O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

poniedziałek, 20 czerwca 2016

W rodzinie znowu przybyło. Rita pojawiła się wczoraj, szybko i bezproblemowo.

Śmieszne jest to stadko maluchów. w ciągu ostatnich paru miesięcy wysypało się tego bardzo dużo, od grudnia to już piąte.

 W ten sposób moi Dziadkowie mają już, zaraz, niech policzę.... 19 prawnuków. No kuzyni kochani, do roboty! Jeszcze jedno i będzie okrągła dwudziestka :).

Dla tych, którzy chcieliby mi zaproponować, żebym się sama postarała - niech się młodsi męczą. Uważam, ze czterdziestka jest rozsądną granica na zakończenie prokreacji, aczkolwiek jeśli ktoś chce i może więcej, to proszę bardzo. Ja już przeszłam do etapu odpowiadania na milion pytań i tłumaczenia świata, i niekoniecznie chcę znowu wstawać w nocy na karmienie. Chociaż nie powiem, samo karmienie było cudne, tylko dlaczego w nocy....

 

Tak więc - witaj, maleńka!

Lało dziś pięknie i z Grzechotem uznaliśmy, że należy to wykorzystać.

Kalosze, kurteczka - i tak zaraz zdjął - i idziemy tropić kałuże.

Na szczęście matka wiedziała, gdzie są najgłębsze w okolicy, więc zabawa była przednia.

Najpierw było tak:

 

Potem było tak:

 

A wieczorem, kiedy wrócił z kolejnego spaceru, był już cały mokry i błoto miał nawet na głowie.

Cóż.

Dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe. On był zdecydowanie baaardzo... szczęśliwy ;)

 

Dobra matka musi wiedzieć, gdzie znaleźć odpowiednią rozrywkę dla Potomka. Znajomość okolicznych kałuż jest niezbędna!

Koty wiedzą, do czego służy deszcz.

Rozsądne stworzenia.

Wezmę z nich przykład i pójdę spać.

czwartek, 16 czerwca 2016

Szłam dziś wzdłuż zaparkowanych samochodów i jeden rzucił mi się w oczy.

Miał na przedniej szybie SIEDEM uchwytów na telefon komórkowy, z czego tylko jeden ustawiony na środku, tak, żeby mógł z niego korzystać kierowca. Pozostałe wisiały z boku, po prawej stronie szyby.

Czy ktoś jest w stanie wyjaśnić mi sens takiego postępowania? Bo sama to za głupia na to jestem, zdecydowanie....

środa, 15 czerwca 2016

Scenka:

Młody człowiek lat około 10 wlazł na drzewo. Uczynil to bardzo sprawnie, wiec moja mama podsumowała krótko - zupełnie jak małpa.

Na to odezwała się pełna oburzenia starsza siostra młodego człowieka:

- Ty nie odpowiadaj, bo to będzie znaczyło, że jesteś małpą!!!!

Mamę zatkało. Takie określenie u nas jest używane raczej w charakterze komplementu, docenienia wysokiej sprawności i zręczności, a tu taka reakcja... Co zabawniejsze, taką niechęć do zwierząt zaprezentowała córka dwójki biologów, sama myśląca o studiach na tymże kierunku.

Zrobilam szybki przegląd przezwisk i określeń zwierzęcych, których używam pod adresem Potomków -  i wyszło mi, że się chyba z tą panienką nigdy nie dogadam. Węże, myszki, karaluszki, żaby, robaczki, robale, świstaki, gryzonie, żółwie, wszelkie odmiany małp właśnie, oraz masa zwierzątek istniejących wyłącznie w wyobraźni mojej bądź jakiegoś autora, na przykład paszczaki.

Cóż, w każdej rodzinie są krewni bardziej i mniej przypadający do gustu. Ci są zdecydowanie przedstawicielami grupy drugiej.

Wczoraj zabrałam chłopaków do zoo.

Niedawno była tam przeprowadzona zbiórka najprzeróżniejszych zabawek dla zwierząt i wczoraj miało nastąpić publiczne wydanie zgromadzonych dóbr. Oczywiście nie wszystkich i nie wszystkim zwierzakom, tym razem załapały się lwy, tygrysy i pawiany. następne - w kolejny wtorek, ale nie wiem, kto tym razem.

Widok był piękny, małpiszony biegały szczęśliwe z torebkami, plecakami, starannie rozpakowując je i szukając skarbów.

Skarby oczywiście były - każda torebka zawierała jakąś zabawkę pluszową i porcję jedzonka. Małpy ze skupieniem wybierały kawałki owoców, lisci sałaty, szukały zabawek. Widac było, że są szczęśliwe.

 

Jak niewiele czasem potrzeba, żeby komuś sprawić frajdę. Tu wystarczyły stare torebki i niepotrzebne pluszaki. Swoją drogą, genialny pomysł miał ktoś w zoo - sami by nie zdobyli takiej ilości zabawek, nie mówąc o tym, że przekazanie tego zwierzakom w podanym wcześniej terminie spowodowało przyciągnięcie sporej zapewne grupy zwiedzających w środku tygodnia, kiedy ruch jest raczej mniejszy. mają tam dobrego speca od marketingu :).

 

 

W okolicy znowu wysyp maluchów. Wśród znajomych rosną cztery brzuchy, z czego jeden może wyleźć na światło dzienne w każdej chwili.

A ja po raz pierwszy od lat chyba patrzę na to spokojnie.  BYł okres, kiedy wszystko mnie bolało, jak widziałam wydatne brzuszki o jednoznacznym kształcie - sama też marzyłam... Najpierw o jednym, potem o drugim. ostatnie trzy lata to było jeszcze co innego - już nie czułam takiego braku, ale patrzyłam z czymś w rodzaju poczucia siostrzanej więzi - ja też przed chwilą jeszcze....

Teraz moje instynkty macierzyńskie się uspokoiły, wystarczy mi tych moich dwóch. Prawdę mówiąc, ostatnio co wieczór zastanawiam się nad zmniejszeniem liczby Węży w tym domu, padam na dziób, a Skorupiak wraca dopiero jutro z wojaży. Węże są kochane, ale uparte, energiczne i męczące jak diabli. Do tego Piotrek już czuje wakacje i marudzi, że nie pójdzie do szkoły. Pójdzie, jakem Pyzio, bo nie zniosę go cały dzień siedzącego mi przy moim komputerze albo marudzącego ogólnie. Jeszcze te półtora tygodnia musi wytrzymać i tyle.

Dziewczyny, najlepszego Wam życzę!!! Niech maluchy zdrowo rosną, bohaterki czekające na czwarte (czyli połowa składu!!!!) podziwiam niezmiennie, dużo siły na ciążowe upały!!!!

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Siedzę na zawodach i póki Piotrek nie walczy,patrzę na ludzi. Przede mną stoi mamusia z wyjącym dzieckiem na rękach i stara się uciszyć malucha. A ja jemu się wcale nie dziwię, też bym się darła, gdyby mnie ktoś przydział w body, sztruksową sukienkę i RAJSTOPY przy takich temperaturach.

Mamusia zresztą wyletniona stosownie do wskazań termometru, tylko dziecko opatulone.

Typowe nad Wisłą "żeby tylko nie zmarzła, załóż czapeczkę" ma się dobrze.

niedziela, 12 czerwca 2016

I znowu kolejny turniej judo. Oznacza to parę minut emocji i parę godzin nudy ;-). Piotrek poszedł gadać z kolegami, a moimi zadaniem jest być tutaj i wspierać duchowo, nie plącząc się zbytnio pod nogami.

Dzisiejsze zawody są o tyle ważne, że Piotrek w tym roku wcale nie startował - albo był chory albo kontuzjowany. A teraz na rozpęd i motywację ma jeszcze niedawno otrzymany żółty pas - i zobaczymy co będzie.

Trzymajcie kciuki :-)

 

 

Edit: Piotrek ma 3 miejsce , ale odnowił mu się uraz stopy i ledwo łazi...

Wczoraj nareszcie spotkałam jeża. Pierwszy w tym roku w stanie właściwym, bo dotychczas spotykane były niestety przejechanie na placek... :-(.  

Niezmiennie lubię te kolczaki, jakby na nie które nie narzekał :-)

środa, 08 czerwca 2016

Wędrując dziś wieczorem i gwiżdżąc na kota pomyślałam, że fajnie byłoby mieć dla Bramsla obrożę z gps. Nie musiałabym ganiać, tylko odpaliłabym stosowną apkę i wiedziałabym, gdzie koteczek się szlaja.

PO powrocie i uśpieniu wszystkich dzieci i zwierząt postanowiłam sprawdzić, ile takie cudo by kosztowało, bo na pewno już  ktoś na to wpadł.

Faktycznie, jakbym miała trzy stówki na zbyciu to mogę Bramsla przyodziewać w elektronikę. Nie mam, wiec na razie się wstrzymam.

Przy okazji zobaczyłam coś, po czym opadła mi szczęka i wszystko inne.

Nakładki na pazury dla kota albo psa, zapobiegające drapaniu. W kolorkach ogniście widocznych (że nie nazwę tego dosadniej), a na zdjęciu było różowe..... Nakleja się to zwierzakowi na pazurki naturalne, coś chyba jak tipsy. Masakra w paski, z trąbką i śrubokrętem.....

 

Niezależnie od ilości zbywającej gotówki tego kotom nie kupię.

Scenka.

Dwie panie na spacerze. Obie z pieskami.

Jedna prowadziła na smyczy pięknego doga stalowo-błękitnego.

Druga maciupeńkiego yorka.

 

Kurtyna.

wtorek, 07 czerwca 2016

Zawiozłam dziś Mi na działkę.

 I miałam dodatkową frajdę.

Albowiem zobaczyłam węża. Pięknego, długiego zaskrońca. Wygrzewał się na plamie słońca, ale jak usłyszał moje gadanie w telefon i zobaczył mój cień, to dał nogę. E, zaraz, gdzie wąż ma nogę? No to dał w długą.

Wrzask nie miał być w tonacji "Ratunku, ale ohyda!!!" tylko "Mama, chodź zobacz, jaki śliczny!!!!".

Generalnie lubię węże - co widać zresztą po przezwiskach Potomków, jedyne zastrzeżenie, jakie do nich mam, to dieta. No nie dam takiemu żywej myszy, nie ma mowy.

Chłopaki będą miały zagwozdkę, emocje związane z poszukiwaniem węża zwykle podnoszą poziom decybeli, a żeby mieć szansę znaleźć, to muszą być cicho :). Ciekawe, jak im pójdzie :)

poniedziałek, 06 czerwca 2016

BramKotek włóczy się już codziennie. Zeskakuje z balkonu przy każdej okazji i zwiedza okolicę.'

Jeszcze nie opanował co prawda systemu pomocy sąsiedzkiej - Czort wiedział, że jak posiedzi chwilę pod drzwiami do klatki, to ktoś go wpuści, bo wszyscy go znali. Bram nie jest jeszcze tak obyty, ale za to znacznie sprawniejszy niż Czort w ostatnich latach. Po prostu wdrapuje się po słupie podpierającym balkon i tyle.

Rumpeczek zaś siedzi na balkonie i patrzy. Wczoraj zwiedzał niziny - nie całkiem dobrowolnie, zdaje się, i wrócił bardzo wystraszony i zdenerwowany.

Koty mają się znakomicie :)

Skorupiak musiał wyjechać służbowo na kilka dni.

Bardzo się martwił, jak sobie poradzę, zwłaszcza, że faktycznie ostatnio jestem zmęczona jak pies, a Grzesiek daje do wiwatu.

najpierw zafundował mi weekend prawie bez dzieci - zabierał ich na działkę na nocowanie, a ja miałam prikaz - robić coś dla siebie, odpoczywać.

No ale pozostał jeszcze problem wieczornego czytania - zazwyczaj to on usypia Grzechotka, a z odległości kilkuset kilometrów raczej trudno wziąć na kolana.

Ale Skorupiak znalazł rozwiązanie. Zabrał ze sobą ulubioną książkę Węża - tę o kocie Findusie i Bożym Narodzeniu - i teraz Grzesiek leży w łóżku a tata czyta mu przez telefon :).

Piotrek wczoraj miał egzamin na żółty pas judo.

Podchodził trochę spietrany, bo ma nogę nadal nie do końca sprawną i chodzi z bandażem, ale i tak zdał.

Ale mam fajnego synka!!! A nawet dwóch :)

niedziela, 05 czerwca 2016

- mamo, otworzysz moją skarboneczkę? - poprosił Grzesiek.

- Kocie, skarbonkę otwieramy wtedy, kiedy się do niej coś wrzuca, a nie co chwilę.

- A gdzie jest twój portfel? - zapytał operatywny Potomek Młodszy :)

 

-

piątek, 03 czerwca 2016

Kot się wypuścił. Na razie go nie widać, polazł gdzieś. Czy będzie umiał wrócić?

Czuję się jak matka kwoka biegająca wzdłuż brzegu za kaczątkiem.

Rzecz jasna, Kot Bramsel. Kot Rumpel nie schodzi z balkonu, i bardzo dobrze.

 

 

Edit: Kot Bramsel powrócił na rodziny łono.

Pół wieku temu, gdy moi dziadkowie wprowadzali się do mieszkania, które zajmują do dziś, znaleźli w piwnicy bulwę. Babcia wetknęła to w ziemię i patrzyli co z tego wyrośnie.

(Nie, nie jest to opowieść o Calineczce ;).

Wyrosło. Wystawiło nos niczym czubek rakiety. Potem wyrósł patyk, który następnie rozcapierzył się do kilku gałązek z listkami. Jesienią wszystko zwiędło. I tak powtarzało się przez lata, od czasu do czasu wypuszczając dodatkowe młode bulwki.

Nikt nie wiedział, ki diabeł. Nazwano to smokiem

Moja mama,  osoba powszechnie znana w rodzinie jako lekki świr roślinno-zwierzęcy, dostała smocze dziecko.

Rosło przez lata, podobnie, jak u dziadków. Jesienią więdło i czekało do wiosny.

W zeszłym roku COŚ się zaczęło dziać. Smok wyglądał inaczej, wypuścił pęd o innej porze, jesienią, kiedy powinien sobie odpoczywać. Pęd też był jakiś dziwny.

Smok zakwitł.

Wzrostu miał ponad metr, kolor kwiatu - ciemnobordowy, zapaszek - śmierdzące mięso.

Został dokładnie obfotografowany na każdym etapie rozwoju.

Ostatnio wreszcie ściągnęłam te zdjęcia od rodziców i wysłałam pytanie do Ogrodu Botanicznego - bo nadal nie wiedzieliśmy, co to jest.

I już wiemy. Pani z Ogrodu odpisała błyskawicznie - dziękujemy przepogromnie!

Smok nazywa się DZIWIDŁO. oczywiście natychmiast przerobiłam go na dziwadło. Azjatycka roślinka, zapylana przez muchy i dlatego tak śmierdzi.  Do tego okazało się, że w OB mają trzy dziwidła, ale innych odmian niż nasza, a my mamy kolejne młode bulwki - w przyszłym tygodniu pojadą do OB.

W sumie nic mi to nie zmienia w skomplikowanej rzeczywistości, ale radości z rozwiązania zagadki mam mnóstwo :)

poniedziałek, 30 maja 2016

No i kolejny marsz w obronie życia i rodziny, tym razem w Kielcach. Z inscenizacją porodu, krzykami rodzącej i pocieszającym osobnikiem, który zapewniał "matkę", że jak się urodzi syn, to tatuś dziecka na pewno do niej wróci, bo przecież każdy mężczyzna chce mieć syna.

Jak o tym czytałam, to mi się nóż w kieszeni otwierał.

Pierwsze pytanie, jakie mi się natychmiast nasunęło, to co zrobi tatuś, jeśli jednak okaże się, że noworodek nietaktownie jest dziewczynką. Wszak warunkiem sine qua non powrotu nieobecnego ojca miało być posiadanie penisa przez potomka.

Ówże pocieszyciel miał być ojcem rodzącej, więc kolejne pytanie, to jak on poradził sobie z traumą sprzed lat, gdy obecna na schodach rodząca okazała się być przedstawicielką   płci mniej wyczekiwanej.

Dalej - cóż za tatuś pozwala własnej córce rodzić na schodach, już mógłby chociaż kawałek płaskiej powierzchni jakiejś znaleźć, osłoniętej nieco przed słońcem i gawiedzią. Ale cóż, czepiam się i tyle.

 

A wszystko dlatego, że szlag mnie trafia na morze hipokryzji przelewające się wokół tematu aborcji.

Bardzo święte towarzystwo spędza radośnie czas wędrując z dziećmi po różnych miejscach, podpisują się obiema rękami pod różnymi petycjami, apelami i listami - i co dalej? Zazwyczaj nic.

A chciałabym się dowiedzieć, jaki procent tych obrońców życia zrobił cokolwiek POZA maszerowaniem i podpisywaniem. Kto z nich realnie pomaga rodzinie z dzieckiem niepełnosprawnym, czy to finansowo, czy poświęcając własny czas? Jak wielu z tych wiernych katolików raz w tygodniu zastąpi opiekunów chorego dziecka, żeby mogli cokolwiek załatwić, pójść do dentysty, czy  - o zgrozo! chwilę odpocząć?

Są tacy ludzie, wiem o tym i nisko im się kłaniam. Ale ilu ich jest, promil? Dwa?

Niestety, proliferskie działania przeważnie kończą się w momencie, gdy wymuszą urodzenie dziecka, potem większość z tych dobroczyńców przestaje się przejmować.

Znalazłam ostatnio demota, który pasuje jak ulał:

środa, 25 maja 2016

Koty zwiedzają balkon. I okolice.

Dziś w pewnym momencie zobaczyłam Bramsla siedzącego z ogłupiałą miną na parapecie z boku balkonu sasiadów.

U nich jest dzikie wino oplatane wokół słupa, u nas nie, bo jest szlachetne. nalsze smaczniejsze ale ich za to bardziej nadające sie do wspinaczki.

Mam tylko nadzieję, że mi kiciusie nie będa sie po tym winie wspinać na drugie piętro do sąsiadów w pionie obok.....

Planowałam podlewanie ogródka. Dojść nie mogłam ale w końcu się zawzięłam.

Od razu podlało sie samo , całkiem przyjemna ulewa.

Nie można tak częściej?

Tak wygląda podejście do życia mojego psa. Nie mogę nogi postawić, bo wszędzie i zawsze mam pod stopami Agrę...

poniedziałek, 23 maja 2016

Kotlety dziś zostały oficjalnie wypuszczone.

Gorąco się robi, siedzenie przy zamkniętych oknach to samobójstwo, pozostawało albo się osiatkować w trybie pilnym albo wypuścić.

Zaszczepione, zachipowane, wykastrowane. Nie ma na co czekać.

Obserwowanie ich to była sama przyjemność - zwiedzały balkon powolutku, z wielkimi, okragłymi oczkami. Oglądały każdą mrówkę i każdy listek z naszej winorośli. Bramsel nie całkiem celowo zeskoczył na dół i musiałam po niego pójść - jeszcze nie ma przećwiczonej drogi powrotnej.

Potem wyszły na tarasy koty sąsiadów - i nasza dwójka po prostu zamarła. Tam się coś rusza!!! I wygląda tak jak my!!!

Pełnia szczęścia jednym słowem. Trzeba teraz szybko ich doedukować w kwestii okolicy i bezpiecznych ścieżek - i przeżyć parę nerwowych nocy, jak nie wrócą ww rodzinne pielesze tylko się będą gdzieś włóczyć. Nerwowo będzie ale cóż - dzieci też mi kiedyś wyfruną z gniazda i będę się o nich martwić.....

sobota, 21 maja 2016

Chciałam dziś pobiegać. Albo pójść na kijki.

Rano padłam, nie mogłam sie zwlec z łóżka. Rzadko mi sie zdarza, może raz w miesiącu gdy wiem że nie muszę chłopaków nigdzie gonić. Pospałam do 11 chociaż i tak średnio bo co chwila ktoś czegoś chciał i zawracał głowę.

Gdy już podniosłąm swe szacowne zwłoki, zaczęło się.... Co prawda rodzice zabrali chłopaków na działkę, ale z mocną sugestią, żebym się zajęła szukaniem pracy a nie sprzątaniem.

Łatwo im gadać, paskudne zwierzaki - nie wiem, które, ale podejrzewam psa - zasikały mi parę miejsc i w całym mieszkaniu po prostu śmierdzi. Nie wytrzymam, w tych warunkach nie da sie myśleć. puszczam pranie za praniem.

Skorupiak przed kompem, dopina jakieś resztki przygotowań do jutrzejszego Jarmarku św. Dominika.

Dzieciaki wróciły, Skorupiak pojechał załatwiać. POdałam obiad i galopem na urodziny kuzyna, na szczęście blisko - w sąsiednim bloku. Stado dzieciaków plątało sie pod nogami, najmłodsze ma chyba z miesiąc, a następne ulęgnie się pod koniec czerwca. W sumie chyba z dziesiątka pcheł.

Druga część imprezy przewidywała plac zabaw - poszliśmy. Dzieciaki sie bawiły, my gadaliśmy, do domu wróciłam po 20. Piotrek ze Skorupiakiem  gdzie? No oczywiście u dominikanów szykują jarmark. Wrócili po 21, ale Pyton zapomniał zabrać z klasztoru hulajkę. Trzeba pojechać bo stojaki będą przestawiane i licho wie, kiedy uda sie ją poten odzyskać.

Wróciłam, poszłam na spacer z psem, nakarmiłam zwierzyniec. "Mamo, przytulisz?..." Przytulę.

22.30 wreszcie usiadłam.

Chyba troche za późno na samotne łażenie z kijkami po lesie....

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85