O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

sobota, 31 października 2015

Po latach leniwca parę dni temu zaczęłam biegać.

Nie jakoś imponująco, przy wieloletnim braku kondycji i nadmiarowych kilogramach byłoby to samobójstwo rozłożone na całkiem niewiele rat - ot truchtam sobie po okolicy na spacerach z psem. A czasem nawet sie uda bez psa, ale to rzadkość.

Tak czy inaczej, mam swoją trasę pomiarową, od której zaczynam - w wersji podstawowej to troszkę ponad 720 metrów, ale mam policzone również kawałki dodatkowe.

Pierwszego dnia to tego truchtania było niewiele - dostawałam zadyszki, nogi mnie bolały i błogosławilam psa za każdym razem, jak kucał pod krzaczkiem i musiałam sie zatrzymać.  Większość tego podstawowego odcinka przeszłam, z kilkoma odcinkami nieco szybszymi.

Teraz całe kółeczko przebiegam bez problemów, a psie przystanki są okazją do truchtania w miejscu, zamiast zipania :). Mam niestety problem z wydłużaniem trasy - Agra mi protestuje, w końcu to juz poważna starsza pani... Ale spróbuję się częściej  urywać bez niej.

W każdym razie - drgnęło. Nie przewiduję startu latem w maratonie, nie mam takich ambicji, ale udział w jakimś czymś krótszym - typu 5 czy 10km - czemu nie? Na razie nie myślę o tym, chociaż gdzieś tam z tyłu głowy telepie sie nieśmiało, że nie jest to nierealne - odległe, owszem, ale da sie zrobić. I tak naprawdę bardzo nieśmiało przyznaję sie sama przed sobą - chciałabym. Nie po to, żeby cokolwiek wygrać, to w ogóle na razie nie wchodzi w grę. Żeby przebiec trasę, udowodnić samej sobie, że mimo nadwagi, zasiedzenia i czterdziestki na karku jestem jeszcze w stanie coś osiągnąć.

Może to właśnie będzie takimmobilizacyjnym kopem rónież w innych sprawach, gdzie również dawno straciłam wiarę we własne możliwości?

Dlaczego jak coś się sypie, to zawsze w dni wolne od pracy, długie weekendy itp?

Dzisiaj o 6 rano, gdy Skorupiak zamykał o świcie okno w sypialni, szlag trafił nam okucie okienne. I to tak bardziej definitywnie, a do tego okno zostało na jednym zawiasie - prawy dolny. I nie bardzo chciało sie nawet dać zamknąć....

Rozkręcenie całości wykazało, że obejma od jakiejś zębatki przy klamce poszła w drzazgi.

parę prób zmontowania tego na klej i ślinę niewiele dało.

 

Siadłam do kompa szukać ratunku.

I znalazłam. O dziwo, nawet niezbyt daleko, na Stegnach jest serwis okienny, mają okucia, szyby, klamki, cuda wianki. I pracowali dzisiaj, chwała wieczna im za to!

Za drobną stówkę kupiliśmy równie drobny element, który w tę stówkę można by zawinąć - małe to było, ale drogie ;). W firmie dostaliśmy też instrukcję wymiany, tak, żeby na pewno nie zamontować czegoś odwrotnie.

Kwadrans roboty i znowu można było zamykać okno.

Głupi mają szczęście, mogliśmy zostać na parterze z niezamykającym się oknem do poniedziałku przy okołozerowych temperaturach w nocy ;)

piątek, 30 października 2015

Z zachwytem patrzę na rozwijającą się powoli w różnych miejscach inicjatywę Wolna Książka.

W miejscach publicznych w naszej okolicy - w parku przy placu zabaw, pojawiają się... właściwie nie wiem, jak to nazwać. Półki? Wnęki? PRzenośne biblioteki? Żadna z tych nazw nie pasuje, trudno.

U nas jest to zrobione z trzech kawałków pnia - tak na oko 2-2,5 metra, i w każdym z nich są trzy wnęki zasłoniętet przezroczystą klapką z tworzywa sztucznego.

Mieszkają tam książki - można je sobie poczytać i odłożyć, zabrać, dołożyć. Nie ma rejestracji wypożyczeń, bierze kto chce, pzynosi kto chce i co chce. Czasem można znaleźć perełki, czasem po prostu lekkie czytadełka na spacer z niemowlakiem.

dzisiaj wyniosłam tam pierwszą porcję - na pewno nie ostatnią, bo książki u nas rozmnażają się jak króliki i trzeba robić jakąś selekcję, bo ściany nie sa z gumy. Równocześnie nie mam kaca moralnego, jaki byłby z pewnością moim udziałem, gdybym je po prostu zostawiła pod śmietnikiem. Brrrrr, paskudna wizja.

ktoś miał znakomity pomysł. Lubię takie idee.

wtorek, 27 października 2015

Zabawnie sie robi na drutach, gdy z każdej strony na majtaące przed nosami końce poluje kot.

niedziela, 25 października 2015

W ramach odstresowania się po sprawdzeniu pierwszych wyników exit pools obejrzeliśmy sobie "Powrót do przyszłości". Zamiast wieczoru wyborczego.

I tak sie zastanawiam, jak by tu przeskoczyć najbliższ cztery lata... Ktoś ma jakiś pomysł?

wrrrrr... nie podoba mi się.

piątek, 23 października 2015

Odmłodziliśmy sobie psa.

Dostojna czternastoletnia dama wariuje jakby miała czternaście tygodni.

Rumpel - mniejszy i młodszy (chyba) z naszych kotów na początku sie jej bał - była za duża, za szybka i zbyt energiczna jak dla niego. Przyzwyczaił się i teraz prowokuje ją przy kadej okazji, gania, zaczepia, ucieka, bawi się - cyrk na wrotkach.

Za to Bramsel jakiś dzisiaj sie zrobił podejrzanie spokojny.

I tak muszę je zabrać do weta na szczepienie i przegląd, to zobaczymy, co tam w kocie piszczy.

Obstawiam robaki :)

 

Fajnie jak znowu słychać mruczenie, kocie tupanie i kocie wariactwa. Zwłaszcza Bramsel jest z charakteru bardzo podobny do Czorta, tak naprawdę obaj razem wzięci idealnie dają czorci charakter - jeden bardziej przytulaśny, drugi odważniejszy, ale obaj mruczące rozrabiaki.

On wrócił - w dwóch futerkach :)

Znalazłam sposób na chwilę ruchu.

Jak idę na spacer z psem, to urządzam sobie marszobiegi.

Od zawsze istniała pomiędzy Agrą a mną (też Agrą ;) różnica zdań w kwestii tego, co to jest wygodne tempo spacerowe. Moje było dla niej za wolne, a z drugiej strony ja nie bardzo wyobrażałam sobie jakiekolwiek ćwiczenia z psem ciągnącym po krzakach i co chwila zatrzymującym sie w celu obwąchania czegoś. innymi słowy - nie chciało mi sie i tyle, więc nie szukałam rozwiązań.

A teraz znalazłam.

Na razie nie są to imponujące dystanse ani tempo, ale widzę, ze z dnia na dzień sie poprawia. Mogę p rzebiec dłuższy kawałek bez zadyszki czy bólu nóg, musze tylko pilnować, zeby wyjść w odpowiednich butach.

Jestem zadowolona.

W weekend - oprócz wyborów - jest jeszcze zmiana czasu. Ta przyjemniejsza, śpimy dłużej.

Godzina więcej w wolnej Polsce.

Zaimponowała mi.

Panienka mająca 4,5 roku, córka przyjaciół, posiadaczka pięknych warkoczy.

Postanowiła obciąć włosy, aby oddać je na peruki dla osób chorujących na raka.

Chylę czoła zarówno przed nią, jak i jej rodzicami - za ogromną wrażliwość i mądrość wychowawczą.

środa, 21 października 2015

Wracałam właśnie od mamy po wyprowadzeniu psa i z drobnych zakupów w Lidlu - skończył nam sie chleb, mleko i coś tam jeszcze, gdy zadzwonił mi telefon. Oczywiście na środku skrzyżowania, bo jakże by inaczej. Na szczęście nasza bryczka jest wyposażona w zestaw głośnomówiący, więc odebrałam.

- Cześć, dzwoniłaś do mnie, oddzwaniam - usłyszałam. Głos jakby znajomy, zachrypnięty - pewnie Joanna. Wyjaśniłam, że nie dzwoniłam, chodziłam po sklepie z wózkeim,  nie miałam ani czasu ani powodu, zeby dzwonić. Słuchawka zabulgotała coś i sie rozłączyła.

W domu sprawdziłam, kogo niosło, nie byłam pewna. I mnie zatkało.

Znajoma, która obraziła się trzy lata temu i przestała odzywać... A ja mało uprzejmie poinformowałam, że nie mamy o czym gadać... Głupio, nie ma co.

Uznałam, że będę dama,  oddzwonię i przy okazji wyjaśnię, o co chodziło z tym telefonem.

Ogólne tiu tiu tiu, jakbyśmy sie nie widziały tydzień a nie trzy lata, i jakby ona nie wyszła od nas prawie trzaskając drzwiami (poczuła sie urażona, bo jej nie zawiadomiłam od razu o ciąży). pytania co u nas - standardowo kompletnie bez zainteresowania, więc nie sądzę, żebym chciała znowu dzwonić.

Przy okazji doweidziałam sie, że telekom jej wysłał smsa, ze ja dzwoniłam, a mnie  - że ona skończyła właśnie gadać. nie wiem, po kiego grzyba i skąd im sie akurat ta osoba wzięła, na liście numerów mam, ale nie używam od dawna, gdzieś tam w kąt szuflady wciśnięte i tyle.

Głupie dowcipy telekomów potrafią wiele zepsuć - i obawiam się, że czasem naprawić to, co mialo juzpozostać popsute. Niech to licho.

wtorek, 20 października 2015

Grzesiek sie już nareszcie odpieluchował, czym sie zresztą chwaliłam.

Teraz starannie melduje o każdym sukcesie, biegnie do łązienki, jak trzeba i tylko prosi o włączenie lampy.

Czasem zdarzy się, że go przypilina dworze - póki tylko z siusianiem, to nie ma problemu, podlewa trawkę i już.

Ale...

Dzisiaj wlazł na parapet pooglądać samochody.

po czym radośnie mnie poinformował, ze zrobil siusiu.

- W majtki zrobiłeś, synu? - zapytałam rozpaczliwie.

- Nie - odparł dumnie Potomek.W trawkę.

 

Poszłam tam i osłabłam. Nasikał mi do doniczki ze świeżo posadzoną hoyą. On jest gorszy niż koty....

 

Tak przy okazji przypomniało mi sie, jak nasza pierwsza psica, Bromba, we wczesnej młodości miała problem. Została znaleziona jako szczeniak w styczniu, więc nie pamiętała czasów bez śniegu (to jeszcze było dawno temu, kiedy śnieg leżał porządnie od początku grudnia, a czasem wcześniej). No i na dworze robiła siusiu wyłącznie na śniegu. Aż kiedyś śnieg stopniał... Biegała, szukała, po czy m nalała na dywan w domu.

poniedziałek, 19 października 2015

Obejrzałam sobie debatę p. Kopacz z p. Szydło.

Debata jak debata, oceniać nie będę, zwłaszcza, ze jednej z nich organicznie nie znoszę i bardzo nie chcę, żeby sie dorwała do władzy.

Po debacie  - oczywiście płatne ogłoszenia wyborcze obu partii. I tu - niech żałują ci , co nie widzieli :)))) Przypominająca ujadającego ratlerka panienka pytająca, czy pani premier wyjaśni to i tamto - bezpłciowe. Spot jakich wiele.

Składanka z co lepszych wypowiedzi Jarkacza przeplatanego wiernopoddańczym potakiwaniem p. Szydło "Pan prezes ma zawsze rację", zakończona jego sławną wypowiedzią z sejmu, kiedy to wezwał do głosowania na PO, jako tę jedyną dobrą opcję -  i "pan prezes ma zawsze rację". Majstersztyk!!!

niedziela, 18 października 2015

Pierwsza wspólna noc za nami.

To znaczy, Rumpel zwinął sie w kłębuszek między Skorupiakiem a mną, a Bramsel leżał wyciągnięty wzdłuż mojego boku. I obaj mruczeli....

Do tej pory kociaki sypiały wyłącznie w wersalce Piotrka (nadal jest to ich ulubione miejsce), ale odwagi im przybywa z każdym dniem, więc zawitały i do nas. Dobrze, że Grzesiek na ten sam pomysł wpadł dopiero około 5 rano, bo byłoby nieco ciasno - my dwoje, Agra, Grześ i dwa kociaki - co prawda małe, ale za to trzeba uważać, zeby nie przygnieść :). A tak to koty zdążyły już wybrać sie na poranne harce.

Przypadkiem trafiłam i prawie umarłam z radości.

Rumpologia - wróżenie z kształtu pośladków!!!!!!!

Rumpel, kocie kochany - kariera przed tobą :). tylko żeby ktoś na tobie nie usiadł...

... i po tygodniu już pewne rzeczy się zaczynaja układać.

Po pierwsze, koty nie przemykają się już cichcem pod ścianami. Głupawki dostają nie tylko wtedy, gdy cała reszta śpi snem zimowym. Brams (nie od Brahmsa, on ma na imię Bramsel) już nawet zaczyna pogadywać z Agrą - miziać sie o nią, ocierać. Po czym zwiewa, jak ma dość. Rumpel jeszcze się jej boi, chociaż obecność człowieka znacząco wpływa mu na odwagę - jak jest na kolanach, to sie zwija w kłębek i pozwala obwąchiwać.

Widać różnice w charakterach. Bramsik jest zawadiaką, Rumpek - nieco wystraszonym dzieckiem. Byc może bierze się to stąd, że chyba jest ciut młodszy od Bramsa, czyli jeszcze wcześniej stracił mamę. Brams lubi zasiąść na oparciu kanapy nos w nos z Agrafą, Rumpek  - najchętniej wtuli się w miękki kocyk, kolanka, czyjeś dłonie - zwinie w kłębek i zaśnie.

Panowie mniej więcej orientują sie już, do czego służy kuwetka (chwała im za to...), więc nie muszę... Nie, nie napiszę tego, bo zapeszę i jutro znowu będzie śmierdziało w całym mieszkaniu. Domyślcie sie sami.

Piotrek z Grześkiem kochają ich bardzo, choć Grzechot nazbyt entuzjastycznie demonstruje swój afekt - w rezultacie Rumpek przed nim zwiewa.

 

Znowu można posłuchać, jak pada ddeszcz, siedząc na fotelu z mruczącym kotem na kolanach... Bo oba są bardzo mruczące, zwłąszcza Rump - włącza motor przy pierwszym dotknięciu :)

wtorek, 13 października 2015

Już wiem, dlaczego zazwyczaj nie dodaję drożdży, jak robię jabłka w cieście - bo przeważnie karmię dzieci, potem kładę Grześka, a potem dosmażam resztę.

Tym razem tej reszty było wyjątkowo dużo..

poniedziałek, 12 października 2015

Kotu - do drzemki.

Niestety nie używa jej w sposób tradycyjny.

Dużo wygodniej wszak jest zwinąć się na miękkim, drewnianym żwirku i pójść spać.

Wrrr....

Ogólnie mam dość polityki. Wybory co chwila, pyskówki, orzucanie sie błotem i wtykanie szpilek przeciwnikom - na porządku dziennym.

Jest jednak pewien plus sytuacji, w ktorej w ciągu roku są trzy rzuty wyborów (plus ewentualne dogrywki).

Nie ma kasy na plakaty. A jak nie ma kasy - nie ma platatów. Cały ten śmietnik powyborczy nie zaistniał jak dotąd - a już tylko dwa tygodnie. Polityce jeżdżą, udzielają się, straszą z bilboardów, ale nie wiszą na każdej latarni i płocie.

Hurra!

Jeśli ktoś ma problem z zebraniem się do roboty, gdy trzeba robić duże porządki, to podpowiadam niezawodny sposób.

Należy sprawić sobie kota. Najlepiej młodego, dzikiego - takiego, co nie umie korzystać z kuwety.

Ja jestem bałaganiara, odporna na klocki walające sie na podłodze. Ale na koci smród nie da sie uodpornić. Szoruję i sprzątam od rana i będe póki nie padnę albo nie pozbędę się aromatu. I dopóki kocizny nie zrozumieją, do czego służy kuweta.

Wracam szorować podłogi.

niedziela, 11 października 2015

Ubawiłam sie  solidnie, jak zobaczyłam prezent, który Pitorek dostał od jednej mopjej kuzynki.

Mały książę - w nowym tłumaczeniu.

Książka sama w sobie dobra, ale tym razem jak kulą w płot - nie dość, że mam kilka egzemplarzy, to jeszcze jestem bardzo przywiązana do starego tłumaczenia ze względów rodzinnych... I w związku z tym nie uznaję żadnego innego ;).

No ale w sumie nie musiała wiedzieć, chociaż właściwie wszystkie dane miała, nazwisko nie jest takie częste. tak czy inaczej - wesoło mi.

Spotkanie z Agrą przebiegło w miarę bezroblemowo. W miarę - bo ona wykazała więcej entuzjazmu niż nowi domownicy i dostała w nos. Ale się tym nie przejęła zbytnio.

Teraz za moimi plecami wariuje kocia parka a psica by chętnie dołączyła, ale jeszcze maluchy sie jej trochę boją. A ona przecież taka życzliwa.... :)

Za to jeśli chodzi o kuwetę - porażka na całej linii. służy do tego, żeby sie w niej schować, ale jeszcze ani razu nie została użyta w celu właściwym. Za to nasza pościel i owszem, raczej dokładnie. W związku z powyższym wykombinowałam jakieś elementy zastępcze, koce będę prać jutro a w nocy mocno przytulać do Skorupiaka. Taki duży Skorupiak dobrze grzeje ;). Bo niestety ja jestem zmarzlak, a jak sie przytulę, to robi sie milutko i cieplutko. Byle teraz Węże zasnęły, Grzechot zapragnął spać z bratem, co mnie mało cieszy, bo jak sie w nocy obudzi, to będzie trąbił i będzie trzeba po niego pójść.  Jakby spał na własnych śmieciach, to by do nas trafił bez problemu. A Piotrek się nie obudzi, nie ma obaw. Mocny sen ma po mamusi.

Wesoła noc nas czeka. Zimno, z ganiającymi kotami lejącymi po kątach i psem, który chętnie by sie przyłączyl do zabawy, ale go tam nie chcą....

Długo oczekiwana chwila nadeszła.

Piotrek w ramach prezentu urodzinowego dostal kota. Drugi - ogólnodomowy - bryka razem z nim. A przynajmniej brykali przez całą noc.

Ponieważ Agra na spacerach do kotów ciągnęła bardzo, nie zważając na to, że druga strona tej interakcji nie zawsze wykazywała entuzjazm (czytaj: można było dostać po pysku), uznaliśmy, że nie będziemy czekać na jej śmierć  - jakieś to było takie... wredne.

Kotki są znajdki wzięte z lecznicy weterynaryjnej, żadne tam arystokratyczne rasowce - takie zawsze znajdą swojego ludzia, a dachuskom trudniej. 

Akcja była skomplikowana, trzeba było zsynchronizować wszystko - pobyć sie Piotrka  i Grześka z domu, wywieźć psa, pojechać do lecznicy, przywieźć, dać im chwilę spokoju na rozejrzenie się w nowym miejscu... Ale dzięki rodzicom wszystko sie udało fantastycznie. Agra wróci dzisiaj - chodziło o to, żeby nie serwować wszystkich szoków na raz, niech przynajmniej zorientują się, gdzie jest kuweta :).

W nocy słyszałam tylko tuptuptup w jedną stronę i tuptuptup w drugą - rozrabiały na całego. Dopiero jak przyszłam do pokoju  to sie zdematerializowały, ale ja nie zamierzałam im przeszkadzać - szósta rano to ostatnio jedyna pora, kiedy mogę wystukać coś na blogu...

Zdjęcia wrzuc za jakiś czas - jak sie uda je zrobić, na razie albo siedzą w jakimś kącie, albo gnają na łeb na szyję i na zdjęciu byłaby tylko rozmazana smuga ;).

 

On wrócił... choć może w innym futerku...

wtorek, 06 października 2015

W końcu udało sie odpieluchować gada Młodszego. Późno, po długich bojach, namowach, oporach.

Z niewiadomych przyczyn odmawiał całkowicie i już. Potem, po długim czasie zaczął odmawiać częściowo - to znaczy, siusiu do nocnika zrobi, ale nic ponadto.

Na szczęście już mu sie odwidziało. Biega ładnie, melduje co należy, i w ogóle dobrze jest. Jeszcze tylko na noc dostaje pieluchę - za często włazi w nocy do nas, nie mam ochoty mieć zasikanej pościeli i materaca :). Ale już niedługo. Widać światełko w tunelu!!!

Wyjęłam sobie grejfruta z lodówki.

Młody obok wcinał swój serek. Widząc mój przysmak skrzywił się jak środa na piątek -

- Kwaśne! Niedobre! -wyartykułował.

Nie kłóciłam sie z gościem, bo i po co. I to go zaintrygowało.

- Posę kawałek!

Dostał. I zeżarł mi ponad połowę.

 

Potwór nie dziecko, nic się przy nim zjeść nie da.

 
1 , 2