O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 31 października 2013

barek firmowy. Pani w kolejce przepytuje pana sprzedającego, z czym są kanapki. 

Ten wymienia - z szynką i serem, kiełbasą, czymś tam jeszcze.

- A czy sąjakieś postne? - zapytała pani.

- Tak, z serem mozarella, pomidorem i bazylią.

- Świetnie, to poproszę tę z mortadelą! -ucieszyła się pani.

środa, 30 października 2013

ciśnienie mi już spada, ale tak dla uczczenia rocznicy ślubu (czternastej zresztą - kiedy to przeleciało?) szybowało dość wysoko. Wszystko przez bałagan w świetlicy. 

Dzisiaj Pyton miał wrócić samodzielnie razem z kolegą. Mają stosowne wpisy w dzienniczkach, z podaną godziną. U nas odrabiają lekcje, po czym odstawiam ich na judo.

Gdy nie było ich 15 minut po terminie, spakowałam Grzechotnika w chustę i poszłam. Po drodze stwierdziłam jeszcze obecność roweru kolegi w szkolnym stojaku. Na miejscu okazało się, że ich grupa została podzielona i rozparcelowana. Chłopaki oczywiście osobno, do tego Pyton w sali zerówkowiczów, bez domofonu. Trzeba pójść osobiście. Co mi tam, w końcu to tylko trochę schodów, co to dla mnie, prawda? Poszłam i się zagotowałam, bo mi dziewczyna mówi, że ona dostała z głównej świetlicy info, iż Piotra ma puścić o 15.30! Czyli kwadrans później, niż mają wpisane. Dodam, że z domu do szkoły idzie się wolnym krokiem dwie minuty. W drugą stronę zapewne tyle samo....

Trudno, Piotrek popędził do szatni. Równocześnie nadziałam się na opiekunkę grupy, w której miał być kolega. Miał jest słowem kluczowym, gdyż pani stwierdziła, że wypuściła go zgodnie z rozkładem. 

Gazu do domu z nadzieją, że T. czeka pod klatką. I rozczarowanie - nie ma. Szybka myślówa, łapiemy rzeczy na judo i pędzimy sprawdzić, czy tam go nie ma. Po drodze dzwonię do jego mamy. Teraz wkurzone jesteśmy już obie.  Ona sprawdza trasę rowerową do domu, ale bez efektów.

Zostawiam Pytona na judo z poleceniem zadzwonienia do mnie z sekretariatu, gdyby się zguba znalazła. I z powrotem biegiem do domu, może go znajdę gdzieś po drodze. Oczywiście wszystkie te biegi uprawiam z prawie dziesięciokilogramowym Grzechotnikiem w chuście. 

Po chwili oddycham z ulgą, wystraszony nieco stoi pod blokiem. Za telefon, powiadomić mamę, pocieszyć delikwenta ("ale ciocia, to ja nie będę miał przechlapane?"). Wytłumaczyłam mu, że nie, zachował się bardzo dobrze i oni są w porządku, to szkoła zwaliła. Po czym oddałam mamie do rąk własnych, a ona odstawiła na zajęcia. 

Jeszcze po chwili zadzwonił Pyton zgodnie z ustaleniami. Dumna jestem z niego, sam załatwił w sekretariacie co trzeba i pamiętał mój numer.

Można odetchnąć.

 

Dziękuję za takie atrakcje rocznicowe.  

środa, 23 października 2013

Tak szybko minęło, że nawet nie zauważyłam. 

Faktem jednak pozostaje, że Grzechot jest już dłużej Po Tej Stronie Brzucha, niż Po Tamtej.

Wielki, wesoły, uśmiecha się często i równie często wrzeszczy, gdy niechcę go nosić na rękach. Właśnie wykluł mu się trzeci ząb, więc może będzie ciut spokojniej...

Z nieustającą radością patrzę, jak moje Węże się kochają. Starszy korzysta z każdej okazji, żeby się pobawić z bratem, a młodszemu dziób się śmieje wtedy od ucha do ucha.

Moje kochane chłopaki.

wtorek, 22 października 2013

Z moim młodszym synem mam zdecydowaną różnicę zdań. Prawdę mówiąc, w tej kwestii to ze starszym też, a i Skorupiak trzyma z nimi...

Kwestia jest poważna i dotyczy upodobań temperaturowych.

Innymi słowy - im jest wiecznie gorąco, a ja marznę.

Nie stanowi to jakiegoś porażającego problemu przy dwóch starszych Samcach Domowych. Jednak przy najmłodszym problem już jest. 

Mniej bolesna jest sprawa ubierania - po kilku potężnych awanturach urządzonych przez Samca Najmłodszego mniej więcej nauczyłam się, jak go ubierać na dwór, a to, że co jakiś czas napadają mnie starsze panie pouczając, że mi siębiedne dziecko zaziębi i skona na galopująe suchoty, stanowi nawet pewną rozrywkę.

Gorsza sprawa jest przy karmieniu nocnym. Śpimy przy otwartym oknie. Grzejnik mamy skręcony. Do karmienia  biust wystawić muszę, nie ma siły. I nie da sie przykryć całości, to znaczy Potomka, biustu i mnie - natychmiast wysuwa się mała łapka i zdecydowanym ruchem odrzuca wszelkie przykrycia. 

Nieraz potem budzę się w nocy - bo zazwyczaj zasypiam wcześniej, niż Grzechot - i sprawdzam sytuację. Zawsze jest to samo, Skorupiak przykryty, ja zawinięta w kokon, a między nami Wąż Młodszy w samym bodziaku i skarpetkach (o ile ich nie zgubił). Nie przykryty niczym. Gdy jednak gnana wyrzutami sumienia próbuję go przyrzucić choćby pieluszką flanelową, to reakcja jest natychmiastowa...

I co ja mam zrobić? biust mi marznie, mleko zamarza, a dziecko powinno dostawać pokarm w odpowiedniej temperaturze. 

Chyba zwrócę się do Królowej Matki o wydzierganie biusthaltera ocieplanego z odpowiednimi otworkami dla Ssaka. Ona potrafi robić cuda na drutach i szydełkiem...

piątek, 18 października 2013

Instytucja, któej nie lubię.

W szkole Piotrka jest taki całkiem typowy - to znaczy sprzedający chłam żywnościowy za potworne pieniądze. Szkoła niby bierze udział w jakichś programach o zdrowym żywieniu, dzieciaki dostają jabłka  i mleko, po czym na przerwie - tup tup tup, po batoniki.

Pytona niedawno nakryłam na zakupach tamże - kupił sobie paczkę jaśków czkoladowych. Takich chrupków do mleka.

I dzięki temu prawdopodobnie temat zakupów w sklepiku mam na długo z głowy.

Otóż jaśki rzeczone były znanej marki własnej sieci sklepów na T. Zapytałam Pytona, ile zapłacił - 4 złocisze. Po czym zawlokłam go dzisiaj do tegoż sklepu i kazałam znaleźć na półce te same chrupki. I tu niespodzianka (no, jak dla kogo) - cena sklepowa to 1.99.

Młodego szlag trafil na takie zdzierstwo. Co prawda ja mu to tłumaczyłam bardzo dawno, ale chyba nie do końca wierzył, żematka wie, co mówi. Teraz przekonał się naocznie.

Mam wrażenie, ze już długo nie będe musiała mu tłumaczyć, żeby nie kupował tych śmieci - choćby z oszczędności. A obyło sie bez długiego ględzenia :)

czwartek, 17 października 2013

Miało być tak:

Jedziemy samochodem do Wrocławia w piątek po trzeciej pytoniej lekcji, dojeżdżamy wczesnym wieczorem, mamy czas na powłóczenie sie po mieście i zakup gromnicy. W sobotę - spotkanie z przyjaciółmi, dalsze włóczenie sie po mieście, może basen. W niedzielę chrzest i obiad uroczysty z okazji jak wyżej, a w poniedziałek rano powrót do Warszawy tak, żeby Pyton zdążył na judo.

To były plany. Szkoda, zę zapomniałam, że żadne plany nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. Nasze też nie wytrzymały.

Zaczęło się niewinnie - Piotrek wrócil ze szkoły, wyjechaliśmy punktualnie, chłopaki dość szybko zasnęły... idealnie. ZBYT IDEALNIE. 

W samochodzie w pewnym momencie dotarł mi do świadomości pewien dźwięk. Był już wcześniej, ale na tyle delikatny, zę nie zarejestrowałam. Teraz delikatny być przestał. Wdzierał się w mózg, rytmiczny, stukoczący. Zdecydowanie związany z przyspieszeniem. Narastał gwałtownie.

W końcu stwierdziliśmy, że robi sie niefajnie i szukamy warsztatu. Akurat przejeżdżaliśmy przez jakąś miejscowość ozdobioną wieloma reklamami usług lokalnych a w tym  - na szczęście - warsztatu samochodowego.

W którym nie było żywego ducha.

Na szczęście był tam telefon, a właściciel wykierował nas do następnego warsztatu w tej samej miejscowości. 

Tam okazało sie, ze mechanik wyjechał gdzieś po coś i będzie za półtorej godziny. 

Całkiem niefajnie, zrobila sie już 16... Udało sie dostać namiar na kolejny warsztat w sąsiedniej miejscowości, dotoczyliśmy sie tam powolutku (mniej stukało) i usłyszeliśmy krótki i treściwy komunikat:

- Dalej państwo to nie pojedziecie. 

W szczegóły techniczno-samochodowe nie będę wnikać, grunt, że bryka nie nadawał sie do jazdy. MOże byśmy dojechali do tego Wrocławia. A może nie. Lepiej nie ryzykować....

No i zostaliśmy - z górąbambetli spakowanych na jazdę samochodem, a nie komunikacją publiczną, dwójką dzieci, bez zapasów jedzeniowych, bo i po co, nie jechaliśy wszak na pustynię, bez śpiworów - w hotelu jednak jakąś pościel zapewniają... Kicha.

Na szczęście matka przyszłego chrześniaka Skorupiaka wydzwoniła jakiegoś kolegę, który - wielki człowiek! - wsiadł w samochód, przyjechał do nas i pozbierał razem z bagażami. Ufff.....

W ten sposób zwaliliśmy się w hotelu nagle z większą stertą gratów - doszły dwa foteliki samochodowe i wózek, który normalnie tez miał mieszkać w bagażniku. A tu bagażnika niet...

Tak to było z podróżą  - potem było też wesoło, ale już spokojniej, bo przynajmniej mieliśmy gdzie spać. Ale to już pewnie będzie następny wpis - o ile Grzechotek pozwoli mi go sklecić. ten piszę już od trzech dni...

piątek, 11 października 2013

siedem lat od tamtej pamiętnej środy, kiedy po  raz piewrszy spojrzeliśmy sobie  w oczy. Wielkie, ciemnoniebieskie, patrzące z uwagą ślepka.

Tak niedawno nosiłam go na jednej ręce, przytulałam do piersi, nuciłam kołysanki. Teraz obserwuję, jak staje na głowie podczas zajęć judo, odpowiadamna coraz trudniejsze pytania i patrzę z zachwytem, jak śmieje się do młodszego brata. 

Pyton. Mój siedmiolatek. Wspaniały jest.

 

czwartek, 10 października 2013

Pyton chodzi na zajęcia z matematyki. Fajne są, rozwijają myślenie, kładą nacisk na szukanie rozwiązań a nie na wzorki i jedyny słuszny wynik.

Dzisiaj, gdy wpadłam po odbiór dziecka, Piotrek poinformował, że pani chce ze mną porozmawiać. Pomna możliwości potomka lekko się spietrałam.

Okazało się, że nie narozrabiał.

Pani zapytała, czy zgodziłabym się na przeniesienie go do mocniejszej grupy. bo tu liczy wszystko najszybcieji potem się nudzi. Całkiem jak w szkole.

Problem w tym, że grupa, którą pani zaproponowała nie pasuje nam terminem. W związku z tym spróbujemy z jeszcze mocniejszą i  zobaczymy, jak się tam odnajdzie.

Właściwie nie wiem, czemu się dziwię. dostałam przecież wyniki testu Wechslera i mogę mieć najwyżej wytrzeszcz, ale dziwić się już nie powinnam...

poniedziałek, 07 października 2013

Wczoraj przed mszą Pyton zajął sie zbieraniem kasztanów. Potrzebne mu na zajęcia w skole, a u dominikanów rośnie sporo kasztanowców.

On zbierał, ja sie kręcilam z wózkiem i tez patrzyłam pod nogi. I szlag przepotężny mnie trafiał.

Wśród zeschłych liści i łupinek kasztanów pętały sie w dużej ilości różne ślubne ozdobniki typu sztuczne płatki kwiatów i pocięte paseczki kolorowej krepiny.

Ja rozumiem, zę ludzie chcą mieć ślub ładny. Ich prawo, ale czy musza przy tej okazji robić taki syf? Póki to było rzucanie ryżem, to proszę, ptaki wydziobią. Rzucanie forsa mniej mi sie podobało, bo to jednak zmusza do klękania przed mamoną, ale niech tam, młodzi wyzbierają, a jak coś przeoczą, to ktoś znajdzie i się ucieszy. 

Teraz nie ma lekko, confetti z plastilu dla ptactwa nieatrakcyjne, świadkowie jakoś z miotełką nie latają i po pięknym ślubie państwo młodzi z resztą ekipy szczęśliwi odjeżdżają, a śmietnik zostaje. 

A potem jest wrzask, że ksiądz proboszcz liczy sobie za sakrament. Nie za sakrament, tylko za wynajęcie pomieszczenia, udekorowanie go i posprzątanie po imprezie.

sobota, 05 października 2013

zaobserwowałam ostatnio ciekawe zjawisko.

Chłodniej sie zrobiło i Wąż Młodszy zaczął paradować w cieplejszych czapeczkach. Czapeczki owe (niektóre kaptury bluz również) zostały przez figlarnego projektanta zaopatrzone w uszka. 

I jest kolosalna różnica w reakcji ludzkości na dziecia w czapeczce bez uszek i tego samego dziecia w czapeczce z  uszkami. Nie wiem, czemu, ale na dziecia zauszkowanego naród cmoka, ciumka, szczerzy się i zachwyca dużo bardziej, niż w przypadku stwora zakończonego jedynie czuprynką. Albo zwykłą czapkąw, dajmy na to, paseczki.

Czy ktoś coś z tego rozumie? Bo ja niewiele...

Szósta rano. Właśnie udało mi sie wyekspediować z łóżka Węża Młodszego - jak zwykle, podczas nocnego karmienia ja zasnęłam szybciej i został u nas.

Z pokoju Węża Starszego słychać jakies podejrzane szelesty. Poszedł do łazienki.

- Ciii, udajemy, ze śpimy, bo inaczej wmelduje nam sie do łóżka na przytulanki - szepczę konspiracyjnie.

Nie przyszedł, odetchnęliśmy z ulgą - jeszcze chwilkę da sie pospać, nawet wygodnie - wtuliłam sie w Skorupiaka.

Szelesty zza ściany zmieniły lokalizację i jakieś takie dziwne - jakby szuranie jakimś sztywnym materiałem. Bzzzyk - zamek błyskawiczny w kurtce????? Co jest grane, gdzie on sie wybiera????

Koło naszego domu rośnie kilka orzechów, w tym jeden jacek - to taka odmiana, daje piękne wielkie orzechy, wielkości sporej moreli. Oczywiście wszyscy przechodząc szukają spadłych, a dzieciaki (i nie tylko) w porze opadów orzechowych maltretują drzewo, żeby przyspieszyć zbiory.

Przedwczoraj nieopatrznie powiedziałam, zę szanse na większe łupy to są w sobotę rano, po nocy, gdy dzieciaki nie idą do szkoły. I Piotrek postanowił pójść poszukać.... Do tego jeszcze chciał się wybrać na kasztany - potrzebne do jakichś zajęć w szkole. Sęk w tym, ze kasztany są po drugiej stronie ulicy. Co prawda spotkanie tam samochodu o tej porze w dzień wolny od pracy zakrawa na cud, ale jednak nie ma mowy, zeby sam poszedł. Ani chybi odstawiłaby go policja, bo by sie akurat jakiś patrol przypętał.

Wylazłam z łóżka, sprawdzić.

Gotowy do wyjścia. A, niech idzie, tylko bez prawa do przełażenia przez płot.

Poszedł.

Przenieśliśmy sie do jego łóżka - jasne, ze nie zaśniemy, a jak będizemy gadać obok Grześka, to się za moment obudzi. 

Po chwili słychac kroki na schodach. Pyuton wraca. Coś krótka ta wyprawa.

- Rodzice, musicie wyjść!

 - Co sie stało? - oboje mamy już wizje rozmaitych rannych zwierząt i ludzi.

- Musicie pójść ze mną!!!

 - Co się stało, do diabła, mów konkretnie!!! - warczę zdenerwowana

- Tam za płotem jest orzech, a ja nie sięgam do niego ręką!

Osłabłam. Podpowiedziałam, którą z zabawek może wykorzystać jako przedłużkę do ręki, a Skorupiak  zrezygnowany wstał.- Pójdę z nim, przynajmniej psa wyprowadzę.

I poszli. Wrócili niedługo potem, łup faktycznie zacny. 

Żeby on tak wstawał do szkoły.....

czwartek, 03 października 2013

- No nie! To juz przegięcie! - wygłosił dziś mój pierworodny.

- O co chodzi? - zapytał Skorupiak.

- Ekologiczna pralnia chemiczna! Przecież to bez sensu!

Pełna zgoda, synu.

Synu!!!!

Do ciężkiej cholery, nie gryziemy kabli od komputera!!!!!

Zrozumiałeś?

Plecy mi strajkują. 

Grzechot  - odmiennie niż Pyton, niestety... - nie życzy sobie spędzać czasu inaczej, niż u mnie na rękach. Najlepiej, zębym go nosiła cały dzień, bez przerwy. Może byc w chuście, ale mam nosić. Inaczej włącża sygnalizacje dźwiękową, a płuca ma zacne. 

Teraz też sie drze. Drześ jeden, nie ma jeszcze wpół do jedenastej, a ja już ledwo łażę. 

Trudno, poleży i powyje, zmęczy sie najwyżej. 

Ja sie pójdę wreszcie umyć.

Ot, ekstrawagancja.