O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

środa, 13 kwietnia 2016

Jednym z efektów dłuższych dni i dorastania dzieci jest to, że mogę sobie znowu pojeździć na kółku.

Piotrek zabiera Grzechota i hulajki i idą się bawić, a ja mam spokój - zazwyczaj nadganiam zaległości, ale dziś machnęłam na nie ręką i poszłam jeździć.

Sukcesy są, niewielkie na razie, ale jednak.

Po całej zimie niejeżdżenia (no dobrze, jakiś jeden czy dwa razy mi się udało) dziś sobie chciałam poszaleć dłużej. Ćwiczyłam dzielnie start bez słupka czy innej podpórki i nawet raz mi się udało zupełnie ładnie, a jeszcze kilka - bardzo koślawo i ze spadkiem po przejechaniu metra. Ale to i tak postęp w domu i zagrodzie :)

Niestety po drugiej wywrotce pojazd uznał, że jest już tak zestresowany, że z nerwów zużył cały prąd, a bez prądu to on nie współpracuje. W rezultacie musiałam zanieść do domu i podpiąć do jedzenia :)

Tak czy inaczej - fajnie jest!!!! Tylko proszę sienie plątać pod nogami na zakrętach, bo zwłaszcza te ciasne słabo mi wychodzą :)))

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Grzechot właśnie osiągnął granicę jednego metra.

Metrowy Wąż to już coś!

Oni strasznie szybko rosną.... <chlip>

niedziela, 10 kwietnia 2016

Dzieci, jak wiadomo, dzielą się na czyste i szczęśliwe.

Grzechot dzisiaj dwukrotnie wrócil z brykania na dworze ze starszym bratem w stanie wymagającym prawie całkowitej zmiany garderoby.

Dobrze się razem bawili :)

środa, 06 kwietnia 2016

No i wcięło mi taki piękny kawał tekstu.....

Znaleźliśmy sobie ostatnio nową rodzinną rozrywkę - geocaching. W skrócie polega to na tym, że maniacy robią skrytki, w których czasem chowają różne rzeczy, a czasem nie, podają namiary w sieci, a inni maniacy szukają tych skrytek i mają radochę, że znaleźli. Czasem żeby znaleźć trzeba rozwiązać zadanie (nawet niejedno), czasem trzeba wleźć w jakieś dziwne miejsca - możliwości jest dużo. Skrytki są wszędzie, wielokrotnego użytku - wszak się ich nie zabiera, tylko wpisuje w logbooku kto i kiedy znalazł, po czym odkłada na miejsce dla następnych.

Zabawa jest przednia, można w to grać wszędzie - na całym świecie, potrzebny jest gps i długopis do odmeldowania się w logbooku. I czasem różne inne rzeczy, żeby dotrzeć do skrytki, np. akwalung... ;) Ale to już wyższa szkoła jazdy.

Piotrka wessało, mnie też. łazimy po krzakach z telefonami i szukamy.  Ale fajnie :)

sobota, 02 kwietnia 2016

Zabrałam się za porządki w książkach. Ciasno już bardzo, na wielu półkach stoją dwurzędowo, a nareszcie zaczęła się zbiórka rzeczy na jarmark św. Dominika - można oddać do antykwariatu. Tylko które?

Ale po jednej, powolutku, jakoś udało mi się uzbierać trzy siaty książek do wyniesienia. Nie jest to jeszcze wszystko, do pewnych półek nie zdążyłam się dotknąć. Jeszcze czeka na mnie przegląd szaf - za małe ciuchy też trafią tam. Uwielbiam tę imprezę z wielu względów, również dlatego, że mogę bez wyrzutów sumienia pozbyć się wielu rzeczy. Wyrzucanie dobrych rzeczy odpada całkowicie, a tak problem rozwiązany.

Doprowadziłam do tego, że w dwóch rzędach mam już tylko półtorej półki.

Skorupiak z rozpędu podliczył na oko, ile tego mamy. Wyszło pomiędzy 1200 a 1300, plus zawartość piwnicy i jeszcze ze trzysta w pokoju Piotrka.

To jednak trzeba być kompletnie nienormalnym.....

piątek, 01 kwietnia 2016

Mój tata ostatnio pracuje poza Warszawą i w domu pojawia się tylko w weekendy. W związku z tym wszystkie przesyłki z poczty (a jest tego trochę) odbieram ja.

Ostatnie awizo przyszło w poprzedni piątek. Tata zdążył wrócić przed zamknięciem poczty, więc poszedł odebrać przesyłkę.

Przesyłki nie ma. Pani zrobiła ksero awiza i poprosiła, żeby przyjść za kilka dni, to już będzie.

Poszłam w środę. To samo.

Dziś - bez zmian, przesyłka zapewne jest w urzędzie wyższym rangą przy ulicy Takiejtoatakiej.

Zadzwoniłam tam - pani, owszem, pamięta przesyłkę, ale tego dnia był nowy listonosz, a potem pewnie została doręczona - nierejestrowana, więc trudno sprawdzić. Będzie dzwonić jak coś wywęszy.

Krótko mówiąc - nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?

nareszcie!

Grześkowi udało się wreszcie uczęszczać do placówki edukacyjnej przez cały miesiąc bez żadnych nieobecności!!!!!!

Sukces to wielki, do tej pory chorował co chwila. Taki los przedszkolaka, pierwszy rok edukacji zbiorowej jest zawsze zasmarkany, z Piotrkiem też to przerabialiśmy.

Kolejny kamień milowy za nami.

czwartek, 31 marca 2016

Spotkałam dziś w sklepie przyjaciółkę. Nie widziałyśmy się dawno, obie w biegu i nie było kiedy wymienić najnowszych plotek.

Przyjaciółka, podobnie jak my, wzięła niedawno dwa kociaki, tyle że my mamy dwóch facetów (no, eks-facetów...) a ona parkę. Oczywiście z założeniem kastracji po osiągnięciu stosownego wieku.

Koteczek był szybszy od weterynarza ze skalpelem. Niedługo będą mieć cztery albo pięć kotów :).

 

Jechałam samochodem przez miasto i klnąc pod nosem patrzyłam w prawe lusterko zastanawiając się, czy wyprzedzić tego na pasie obok i wjechać przed niego, czy zwolnić i wjechać za nim. Czasu na decyzję było coraz mniej, bo skrzyżowanie i rozjazdy blisko.

W końcu zwolniłam i zrobiło mi się nieco głupio.

Wyprzedzanie starą toyotą nowiuteńkiego maserati wydaje mi się jakoś... niestosowne. Nie bardzo mogę się czepiać, że facet jechał zgodnie z przepisami :)

niedziela, 27 marca 2016

...w nocy samotność gorsza jest..."

tak mi się jakoś plącze po głowie ten kawałek piosenki. Powinnam pójść spać, będę rano nieprzytomna, ale jakoś nie mogę.

jest mi źle i bardzo samotnie. Skorupiak z Piotrkiem poszli na Triduum, Grzesiek się do tego absolutnie nie nadaje, więc siedzę z nim. Jak zawsze, jak prawie każdego dnia od ponad trzech lat. pręty klatki doskwierają mi coraz bardziej, chciałabym móc wyjść z domu niekoniecznie dopiero wtedy, kiedy już nie mam na nic siły po całym dniu starć z chłopakami, jest ciemno, zimno i właściwie nie ma co robić. Mówię oczywiście o rozrywkach budżetowych, a nie o wyjściu do teatru.

Klatka. obijam skrzydła o jej pręty, ale już nigdy nie odlecę...

środa, 23 marca 2016

W sobotę z okazji Dnia Wody pojechaliśmy sobie na imprezę nad Wisłą. Głównym celem było załapanie się na wycieczkę do Filtrów Warszawskich - tupało to za mną od dawna.

Udało się.

II teraz mam zagwozdkę.

Oczywiście przewodnik namawiał do picia kranówki, zachwalając jej smak. Spróbowałam,rzeczywiście pyszna. Niestety okazałam się nadmiernie dociekliwa i porównałam ją z zabraną z domu kraniczanką. To był błąd. Różnica znaczna, co nie najlepiej świadczy o stanie warszawskich rur. Wcześniej tego nie czułam...

Chyba jednak wrócę do wody gotowanej...

piątek, 18 marca 2016

...a przynajmniej wojenkę.

Kocio-psią (a co, ktoś pomyślał, że ja o polityce? :)

Generalnie kocie sikanie po kątach po ubezjajecznieniu panów bardzo się zmniejszyło, ale jest jeden wyjątek.

Psie gniazdo.

Koty maja swoje różne posłanka w różnych strategicznych miejscach w mieszkaniu, do których psica nie ma dostępu - na parapetach, półce, generalnie ponad poziomem podłogi, tak jak koty lubią.

Pies ma swoje pod biurkiem. Tam ucieka jak narozrabia albo coś ukradnie, czasem też śpi.

I koty uznały, że psie gniazdo jest ich. Tłumaczą to Agrze najprościej jak można - sikając. Zaczynam już mierzyc im czas, ile zajmie im zorientowanie się, że zdjęłam z suszenia uprane legowisko, zanim znowu zasikają. Jednostką są godziny, o dniach nie mam co marzyć....

Chyba po prostu zlikwiduję gniazdo i oficjalnie uznam, że ona mieszka w naszym łóżku. Chociaż ta perspektywa bardzo mi się nie podoba, jak tam śpi, to  niech śpi, ale gryzienie tam orzechów, patyków i różnych innych obiektów dających się przerobić na wióry to mnie jakoś nie cieszy. Nie nadaję się na księżniczkę i na czymś takim spac nie będę.

niedziela, 13 marca 2016

 Po kolejnym marszu KOD jakoś zaczęłam się zastanawiać nad konsekwencjami tego, co się dzieje. Nad ceną, jaką zapłacimy za decyzje obecnego rządu, nad szkodami, jakie rząd  już poczynił i jeszcze poczyni.

Szkody gospodarcze. Koniec współpracy, ucieczka kapitału zagranicznego. Zamknięcie rynków, upadek firm, wzrost bezrobocia.

Szkody polityczne. Utrata zaufania, kontaktów międzynarodowych, możliwości wpływu na cokolwiek. Będziemy pariasem Europy, bez prawa głosu, pieniądze unijne będą dużo mniejsze (przy optymistycznym założeniu, że w ogóle będą). Buble i kiksy prawne w ilościach przemysłowych, przepisy sprzeczne wewnętrznie, sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, z demokracją i ze wszystkim, czym się da. Bo ich celem jest jedynie utrzymanie władzy dla utrzymania władzy.

Szkody społeczne. Utrata zaufania społeczeństwa do państwa. Przekonanie, że wszystkiemu jest winna PO (wina Tuska - niezłą winnicę już musi mieć), a własne lenistwo, brak chęci czy próby działań nie mają z kłopotami pojedynczych ludzi nic wspólnego. Głębokie podziały społeczne i - co gorsza wewnątrzrodzinne.

I te ostatnie właśnie jakoś mnie gryzą najbardziej.

Przepisy można zmienić. Polityka i kontakty zagraniczne - po zmianie władzy pewnie się to wyprostuje, jak świat zobaczy, że ktoś tu wreszcie patrzy dalej niż na czubek własnego nosa. Gospodarka - będzie bolało, bo to łatwo zepsuć, a naprawa trwa, ale też się da.

Konflikty rodzinne czasem dają skutki wielopokoleniowe, brat zrywa kontakty z bratem, rodzice z dziećmi, małżeństwa się rozpadają... A gdy przestaną się kontaktować, to po latach już trudno wrócić do dawnych relacji, zapomnieć o złych słowach i uczuciach.

Jarosław Kurski opisywał spotkanie z siostrą Krystyny Pawłowicz podczas marszu KOD. "Pan mnie najlepiej rozumie, panie Jarku..." Rzeczywiście. A ileż jest takich sytuacji zupełnie anonimowych, gdzie z powodu różnicy poglądów politycznych przestają rozmawiać ze sobą najbliżsi?

Za dwa tygodnie będą święta. Czy Krystyna Pawłowicz będzie w stanie złożyć życzenia swojej siostrze? Jak poradzą sobie z tym bracia Kurscy czy bracia Glińscy? I tysiące innych?

Obawiam  się, że to będzie najtrudniejszy do naprawienia i niosący najwięcej szkód efekt ambicji posła Kaczyńskiego....

Oby nie...

środa, 09 marca 2016

Potomki dwa dają nam ostatnio w kość. Jak nie jeden to drugi sprawdza, ile wytrzymamy.

Grzesiek wariuje, nie słucha, biega jak szalony, wspina się na wszystko i wszystkich - żywioł.

Piotrek inaczej - wszak jest już w poważnym wieku, ponad sześć lat starszy od malucha ;), zamiast szaleć robi draki. Klasyczne nastolatkowe draki. Zaraz, ale on jeszcze nie jest nastolatkiem... No trudno, nadmiernie inteligentny, rozwinięty, to i awantury zaczyna wcześniej.

Oboje ze Skorupiakiem usiłujemy się nie dać podpuścić. Jest dla nas oczywiste, że te cyrki to odreagowywanie różnych rzeczy - na nas, bo jesteśmy bezpieczni. Nie wystawimy za drzwi, nie będziemy poniżać miesiącami, jak paru kolesi z klasy, wybaczymy obelgi i złośliwości. Piorunochron to jedna z wielu ról rodziców.

A Piotrek ma co odreagowywać. Czwórka łobuzów z klasy go gnębi, nadal jest sam w klasie - Tomek, jego najlepszy przyjaciel jest rok niżej po powrocie z Irlandii i siłą rzeczy nie mają tyle czasu na wspólne zabawy. Grzesiek jest wszędobylski,  absorbujący i wkurzający, Kotlety co chwila włażą w jakąś szkodę i albo coś zwalą albo zasikają - tak czy inaczej dodatkowa robota, po chorobach narobiło się zaległości, zwłaszcza z angielskim, a tu pogoda coraz lepsza, można by wreszcie z Tomkiem poganiać po okolicy. Równocześnie wredna matka nie odpuszcza tematu lekcji... No ma facet pod górkę ostatnio.

Tak sobie myślałam dzisiaj, ilu rodziców w podobnej sytuacji po prostu wali szlaban za szlabanem, konfiskuje elektronikę czy odbiera kieszonkowe, bez próby zrozumienia przyczyny. Nie ukrywam, też parę razy dostał szlaban, ale ZAWSZE punktem wyjścia do wszystkich działań jest szukanie powodu całego cyrku. I jakoś tak się dziwnie okazuje, że jeśli Piotrek jest nieznośny i kłótliwy, to na bank miał kolejne ścięcie z łobuzami klasowymi, albo coś innego bardzo zawalił i nie umie sobie poradzić.

Serpens Maior ma w tym wszystkim dużo szczęścia - rozumiemy te mechanizmy i nie próbujemy ich negować, nie robimy założenia, ze to po prostu niewychowany szczeniak i jakby mu tak, panie dziejku, parę razy pasem na tyłek, to by przestał podskakiwać. Owszem, jak przegina, to go boli - właśnie stracił zawody judo, ale staramy się zachować spokój. (choć różnie to wychodzi, ale już nabieramy wprawy;)

Coraz częściej pada hasło "Przejmij ich, bo za chwilę wystrzelę!!!!", ostatnio nawet dwa razy zerwałam Skorupiaka z pracy, bo już nie dawałam sobie z nimi rady, a nie chciałam zacząć wrzeszczeć. I o dziwo, to zaczyna dawać jakieś efekty. Dzisiaj Maior zaczął od dyskusji o odrabianiu angielskiego, ale w końcu doszedł do jakże budującego wniosku, że ten język nie jest taki trudny, tylko jemu się nie chce zabrać do pracy. Po czym zrobil co miał.

Tak czy inaczej - okrzyk wznoszony coraz częściej u nas w domu pobrzmiewał kiedyś na pokładach statków polskiej floty - Chryste, ZNACZY cierpliwości!!!!!

wtorek, 08 marca 2016

Uduszę oba kocury. Najlepiej w dużej ilości cebuli.

Któryś z tych futrzatych łobuzów nasikał mi do nowych pantofli.

Parę miesięcy temu znalazłam sobie fantastyczne miejsce, gdzie można przyjść i pośpiewać przy gitarze, tak po prostu. Nie ma ględzenia o polityce, nie ma alkoholu, nie palą, po prostu się śpiewa i już. Górskie, turystyczne - to co tygryski lubią.

Raz na jakiś czas organizowane są tak zwane śpiewanki Mamucie - z piosenkami sprzed okresu SDM.

Byłam wczoraj, po raz drugi zresztą - i stwierdzam, żem mamut już całkiem wyraźnie. Jestem lepiej zorientowana w repertuarze mamucim niż studenckim, aczkolwiek te turystycznie nie zmieniają się w tak koszmarnym tempie jak moda odzieżowa, wiec tez nie jest źle.

To niesamowite, jak widze tam ludzi w najróżniejszym wieku (wczoraj rozstrzał sięgał od około roku do  - tak na oko - zaawansowanej sześćdziesiątki co najmniej) i wszyscy wyraźnie na niejeden szczyt się z plecakiem wdrapali. I każdy przyszedł w tym samym celu= pośpiewać.

Do tego jeszcze żeby było śmieszniej były tam trzy osoby - sobowtóry znajomych. A właściwie dwa, trzecią panią gdzieś musiałam spotkać i nie mogę dojść, gdzie i kiedy. Dwie pozostałe dziewczyny wyglądały jak młodsze o wiele lat moje znajome :), a jedna z nich miała do tego przepiękny głos.

Będę się dalej mamucić, śpiewać ze studentami i całą resztą. naprawdę fajne miejsce z niezwykłą atmosferą. Od razu mi lepiej się zrobiło po takim wieczorku.

 

 

poniedziałek, 07 marca 2016

Piotrek startował w kolejnym konkursie matematycznym. Przeszedł z maksymalną ilością punktów.

W sumie nie mam się czemu dzwić, ale cieszę się jak zawsze.

W przyszłym tygodniu Kangur Matematyczny i tu mamy problem. Zapisy były wtedy, kiedy gremialnie padliśmy na grypę, tak, ze Piotrek będzie mógł wskoczyć tylko, jeśli ktoś zachoruje, albo nie będzie z innych przyczyn. Głupio tak komuś życzyć zarazy, ale jednak....

Trzymajcie kciuki!!!

piątek, 04 marca 2016

Grzesiek ostatnio zwiększył wymagania edukacyjne. Już mu nie wystarcza, jak mama (albo tata) czyta. Teraz domaga się kolejnego odcinka opowieści o Panu Koparce.

Pan Koparka jest wytworem własnej mej fantazji, który na moje nieszczęście powstał pewnego wieczoru. Razem z przyjaciółmi - Panią Betoniarką, Panią Ciężarówką i Panem Dźwigiem pracują przy różnych budowach. Ostatnio dołączył do nich młodzik - Spychacz.

Wymyślam Grześkowi kolejne odcinki, po czym każdy musze powtórzyć co najmniej piętnaście razy. Niektóre jeszcze więcej, jeśli się spodobają.

Wena mi się kończy, zwłaszcza wieczorami, jak trzeba opowiadać, a ja zaczynam bezsensownie bełkotać ze zmęczenia, ale nie ma to tamto, jak mus to mus.

Pan Koparka już brał udział w akcji przeciwpowodziowej, w niezliczonych naprawach różnych awarii, był na pikniku, nie mógł spać, bo Spychacz chrapał, był chory i dużo innych. Skorupiak tylko czasem chichocze spod poduszki, jak słyszy, co ja tam wymyślam, próbując ładować przy okazji odrobinę smrodku dydaktycznego.

Jak ktoś ma pomysł na kolejne przygody, to ja poproszę!!!!

Rozmawiałam sobie z mamą  o różnościach. Zeszło między innymi na Piotrka - że się o niego bardzo martwię ostatnio, bo kompletnie nie  wierzy w siebie, we własny intelekt. U faceta, którego wyniki testów inteligencji powodują wytrzeszcz u każdego, kto je widzi (i rozumie co widzi), to trochę przerażające.

I tu mama mnie zastrzeliła na miejscu.

 - A to zupełnie tak jak ty - stwierdziła krótko.

Zatkało mnie. Myśli mi goniły niczym króliki po polu, zaczęłam coś bełkotać, że ja nigdy nie miałam tak piekielnie wysokiego IQ.

- Może nie aż tak wysokie, ale niskiego też nie masz - skwitowała. I zupełnie nie wierzysz w siebie.

Ma rację, nie wierzę. Przez lata byłam przekonana, że nikt mnie nie zapamięta na tyle, żeby rozpoznać przy kolejnym spotkaniu, że nie zrozumiem najprostszych rzeczy, nie uda mi się i w ogóle do kitu. A teraz tłumaczę Piotrkowi fizykę tak, ze on to rozumie, matmę też, czyli chyba jednak coś pojęłam. I nadal uważam się za głupka,którego nikt nie będzie chciał zatrudnić.

I teraz się gryzę, na ile te jego kłopoty są po prostu kopią moich. I właściwie jakie ja mam prawo denerwować się o to na niego, skoro robię dokładnie to samo?

 I następne pytanie, jeszcze ważniejsze: jak się z tego wygrzebać? Wychodzi na to, że aby pomóc Piotrkowi, muszę najpierw uporać się że swoimi demonami, które od lat odkładam na później zajmując się wszystkimi wokół...

Odkrycie jak na psychologa żenujące, to są podstawy. A jednak tego nie widziałam.

Teraz pora wyciągnąć wnioski i zabrać się do roboty.

Mi, dziękuję Ci bardzo.

czwartek, 03 marca 2016

No i stało się.

Kotlety zostały ubezjajecznione.

Grzesiek nie, mimo, że prosił:)

- Grzechot,   jedziemy do przedszkola.

- A gdzie ty pojedziesz, mamo? - zapytał Wąż.

- Zawiozę koty do pana doktora.

- A po co?

- Trzeba je wykastrować.

- Ja też chcę!!!!!  - ucieszył się potomek.

- Nie synu, ty tego nie potrzebujesz.

- Ale dlaczego????? - zmartwił mi się synek.

 

I weź tu człowieku nie kwiknij mu śmiechem w nos w takiej sytuacji :)

niedziela, 28 lutego 2016

Zbierało mi się od dawna.

Wkurza mnie ten nowy blox jak rzadko, aż sie zastanawiam, czy nie przenieść się z blogowaniem gdzie indziej. Ja rozumiem, że teraz taka moda, że ma być dużo obrazków i mało tekstu, ale jednak nie lubię byc traktowana jak niedorozwojek. Nie potrzebuję  obrazków, drażni mnie nikła ilość informacji na ekranie startowym bloxa, po jakiego grzyba te wielkie puste przestrzenie?

Do tego jakoś nie mogę go oswoić, za każdym razem szukam potrzebnych mi funkcji, a podobno miało być takie intuicyjne....

Generalnie irytuje sie za każdym razem, jak widzę radosne hasło, że blox się zmienia dla mnie.

Otóż nie, dla mnie to mógłby pozostac taki jaki jest.

środa, 24 lutego 2016

Odbierając wczoraj Grzechota z przedszkola stwierdziłam, że jest przyodziany jakby... odwrotnie. Bluzka tył na przód, spodnie też, kapcie prawy na lewej nodze, lewy na prawej i skarpetki piętkami na wierzchu stopy.

Uśmiechnęłam się pod nosem i domyślnym tonem zapytałam ciocię:

- Sam się ubierał po leżakowaniu?

- I do tego nie pozwolił poprawić, chciał to wszystko zrobić sam.

Tego się właśnie spodziewałam, Grzechot od czasu jak usłyszał, że Piotrek w przedszkolu też sam wkładał kurtkę i buty, koniecznie chce być taki jak on.

Dzisiaj odwrotnie były już tylko buty i skarpetki.

Uczy się Wąż.

niedziela, 21 lutego 2016

Wczoraj wieczorem chłopcy zaliczyli przygodę prawie jak z filmu o gangsterach. Co prawda ostatecznie gangster okazał się mało gangsterski, ale... nie uprzedzajmy faktów.

Piotrek miał zanocować u moich rodziców - lubi to, oni też, to czemu nie. Wpakowałam całe zoo (łącznie z mężem) w samochód - zimno, ciemno, co mi tam, odwiozę starszego, młodszy się trochę ruszy i potem pójdzie spać.

Już skręciłam w ulicę, przy ktorej mieszkają rodzice i zadowolona zaczęłam się zastanawiać, ile możemy tam posiedzieć - tak, żeby Grzechot zwiądł, ale jeszcze się nie mazał. Jeszcze tylko przejście dla pieszych - zatrzymałam się, żeby przepuścić dwie osoby, które czekały z obu stron przejścia, w końcu ja mam blaszany parasol, a im wieje.

I w tym momencie obok mnie po prawym pasie (stałam na lewym) śmignęło jakieś coś, przejechało prawie po palcach obojga pieszych (zdążyli się już zbliżyć do siebie na odległość może trzech metrów) i pojechało dalej nie zatrzymując się.

Takich cwaniaków to ja nie lubię, po tym przejściu chodzą dzieciaki do pobliskiej szkoły, a w ogóle co to za numery. Ponieważ ludziom się nic nie stało, pojechałam po prostu za tym cosiem, a Skorupiak złapał za telefon i zadzwonil na policję.

Przejechałam sobie spory kawałek w kierunku, w którym się w ogole nie planowałam udać, Skorupiak raportował przez telefon trasę, aż w końcu na światłach dogoniły nas dwa radiowozy i dwóch tajniaków, wyłuskali z tłumu kierowców stojących na światłach owo coś i zgonili na krawężnik.

Moje chłopaki były niezmiernie podekscytowane, akcja jak z filmu sensacyjnego. Sensacja się co prawda szybko skończyła, bo kierująca pojazdem nie zamierzała uciekać, a za to papierkologia zajęła sporo czasu, ale i tak byli zadowoleni.

Dla takich kierowców nie mam litości. Półtora roku temu kawałek dalej kierowca zabił trzylatka. Tu też identyczna sytuacja,  solidnie oznakowane przejście dla pieszych - przystanek, szkoła, ja się zatrzymałam, a ktoś gna obok. Tym razem cudem nikomu nic się nie stało, ale naprawdę o włos. Mam nadzieję, że zabiorą jej prawo jazdy, bo jest niebiezpieczna dla otoczenia.

 

Przynajmniej Grzesiek w domu padł jak ścięty.

OStatnio nawiedzila nas Niedoszła Kuzynka.

Od czasu,jak wyemigrowała na północ widujemy się znacznie rzadziej, niż bym chciała, ale za to nadrabia, jak wpada do stolicy.

Została zaakceptowana przez koty - nie każdy dostępuje tego zaszczytu, ale oba po kolei władowały sie jej na kolana i kazały miziać. Z tego obowiązku wywiązała sie znakomicie;).

A ja byłam prawie w niebie. Mogłam pogadać z kimś, kto nie jest ani moim rodzicem, ani dzieckiem, ani mężem, lekarzem czy sprzedawcą w sklepie - niestety do takiego kręgu zawęził mi sie krąg osób, z którymi się spotykam. Jest to smutny efekt ciągłych infekcji - jak nie muszę to nie łażę, bo nie mam sily albo zarażam. Albo jedno i drugie.

Droga Niedoszła! Mam nadzieję, że niedługo znowu zawitasz w te strony i bedzie okazja do pogadania. Zabierz ze sobą Spadnięte Niebo :).

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85