O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 13 marca 2016

 Po kolejnym marszu KOD jakoś zaczęłam się zastanawiać nad konsekwencjami tego, co się dzieje. Nad ceną, jaką zapłacimy za decyzje obecnego rządu, nad szkodami, jakie rząd  już poczynił i jeszcze poczyni.

Szkody gospodarcze. Koniec współpracy, ucieczka kapitału zagranicznego. Zamknięcie rynków, upadek firm, wzrost bezrobocia.

Szkody polityczne. Utrata zaufania, kontaktów międzynarodowych, możliwości wpływu na cokolwiek. Będziemy pariasem Europy, bez prawa głosu, pieniądze unijne będą dużo mniejsze (przy optymistycznym założeniu, że w ogóle będą). Buble i kiksy prawne w ilościach przemysłowych, przepisy sprzeczne wewnętrznie, sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, z demokracją i ze wszystkim, czym się da. Bo ich celem jest jedynie utrzymanie władzy dla utrzymania władzy.

Szkody społeczne. Utrata zaufania społeczeństwa do państwa. Przekonanie, że wszystkiemu jest winna PO (wina Tuska - niezłą winnicę już musi mieć), a własne lenistwo, brak chęci czy próby działań nie mają z kłopotami pojedynczych ludzi nic wspólnego. Głębokie podziały społeczne i - co gorsza wewnątrzrodzinne.

I te ostatnie właśnie jakoś mnie gryzą najbardziej.

Przepisy można zmienić. Polityka i kontakty zagraniczne - po zmianie władzy pewnie się to wyprostuje, jak świat zobaczy, że ktoś tu wreszcie patrzy dalej niż na czubek własnego nosa. Gospodarka - będzie bolało, bo to łatwo zepsuć, a naprawa trwa, ale też się da.

Konflikty rodzinne czasem dają skutki wielopokoleniowe, brat zrywa kontakty z bratem, rodzice z dziećmi, małżeństwa się rozpadają... A gdy przestaną się kontaktować, to po latach już trudno wrócić do dawnych relacji, zapomnieć o złych słowach i uczuciach.

Jarosław Kurski opisywał spotkanie z siostrą Krystyny Pawłowicz podczas marszu KOD. "Pan mnie najlepiej rozumie, panie Jarku..." Rzeczywiście. A ileż jest takich sytuacji zupełnie anonimowych, gdzie z powodu różnicy poglądów politycznych przestają rozmawiać ze sobą najbliżsi?

Za dwa tygodnie będą święta. Czy Krystyna Pawłowicz będzie w stanie złożyć życzenia swojej siostrze? Jak poradzą sobie z tym bracia Kurscy czy bracia Glińscy? I tysiące innych?

Obawiam  się, że to będzie najtrudniejszy do naprawienia i niosący najwięcej szkód efekt ambicji posła Kaczyńskiego....

Oby nie...

środa, 09 marca 2016

Potomki dwa dają nam ostatnio w kość. Jak nie jeden to drugi sprawdza, ile wytrzymamy.

Grzesiek wariuje, nie słucha, biega jak szalony, wspina się na wszystko i wszystkich - żywioł.

Piotrek inaczej - wszak jest już w poważnym wieku, ponad sześć lat starszy od malucha ;), zamiast szaleć robi draki. Klasyczne nastolatkowe draki. Zaraz, ale on jeszcze nie jest nastolatkiem... No trudno, nadmiernie inteligentny, rozwinięty, to i awantury zaczyna wcześniej.

Oboje ze Skorupiakiem usiłujemy się nie dać podpuścić. Jest dla nas oczywiste, że te cyrki to odreagowywanie różnych rzeczy - na nas, bo jesteśmy bezpieczni. Nie wystawimy za drzwi, nie będziemy poniżać miesiącami, jak paru kolesi z klasy, wybaczymy obelgi i złośliwości. Piorunochron to jedna z wielu ról rodziców.

A Piotrek ma co odreagowywać. Czwórka łobuzów z klasy go gnębi, nadal jest sam w klasie - Tomek, jego najlepszy przyjaciel jest rok niżej po powrocie z Irlandii i siłą rzeczy nie mają tyle czasu na wspólne zabawy. Grzesiek jest wszędobylski,  absorbujący i wkurzający, Kotlety co chwila włażą w jakąś szkodę i albo coś zwalą albo zasikają - tak czy inaczej dodatkowa robota, po chorobach narobiło się zaległości, zwłaszcza z angielskim, a tu pogoda coraz lepsza, można by wreszcie z Tomkiem poganiać po okolicy. Równocześnie wredna matka nie odpuszcza tematu lekcji... No ma facet pod górkę ostatnio.

Tak sobie myślałam dzisiaj, ilu rodziców w podobnej sytuacji po prostu wali szlaban za szlabanem, konfiskuje elektronikę czy odbiera kieszonkowe, bez próby zrozumienia przyczyny. Nie ukrywam, też parę razy dostał szlaban, ale ZAWSZE punktem wyjścia do wszystkich działań jest szukanie powodu całego cyrku. I jakoś tak się dziwnie okazuje, że jeśli Piotrek jest nieznośny i kłótliwy, to na bank miał kolejne ścięcie z łobuzami klasowymi, albo coś innego bardzo zawalił i nie umie sobie poradzić.

Serpens Maior ma w tym wszystkim dużo szczęścia - rozumiemy te mechanizmy i nie próbujemy ich negować, nie robimy założenia, ze to po prostu niewychowany szczeniak i jakby mu tak, panie dziejku, parę razy pasem na tyłek, to by przestał podskakiwać. Owszem, jak przegina, to go boli - właśnie stracił zawody judo, ale staramy się zachować spokój. (choć różnie to wychodzi, ale już nabieramy wprawy;)

Coraz częściej pada hasło "Przejmij ich, bo za chwilę wystrzelę!!!!", ostatnio nawet dwa razy zerwałam Skorupiaka z pracy, bo już nie dawałam sobie z nimi rady, a nie chciałam zacząć wrzeszczeć. I o dziwo, to zaczyna dawać jakieś efekty. Dzisiaj Maior zaczął od dyskusji o odrabianiu angielskiego, ale w końcu doszedł do jakże budującego wniosku, że ten język nie jest taki trudny, tylko jemu się nie chce zabrać do pracy. Po czym zrobil co miał.

Tak czy inaczej - okrzyk wznoszony coraz częściej u nas w domu pobrzmiewał kiedyś na pokładach statków polskiej floty - Chryste, ZNACZY cierpliwości!!!!!

wtorek, 08 marca 2016

Uduszę oba kocury. Najlepiej w dużej ilości cebuli.

Któryś z tych futrzatych łobuzów nasikał mi do nowych pantofli.

Parę miesięcy temu znalazłam sobie fantastyczne miejsce, gdzie można przyjść i pośpiewać przy gitarze, tak po prostu. Nie ma ględzenia o polityce, nie ma alkoholu, nie palą, po prostu się śpiewa i już. Górskie, turystyczne - to co tygryski lubią.

Raz na jakiś czas organizowane są tak zwane śpiewanki Mamucie - z piosenkami sprzed okresu SDM.

Byłam wczoraj, po raz drugi zresztą - i stwierdzam, żem mamut już całkiem wyraźnie. Jestem lepiej zorientowana w repertuarze mamucim niż studenckim, aczkolwiek te turystycznie nie zmieniają się w tak koszmarnym tempie jak moda odzieżowa, wiec tez nie jest źle.

To niesamowite, jak widze tam ludzi w najróżniejszym wieku (wczoraj rozstrzał sięgał od około roku do  - tak na oko - zaawansowanej sześćdziesiątki co najmniej) i wszyscy wyraźnie na niejeden szczyt się z plecakiem wdrapali. I każdy przyszedł w tym samym celu= pośpiewać.

Do tego jeszcze żeby było śmieszniej były tam trzy osoby - sobowtóry znajomych. A właściwie dwa, trzecią panią gdzieś musiałam spotkać i nie mogę dojść, gdzie i kiedy. Dwie pozostałe dziewczyny wyglądały jak młodsze o wiele lat moje znajome :), a jedna z nich miała do tego przepiękny głos.

Będę się dalej mamucić, śpiewać ze studentami i całą resztą. naprawdę fajne miejsce z niezwykłą atmosferą. Od razu mi lepiej się zrobiło po takim wieczorku.

 

 

poniedziałek, 07 marca 2016

Piotrek startował w kolejnym konkursie matematycznym. Przeszedł z maksymalną ilością punktów.

W sumie nie mam się czemu dzwić, ale cieszę się jak zawsze.

W przyszłym tygodniu Kangur Matematyczny i tu mamy problem. Zapisy były wtedy, kiedy gremialnie padliśmy na grypę, tak, ze Piotrek będzie mógł wskoczyć tylko, jeśli ktoś zachoruje, albo nie będzie z innych przyczyn. Głupio tak komuś życzyć zarazy, ale jednak....

Trzymajcie kciuki!!!

piątek, 04 marca 2016

Grzesiek ostatnio zwiększył wymagania edukacyjne. Już mu nie wystarcza, jak mama (albo tata) czyta. Teraz domaga się kolejnego odcinka opowieści o Panu Koparce.

Pan Koparka jest wytworem własnej mej fantazji, który na moje nieszczęście powstał pewnego wieczoru. Razem z przyjaciółmi - Panią Betoniarką, Panią Ciężarówką i Panem Dźwigiem pracują przy różnych budowach. Ostatnio dołączył do nich młodzik - Spychacz.

Wymyślam Grześkowi kolejne odcinki, po czym każdy musze powtórzyć co najmniej piętnaście razy. Niektóre jeszcze więcej, jeśli się spodobają.

Wena mi się kończy, zwłaszcza wieczorami, jak trzeba opowiadać, a ja zaczynam bezsensownie bełkotać ze zmęczenia, ale nie ma to tamto, jak mus to mus.

Pan Koparka już brał udział w akcji przeciwpowodziowej, w niezliczonych naprawach różnych awarii, był na pikniku, nie mógł spać, bo Spychacz chrapał, był chory i dużo innych. Skorupiak tylko czasem chichocze spod poduszki, jak słyszy, co ja tam wymyślam, próbując ładować przy okazji odrobinę smrodku dydaktycznego.

Jak ktoś ma pomysł na kolejne przygody, to ja poproszę!!!!

Rozmawiałam sobie z mamą  o różnościach. Zeszło między innymi na Piotrka - że się o niego bardzo martwię ostatnio, bo kompletnie nie  wierzy w siebie, we własny intelekt. U faceta, którego wyniki testów inteligencji powodują wytrzeszcz u każdego, kto je widzi (i rozumie co widzi), to trochę przerażające.

I tu mama mnie zastrzeliła na miejscu.

 - A to zupełnie tak jak ty - stwierdziła krótko.

Zatkało mnie. Myśli mi goniły niczym króliki po polu, zaczęłam coś bełkotać, że ja nigdy nie miałam tak piekielnie wysokiego IQ.

- Może nie aż tak wysokie, ale niskiego też nie masz - skwitowała. I zupełnie nie wierzysz w siebie.

Ma rację, nie wierzę. Przez lata byłam przekonana, że nikt mnie nie zapamięta na tyle, żeby rozpoznać przy kolejnym spotkaniu, że nie zrozumiem najprostszych rzeczy, nie uda mi się i w ogóle do kitu. A teraz tłumaczę Piotrkowi fizykę tak, ze on to rozumie, matmę też, czyli chyba jednak coś pojęłam. I nadal uważam się za głupka,którego nikt nie będzie chciał zatrudnić.

I teraz się gryzę, na ile te jego kłopoty są po prostu kopią moich. I właściwie jakie ja mam prawo denerwować się o to na niego, skoro robię dokładnie to samo?

 I następne pytanie, jeszcze ważniejsze: jak się z tego wygrzebać? Wychodzi na to, że aby pomóc Piotrkowi, muszę najpierw uporać się że swoimi demonami, które od lat odkładam na później zajmując się wszystkimi wokół...

Odkrycie jak na psychologa żenujące, to są podstawy. A jednak tego nie widziałam.

Teraz pora wyciągnąć wnioski i zabrać się do roboty.

Mi, dziękuję Ci bardzo.

czwartek, 03 marca 2016

No i stało się.

Kotlety zostały ubezjajecznione.

Grzesiek nie, mimo, że prosił:)

- Grzechot,   jedziemy do przedszkola.

- A gdzie ty pojedziesz, mamo? - zapytał Wąż.

- Zawiozę koty do pana doktora.

- A po co?

- Trzeba je wykastrować.

- Ja też chcę!!!!!  - ucieszył się potomek.

- Nie synu, ty tego nie potrzebujesz.

- Ale dlaczego????? - zmartwił mi się synek.

 

I weź tu człowieku nie kwiknij mu śmiechem w nos w takiej sytuacji :)

niedziela, 28 lutego 2016

Zbierało mi się od dawna.

Wkurza mnie ten nowy blox jak rzadko, aż sie zastanawiam, czy nie przenieść się z blogowaniem gdzie indziej. Ja rozumiem, że teraz taka moda, że ma być dużo obrazków i mało tekstu, ale jednak nie lubię byc traktowana jak niedorozwojek. Nie potrzebuję  obrazków, drażni mnie nikła ilość informacji na ekranie startowym bloxa, po jakiego grzyba te wielkie puste przestrzenie?

Do tego jakoś nie mogę go oswoić, za każdym razem szukam potrzebnych mi funkcji, a podobno miało być takie intuicyjne....

Generalnie irytuje sie za każdym razem, jak widzę radosne hasło, że blox się zmienia dla mnie.

Otóż nie, dla mnie to mógłby pozostac taki jaki jest.

środa, 24 lutego 2016

Odbierając wczoraj Grzechota z przedszkola stwierdziłam, że jest przyodziany jakby... odwrotnie. Bluzka tył na przód, spodnie też, kapcie prawy na lewej nodze, lewy na prawej i skarpetki piętkami na wierzchu stopy.

Uśmiechnęłam się pod nosem i domyślnym tonem zapytałam ciocię:

- Sam się ubierał po leżakowaniu?

- I do tego nie pozwolił poprawić, chciał to wszystko zrobić sam.

Tego się właśnie spodziewałam, Grzechot od czasu jak usłyszał, że Piotrek w przedszkolu też sam wkładał kurtkę i buty, koniecznie chce być taki jak on.

Dzisiaj odwrotnie były już tylko buty i skarpetki.

Uczy się Wąż.

niedziela, 21 lutego 2016

Wczoraj wieczorem chłopcy zaliczyli przygodę prawie jak z filmu o gangsterach. Co prawda ostatecznie gangster okazał się mało gangsterski, ale... nie uprzedzajmy faktów.

Piotrek miał zanocować u moich rodziców - lubi to, oni też, to czemu nie. Wpakowałam całe zoo (łącznie z mężem) w samochód - zimno, ciemno, co mi tam, odwiozę starszego, młodszy się trochę ruszy i potem pójdzie spać.

Już skręciłam w ulicę, przy ktorej mieszkają rodzice i zadowolona zaczęłam się zastanawiać, ile możemy tam posiedzieć - tak, żeby Grzechot zwiądł, ale jeszcze się nie mazał. Jeszcze tylko przejście dla pieszych - zatrzymałam się, żeby przepuścić dwie osoby, które czekały z obu stron przejścia, w końcu ja mam blaszany parasol, a im wieje.

I w tym momencie obok mnie po prawym pasie (stałam na lewym) śmignęło jakieś coś, przejechało prawie po palcach obojga pieszych (zdążyli się już zbliżyć do siebie na odległość może trzech metrów) i pojechało dalej nie zatrzymując się.

Takich cwaniaków to ja nie lubię, po tym przejściu chodzą dzieciaki do pobliskiej szkoły, a w ogóle co to za numery. Ponieważ ludziom się nic nie stało, pojechałam po prostu za tym cosiem, a Skorupiak złapał za telefon i zadzwonil na policję.

Przejechałam sobie spory kawałek w kierunku, w którym się w ogole nie planowałam udać, Skorupiak raportował przez telefon trasę, aż w końcu na światłach dogoniły nas dwa radiowozy i dwóch tajniaków, wyłuskali z tłumu kierowców stojących na światłach owo coś i zgonili na krawężnik.

Moje chłopaki były niezmiernie podekscytowane, akcja jak z filmu sensacyjnego. Sensacja się co prawda szybko skończyła, bo kierująca pojazdem nie zamierzała uciekać, a za to papierkologia zajęła sporo czasu, ale i tak byli zadowoleni.

Dla takich kierowców nie mam litości. Półtora roku temu kawałek dalej kierowca zabił trzylatka. Tu też identyczna sytuacja,  solidnie oznakowane przejście dla pieszych - przystanek, szkoła, ja się zatrzymałam, a ktoś gna obok. Tym razem cudem nikomu nic się nie stało, ale naprawdę o włos. Mam nadzieję, że zabiorą jej prawo jazdy, bo jest niebiezpieczna dla otoczenia.

 

Przynajmniej Grzesiek w domu padł jak ścięty.

OStatnio nawiedzila nas Niedoszła Kuzynka.

Od czasu,jak wyemigrowała na północ widujemy się znacznie rzadziej, niż bym chciała, ale za to nadrabia, jak wpada do stolicy.

Została zaakceptowana przez koty - nie każdy dostępuje tego zaszczytu, ale oba po kolei władowały sie jej na kolana i kazały miziać. Z tego obowiązku wywiązała sie znakomicie;).

A ja byłam prawie w niebie. Mogłam pogadać z kimś, kto nie jest ani moim rodzicem, ani dzieckiem, ani mężem, lekarzem czy sprzedawcą w sklepie - niestety do takiego kręgu zawęził mi sie krąg osób, z którymi się spotykam. Jest to smutny efekt ciągłych infekcji - jak nie muszę to nie łażę, bo nie mam sily albo zarażam. Albo jedno i drugie.

Droga Niedoszła! Mam nadzieję, że niedługo znowu zawitasz w te strony i bedzie okazja do pogadania. Zabierz ze sobą Spadnięte Niebo :).

piątek, 19 lutego 2016

zalaegły wpis , nie miałam czasu odnotować

Grzechot indagowany przez matkę w kwestii dietetycznej (czyli normalnie mówiąc, zapytałam, co na obiad w przedszkolu było) odparł któregoś dnia krótko:

- Suchy chleb.

 - Co proszę????? - zdębiałam.

- Suchy chleb i czerwona zupa.

Zaczęłam się intensywnie zastanawiać, co też to mogło być - wiem, jak karmią w tym przedszkolu i jest to naprawdę pyszne.

Nie wymyśliłam, co to ten suchy chleb, wiec weszłam na strone przedszkola i sprawdziłam jadłospis

Zupa-krem pomidorowa z grzankami.

Dzisiaj minął rok od śmierci Czorta.

Trudno uwierzyć, że to już tyle czasu bez ciebie, kocie. Brakuje cię nadal bardzo, mimo, że ganiają tu takie dwa śmieszne futrzaki. Podobne są do ciebie, każdy z nich ma jakiś twój rys. 

Jednak żaden nie jest tobą.... 

Czorcik - dziękuję ci za wspaniałe czternaście lat.

środa, 10 lutego 2016

Grzesiek ma zapalenie oskrzeli.

Czwarty antybiotyk w ciągu niecałych trzech miesięcy. I mam się cieszyć, bo po okolicy fruwa zapalenie płuc.

A jutro przyjeżdża mój brat z dzieciakami i mieli się razem bawić.....

%$&^%$^&%*&^(*&.

Tyle mam do powiedzenia.

czwartek, 04 lutego 2016

Z okazji Tłustego Czwartku nabyłam pączki - jak spora część rodaków.

Akurat byłam na zakupach tygodniowych, jak zawsze w czwartek, w supermarkecie była degustacja. Spróbowałam i się zachwyciłam - z nadzieniem pomarańczowym! Bajka po prostu.

Wrzuciłam do wózka sześciopak pomarańczowy i bardzo zadowolona z siebie wróciłam do domu.

Gdzie się okazało, że - przynajmniej te dwa, które zjadłam - zawierały nadzienie z róży, którego nie znoszę....

wtorek, 02 lutego 2016

Nadszedł w końcu dzień, kiedy to Mi doczekała się swej kolejki w NFZ - termin planowanej operacji zaćmy. Czekała prawie dwa lata, ale w końcu stało się.

Ja byłam jakoś spokojna, ale Skorupiak zna swoją teściową i był nieco nerwowy. Jak próbowałam mu wytłumaczyć, że to prosta, rutynowa operacja, popatrzył na mnie z boleścią i powiedział:

- Wiem, ale to Mi. Znasz jej pomysły...

Faktycznie, znam.

Po południu zadzwoniła, wesolutka jak szczygiełek. I pierwsze, co powiedziała, to to, że ona oczywiście musi coś lekarzom wywinąć.

Z lekka zamarłam, ale głos miała tak radosny, że cokolwiek to nie było, nie mogło się źle skończyć.

Okazało się, że gdy już po wszystkich czynnościach wstępnych zaległa na stole operacyjnym i pan doktor zajrzał jej głęboko w oczy - zapowietrzył się, po czym złym głosem zadał pytanie:

- Kto tę panią kwalifikował do operacji?

Czy się ktoś zgłosił, tego nie wiem, w każdym razie po zakończonym dłubaniu powiedział mamie, że była to bardzo trudna operacja.

Jakoś mnie to nie dziwi, wśród różnych jej pomysłów medycznych oczka też miały swój udział, i to jak zawsze u niej - niebanalnie.

W każdym razie zrobili, co mieli. Teraz jeszcze zostało drugie oko i kolejny pryszcz medyczny Mi będzie z głowy.

Ale ja bardzo proszę, Mi, daruj już sobie to edukowanie naszych kadr medycznych....

Grzesiek ostatnio ćwiczy pamięć. Recytuje całe strony z ulubionych książek, śpiewa zasłyszane piosenki. Czasem mu się coś przestawi albo zgubi kawałek tekstu.

Ostatnio ku swej wielkiej radości usłyszałam, jak  - całkiem nieźle trzymając się melodii - podśpiewywał pod nosem:

- W owym czasie wyszło zarządzenie Cezara Augusta na pobliskiej łące.....

Wizja stada zarządzeń na pastwisku cieszy mnie do dziś.

sobota, 30 stycznia 2016

Zabraliśmy dzisiaj Mi (czyli moją mamę) i pojechaliśmy do zoo.

Obejrzeliśmy nowootwarte akwarium z rafą koralową - rzeczywiście fantastyczne, szkoda tylko, że jeszcze nie było koników morskich. Ale będą.

Tradycyjnie małpiszony - towarzystwo dla moich dwóch pawianów, ptaszarnia, gady. Potem Grzesiek wymiękł, dla Mi to też była już duża wycieczka, a w końcu nie byliśmy tam ani po raz pierwszy ani ostatni.

W samochodzie padło pytanie:

- Grzesiu, które zwierzęta podobały ci się najbardziej?

- Mi! - odparł kategorycznie mój syn.

Kochany wnuczek.

wtorek, 26 stycznia 2016

Wczoraj miał być wielki dzień - po dwutygodniowej chorobie obaj chłopcy mieli udać sie do swych placówek edukacyjnych, a ja chciałam wreszcie odespać. Odstawiłam zoo w niedzielę rano do rodziców i miłm szczerą nadzieję, ze ukochanych synków zobaczę dopiero w poniedziałek po południu.

Nic z tego.

O 7.30 rano wyrwał mnie ze snu telefon - na drugim końcu kabla Piotrek bardzo kisielowatym głosikiem poinformował, ze go od czwartej rano boli brzuch, ma biegunkę i ogólnie do bani. później dosżły jeszcze wymioty - no nie ma siły, nie nadaje sie do szkoły.

Siedzi do dziś, jutro już pójdzie.

Problem jest trudny, bo to już któryś raz, gdy w przeddzień szkoły albo w poniedziałek rano jest taka akcja. Dietetycznie raczej nic nie tłumaczy takiej reakcji i obawiam się, że to jest jednak psychosomatyka. Zawiadomiłam panią pedagog, tak jak sie umwiałyśmy, ale do psychologa jestem umówiona dopiero za dwa tygodnie.

Nie wiem, jak malutkowi pomóc, widzę, że się męczy i nie mogę nic zrobić.

Jeszcze trzy dni szkoły a potem znowu dwa tygodnie ferii. Będzie ciężko, kiedy ja sie wyśpię???? (Z niewiadomych powodów od paru miesięcy fatalnie śpię i jestem permanentnie nieprzytomna...)

Dobrze, że przynajmniej Grzesiek poszedł do przedszkola bezproblemowo...

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Wracając ze spaceru  psem przechodzę pod własnymi oknami.

Coraz częściej widoczek jest ten sam - w każdym z okien (dwóch z tej strony) siedzi kot. W identycznej pozycji, w tym samym miejscu na środku parapetu - każdy własnego. I oba śledzą każdy mój krok, obracając łepki niczym pociągane jednym sznurkiem.

Słyszałam o pływaniu synchronicznym, ale o tresowaniu synchronicznych kotów to nie. Jeszcze się okaże, że podpadamy pod zakaz wjazdu do Warszawy cyrków pokazujących zwierzeta, i co wtedy? Bo cyrk jest permanentny, zwierzęta też.

Może nas uratuje to, że cyrk malutki i stacjonarny, nigdzie nie wyjeżdża....

niedziela, 24 stycznia 2016

Rano zadzwonił telefon. Rano, czyli gdzieś za kwadrans dziewiąta, ale ja właśnie usiłowałam nie otworzyc pierwszego oka, mimo stanowczej perswazji Węża Młodszego.

Rodzice. Z propozycją, która brzmiała szalenie interesująco:

- dostanę porcję pieroga z mięsem (pycha!, a do tego nie muszę robić obiadu), a w zamian

- dostarczę im około 45 kilo żywca, przygotowanego na wszelki wypadek do nocowania,

- pójdę do lasu na kijki.

 

Wpłynęło to na mnie zdecydowanie mobilizująco, pogoniłam Węże, spakowałam co trzeba i wywiozłam towarzystwo. Skorupiak przy okazji załapał się na transport na jedenastkę do dominikanów - jego dyżur przy pilnowaniu pcheł ministranckich.

Zostawiłam dziateczki, pogadałam chwilę i  wróciłam do domu zgarniając po drodze Skorupiaka z powrotem (co nieźle obrazuje jak wygląda chwila mojego pobytu u rodziców. Strasznie trudno stamtąd wyjść, grawitacja jakaś dziwna ani chybi).

Podładowałam telefon, zjadłam - i poszłam w las.

Uwielbiam to uczucie, na początku marszu kotłuje mi sie w głowie wersja buntownicza - nie ma znaczenia temat, może być analiza jakiegoś zdarzenia, książki, pomysłu - nieważne. Warczę, kłócę się sama ze sobą, po prostu bez kija nie przystąp.

Po czym następuje ten magiczny moment, jakby ktoś pstryknął wyłącznikiem - głowa mi sie uspokaja, robi sie pogodnie, przyjemnie, miło i dobrze. Już nawet próbowałam w ramach eksperymentu wrócić do tej warczącej narracji - nie da się.

Wniosek z tego, że muszę chodzić na takie spacerki częściej, najlepiej codziennie. Dobrze mi zrobi na sadło na brzuchu oraz humor.

Do tego koło 20.30 zadzwonił tata z informacją, że Wąż Młodszy śpi już jak niemowlak - pierwszy raz zasnął tam beze mnie. Wąż Starszy zasypia tam bez problemów od dawna, a jutro idzie na drugą lekcję, więc zdąży spokojnie.

Zaczyna się rysować jakaś odrobina więcej wolności, będzie można czasem zostawić oba potwory dziadkom i pójść sobie gdzieś!!!!!!

Koty, dzięki wielkie. Na Was zawsze mogę liczyć, bez pudła.

 

PS. I tylko jedna niewielka ryska pojawiła się na tym idyllicznym obrazku. Głupi GPS w telefonie złapał sygnał dopiero po godzinie mojego łażenia po lesie i Endomondo usiłuje mi wmówić, że przeszłam tylkko trzy kilometry, co jest wierutną bzdurą. Już ja sobie pomierzę trasę i nie dam sie elektronice robić w jajo!

piątek, 22 stycznia 2016

- Aj! - kwiknęłam, gdy pazurzasta łapa przejechała mi po plecach.- Co temu kotu odbiło, już któryś raz mnie dziś drapie.

Skorupiak przyjrzał mi się krytycznie

- Co sie dziwisz, warkocz zaplotłaś, to poluje na ten mysi ogon....

Co racja to racja, zwykle chodzę z rozpuszczonymi włosami, a tym razem mi sie odmieniło. A kocisko (Bramsel) perfidnie to wykorzystało. Drugie kocisko (Rumpel) było za leniwe...

czwartek, 21 stycznia 2016

Codziennie ucinam sobie drzmke z Grzesiem. Jesteśmy jeszcze zdechli po grypie, oboje tego potrzebujemy.

Dzisiaj mialam jakiś wyjątkowosmakowity sen - pachniało mi w nim dobrym jedzonkiem.

Jak sie obudziłam, pachniało dalej.

Okazało się, że Piotrek postanowił zrobić mi niespodziankę - pogrzebał w zamrażarce, wyciągnął paczkę mięsa mielonego (przeznaczonego dla psa, co prawda, ale nic mu nie dolegało - po prostu zapas, bo pies też jeść musi), i zrobił kotlety.

Jeszcze parę niedociągnięć technicznych było, ale drobnych, a mieleńce wyszły całkiem smaczne. Dzięk temu, jak Grzechot otworzył oczka i powiedział, że jest głodny, to było czym zatkać mu głodną paszczę - kasza gryczana została z wczoraj, bo przewidująco od razu ugotowałam na dwa dni.

Dzielny synek, radzi sobie w w kuchni coraz zlepiej. Jak będzie studiował, to nie będzie musiał sieżywić samym makaronem z jajecznicą i zupkami chińskimi :)