O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 19 lutego 2016

zalaegły wpis , nie miałam czasu odnotować

Grzechot indagowany przez matkę w kwestii dietetycznej (czyli normalnie mówiąc, zapytałam, co na obiad w przedszkolu było) odparł któregoś dnia krótko:

- Suchy chleb.

 - Co proszę????? - zdębiałam.

- Suchy chleb i czerwona zupa.

Zaczęłam się intensywnie zastanawiać, co też to mogło być - wiem, jak karmią w tym przedszkolu i jest to naprawdę pyszne.

Nie wymyśliłam, co to ten suchy chleb, wiec weszłam na strone przedszkola i sprawdziłam jadłospis

Zupa-krem pomidorowa z grzankami.

Dzisiaj minął rok od śmierci Czorta.

Trudno uwierzyć, że to już tyle czasu bez ciebie, kocie. Brakuje cię nadal bardzo, mimo, że ganiają tu takie dwa śmieszne futrzaki. Podobne są do ciebie, każdy z nich ma jakiś twój rys. 

Jednak żaden nie jest tobą.... 

Czorcik - dziękuję ci za wspaniałe czternaście lat.

środa, 10 lutego 2016

Grzesiek ma zapalenie oskrzeli.

Czwarty antybiotyk w ciągu niecałych trzech miesięcy. I mam się cieszyć, bo po okolicy fruwa zapalenie płuc.

A jutro przyjeżdża mój brat z dzieciakami i mieli się razem bawić.....

%$&^%$^&%*&^(*&.

Tyle mam do powiedzenia.

czwartek, 04 lutego 2016

Z okazji Tłustego Czwartku nabyłam pączki - jak spora część rodaków.

Akurat byłam na zakupach tygodniowych, jak zawsze w czwartek, w supermarkecie była degustacja. Spróbowałam i się zachwyciłam - z nadzieniem pomarańczowym! Bajka po prostu.

Wrzuciłam do wózka sześciopak pomarańczowy i bardzo zadowolona z siebie wróciłam do domu.

Gdzie się okazało, że - przynajmniej te dwa, które zjadłam - zawierały nadzienie z róży, którego nie znoszę....

wtorek, 02 lutego 2016

Nadszedł w końcu dzień, kiedy to Mi doczekała się swej kolejki w NFZ - termin planowanej operacji zaćmy. Czekała prawie dwa lata, ale w końcu stało się.

Ja byłam jakoś spokojna, ale Skorupiak zna swoją teściową i był nieco nerwowy. Jak próbowałam mu wytłumaczyć, że to prosta, rutynowa operacja, popatrzył na mnie z boleścią i powiedział:

- Wiem, ale to Mi. Znasz jej pomysły...

Faktycznie, znam.

Po południu zadzwoniła, wesolutka jak szczygiełek. I pierwsze, co powiedziała, to to, że ona oczywiście musi coś lekarzom wywinąć.

Z lekka zamarłam, ale głos miała tak radosny, że cokolwiek to nie było, nie mogło się źle skończyć.

Okazało się, że gdy już po wszystkich czynnościach wstępnych zaległa na stole operacyjnym i pan doktor zajrzał jej głęboko w oczy - zapowietrzył się, po czym złym głosem zadał pytanie:

- Kto tę panią kwalifikował do operacji?

Czy się ktoś zgłosił, tego nie wiem, w każdym razie po zakończonym dłubaniu powiedział mamie, że była to bardzo trudna operacja.

Jakoś mnie to nie dziwi, wśród różnych jej pomysłów medycznych oczka też miały swój udział, i to jak zawsze u niej - niebanalnie.

W każdym razie zrobili, co mieli. Teraz jeszcze zostało drugie oko i kolejny pryszcz medyczny Mi będzie z głowy.

Ale ja bardzo proszę, Mi, daruj już sobie to edukowanie naszych kadr medycznych....

Grzesiek ostatnio ćwiczy pamięć. Recytuje całe strony z ulubionych książek, śpiewa zasłyszane piosenki. Czasem mu się coś przestawi albo zgubi kawałek tekstu.

Ostatnio ku swej wielkiej radości usłyszałam, jak  - całkiem nieźle trzymając się melodii - podśpiewywał pod nosem:

- W owym czasie wyszło zarządzenie Cezara Augusta na pobliskiej łące.....

Wizja stada zarządzeń na pastwisku cieszy mnie do dziś.

sobota, 30 stycznia 2016

Zabraliśmy dzisiaj Mi (czyli moją mamę) i pojechaliśmy do zoo.

Obejrzeliśmy nowootwarte akwarium z rafą koralową - rzeczywiście fantastyczne, szkoda tylko, że jeszcze nie było koników morskich. Ale będą.

Tradycyjnie małpiszony - towarzystwo dla moich dwóch pawianów, ptaszarnia, gady. Potem Grzesiek wymiękł, dla Mi to też była już duża wycieczka, a w końcu nie byliśmy tam ani po raz pierwszy ani ostatni.

W samochodzie padło pytanie:

- Grzesiu, które zwierzęta podobały ci się najbardziej?

- Mi! - odparł kategorycznie mój syn.

Kochany wnuczek.

wtorek, 26 stycznia 2016

Wczoraj miał być wielki dzień - po dwutygodniowej chorobie obaj chłopcy mieli udać sie do swych placówek edukacyjnych, a ja chciałam wreszcie odespać. Odstawiłam zoo w niedzielę rano do rodziców i miłm szczerą nadzieję, ze ukochanych synków zobaczę dopiero w poniedziałek po południu.

Nic z tego.

O 7.30 rano wyrwał mnie ze snu telefon - na drugim końcu kabla Piotrek bardzo kisielowatym głosikiem poinformował, ze go od czwartej rano boli brzuch, ma biegunkę i ogólnie do bani. później dosżły jeszcze wymioty - no nie ma siły, nie nadaje sie do szkoły.

Siedzi do dziś, jutro już pójdzie.

Problem jest trudny, bo to już któryś raz, gdy w przeddzień szkoły albo w poniedziałek rano jest taka akcja. Dietetycznie raczej nic nie tłumaczy takiej reakcji i obawiam się, że to jest jednak psychosomatyka. Zawiadomiłam panią pedagog, tak jak sie umwiałyśmy, ale do psychologa jestem umówiona dopiero za dwa tygodnie.

Nie wiem, jak malutkowi pomóc, widzę, że się męczy i nie mogę nic zrobić.

Jeszcze trzy dni szkoły a potem znowu dwa tygodnie ferii. Będzie ciężko, kiedy ja sie wyśpię???? (Z niewiadomych powodów od paru miesięcy fatalnie śpię i jestem permanentnie nieprzytomna...)

Dobrze, że przynajmniej Grzesiek poszedł do przedszkola bezproblemowo...

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Wracając ze spaceru  psem przechodzę pod własnymi oknami.

Coraz częściej widoczek jest ten sam - w każdym z okien (dwóch z tej strony) siedzi kot. W identycznej pozycji, w tym samym miejscu na środku parapetu - każdy własnego. I oba śledzą każdy mój krok, obracając łepki niczym pociągane jednym sznurkiem.

Słyszałam o pływaniu synchronicznym, ale o tresowaniu synchronicznych kotów to nie. Jeszcze się okaże, że podpadamy pod zakaz wjazdu do Warszawy cyrków pokazujących zwierzeta, i co wtedy? Bo cyrk jest permanentny, zwierzęta też.

Może nas uratuje to, że cyrk malutki i stacjonarny, nigdzie nie wyjeżdża....

niedziela, 24 stycznia 2016

Rano zadzwonił telefon. Rano, czyli gdzieś za kwadrans dziewiąta, ale ja właśnie usiłowałam nie otworzyc pierwszego oka, mimo stanowczej perswazji Węża Młodszego.

Rodzice. Z propozycją, która brzmiała szalenie interesująco:

- dostanę porcję pieroga z mięsem (pycha!, a do tego nie muszę robić obiadu), a w zamian

- dostarczę im około 45 kilo żywca, przygotowanego na wszelki wypadek do nocowania,

- pójdę do lasu na kijki.

 

Wpłynęło to na mnie zdecydowanie mobilizująco, pogoniłam Węże, spakowałam co trzeba i wywiozłam towarzystwo. Skorupiak przy okazji załapał się na transport na jedenastkę do dominikanów - jego dyżur przy pilnowaniu pcheł ministranckich.

Zostawiłam dziateczki, pogadałam chwilę i  wróciłam do domu zgarniając po drodze Skorupiaka z powrotem (co nieźle obrazuje jak wygląda chwila mojego pobytu u rodziców. Strasznie trudno stamtąd wyjść, grawitacja jakaś dziwna ani chybi).

Podładowałam telefon, zjadłam - i poszłam w las.

Uwielbiam to uczucie, na początku marszu kotłuje mi sie w głowie wersja buntownicza - nie ma znaczenia temat, może być analiza jakiegoś zdarzenia, książki, pomysłu - nieważne. Warczę, kłócę się sama ze sobą, po prostu bez kija nie przystąp.

Po czym następuje ten magiczny moment, jakby ktoś pstryknął wyłącznikiem - głowa mi sie uspokaja, robi sie pogodnie, przyjemnie, miło i dobrze. Już nawet próbowałam w ramach eksperymentu wrócić do tej warczącej narracji - nie da się.

Wniosek z tego, że muszę chodzić na takie spacerki częściej, najlepiej codziennie. Dobrze mi zrobi na sadło na brzuchu oraz humor.

Do tego koło 20.30 zadzwonił tata z informacją, że Wąż Młodszy śpi już jak niemowlak - pierwszy raz zasnął tam beze mnie. Wąż Starszy zasypia tam bez problemów od dawna, a jutro idzie na drugą lekcję, więc zdąży spokojnie.

Zaczyna się rysować jakaś odrobina więcej wolności, będzie można czasem zostawić oba potwory dziadkom i pójść sobie gdzieś!!!!!!

Koty, dzięki wielkie. Na Was zawsze mogę liczyć, bez pudła.

 

PS. I tylko jedna niewielka ryska pojawiła się na tym idyllicznym obrazku. Głupi GPS w telefonie złapał sygnał dopiero po godzinie mojego łażenia po lesie i Endomondo usiłuje mi wmówić, że przeszłam tylkko trzy kilometry, co jest wierutną bzdurą. Już ja sobie pomierzę trasę i nie dam sie elektronice robić w jajo!

piątek, 22 stycznia 2016

- Aj! - kwiknęłam, gdy pazurzasta łapa przejechała mi po plecach.- Co temu kotu odbiło, już któryś raz mnie dziś drapie.

Skorupiak przyjrzał mi się krytycznie

- Co sie dziwisz, warkocz zaplotłaś, to poluje na ten mysi ogon....

Co racja to racja, zwykle chodzę z rozpuszczonymi włosami, a tym razem mi sie odmieniło. A kocisko (Bramsel) perfidnie to wykorzystało. Drugie kocisko (Rumpel) było za leniwe...

czwartek, 21 stycznia 2016

Codziennie ucinam sobie drzmke z Grzesiem. Jesteśmy jeszcze zdechli po grypie, oboje tego potrzebujemy.

Dzisiaj mialam jakiś wyjątkowosmakowity sen - pachniało mi w nim dobrym jedzonkiem.

Jak sie obudziłam, pachniało dalej.

Okazało się, że Piotrek postanowił zrobić mi niespodziankę - pogrzebał w zamrażarce, wyciągnął paczkę mięsa mielonego (przeznaczonego dla psa, co prawda, ale nic mu nie dolegało - po prostu zapas, bo pies też jeść musi), i zrobił kotlety.

Jeszcze parę niedociągnięć technicznych było, ale drobnych, a mieleńce wyszły całkiem smaczne. Dzięk temu, jak Grzechot otworzył oczka i powiedział, że jest głodny, to było czym zatkać mu głodną paszczę - kasza gryczana została z wczoraj, bo przewidująco od razu ugotowałam na dwa dni.

Dzielny synek, radzi sobie w w kuchni coraz zlepiej. Jak będzie studiował, to nie będzie musiał sieżywić samym makaronem z jajecznicą i zupkami chińskimi :)

środa, 20 stycznia 2016

Poszłam dziś z chłopakami do przychodni na kontrolę.

I myślałam, że wrócę taszcząc dwa komplety zwłok, osobiście przeze mnie zamordowanych uprzednio.

Biegali. Śmiali się. Wspinali na leżaki do przewijania niemowląt. Tupali. Kłócili. Biegali.... I tak dalej.

Żadne prośby nie docierały, kolejka długa, dzieciaków tłum,masakra. I ta upiorna parka wariująca na potęgę.

Niech mi ktoś pomoże ich uspokoić, ja już naprawdę nie wiem, co z nimi robić, w łeb, związać i zakneblować, czy codziennie na śniadanie porcję neospasminy podawać?

 

Tyle dobrego, że Grzesiek nawet doktora zdziwił, że tak szybko wraca do pionu. Byle do poniedziałku, Piotrek do szkoły, a Grzesiek od wtorku do przedszkola. Może wtedy wreszcie uda mi się wyzdrowieć, jak pójdą w cholerę...

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Pomalowąłam sobie paznokcie. Ostatnio zdechła jestem, siły mam mało, to akurat zajęcie dla mnie.

Wybrałam sobie krwistoczerwony lakier - tak dla odmiany, poprzedni był niebieski.

I zestresowałam kota.

Niebieski lakier nie robił na nim wrażenia, ale jak zobaczył czerwony..... Podskoczył przerażony, niepewnie obejrzał moje ręce, a minę miał bardzo jednoznaczną:

- Kogo ty zjadłaś????? - Na wszelki wypadek szybko się ewakuował....

piątek, 15 stycznia 2016

Grzesiek na antybiotyku. Trzecim w ciągu dwóch miesięcy, ale piąty dzień temperatury oscylującej w okolicach 40 stopni to już nie przelewki, a jak w perspektywie miałam weekend i ewentualnie nie wiadomo jakiego lekarza nie znającego przebiegu dotychczasowego leczenia - bałam się już czekać na poprawę...

Piotrek lepszy, chociaż ciągle słaby. Na pewno ma dość siły, żeby się pokłócić, że nie ma siły odstawić talerza do zmywarki :/.

Skorupiak wstaje chyba siłą woli, bo powinien dawno paść przy takim podejściu do własnego zdrowia.

Ja - funkcjonuję bo muszę, ale jak mogę to śpię. Albo siedzę z Grzesiem wczepionym w mamę i owiniętym kocykiem. Albo usiłuję nie dostać oczopląsu śledząc jego zabawę, gdy akurat działa nurofen. Jakby się ktoś nie domyślił, przemieszcza się wtedy z szybkością błyskawicy i skacze po całym mieszkaniu. Po czym znowu pada.

A tak chciałam się wybrać jutro do Babci na 90 urodziny... Nie ma mowy, dzadkowie w wieku takim, że grypa może zabić, plus trzy ciężarówki (przynajmniej o tylu wiem, ale może jeszcze któraś z kuzynek ;), stado maluchów - najmłodszy trzytygodniowy... Szkoda, lubię te rodzinne spotkania, świąteczne przeszło nam koło nosa z powodu zapalenia płuc u Grzechota, teraz  grypa...

Wrrrrrr

czwartek, 14 stycznia 2016

Pomór trwa.

Grzesiek i Skorupiak zaliczyli już 40 stopni, Piotrek i ja mniej, ale też słabi jak koty. W sumie idiotyczne porównanie, bo koty są w świetnej formie, ganiają po mieszkaniu, wariują na całego, grają w hokeja czym popadnie (ostatnio ukradły w tym celu główkę czosnku).

Ja już wychodzę z tego - zgodnie  z zasadą, że Matka Polka jak jest chora to bierze leki przeciwgorączkowe i zasuwa dalej. Nie jest na szczęście aż tak źle, sporo przesypiam z Grzesiem wtulonym we mnie. Przydaje się taki pretekst żeby pójść spać, żadnych wyrzutów sumienia, jak się kładę na trzy godziny ;).

Za to Skorupiak - typowy facet, łaził do pracy z gorączką, "bo on musi". kurczę, niezastąpionych są pełne cmentarze, ale przynajmniej udało mi sie wynegocjować, żeby na jutro wziął wolne. Ręce opadają.

Czytamy w kółko Grześkowi tę samą część Findusa i znam ją już prawie na pamięć. Grzesiek zresztą też, wczoraj w nocy jak wariował, zamiast zasnąć , w pewnym momencie zaczął recytować tekst ze środka. Bez błędów.

Generalnie nie mam siły myśleć, co by tu sensownego powiedzieć (albo napisać), a z drugiej strony potrzebuję kontaktu z ludźmi, bo mi sie mózg lasuje. Dobre dusze, pomóżcie, napiszcie, zadzwońcie albo coś!!!!

wtorek, 12 stycznia 2016

Grypa razy cztery.

I nikt mi nie wmówi, że szczepionki nie są skuteczne, jak się szczepiliśmy wszyscy przez lata, to był spokój. W tym roku stale coś właziło w paradę, chorowaliśmy wszyscy po kolei albo było inne urwanie głowy - i efekt jest.

Wrrrrr.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Grzesiek znowu jest chory. dziś dwukrotnie już przekroczył 40 stopni.

Brak mi słów, zwłaszcza, że reszta ( w tym ja) też charcząca, tylko nieco mniej.

piątek, 08 stycznia 2016

Lekcja religii. Temat oczywiście wokół narodzenia Jezusa.

- Dlaczego Maryja i Józef schronili się w stajence? - pyta ksiądz.

- Bo  w taniej gospodzie nie było już miejsc, a nie mieli pieniędzy na droższą - odpowiada któryś z łepków.

- Bardzo dobrze - pochwalił ksiądz.

Na co Serpens Maior wstał i powiedział:

- Ale to chyba nie o to chodziło, bo przecież po wizycie Trzech Króli już mieli pieniądze - to złoto, które Królowie przynieśli.

- Eeeeee... wygłosił ksiądz.

Logiką dziecka nie pokonasz....

niedziela, 03 stycznia 2016

Kupiłam sobie niedawno kapcie. Poprzednie zakończyły żywot, potrzebni byli następcy.

Od dawna oglądałam Crocsy, ale odrzucało mnie od nich przede wszystkim estetycznie - brzydkie to, toporne i takiej jakieś... niewyględne.

Któegoś dnia znalazłam w Auchan jakąś podróbkę ww., kosztujące kilkanaście razy mniej. Uznałam, ze przymierzę, bo czemu nie.

I się zakochałam. Brzydkie to brzydkie, ale jakie wygodne!!! i ciepłe!!! i cicho się w nich chodzi, co ma niebagatelne znaczenie przy moich hałaśliwych potworach, ludzkich i zwierzęcych. Głowa i tak mi pęka od nadmiaru decybeli.

Wydałam całe 8 złociszy i mam.

Moje kochane brzydactwa.

Miałam aloesy. Kiedyś był jeden przerośnięty, rozdzieliłam go na dwie ładne doniczki.

Potem nastały koty.

i z dwóch ładnych roślinek została mi jedna docznika smętnych kikutów. Obrywają dranie po jednym kolczastym listku i ganiają po pokojach niczym mysz.

Że też im to smakuje, przecież aloes ma bardzo specyficzny smak, który trudno chyba określić jako przyjemny Widocznie jednak kotom smakuje....

przez weekend mieszkała u nas Garda - pies moich rodziców. Duży kawał futra, jak przystało na briarda.

To całkiem śmieszne doświadczenie, jak pod nogami stale coś się plącze,dwoje dzieci, dwa koty, dwa psy....

Koty z Gardą się oswajają - to już drugi weekend, jaki spędza ona u nas. POprzednio widziałam, jak jej ogonem bawił się Rumpel. Tym razem Rump jakiś taki mniej odważny, natomiast przydybałam Bramsla, jak spał sobie słodko przytulony do gardziego tyłu. NIestety nie zdążylam zrobić zdjęcia, jak się ruszyłam po aparat, to kot się wyniósł. Ale jeszcze ich złapię :)

Zmęczona i zaganiana byłam ostatnio bardzo, po głowie kłębiły mi sie notki - i pouciekały. Znowu. Nie zdążyłam dojśc i zapisać, a szkoda. Buuuu... Nie lubię, takie fajne były, całe frazy mi sie ładnie układały, a tu kicha:(

Urodziny przestały mnie bawić już jakiś czas temu. Nie umiem powiedzieć, czy to kwestia wieku, czy zbieżność terminów  z sylwkiem, którego nie lubię programowo, czy lenistwo poświąteczne - mało istotne.

Za to prezent, jaki dostałam od rodziców  - świąteczno-urodzinowo-imieninowy jest wspaniały. Cieszę się jak kto głupi, chociaż podobno zalicza się do kategorii tych, po których kobieta dostaje ataku furii.

Ja nie.

Dostałam pralkę. Tak się wrednie złożyło, że i pralka i lodówka zaczęły nam sie już sypać ze starości jakiś czas temu. Podjęto pewne działania reanimacyjne, które na jakiś czas wystarczyły, ale jednak w końcu nadszedł kres. Lodówka padła gwałtownie w listopadzie, pralka zdychała  sukcesywnie, ciekło spod niej - ale nie bardzo było jak kupić nową.

I mam. Śliczna, nowiutka, pierze jak wściekła, dużo cichsza od poprzedniczki, w ogóle super!!! Skorupiak pierze bez przerwy wszystko jak leci, taką ma z tego frajdę (powinien chyba podziękować kotom, które zwiększają mu ilość prania, sikając czasem do łóżka Grześka albo paskudząc w zimowych ciuchach).

 

Mi, Duży - bardzo dziękuję :)

WIedziałam, że rano i tak nie pośpię, więc tradycyjnie machnęłam ręką na sylwestrowe cyrki i poszłam spać. W piątek rano wyszłam około 7.30 z psem. 

Teoretycznie było pięknie - cicho, aż dzwoniło w uszach, bez wiatru, słonecznie. Niestety przyjrzałam się dokładniej okolicy i zrobiło mi się przykro.

Przed klatką  - 5 czarnych worków ze śmieciami - ktoś wystawił po imprezie, nie chciało mu się odnieść do altanki śmietnikowej.

Na trawnikach ileś wyrzutni petard, tekturowe kółeczka w ilościach przemysłowych, druciki i korki od szampana, pety.... Syf i mogiła.

Ludzie kochane, jak już musicie hałasować i stresować zwierzynę, to może chociaż potem po sobie posprzątajcie!