O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 31 października 2014

Ostatnio z racji daty znowu - jak co roku - zadyma w mediach.

Chodzi o Haloween, Święto Zmarłych i obchodzenie jednego i drugiego. Oczywiście Kościół bardzo protestuje przeciwko temu pierwszemu, czemu wyraz dal między innymi mój ulubiony Terlik w starciu z Kazimierą Szczuką.

Bo to niebezpieczne, igranie z ciemnymi mocami, przebieranie sie za śmierć wszak jest zaproszeniem szatana i tak dalej.

A ja mam tylko jedno cichutkie pytanie. Gnębi mnie ono od dawna, chętnie bym je zadała Terlikowi, może by mi wyjaśnił.

Jak to jest, że przebranie się za diabła czy za śmierć w Haloween jest złe, zagrażające i takie tam, a już przebranie się za tegoż samego diabła tudzież śmierć przez kolędników - nie???

Ja jestem Miś o Bardzo Małym Rozumku i nie rozumiem tego. Może mnie ktoś oświeci???

 

PS. Osobiście Haloween nie lubię, ale nie z powodów podawanych przez Kościół - bez przesady. Po prostu jest to święto sprtowadzone na polski rynek w celach wyłącznie merkantylnych. Nie chodzi o poznawanie kultur, tylko zwyczajnie o koszenie kasy za wszystkie niezędne akcesoria. A ja mam jakąś dziwną alergię na sytuacje, kiedy ktoś usiłuje mnie robić w balona. I dlatego nie będę sie przeierać za dynię i nie mam w domu cukierków dla dzieci sąsiadów.

czwartek, 30 października 2014

No właśnie, piętnaście lat minęło jak z bicza strzelił. 

To był piękny dzień, chłodny, ale słoneczny i bezchmurny, tak jak ostatnio. Było to miłe, bo przez cały październik lało jak z cebra, a tu w sobotę wyszło słońce.

Bywało różnie, czasem dobrze, czasem nieco gorzej, a czasem - jak w kawale, gdzie ktoś pyta panią obchodzącą złote gody, czy nigdy nie myślała o rozwodzie. "Nie, najwyżej o morderstwie" - odparła raźno jubilatka. 

Na współne wyjście gdzieś we dwójkę nie mamy szans z różnych powodów, więc weźmiemy dzieci i pojedziemy do przyjaciół, którzy zresztą nie mają pojęcia o naszej dzisiejszej rocznicy i imieninach Skorupiaka (to taki chwyt, żeby nigdy nie zapokmniał o rocznicy ślubu ;). Dzieci będą szaleć sobie, a my pogadamy (nadzieja matką...).

Skorupiaku - żebyśmy razem doszli co najmniej do tej samej rocznicy, co moi rodzice dwa dni temu :)

Grzesiek ostatnio ma coraz bardziej zdecydowane poglądy żywieniowe. 

Po pierwsze w ogóle je mało. Przynajmniej mało na jeden posiłek, bo zamiast tego potem jęczy, ze chce jeść cały dzień. I nie jest to kwestia tylko tego, że zjadł podgryzkę pół godziny przed obiadem - ze śniadaniem sprawa wygląda podobnie. Chociaż w sumie przed śniadaniem wcina jabłka...

Po drugie, mięso je rzadko - a doktorek kazał, poziom żelaza ma zdecydowanie niski, mimo suplementacji.

Za to wcina zieleninę na potęgę. Dzisiaj na śniadanie wessał 3/4 dużej czerwonej papryki i drugie tyle żółtej. NIe wiem, co mu dam, jak zgłodnieje, bo papryki juz nie mam... Może jeszcze zadziała fasolka szparagowa...

W sumie nie powinnam narzekać, większość dzieci domaga się chipsów i batoników, ten - papryki, jabłek i ogórków kiszonych. 

Wege mi rośnie, czy co???

wtorek, 28 października 2014

Delektuję sie ciszą.

Wężowi Modszemu czyta w tej chwili Skorupiak, Wąż Starszy czyta sobie sam. Żaden z nich nie trajkocze, nie woła mamy, nie wrzeszczy na brata, nie łomocze klocami.

Jaka ulga....

poniedziałek, 27 października 2014

Wczoraj Piotrek zaczął coś przebąkiwać na temat szkolnej wycieczki. Jkaoś niemrawo przebąkiwał, bez konkretów.

Normalnie w takich sytuacjach mają w dzienniczku stosowną informację - kiedy, gdzie, co trzeba zabrać (bilety, wałówkę, ciepłe rzeczyczy inne kieszonkowe) i ew. prośba o obstawę rodziców.

A tu nic. Przejrzałam dzienniczek od początku do końca - śladu ni popiołu. Uznałam, ze widocznie dzieć mi sie pomylił i tyle.

Jednaak coś mi sie to wydawało podejrzane, zwłaszcza, jak koło 10 zajrzałam w pocztę i na forum klasowym zobaczylam pytanie o godzinę zbiórki na wycieczkę. Bez odpowiedzi, więc nadal niewiele wiedziałam. Zadzwoniłam więc do szkoły, sprawdzić u źródła - puszczać go na lekcje, czy klasa poszła, a on jak ta sierota będzie sam siedział w świetlicy? Lekcje zaczyna dziś o 11.40. 

Okazało sie, żę owszem, jest wycieczka. Zbiórka była o 8 rano. o 12 dzieci wracają i czekają w świetlicy na rodziców.  Informację dzieci podobno dostały do dzienniczków - całkiem prawdopodobne, zawsze dostają. Być może była podana akurat wtedy, kiedy Piotrek wywczasował sie w Irlandii u Tomka i informacja do niego nie dotarła.

Tak czy inaczej, miał niespodziewanie przedłużony weekend :)

Dzisiaj Wąż Młoszy zarządził pobudkę o 4.30.

Nie mam już do niego siły...

niedziela, 26 października 2014

Dziecko Młodsze zarejestrowało fakt zmiany czasu i dostosowało do zdobytej wiedzy porę wstawania.

Szkoda tylko, że pomylił kierunek tej zmiany.

Obudził sie dzisiaj o 5 rano....

piątek, 24 października 2014

Pojawiają sie kolejne nowe słowa - 

kalon - kolano

ogon, 

Przebłyskuje też juz liczba mnoga - duji to są buty, a dujak - jeden but. 

Jest tego więcej, ale nie nadążam z zapisywaniem - za parę dni pewnie złowię kolejne słówka do zapamiętania :)

środa, 22 października 2014

Grzesiowy język rozwija się w tempie ekspresowym, jak i cała reszta. 


Dzisiaj usłyszałam pierwszą konstrukcję dwuwyrazową złożoną z czymś innym, niż "pa pa!". Najpierw zachwycał się nowym słowem, obracając je na wszystkie strony (ogon), a potem pokazał na właściwy fragment Czorta mówiąc - "ogon kota".

W ogóle zaczynają się pojawiać zarysy gramatyki. Wchodzi rodzaj żeński  (albo zdrabnianie, nie jestem pewna). Pijapa ewoluowała do pijapki, a hau - czyli pies, gdy mówi o naszej Agrusi, staje się hauką. 

W ogóle słów przybywa dużo, czasem po kilka dziennie. Na razie niektóre na krótko, ale po jakimś czasie powracają.

Bardzo lubię ten okres rozwojowy. Męczące są te maluchy jak licho, za nic w świecie nie chciałabym pracować w żłobku z całym stadkiem takich, ale obserwowanie własnego, jak z dnia na dzień staje się coraz bardziej samodzielny, kontaktowy, gadatliwy, jak stale w małym łepku trybiki pracują na wysokich obrotach - to wielka frajda.

Nie nadążam dietetycznie za własnym dzieckiem.

Dzisiaj był dym o to, że na każdym kawałku chleba z żółtym serem ma być listek bazylii. Żeby było jasne, awanturę robił Grzesiek z powodu BRAKU bazylii, a nie dlatego, że usiłowałam mu namolnie wcisnąć...

A potem zżarł gruszkę mlaszcząc na potęgę.

Ja sie pytam, co z tymi dziećmi, które nie chcą jeść warzyw? Jakoś nie wiem, czemu, ale moje żrą na potęgę.

Nie mogę, jak młodszy zaczął się odpieluchowywać, to kolejne etapy przelatuje jak burza, niestety pomijając inne - oczywiście te co istotniejsze.

Wczoraj odmówił siadania na nocniku - on jest duży i chce na duży jojok. Ma być nakładka na sedes. Sęk w tym, ze on tam siada po pięćset razy dziennie, blokując innym. Dobrze, że jest drugi jojok jeszcze, bo jednakz nocnika to wolałabym nie korzystać...

Coraz częściej zdarza się, ze komunikat jojokowy jest trafny, czasem nawet na czas - na spokojnie do wiosny sie odpieluchujemy całkowicie. Przynajmniej taką mam nadzieję, ale nie mam parcia, zę koniecznie już teraz - on i tak wcześnie zaczął.

wtorek, 21 października 2014

No to mam kolejną... eee, chyba stryjeczną bratanicę. Albo jakoś tak. Córka mojego stryjecznego brata. Panienka ulęgła się dziś po południu.

Fajnie, stadko maluchów rośnie - w tym pokoleniu jest ich już trzynaścioro, licząc tylko prawnuków mojego dziadka. A jeszcze dwójka w kolejce...

Fajnie :). Duża rodzina to świetna sprawa.

ja się zasadniczo niezmiernie cieszę, że Serpens Minor chce się uczyć korzystać z jojoka i sam informuje o potrzebie. 

Ale czy naprawdę musi to robić, przybierając znacząco skupiony wyraz twarzy dokładnie w środku mojego obiadu????? 

To nieestetyczne i niesmaczne, proszę dziecka!

sobota, 18 października 2014

Jednym z przyjemnych skutków wypadu do Dublina jest Findus.

Nie znany nam wcześniej supełnie kot w pasiastych spodenkach z serii książeczek dla dzieci. Pięknie wydane, z absolutnie rewelacyjnymi rysunkami autora przygody staruszka Pettsona i jego gadatliwego i pomysłowego kota Findusa. 

Do tego Findusy występują również w postaci audiobooków, czytanych przez Jerzego Stuhra. Nic dodać, nic ująć, ten to umie czytać, nie mamrocze przez zęby jak co poniektórzy. 

 

 

 

Dla zainteresowanych - z wielką radością stwierdziłam, że w księgarni wysyłkowej bonito.pl jest w tej chwili jesienne sprzątanie w magazynach i Findusy są tańsze niż zwykle (tak pi razy oko o jakieś 30%). Do końca października to trwa, więc jeśli ktoś chce fajną książkę dla dziecka na święta, to jest to znakomity pomysł. Ja juz sobie zamówiłam.

I żeby nie było brzydkich podejrzeń - nie mam nic wspólnego z tą firmą, jej właścicielami czy pracownikami, poza tym, że czasem zamawiam tam książki...

 

PS. Autorem jest Sven Nordqvist - drobiazg, o którym zapomniałam napisać... :)

Grzechotnik pokochał jabłka. Chyba politycznie, bo wcina je w jakichś przemysłowych zgoła ilościach, wyrabia normę za pół bloku. Rano - jabłuszko na pierwsze śniadanie, jak się matce nie chce wyleźć spod kołdry. Przynajmniej nie kruszy się tak, jak chleb. 

Potem - każde wyjście to jabłko. I w domu w przerwach - też jabłko. Poszliśmy dziś do moich rodziców - Mama, japko!!!!

Myślę, że zapaść ekonomiczna nie grozi naszym sadownikom Przy takim Wężu - nie ma mowy!!!

 

PS. dziś w nocy z grześkowego łóżeczka dobiegło mnie senne mamrotanie:

- japko, japko...

Nie obudził się, gadał przez sen. I tak wiedział, czego chce.

piątek, 17 października 2014

W kontekście przedostatniego wpisu - scenka sprzed chwili.

Skorupiak wrócił z pracy i je obiadolację, chłopaki też. To znaczy, Piotrek siedzi jak przystało na człowieka cywilizowanego przy stole, a Grzechot  - niestety nie... Wspina się po krześle obciążonym z drugiej strony tatą, to znów dynda na oparciu na samych rękach.

Z paszczy wystają mu farfocle, które kojarzą mi sie nieodparcie ze stareńkim kawałem (Co masz? mięsko. A skąd? Przypełzło). 

Tym razem nie przypełzło, bo nigdy nie było pełzające. Młody dorwał sie do kiszonej kapusty i rąbie ją jak  wściekły...

Grzechot ma od dzisiaj nową rozrywkę.

Korzystanie z nocnika. Absolutnie prawidłowo i skutecznie, ku mojej wielkiej radości. 

Dzisiaj po drzemce zameldował, że chce na nocnik - od jakiegoś czasu oswajaliśmy go z meblem. Posiedział trochę - i zrobił siusiu. Oczywiście pochwaliłam go bardzo, po czym poszliśmy do kuchni. Po chwili jednak był kolejny komunikat, że potrzebuje wrócić do łazienki - miał rację. Nocnik znowu był pełny. 

jestem dumna z synka. A on - z siebie.

Do tego jeszcze doszło nowe słowo - jojok. czyli właśnie nocnik. Myślę, że możemy je przejąć, wszak hasło "idę na jojok" jest dużo bardziej sympatyczne i dyskretne niż ordynarne "idę na kibel".  Co nie znaczy, że właśnie to była forma obowiązująca u nas w domu, ale ta nowa podoba mi się dużo bardziej :)

czwartek, 16 października 2014

Zadzwoniła dziś do mnie mama. Przeczytała fragment jakiegoś artykułu, a ja coraz szerzej otwierałam błękitne oczęta.

Było to na temat przedszkola. A właściwie dzieci, które do przedszkola trafiają. I które z roku na rok są coraz mniej samodzielne. Mowa była o trzylatkach, a padały pytania, czy np. dziecko umie gryźć. 

Przekładałam sobie oczywiście wszystko od razu na Grzechotnika, więc pomyślałam - o, i to jak jeszcze, jak dziabnie kogoś w tyłek, to nie da się tego przegapić. Chodziło jednak nie o wyrażanie złości, tylko o rozdrabnianie pokarmów.... Okazało się bowiem, że z roku na rok dzieci trzyletnie są coraz mniej samodzielne. Nie tylko nie umieją się same rozebrać z kurtki, one nie umieją sobie poradzić z kanapką, nie chodzą - mają słabe nóżki, bo mamusie stale wożą w wózku, jedzą papki, warzyw nie dotkną metrowym kijem a zwykłe jabłko jest za twarde i stanowi przeszkodę nie do pokonania. Normalnie masakra.

Słuchałam tego z wytrzeszczem, obserwując równocześnie Grzechotnika (niecałe 21 miesięcy, do trzech lat to mu jeszcze sporo brakuje jak widać). Grzechot biegał. Grzechot wspinał się na kanapę, po czym z niej zeskakiwał. Grzechot w ogóle jest bardzo ruchliwym stworzonkiem, o czym zresztą nie raz pisałam. Grzechot pogryzał sobie jabłko, które stanowi obowiązkową część śniadania - jak się mały potwór budzi o 6 rano i chce jeść, to leniwa matka ma przy łóżku pudełko z pokrojonym w wygodne kawałki jabłuszkiem (albo dwoma, bo jedno nie zawsze starcza...) i może zapchać żarłoczną paszczę nie wykopując się spod ciepłej kołderki.

Jak już Wąż pójdzie do przedszkola, to znowu mamusie rówieśników będą patrzeć na nas z zawiścią, tak jak przy Piotrku. Wtedy też informowałam potomka krótko - synu kochany, ubieraj się, a ja poczekam przy akwarium. I dzieć sam się ubierał w co trzeba i przychodził, żadnemu z nas nie przyszło do głowy, że mogłabym go przyodziewać niczym manekina, jak robiły to inne panie.

Krótko mówiąc, Elbanowscy mają rację. Dzieci w wieku 6 lat są nieprzystosowane do szkoły. I będą nadal nieprzystosowane mając lat 10. Nie wynika to jednak bynajmniej z ich możliwości rozwojowych czy niedostatków szkoły. Przyczyna główna leży gdzie indziej, jest nią ciągłe hamowanie rozwoju przez "troskliwych" rodziców. Takich, którzy nie pozwolą dziecku na nic, bo się spoci, przewróci, zmęczy. Albo, co gorsza, usamodzielni i mamusia przestanie być potrzebna do obcierania noska maleństwu lat 16. Dzieciaki prą do przodu, rodzice hamują na potęgę. Co się potem dziwić, że są niedorozwinięte....

Tylko po co te pretensje? Chcieliście Polski, no to ją macie, skumbrie w tomacie, pstrąg.

I drugie pytanie - jak uratować te dzieci przed rodzicami?

wtorek, 14 października 2014

Dobra, postaram się szybko coś wstukać, bo zlecenie tupie za plecami.

Wyszło cudnie, udało się wszystko. Piotrek był starannie kołowany od jakiegoś czasu, zwłaszcza, jak zaczął węszyć po podsłuchaniu rozmowy o zakupie euro. To dostał parę komunikatów  - o zamówionym torcie (zamówiłam, u mamy Tomka :), o tym, że pierwszym punktem imprezy jest szpital (zbieraliśmy stamtąd moją mamę, która miała jakieś badania) i tak dalej.

Do końca nie mógł uwierzyć, w to, co widział. Drogowskazy na lotnisko i Grodzisk - na pewno jedziemy do Grodziska, parking w Modlinie - przyjechaliśmy odwieźć Dużego (mojego tatę). 

W końcu został postawiony przed tablicą odlotów i padło pytanie - gdzie chcesz lecieć. No to najpierw podał Rzym - pierwwszy z listy. Po czym nieśmiało i cichutko powiedział, że najbardziej to chciałby polecieć do Tomka, do Dublina...

Moment, kiedy mogłam wreszcie powiedzieć - "Dobrze synku, polecimy do Tomka", był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. WIelkie, okrągłe sowie oczka, potem szok i wreszcie szalona radość, taniec ptaka dziwaka i okrzyki "Tomek, Tomek" w holu lotniska :). Pół roku czekania na tę chwilę - warto było.

Na miejscu też było fantastycznie. Element nieprzewidywalny, pogoda, jak na zamówienie - ciepło, bez wiatru, słonecznie. Chłopcy w sobotę taplali sie w morzu - najpierw mieli tylko zawinąć spodnie, ale po chwili i tak mieli mokre nogawki, więc je po prostu zdjęli i już. 

Odpuściłam całkowicie zwiedzanie zabytków to miał być wyjazd dla Piotrka, więc zaliczaliśmy parki i place zabaw. Chłopcy brykali, wariowali na całego, a my gadaliśmy... 

Powrót też był wesoły, bo trzy czwarte samolotu to byli weseli Szkoci w kiltach - klub kibica jakiś na dzisiejszy mecz. Wyglądali fantastycznie, przegląd kiltów i sporranów pełen, było na co popatrzeć. Sympatyczni byli, tylko trochę zbyt hałaśliwi, zwłaszcza po kilku głębszych... Pod koniec lotu i Piotrka i mnie bolała głowa.

W sumie - wyszło lepiej, niż mogłam zamarzyć, udało sie dokładnie wszystko!

 

poniedziałek, 13 października 2014

wróciłam, ale na razie stukam na tempo zlecenie, więc raport będzie trochę później. W skrócie - udało się fantastycznie!

czwartek, 09 października 2014

Pakowanie w toku. 

Tylko czemu ten mały drań obudzil sie po 45 minutach drzemki????

środa, 08 października 2014

Zoo poszło spać, a jutro nie będzie miało czasu i okazji, żeby sie dobrać do komputera, więc mogę wreszcie wyjaśnić, cośmy wykombinowali starszemu dziecięciu w ramach prezentu urodzinowego. 

O tym, że jego najlepszy przyjaciel wyjechał do Irlandii, pisałam parę razy. Chłopaki tęsknią za sobą, spędzili razezm obóz i byli przeszczęśliwi.

Jutro wieczorem zabieram Piotrka na przedłużony weekend do Dublina - do tego właśnie przyjaciela. 

Lecimy we dwójkę, on i ja - przy okazji też będe miała chwilę oddechu od małych, kochanych łapek Grzesia. Wracamy w niedzielę wieczorem.

Piotrek pęknie, bo tu i lot samolotem, i zagranica - nigdy nie był, i T., i jeden dzień wagarów ze szkoły - samo dobre.

Pierzem porosnę, jeśli prezent mu sie nie spodoba :). Wymyśliłam to pół roku temu i nie mogłam sie doczekać - mina Piotrka, jak sie zorientuje, śniła mi sie po nocach regularnie. A jutro ją zobaczę...

Do zobaczenia - raport będzie po powrocie.

poniedziałek, 06 października 2014

Abp Gądecki zdecydowanie popłynął tym razem z wartkim nurtem. Nigdy go specjalnie nie szanowałam, ale tym razem zastanawiam się, jak tak oderwany od życia człowiek ośmiela się komukolwiek doradzać, że nie wspomnę o narzucaniu jakichkolwiek norm, moralnych czy innych.

Poszło o wywiad w Naszym Dzienniku (bo gdzieżby indziej), gdzie abepe twierdzi, iż uczenie sprzątania chopców przyczynia sie do promocji małżeństw innych niż różnopłciowe. Bo przecież chłopcy powinni poczekać, aż dziewczynki po nich posprzątają.

Jak rozumiem, facet, który potrafi sobie sam uprać gacie, wynieść śmieci wcześniej, niż wtedy, gdy same uciekną na schody, a w kuchni umie coś więcej, niż wykręcić numer do najbliższej pizzerii, to homoseksualista, pedał i zboczeniec.

W życiu by mi nie przyszło do głowy, że ucząc samodzielności moich synów, sprzątania po sobie, poruszania się w kuchni, promuję ideologię gender. NIe, żebym miała coś przeciwko niej, bo w ogóle uważam, ze "ideologia" to wymysł nudzących sie biskupów, którzy mają gosposię, szofera, mieszkają w pałacu biskupim, a pranie im robią siostrzyczki zakonne, ale skojarzenie jednego z drugim jest dla mnie kuriozalne.

Kościół po raz kolejny strzela sobie w stopę.

Delektowałam się błogą ciszą, gdy dotarły do mnie podejrzane dźwięki. A wraz z nimi świadomość, że przecież cisza nie jest dobrym znakiem, jeśli dziecię mniejsze akurat nie śpi. 

A nie spało.

Dżwięki dobiegały z kuchni, więc wyrwałam z kopyta, z piskiem obcasów na zakrętach wpadłam tam i osłupiałam.

Na krześle przy kuchence stało moje Dziecko Młodsze.

Nożem do masła, wyraźnie wyjętym przed chwilą z otwartej szuflady gmerało przy jednym z palników na kuchence. Palnik był rozmontowany, części walały się po płycie kuchenki.

Dzieć miał bardzo zadowoloną minę.

Całe szczęście, że mamy zabezpieczenie antydzieciowe, które mnie zresztą wielokrotnie wkurzało przy codziennym użytku - trzeba przytrzymać chwilę pokrętło, żeby zaskoczyło na stałe, jak się tylko odkręci i podpali, to natychmiast zgaśnie.

Dziś po raz pierwszy pomyślałam z wdzięcznością o tym, kto to wymyślił. 

Ale chyba będę musiała wstawić pancerne drzwi do kuchni. A przynajmniej wymienić je na takie bez szyby, bo walenie w nią Grzesiek uskutecznia co jakiś czas, a mnie za każdym razem serce podchodzi do gardła.

Piotrek był łatwiejszym modelem w tym wieku, na niego wystarczyło przełożyć kuchenną klamkę na szorc. W związku z tym, jak widzę, jak potrafi mi dać w kość Wąż Starszy, to aż się boję, co będzie za parę lat z Młodszym....

 

Generalnie - pora kupić farbę do włosów, bo siwych mi dziś zdecydowanie przybyło.

Ja poproszę urlop!!!!

niedziela, 05 października 2014

Ostatnio przybyła kolejna garść słów - coraz bardziej przypominających te orginalne, coraz bardzej funkcjonalnych.

Na czele - najczęściej używane (zwykle w trybie rozkazującym, mimo, że rzeczowniki takiego nie mają) - japko!

Gadatliwy facet z niego.

 
1 , 2