 2016

Grzesiek ma zapalenie oskrzeli.

Czwarty antybiotyk w ciągu niecałych trzech miesięcy. I mam się cieszyć, bo po okolicy fruwa zapalenie płuc.

A jutro przyjeżdża mój brat z dzieciakami i mieli się razem bawić.....

%$&^%$^&%*&^(*&.

Tyle mam do powiedzenia.

czwartek, 04 lutego 2016

Z okazji Tłustego Czwartku nabyłam pączki - jak spora część rodaków.

Akurat byłam na zakupach tygodniowych, jak zawsze w czwartek, w supermarkecie była degustacja. Spróbowałam i się zachwyciłam - z nadzieniem pomarańczowym! Bajka po prostu.

Wrzuciłam do wózka sześciopak pomarańczowy i bardzo zadowolona z siebie wróciłam do domu.

Gdzie się okazało, że - przynajmniej te dwa, które zjadłam - zawierały nadzienie z róży, którego nie znoszę....

wtorek, 02 lutego 2016

Nadszedł w końcu dzień, kiedy to Mi doczekała się swej kolejki w NFZ - termin planowanej operacji zaćmy. Czekała prawie dwa lata, ale w końcu stało się.

Ja byłam jakoś spokojna, ale Skorupiak zna swoją teściową i był nieco nerwowy. Jak próbowałam mu wytłumaczyć, że to prosta, rutynowa operacja, popatrzył na mnie z boleścią i powiedział:

- Wiem, ale to Mi. Znasz jej pomysły...

Faktycznie, znam.

Po południu zadzwoniła, wesolutka jak szczygiełek. I pierwsze, co powiedziała, to to, że ona oczywiście musi coś lekarzom wywinąć.

Z lekka zamarłam, ale głos miała tak radosny, że cokolwiek to nie było, nie mogło się źle skończyć.

Okazało się, że gdy już po wszystkich czynnościach wstępnych zaległa na stole operacyjnym i pan doktor zajrzał jej głęboko w oczy - zapowietrzył się, po czym złym głosem zadał pytanie:

- Kto tę panią kwalifikował do operacji?

Czy się ktoś zgłosił, tego nie wiem, w każdym razie po zakończonym dłubaniu powiedział mamie, że była to bardzo trudna operacja.

Jakoś mnie to nie dziwi, wśród różnych jej pomysłów medycznych oczka też miały swój udział, i to jak zawsze u niej - niebanalnie.

W każdym razie zrobili, co mieli. Teraz jeszcze zostało drugie oko i kolejny pryszcz medyczny Mi będzie z głowy.

Ale ja bardzo proszę, Mi, daruj już sobie to edukowanie naszych kadr medycznych....

Grzesiek ostatnio ćwiczy pamięć. Recytuje całe strony z ulubionych książek, śpiewa zasłyszane piosenki. Czasem mu się coś przestawi albo zgubi kawałek tekstu.

Ostatnio ku swej wielkiej radości usłyszałam, jak  - całkiem nieźle trzymając się melodii - podśpiewywał pod nosem:

- W owym czasie wyszło zarządzenie Cezara Augusta na pobliskiej łące.....

Wizja stada zarządzeń na pastwisku cieszy mnie do dziś.

sobota, 30 stycznia 2016

Zabraliśmy dzisiaj Mi (czyli moją mamę) i pojechaliśmy do zoo.

Obejrzeliśmy nowootwarte akwarium z rafą koralową - rzeczywiście fantastyczne, szkoda tylko, że jeszcze nie było koników morskich. Ale będą.

Tradycyjnie małpiszony - towarzystwo dla moich dwóch pawianów, ptaszarnia, gady. Potem Grzesiek wymiękł, dla Mi to też była już duża wycieczka, a w końcu nie byliśmy tam ani po raz pierwszy ani ostatni.

W samochodzie padło pytanie:

- Grzesiu, które zwierzęta podobały ci się najbardziej?

- Mi! - odparł kategorycznie mój syn.

Kochany wnuczek.

wtorek, 26 stycznia 2016

Wczoraj miał być wielki dzień - po dwutygodniowej chorobie obaj chłopcy mieli udać sie do swych placówek edukacyjnych, a ja chciałam wreszcie odespać. Odstawiłam zoo w niedzielę rano do rodziców i miłm szczerą nadzieję, ze ukochanych synków zobaczę dopiero w poniedziałek po południu.

Nic z tego.

O 7.30 rano wyrwał mnie ze snu telefon - na drugim końcu kabla Piotrek bardzo kisielowatym głosikiem poinformował, ze go od czwartej rano boli brzuch, ma biegunkę i ogólnie do bani. później dosżły jeszcze wymioty - no nie ma siły, nie nadaje sie do szkoły.

Siedzi do dziś, jutro już pójdzie.

Problem jest trudny, bo to już któryś raz, gdy w przeddzień szkoły albo w poniedziałek rano jest taka akcja. Dietetycznie raczej nic nie tłumaczy takiej reakcji i obawiam się, że to jest jednak psychosomatyka. Zawiadomiłam panią pedagog, tak jak sie umwiałyśmy, ale do psychologa jestem umówiona dopiero za dwa tygodnie.

Nie wiem, jak malutkowi pomóc, widzę, że się męczy i nie mogę nic zrobić.

Jeszcze trzy dni szkoły a potem znowu dwa tygodnie ferii. Będzie ciężko, kiedy ja sie wyśpię???? (Z niewiadomych powodów od paru miesięcy fatalnie śpię i jestem permanentnie nieprzytomna...)

Dobrze, że przynajmniej Grzesiek poszedł do przedszkola bezproblemowo...

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Wracając ze spaceru  psem przechodzę pod własnymi oknami.

Coraz częściej widoczek jest ten sam - w każdym z okien (dwóch z tej strony) siedzi kot. W identycznej pozycji, w tym samym miejscu na środku parapetu - każdy własnego. I oba śledzą każdy mój krok, obracając łepki niczym pociągane jednym sznurkiem.

Słyszałam o pływaniu synchronicznym, ale o tresowaniu synchronicznych kotów to nie. Jeszcze się okaże, że podpadamy pod zakaz wjazdu do Warszawy cyrków pokazujących zwierzeta, i co wtedy? Bo cyrk jest permanentny, zwierzęta też.

Może nas uratuje to, że cyrk malutki i stacjonarny, nigdzie nie wyjeżdża....

niedziela, 24 stycznia 2016

Rano zadzwonił telefon. Rano, czyli gdzieś za kwadrans dziewiąta, ale ja właśnie usiłowałam nie otworzyc pierwszego oka, mimo stanowczej perswazji Węża Młodszego.

Rodzice. Z propozycją, która brzmiała szalenie interesująco:

- dostanę porcję pieroga z mięsem (pycha!, a do tego nie muszę robić obiadu), a w zamian

- dostarczę im około 45 kilo żywca, przygotowanego na wszelki wypadek do nocowania,

- pójdę do lasu na kijki.

 

Wpłynęło to na mnie zdecydowanie mobilizująco, pogoniłam Węże, spakowałam co trzeba i wywiozłam towarzystwo. Skorupiak przy okazji załapał się na transport na jedenastkę do dominikanów - jego dyżur przy pilnowaniu pcheł ministranckich.

Zostawiłam dziateczki, pogadałam chwilę i  wróciłam do domu zgarniając po drodze Skorupiaka z powrotem (co nieźle obrazuje jak wygląda chwila mojego pobytu u rodziców. Strasznie trudno stamtąd wyjść, grawitacja jakaś dziwna ani chybi).

Podładowałam telefon, zjadłam - i poszłam w las.

Uwielbiam to uczucie, na początku marszu kotłuje mi sie w głowie wersja buntownicza - nie ma znaczenia temat, może być analiza jakiegoś zdarzenia, książki, pomysłu - nieważne. Warczę, kłócę się sama ze sobą, po prostu bez kija nie przystąp.

Po czym następuje ten magiczny moment, jakby ktoś pstryknął wyłącznikiem - głowa mi sie uspokaja, robi sie pogodnie, przyjemnie, miło i dobrze. Już nawet próbowałam w ramach eksperymentu wrócić do tej warczącej narracji - nie da się.

Wniosek z tego, że muszę chodzić na takie spacerki częściej, najlepiej codziennie. Dobrze mi zrobi na sadło na brzuchu oraz humor.

Do tego koło 20.30 zadzwonił tata z informacją, że Wąż Młodszy śpi już jak niemowlak - pierwszy raz zasnął tam beze mnie. Wąż Starszy zasypia tam bez problemów od dawna, a jutro idzie na drugą lekcję, więc zdąży spokojnie.

Zaczyna się rysować jakaś odrobina więcej wolności, będzie można czasem zostawić oba potwory dziadkom i pójść sobie gdzieś!!!!!!

Koty, dzięki wielkie. Na Was zawsze mogę liczyć, bez pudła.

 

PS. I tylko jedna niewielka ryska pojawiła się na tym idyllicznym obrazku. Głupi GPS w telefonie złapał sygnał dopiero po godzinie mojego łażenia po lesie i Endomondo usiłuje mi wmówić, że przeszłam tylkko trzy kilometry, co jest wierutną bzdurą. Już ja sobie pomierzę trasę i nie dam sie elektronice robić w jajo!

piątek, 22 stycznia 2016

- Aj! - kwiknęłam, gdy pazurzasta łapa przejechała mi po plecach.- Co temu kotu odbiło, już któryś raz mnie dziś drapie.

Skorupiak przyjrzał mi się krytycznie

- Co sie dziwisz, warkocz zaplotłaś, to poluje na ten mysi ogon....

Co racja to racja, zwykle chodzę z rozpuszczonymi włosami, a tym razem mi sie odmieniło. A kocisko (Bramsel) perfidnie to wykorzystało. Drugie kocisko (Rumpel) było za leniwe...

czwartek, 21 stycznia 2016

Codziennie ucinam sobie drzmke z Grzesiem. Jesteśmy jeszcze zdechli po grypie, oboje tego potrzebujemy.

Dzisiaj mialam jakiś wyjątkowosmakowity sen - pachniało mi w nim dobrym jedzonkiem.

Jak sie obudziłam, pachniało dalej.

Okazało się, że Piotrek postanowił zrobić mi niespodziankę - pogrzebał w zamrażarce, wyciągnął paczkę mięsa mielonego (przeznaczonego dla psa, co prawda, ale nic mu nie dolegało - po prostu zapas, bo pies też jeść musi), i zrobił kotlety.

Jeszcze parę niedociągnięć technicznych było, ale drobnych, a mieleńce wyszły całkiem smaczne. Dzięk temu, jak Grzechot otworzył oczka i powiedział, że jest głodny, to było czym zatkać mu głodną paszczę - kasza gryczana została z wczoraj, bo przewidująco od razu ugotowałam na dwa dni.

Dzielny synek, radzi sobie w w kuchni coraz zlepiej. Jak będzie studiował, to nie będzie musiał sieżywić samym makaronem z jajecznicą i zupkami chińskimi :)

środa, 20 stycznia 2016

Poszłam dziś z chłopakami do przychodni na kontrolę.

I myślałam, że wrócę taszcząc dwa komplety zwłok, osobiście przeze mnie zamordowanych uprzednio.

Biegali. Śmiali się. Wspinali na leżaki do przewijania niemowląt. Tupali. Kłócili. Biegali.... I tak dalej.

Żadne prośby nie docierały, kolejka długa, dzieciaków tłum,masakra. I ta upiorna parka wariująca na potęgę.

Niech mi ktoś pomoże ich uspokoić, ja już naprawdę nie wiem, co z nimi robić, w łeb, związać i zakneblować, czy codziennie na śniadanie porcję neospasminy podawać?

 

Tyle dobrego, że Grzesiek nawet doktora zdziwił, że tak szybko wraca do pionu. Byle do poniedziałku, Piotrek do szkoły, a Grzesiek od wtorku do przedszkola. Może wtedy wreszcie uda mi się wyzdrowieć, jak pójdą w cholerę...

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Pomalowąłam sobie paznokcie. Ostatnio zdechła jestem, siły mam mało, to akurat zajęcie dla mnie.

Wybrałam sobie krwistoczerwony lakier - tak dla odmiany, poprzedni był niebieski.

I zestresowałam kota.

Niebieski lakier nie robił na nim wrażenia, ale jak zobaczył czerwony..... Podskoczył przerażony, niepewnie obejrzał moje ręce, a minę miał bardzo jednoznaczną:

- Kogo ty zjadłaś????? - Na wszelki wypadek szybko się ewakuował....

piątek, 15 stycznia 2016

Grzesiek na antybiotyku. Trzecim w ciągu dwóch miesięcy, ale piąty dzień temperatury oscylującej w okolicach 40 stopni to już nie przelewki, a jak w perspektywie miałam weekend i ewentualnie nie wiadomo jakiego lekarza nie znającego przebiegu dotychczasowego leczenia - bałam się już czekać na poprawę...

Piotrek lepszy, chociaż ciągle słaby. Na pewno ma dość siły, żeby się pokłócić, że nie ma siły odstawić talerza do zmywarki :/.

Skorupiak wstaje chyba siłą woli, bo powinien dawno paść przy takim podejściu do własnego zdrowia.

Ja - funkcjonuję bo muszę, ale jak mogę to śpię. Albo siedzę z Grzesiem wczepionym w mamę i owiniętym kocykiem. Albo usiłuję nie dostać oczopląsu śledząc jego zabawę, gdy akurat działa nurofen. Jakby się ktoś nie domyślił, przemieszcza się wtedy z szybkością błyskawicy i skacze po całym mieszkaniu. Po czym znowu pada.

A tak chciałam się wybrać jutro do Babci na 90 urodziny... Nie ma mowy, dzadkowie w wieku takim, że grypa może zabić, plus trzy ciężarówki (przynajmniej o tylu wiem, ale może jeszcze któraś z kuzynek ;), stado maluchów - najmłodszy trzytygodniowy... Szkoda, lubię te rodzinne spotkania, świąteczne przeszło nam koło nosa z powodu zapalenia płuc u Grzechota, teraz  grypa...

Wrrrrrr

czwartek, 14 stycznia 2016

Pomór trwa.

Grzesiek i Skorupiak zaliczyli już 40 stopni, Piotrek i ja mniej, ale też słabi jak koty. W sumie idiotyczne porównanie, bo koty są w świetnej formie, ganiają po mieszkaniu, wariują na całego, grają w hokeja czym popadnie (ostatnio ukradły w tym celu główkę czosnku).

Ja już wychodzę z tego - zgodnie  z zasadą, że Matka Polka jak jest chora to bierze leki przeciwgorączkowe i zasuwa dalej. Nie jest na szczęście aż tak źle, sporo przesypiam z Grzesiem wtulonym we mnie. Przydaje się taki pretekst żeby pójść spać, żadnych wyrzutów sumienia, jak się kładę na trzy godziny ;).

Za to Skorupiak - typowy facet, łaził do pracy z gorączką, "bo on musi". kurczę, niezastąpionych są pełne cmentarze, ale przynajmniej udało mi sie wynegocjować, żeby na jutro wziął wolne. Ręce opadają.

Czytamy w kółko Grześkowi tę samą część Findusa i znam ją już prawie na pamięć. Grzesiek zresztą też, wczoraj w nocy jak wariował, zamiast zasnąć , w pewnym momencie zaczął recytować tekst ze środka. Bez błędów.

Generalnie nie mam siły myśleć, co by tu sensownego powiedzieć (albo napisać), a z drugiej strony potrzebuję kontaktu z ludźmi, bo mi sie mózg lasuje. Dobre dusze, pomóżcie, napiszcie, zadzwońcie albo coś!!!!

wtorek, 12 stycznia 2016

Grypa razy cztery.

I nikt mi nie wmówi, że szczepionki nie są skuteczne, jak się szczepiliśmy wszyscy przez lata, to był spokój. W tym roku stale coś właziło w paradę, chorowaliśmy wszyscy po kolei albo było inne urwanie głowy - i efekt jest.

Wrrrrr.