O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

wtorek, 30 października 2012

Może nie jak jeden dzień, ale jakoś podejrzanie szybko. Ktoś tu chyba miesza ze zmieniaczem czasu świśniętym z Hogwartu, bo jakoś trudno mi uwierzyć, żebym zasnęła na tak długo.

Trzynaście lat temu pogoda była piękna. taka, jak dwa tygodnie temu, słoneczna złota, kolorowa jesień. 

Byłam znacznie szczuplejsza (nie sztuka, ostatni tydzień drugiego trymestru rzadko kiedy pozwala na wbicie sie w spodnie sprzed ...nastu lat).

Skorupiak tez był szczuplejszy, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, ze za rok osiągnie tamte wymiary - albo i jeszcze lepiej. Chudnie na potęgę. Czyli - Prawo Zachowania Obwodu działa.

Nawet miałam ambitny plan (tak gdzieś w styczniu mi to przyszło do głowy), żęby sie doprowadzić do stanu umożliwiającego zmieszczenie sie w sukienkę sprzed tych 13 lat - tak, mam ją nadal, wisi sobie i kusi - "schudnij, schudnij, to sobie wreszcie zrobicie sesje fotograficzną" (na nasz ślub fotograf palant nie przyszedł, bo pomylił kościoły. Za to nie pomylił numeru telefonu, kiedy potem zadzwonił nawrzucać, zę nikt go nie powiadomił o odwołaniu imprezy).

Sesja w kiecce ślubnej z przyczyn zasadniczych w tym roku nie wchodzi w grę, ale tak sobie myślę, zę może jakoś latem? jak będzie zielono i wszystko będzie kwitło? Pogoda nie będzie tak grymaśna? 

Podsumowując te lata - warto było. Mamy Pytona, Grzechotnik też juz coraz wyraźniej komunikuje swoje poglądy na świat (na przykład dziś rano wściekłym wierzganiem poinformował, zę mam sie natychmiast przewrócić z prawego na lewy bok). Nawet w sytuacjach konfliktowych udaje nam się znaleźć drogę do siebie i do rozwiązania problemu, mimo, zę wcale nie musi być łatwo. 

Rozumiemy wzajemnie swoje teksty, powiedzonka, mamy wielką bazę cytatów, którymi sie przerzucamy, podobne poczucie humoru, upodobania. Nie musimy jedno drugiemu tłumaczyć jak chlop krowie w rowie, co sie miało na myśli. 

W sytuacjach podbramkowych działamy jak idealnie zsynchronizowany komputer, nie musimy sobie wzajemnie tłumaczyć, podpowiadać, pytać. po prostu wiemy, co to drugie zrobi, powie, co trzeba podać itp.

Oczywiście nie jest idealnie, czasem sie wkurzam, czasem mam ochotę wziąć jakąś ciężką patelnię albo woka i walnąć po głowie. Nie mam woka, patelni szkoda, więc nie walę. Ale jakby było idealnie to byśmy zapewne umarli z nudów juz pare lat temu.

Mam nadzieję, ze Skorupiak nie żałuje prezentu imieninowego, jaki dostał tamtego październikowego dnia.  Ja jestem zadowolona.

jak już wielokrotnie pisałam, Czort uwielbia prowokować sroki.

Układał im sie na drzewie  parę gałęzi poniżej gniazda - i cieszył, jak sie wkurzały. Wcale im tam nie właził, sama obecność wystarczyła.

Przyglądał z loży honorowej na parapecie u nas w sypialni - nawet nie musiał wychodzić na dwór, one szalały po drugiej stronie szyby.

Obserwował je siedząc na murku.

Słowem - nie dawał o sobie zapomnieć.

Sroki tez o nim pamiętają. 

Jak kot wychodzi na spacer - ma strażnika. Zawsze któraś leci nad nim i wrzaskiem informuje pozostałe o aktualnej lokalizacji. Ponieważ czasem kotek idzie ze mną - np. odprowadzić Piotrka do przedszkola, albo mnie kawałek na przystanek - ja również dostaję "śledzia". I leci mi taka nad głową, skrzecząc straszliwie. Dobrze, że nie bombarduje.

Ale zabawa w prowokowanie idzie w obu kierunkach.

Sroki regularnie przylatują na nasz balkon. Siadają na poręczy, skaczą po parapecie. Zaglądają do mieszkania w poszukiwaniu ulubionego wroga. I wrzeszczą - na wypadek, jakby wróg spał i nie zauważył, że ma gości. Wyraźnie mają ochotę na małą awanturkę.

Jak wiadomo, dobra ustawka nie jest zła, raz obrywa jedna strona (jakieś srocze zwłoki pod balkonem kiedyś znalazłam....), a raz druga (słynna historia, jak to kotek wrócil z naderwanym trzycentymetrowym kawałem skóry na łapie - dzień po moim powrocie ze szpitala z noworodkiem).

Gdyby którejś ze stron kiedyś zabrakło - ta druga chyba ogłosi żałobę, bo taka rozrywka sie skończy...

poniedziałek, 29 października 2012

Dzisiaj Grzechot napędzil nam stracha.

Normalnie rano kręci sie jak kołowrotek. A tu nic.

Przewrócilam sie z boku na bok, postukałam w brzuch. Nic.

Poczłapałam do kuchni i wyciągnęłam coś słodkiego - wcale nie miałam na to ochoty, ale on po słodkim wierci się bardziej. machnął łapą na odczepnego i dalej nic.

Przestało mi się podobać, a Skorupiak zaczął wpadac w histerię. Uznałąm, że na wszelki wypadek pojadę jednak pokazać sie u ginekologa, bo może mały śpi, a może jednak dzieje sie coś niewłaściwego (tfu, odpukać trzy razy!!!)

Na szczęście prywatna służba zdrowia sie sprawdzila stuprocentowo, w chwilę po wejściu już miałam badanie, usg, okazało sie, że jest wszystko w porządku. Maluch po prostu ma dziś lenia i tyle. Ale rusza się, serduszko bije jak należy i ogólnie wszystko gra i buczy. 

Grzechotniku kochany! Nie rób nam takich kawałów, bo jak się będe stresować, to cię zaleje kortyzolem i wcale ci to nie posłuży. A do tego tata też sie denerwuje, a jak on sie denerwuje, to denerwują sie wszyscy wkoło. Więc we własnym, dobrze pojętym interesie radzę ci, żebyś sie jednak ruszał  i nie obijał!

Krótko mówiąc - synu, do roboty!

piątek, 26 października 2012

Mam lekkiego fioła na punkcie ładnej polszczyzny - a co, każdy ma jakiegoś bzika, ja tez.

Czepiam się, gdy Pyton używa wulgaryzmów, poprawiam niewłaściwe konstrukcje gramatyczne czy niezręczności stylistyczne - nie zrzędzę, po prostu podpowiadam prawidłową wersję, zgrabniejsze sformułowanie. I widzę efekty - ma bogate słownictwo, naprawdę ładnie sie wyraża, używa zdań złożonych, a nie tylko najkrótszych możliwych i słów maksymalnie dwusylabowych.

Dzisiaj mam poczucie, że przekroczony został kolejny próg. Może zresztą nastąpiło to znacznie wcześniej. Nie, wróć. Nie "może", o różnych pyskówkach i chamskich odzywkach w Sejmie słyszałam już wcześniej, ale zwykle słownictwa spod budki z piwem używali panowie, co, mimo, że jest przejawem myślenia dyskryminującego ze względu na płeć i feministki mogą mnie zlinczować, jakoś jeszcze mniej mnie razi. Mniej, to nie znaczy, że uważam za dopuszczalne, żeby było jasne. Chamstwo to chamstwo i już.

Kiedy przeczytałam, jak to pani poseł Krystyna Pawłowska, profesor, kobieta w wieku dostojnym, a nie  - excusez-le-mot - smarkula, rzuciła do innego posła, którego wypowiedź jej sie nie spodobała krótkim słowem "sp...laj" - opadło mi wszystko.

Z wielu powodów.

Wyliczać wszystkich nie będę, bo i po co. Ale uderzyło mnie jedno.

Określenie "słownictwo nieparlamentarne" kiedyś odnosiło sie do takiego właśnie chamstwa, wulgaryzmów, słowem - języka, którego człowiek kulturalny nie używa, którego w miejscu przebywania elit sie po prostu nie spotka. Elit politycznych, kulturalnych, jakichkolwiek. Elita to wyższy poziom kultury osobistej.

Otóż nie. Już nie. Teraz takie słowa sa w parlamencie na porządku dziennym. Obrzucanie wyzwiskami tylko za to, że ktoś ośmiela sie nieć inne poglądy niż ja. Poniżanie, wyśmiewanie z nazwiska, wyglądu, przodków - czyli chwyty rodem z przedszkola i piaskownicy.

Czy my jeszcze mamy jakiekolwiek elity?....

Grzechotnik jest podobny do kota. 

Oczywiście, nasz Grzechotek do naszego Czorta, nie będe sie wypowiadać na temat wszystkich przedstawicieli gatunku - zwłaszcza z tym pierwszym wolałabym  - poza jednym wyjątkiem - nie mieć do czynienia.

Czort w młodości wczesnej (czy to możliwe, że to już dwanaście lat temu?) miał dziennie dwie fazy głupawki kompletnej.

O 6 rano (masakra!) i o 22 dostawał małpiego rozumu i zaczynał szaleć.  Biegał po całym mieszkaniu, wspinał sie na firanki, skakał na nas z szafy - wszystko, co mu do głowy strzeliło. A że wówczas był mały, lekki i pełen energii, to potrafił wleźć naprawdę wysoko. Trwało to z pół godziny, po czym wracał do normalnego poziomu aktywności kociego małolata.

Grzechot podobnie. Wcześnie rano (nie potrafię stwierdzić, czy to akurat 6, ale zdecydowanie za wcześnie, jak na mnie) zaczyna wierzgać. Kopie, kręci się, wierci, szaleje. Wieczorem - tak koło 22 - powtórka.

Oczywiście pomiędzy tymi godzinami też sie kręci, czasem nawet dość intensywnie, ale prawdziwe wariactwa odstawia właśnie wtedy. 

Tak sie zastanawiam, jak oni na siebie zareagują. Kot i Grzechot. W przypadku Piotrka było to coś niezwykłego, wielka miłość, która trwa do dziś. Ciekawa jestem, co kot zrobi teraz - czy pokocha następnego tak samo, czy przeleje uczucia z Pytona na Grzechota (oby nie, to byłoby dla Piotra bardzo ciężkie), czy zlekceważy Grzechota, wychodząc z założenia, żę on już ma swoje dziecko. 

Będzie ciekawie....

 

Pomysł na tę notkę przemknął mi przez głowę, jak siedzieliśmy wieczorem ze Skorupiakiem i omawialiśmy plany na następny dzień. Przemknął i zniknął, zanim zdążyłam otworzyć okienko wpisu. I potem długo się zastanawiałam, co ja takiego dobrego miałam... Wiedziałam, że pomysł był i za żadne skarby nie mogłam dojść, czego dotyczył. 

W końcu dziecko samo załatwiło sprawę. Wymierzyło mi solidnego kopa, a równocześnie ja spojrzałam na zegarek...

czwartek, 25 października 2012

Przychodzi facet do lekarza:

- Panie doktorze, czy może pan pomóc mi wyleczyć sie z bezsenności?

- Oczywiście, znajdziemy przyczynę i ją zlikwidujemy.

- Lepiej nie, żona jest bardzo przywiązana do dziecka....

 

Przepowiednia? :)

Jutro u Pytona w szkole jest ślubowanie.

Na lekcje na razie nie chodzi - siedzi co najmniej do poniedziałku włącznie, ale na samą uroczystość pójdziemy (przy okazji zabrać podręczniki i zeszyty oraz spis zaległości do uzupełnienia).

W końcu - szkoła pod oknem, dojście zajmuje dwie minuty wolnym krokiem, to czemu nie. Zwłaszcza, że mają jakiś występ i każdy z łepków ma kilka słów roli, Piotrek też.

A ja mam mieszane uczucia. 

Nie, wróć, całkiem jednoznaczne. Innymi słowy - jestem zła. 

Nie podoba mi sie ta impreza. Nie lubię wszelkiej maści ślubowań w każdej placówce po kolei. 

Rozumiem, żę szkoła usiłuje w ten sposób powiązać emocjonalnie uczniów  z przybytkiem edukacji, nadać sobie samej wyższą rangę, ale moim zdaniem to nie tędy droga.

Jak na razie to - przynajmniej według mnie - podstawowym celem osiąganym w ten sposób jest spłycenie i obniżenie rangi samej przysięgi czy ślubowania. Czegokolwiek i jakiejkolwiek. 

Nauczenie, że  jest to rytuał do odbębnienia, okazja, żeby urwać parę lekcji, powód, dla którego każą się wbić w galowe ciuchy zamiast ukochanych dżinsów i bluzy z wzorkiem na brzuchu. 

I zastanawiam się, jak w przyszłości osobnik, który przejdzie przez ślubowanie w podstawówce, gimnazjum, liceum, podpisze stosowny kwit na studiach (albo i nie - cała draka ze studentem z gdańskiej ASP sie kłania*), będzie podchodził do kolejnej przysięgi naprawdę ważnej - takiej  - teoretycznie - na całe życie? Małżeńskiej?

Czy uzna ją za kolejną nudną oficjałkę, gdzie trzeba wymamrotać parę zdań ku uciesze i satysfakcji gawiedzi, a które niewiele (albo zgoła nic) zmienią w jego życiu? Czy stwierdzi, że naprzysięgał sie już dość, wie, ile to jest warte i odmówi w ogóle formalizowania związku (wszystko jedno, cywilnie czy kościelnie)? Czy wyrecytuje przysięgę, może nawet - niczym alkoholik - wierząc przez chwilę w to, co mówi, ale wycofując sie przy pierwszych trudnościach?

 

*  Heca z ostatnich dni, chłopak zdał - bardzo dobrze - egzaminy, dostał się na uczelnię jako jeden z lepszych, a nie przyjęli go, bo odmówił podpisania tekstu ślubowania jako niezgodnego z własnymi poglądami (jest monarchistą, a tam coś było o wierności demokracji i ideom humanizmu). Uczelnia zawaliła o tyle, że podejrzewam, iżmogliby dojść do wspólnego rozumienia pojęcia "humanizm", z demokracją pewnie byłoby gorzej. Za to szacunek dla faceta, że własne poglądy  - jakie by nie były - traktuje poważnie, a nie wyciąga chorągiewkę tylko wtedy, gdy można coś na tym ugrać. Jak wiele osób w dzisiejszych czasach...

 

środa, 24 października 2012

Miałam nadzieję. 

Wielką nadzieję, prawdę mówiąc. 

Tak właściwie, to byłam całkiem pewna, że już jutro będę mogła Pytona z rodzicielskim błogosławieństwem posłać do szkoły - i odetchnąć z ulgą.

niestety, rzeczywistość w osobie pana doktora (przesympatycznego zresztą i bardzo kompetentnego) bywa złośliwa.  Uznał on mianowicie, że jednak coś jeszcze słychać, kaszelek też jest, więc antybiotyk wcinamy do końca (czyli do soboty, w poniedziałek na kontrolę i we wtorek do szkoły. Może. A może nie.

JA JUŻ WYMIĘKAM!!!!!

Piotrek jest pełen energii, roznosi go. Nudzi się, nie mogąc sie odpowiednio wybiegać czy wyszaleć na rowerze, wszelkie zajęcia stacjonarne - nawet te bardzo kochane - są niesatysfakcjonujące. Chociaż poskakać matce po brzuchu... A matka jakoś protestuje, nie wiedzieć czemu, nieużyta jakaś.

Jak pomyślę, zę mam przed sobą jeszcze co najmniej pięć dni z Piotrkiem siedzącym cały dzień w domu to chce mi sie wyć!!!!!

Auuuuuuuuuuuuuuuu!!!!!!!!!!!

wtorek, 23 października 2012

To pytanie słysze ostatnio stale. 

Rozumiem Pytona, nudno, na dwór nie pójdzie pobiegać, kumpli nie ma, ilość zajęć ograniczona - ja tez nie do wszystkiego sie juz nadaję. Nie da sie poskakac mi po brzuchy na przykład, anie poturlać po podłodze. 

I tylkok se zastanawiam, kiedy  (i czy w ogóle) zdarzyło mi sie wydać z siebie taki okrzyk.

Nie przypominam sobie.

Czyli jednak jakiś postęp w dziedzinie edukacji nastąpił przez te ponad 30 lat.

poniedziałek, 22 października 2012

Jak już sie zaczęłam zastanawiać nad rugowaniem niewłaściwych poglądów z życia, to wyszło mi, że za chwilę zostaniemy z niczym. 

Leci większość literatury z powodu:

  • promowania nierówności społecznych  - właściwie wszystko, co nie ukazuje kobiety jako co najmniej równej mężczyźnie, jeśli jest ona przedstawiona jako bezradna kobietka, kura domowa, matka bez ambicji itp - won. Również książki w których pojawia sie arystokracja dowolnej maści, bo przecież tytuły nic nie znaczą, a błękitną krew to mają pajęczaki. Wszelkie dzieła, w których występuje służba domowa, zarabiająca mniej niż średnią krajową. Wyzysk, wyzysk!!!!
  • promowania niewłaściwego/niezdrowego trybu życia. Obżarstwo, papierosy, cygara, alkohol (a co, jak czystka, to czystka), seks bez zabezpieczenia i z kim popadnie.
  • niewłaściwych poglądów politycznych. Ponieważ każde poglądy moga być dla kogoś niewłaściwe - zostajemy z książką telefoniczną.  A, nic z tego, ochrona danych osobowych.

Z podobnych powodów do odstrzału mamy wiekszość filmów (no, może przyrodnicze niektóre by sie ostały), spora część malarstwa - tu przynajmniej zostaną krajobrazy i martwe natury.

Co nam zostaje? 

Powinna przetrwać część architektury, choć przecież są zwolennicy wyburzenia pałacu Kultury, wszelkich pomników poradzieckich, wszystkiego, co choćby musnęło niewłaściwe poglądy (a ja juz pisałam,  kazde moga być niewłasciwe).

Zostanie muzyka -  w większości, chociaż też trochę poleci, zwłaszcza, jesli do tej muzyki ktoś kiedyś nieopatrznie napisał jakiś tekst.

Przedstawienia teatralne - cóż, wiele z nich bazuje na dziełach literackich - odstrzał z automatu. Jeszcze ktoś by wpadł na pomysł, zęby takiego Otella naśladować? Albo w czarownice zacznie wierzyć? No nie do przyjęcia, mowy nie ma. 

Opera? znowu, pełno tam arystokratów, zbrodni, uwodzenia, a fe!!!! 

Balet? niezdrowe, to jednak potwornie obciąża układ kostny, takie wygibasy.

 

Wyliczankę można jeszcze ciągnąć, tylko po co. I tak nie mam złudzeń, że do ideologów dotrze, ze to, co usiłują robić, jest głupotą i zubożaniem nas wszystkich.  Talibowie też zniszczyli wiekowe rzeźby, bo im do światopoglądu nie pasowały. U nas powolutku zaczyna sie marsz w tym samym kierunku...

 

niedziela, 21 października 2012

Tak mi sie jakoś dziś przypomniały książki Kiplinga. 

W polsce poza Księgą dżungli tak naprawde mało znany - podejrzewam, że byłby to jedyny ( o ile w ogóle) tytuł, który jest jakos rozpoznawany i kojarzony z nim.

A przecież to wcale nie jest jedyne jego dzieło.

Kapitanowie zuchy, Stalky i spółka, Kim, Puk z pukowej górki, Takie sobie bajeczki.... 

Książki mojego dzieciństwa. Stalkiego kochałam bardzo, do tej pory cytaty z niego są w użyciu ("i możesz być sobie tak prywatny, jak tylko ci sie podoba, na drugim końcu tej ławki", "ja ci widzy!!!", pełzająca koteczka, "beczenie jagnięcia rozbestwia tygrysa" i wiele innych). 

Kim to całkiem inna sprawa. Książka obecnie może być niepopularna - nie bez powodu Kipling był zwany piewcą Imperium Brytyjskiego. Tylko powstaje pytanie, czy to, że obecnie takie spojrzenie jest niepoprawne politycznie, oznacza, że mamy zapomnieć  o tym, że kiedyś tak ludzie myśleli? 

Obecnie zapanowała taka dziwna moda na wymazywanie z historii tego, co nie pasuje do dzisiejszego widzenia świata. Burzymy pomniki, zmieniamy nazwy ulic, wywalamy z listy lektur utwory, które pokazują inne niż współczesne widzenie świata. Poleciał Murzynek Bambo, podejrzewam, że Chata wuja Toma też by nie przeszła, Kima mało kto zna...

A przecież jet różnica między prezentowaniem takich poglądów jako własnych i obowiązujących, a dostrzeganiem, że tak kiedyś było. Tego nie zmienimy, nawet jesli teraz uważa się to za niewłaściwe. Kiedyś bicie dzieci było na porządku dziennym, palenie papierosów  było w dobrym tonie, dzieciom należało wlewać litry mleka, tłuste dziecko było dowodem zdrowia i dobrobytu rodziny... Można tak długo. To wszystko się zmieniło, ale nie da sie zmienić przeszłości. 

Może więc zamiast uciekać przed nią warto by sie jej przyjrzeć dokładniej, przeanalizować, co było złe, wyciągnąć wnioski, zobaczyć ile jednak sie zmieniło? Literatura jest tu świetnym materiałem, bo przedstawia obraz epoki, bez konieczności robienia teraz eksperymentu na żywym organizmie.

Chociaz obawiam się, że dla fanatyków z pewnego ugrupowania politycznego jest to nie do przyjęcia.  Bo przecież trzeba wymazać myślenie inne niż ich, żeby komuś przypadkiem nie przyszło do głowy, że coś w tym jest.... 

I dlatego o Kiplingu sie zapomina...

sobota, 20 października 2012

Piotrek dostał w prezencie na urodziny zegar. Pięknego, czarnego kota ze wskazówkami na brzuchu. Panowie go właśnie montuja na ścianie.

Przy obiedzie rozmowa oczywiście zeszła na  nowy nabytek i Skorupiak stwierdził, że szkoda, iż zegar nie ma funkcji budzika.

- Nie martw się, prędzej czy później Pyton budzik tez dostanie.

- Mamo, nie musisz sie z tym spieszyć, naprawdę - natychmiast zareagował Pyton.

 

Rozsądne dziecko, ja tez bym nie chciała dostać budzika.

środa, 17 października 2012

Żeby za dobrze nie było. No bo jak sie matka rozbestwi, to nic, tylko ją odstrzelić. A że widocznie jest z niej jednak jakiś społeczny pozytek, to otoczenie, społeczeństwo, siły wyższe i partia rządząca postanowiły zadbać, żeby sie matka jednak nie rozbestwiła z nudów i nadmiaru wolnego czasu.

Od jakiegoś czasu chory łazil Skorupiak. W niedzielę matka kategorycznie zażądała konsultacji lekarskiej, bo charczał jak gruźlik, a humor psuł mu sie równo ze zdrowiem. We wtorek udało sie dobić do medycyny -  usłyszał, że osłuchowo czysto, a gardziołko jak po przebytym zapaleniu krtani. Tyle to sama wiedziałam - nie, żebym była lekarzem, broń Boże przed kontaktami z NFZ, ale akurat tę przyjemność zaliczyłam w życiu wielokrotnie. Czasem traktując ją mądrze (to później), a czasem zdecydowanie idiotycznie. Czyli usiłując przeczekać, zwłaszcza w latach licealno-studenckich, kiedy zaczynałam mówić basem w niesympatycznie małej odległości od końca semestru i wszelkich klasówek czy egzaminów. Gdy po raz trzeci czy czwarty skończyło sie trzytygodniowym zwolnieniem, totalnym brakiem głosu i temperaturą zwalającą z nóg w najbardziej newralgicznym okresie, nieco zmądrzałam....

Skorupiak na zwolnieniu, leży, marudzi, ale zdrowieje.

Za to w poniedziałek Pyton wrócił ze szkoły jakiś taki podejrzany, marudny, nieszczęśliwy - jak nie on. Profilaktycznie go zatrzymałam w domu - niby nic wielkiego, trochę pokasływał, ok. 17 lekki stan podgorączkowy - i tyle. Za mało, żeby wlec do lekarza, bo on nie wróżka. Ale za dużo, zeby z czystym sumieniem puścić do szkoły, zwłaszcza w sytuacji, kiedy w domu jest rozsadnik zarazy, a równocześnie nie ma problemu "ratunku, kto sie nim zajmie?"

Dzisiaj około 16 jednak młody przestał mi sie podobać jeszcze bardziej - wetknęłam termometr pod pachę (tak profilaktycznie, bo na czuja nie wychodziło więcej, niż 37,5. Ale od sprawdzenia ręcznego do termometru minęło jakieś pół godziny - i w tym czasie podskoczył do prawie 39....

No i tą metodą mam dziecko na antybiotyku - nie ze względu na temperaturę, ale gardło ma zapyziałe bakteryjnie na całego. Zamieniłam sie z nim na łóżka - niech sobie panowie kichają i charczą razem, i tak pewnie mają to samo, tylko w różnych stadiach, a ja sie odseparuję. I będę mieć nadzieję, ze mnie nie dopadnie ta zaraza, bo leczenie czegoś takiego w szóstym miesiącu ciąży, to ciężka sprawa. 

I tylko zastanawia mnie jedno. Jak będą spały zwierzątka. 

Normalnie pies śpi z nami, a kot u Piotrka. Teraz p-odejrzewam, że pies pójdzie za mną, a Czort chyba już sie zwinął na naszym łóżku i pilnuje Pytona. 

Albowiem nasz bojowy kocur jest równocześnie kotkiem bardzo opiekuńczym - jak któreś z nas choruje, to przychodzi, kontroluje sytuację, po czy m układa sie w pobliżu i zaczyna mruczeć leczniczo. 

W sumie będzie mu łatwiej, ajk obu zdechlaków będzie miał w zasięgu mruczenia rónocześnie...

Nie za całokształt, bo przeważnie sie z nim nie zgadzam. Ale jedna jego wypowiedź ucieszyła mnie niezmiernie :

- Anglicy mają Monty Pythona. My mamy PZPN....

Nic dodać, nic ująć :)

 

wtorek, 16 października 2012

Leje deszcz. 

Kot sie włóczy. Jak wyszedł parę godzin temu, tak dotychczas nie powrócił, co nie jest powodem do niepokoju, bo jeśli nie jest bardzo zimno, to jest to stan normalny. A deszcz przeczekuje zwykle gdzieś w jakiejś dziurze.

Skorupiak jednakowoż przy okazji wyprowadzania psa zagwizdał na kota pod oknem.  (Kot przychodzi na gwizdanie znacznie lepiej niż pies, ale to inna sprawa). Nic z tego, kota nadal nie ma. No to nie, jego futro zmoknie.

Pies zrobił, co jego tuż za drzwiami i czmychnął z powrotem - nie lubi moknąć. 

Kota niet.

Po chwili telefon. Dzwoni sąsiad z trzeciego piętra:

- jeżeli mąż gwizdał przed chwilą na kota, to chciałem powiedzieć, zę przyszedł do nas na mleko:).

No tak. A ja sie potem zastanawiam, czemu kotek nie ma ochoty na kolację....

czosnek schodził u nas zawsze. 

Jedynym okresem, kiedy nie mogłam go jeść, była ciąża z Piotrkiem - no nie pasowało mi, wykręcało mnie na lewą stronę na samą myśl. Grzechotowi czosnek na szczęście nie przeszkadza - za to zaprotestował mi brutalnie na śliwki. cóż, mówi sie trudno,  nihil est ab omni parte beatum jak mawiał staruszek Horacy.

Teraz zużycie nabrało przyspieszenia. Dotąd jak kupowałam główkę co mniej wiecej dwa tygodnie, to wystarczało. Potem zwiększyliśmy tempo - główka na tydzień. I to solidna, nie jakieś tam maciupeńkie byle co. Zaczęły sie problemy, bo coraz częściej w piątek okazywało sie, że czosnku już nie ma, a kupujemy na bazarku, u zaprzyjaźnionych od lat sprzedawców, porządny polski a nie jakieś chińskie badziewie szprycowane nie wiadomo czym. Bazarek tylko w soboty i niedziele.

Nie minęło wiele czasu, a braki zaczęły sie pojawiać już w czwartek.

W związku z powyższymi trudnościami Skorupiak zakupił dwa warkocze po 10 główek. Jak zwykle przy hurcie wyszło taniej niż na sztuki, a do tego na razie nie musimy sie martwić zużyciem. 

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują jednak, zę najdalej za dwa - trzy tygodnie te trudności powrócą. inaczej mówiąc - pożremy zapasy w całości.

A to dlatego, że Skorupiak jest chory, Pyton jest chory, a ja tez sie nad tym zastanawiam. I intensywnie tłuczemy zarazę - czym? Czosnkiem oczywiście. W rezultacie podejrzewam, żę mojego tatę by zawróciło w drzwiach na sam zapach, ale efekty są. Mam nadzieję, ze uda nam sie dotłuc do końca tygodnia to świństwo, które nas gryzie.

Co wcale  nie będzie oznaczało końca sezonu czosnkowego. Każdy pretekst jest dobry, nieprawdaż?

poniedziałek, 15 października 2012

Zdaję sobie sprawę, że nie mnie jedną w tym kraju. Ba, takich, co to ich ta instytucja NIE wkurza, jest pewnie kilka sztuk. Albo zwolennicy li i jedynie medycyny naturalnej, homeopatii i ziołolecznictwa.

Byłam dziś kontrolnie u mojej pani dr, sprawdzić jak sie Grzechot miewa. Miewa sie znakomicie, poza tym, że sie kręcił jak wesz na grzebieniu i ciężko było go upolować, żęby posłuchać serduszka. Ale sie udało.

Dostałam oczywiście kolejne recepty - po czerwcowych rozrywkach niestety jadę na wspomaganiu, nie tylko klasyczne witaminki ciążowe, luteina też. I okazało się,m że szanowna [...] instytucja (nie będę sie wyrażać, bo mi klawiaturę szlag trafi) stosowanie luteiny uznaje tylko do 20 tygodnia, potem juz nie chce refundować. Innymi słowy - fanaberia i mało potrzebne, jak rozumiem. 

A żeby ich pokręciło... Rozumiem, że jak jest mało kasy to trzeba jakoś ją dzielić, nie wspominając o tym, że jakieś zasady podziału być muszą, żeby uniknąć cwaniaków, którzy sie zawsze znajdą. Ale po pierwsze - im jednak sporo forsy idzie w gwizdek, siedziby, premie i limuzyny, a po drugie, wedle opinii wielu lekarzy, kryteria doboru leków do refundacji i te dziwne szusy - komu i na jakie schorzenie z literką R a komu 100% - są od czapy i kompletnie bez sensu.

 

niedziela, 14 października 2012

Po obiedzie Pyton zapytał o deser. Zjadł bardzo grzecznie, z dokładkami (dwiema - już sie nauczył, żę bezpieczniej poprosić o małą porcję i dokładkę, niż wrzucić sobie furę na talerz, bo w tym drugim przypadku trzeba ją potem zjeść). 

Zaczęłam kombinować, co by tu... 

- Pyton, sorbet porzeczkowy może być? - nie miałam wielkiej nadziei, on za tym nie przepada, ale uznałam że warto spróbować - przeszkadza mi w zamrażarce. 

Nic z tego.

Hmmm, co by tu....

- Mama, a kalendarz adwentowy?

- ????? Przecież to nie ten sezon jeszcze?

- Ale jest jeszcze jeden w szafce z zeszłego roku!

- Przecież wszystkie zjadłeś?

- Nie, jeden jeszcze został - upierało sie moje dziecko.

Poszłam sprawdzić. Faktycznie, zagrzebany gdzieś z ostatnim zakamarku był pod ścianą.

Wszytko przez to, że Piotrek dostał ich w zeszłym roku chyba ze cztery, zjadł dwa pod rząd, trzeci prze Wielkanocą, a potem zapomniałam kompletnie. 

I bardzo dobrze, miałam z głowy temat deseru.

 

Ale chyba muszę częściej robić wykopki generalne w różnych szafkach...


 

czwartek, 11 października 2012

Nie wiem, kiedy to minęło. Równe sześć lat temu leżałam na oddziale pooperacyjnym, zęby latały mi jak klawiatura fortepiany, zamiast nóg miałam jakiś niesympatyczny kawał zimnej, twardej gumy. 

A potem siostry przywiozły mi Piotrka. Leżeliśmy sobie sami na oddziale (na  początku przynajmniej) i patrzyliśmy w oczy. To pierwsze spojrzenie było niesamowite. Mądre, dorosłe, poważne. Kosmos. tak jakby rozumiał, gdzie i po co się znalazł, dlaczego teraz i tu, a nie gdziekolwiek indziej. I akceptował ten świat.

Sześć lat minęło nie wiem kiedy. Teraz Pyton jest długonogim pędziwiatrem, gadułą zadającą dużo ciekawych pytań. Myślącym człowiekiem, dobrym, troskliwym, odważnie odkrywającym świat. Widzącym innych ludzi. Czasem humorzastym, cholerycznym. Jak mu coś nie wychodzi, to się wkurza, ale coraz lepiej umie opanować własne emocje, zastanowić się, co zrobić, zęby jednak sie udało. 

Lubi myśleć, kombinować, odkrywać. Interesują go ciągi przyczynowo-skutkowe, często jak zaczniemy gadać na jakiś temat, to kończymy w tak dziwnych rejonach, zę ciężko mi potem prześledzić, jakim łańcuchem skojarzeń tam doszliśmy (znakomitym przykładem jest jedna z pierwszych naszych takich rozmów, gdzie zaczęło się od wkładania brudnych łapek do buzi a skończyło na cyklu menstruacyjnym - a on miał wtedy niecałe cztery lata, albo jeszcze mniej!).

Koledzy go lubią, czasem jest z tym pewien kłopot, bo lubią go również ci, których on lubi nieco mniej - to całkiem tak, jak ja... Ale to dla niego jest problem, bo nie chce robić przykrości, mimo, że nie ma ochoty bawić się z danym Kubą czy innym Frankiem. Troszczy sie o ludzi i zwierzęta. Pomaga w domu, nie ogranicza sie do sprzątnięcia swoich zabawek po siedemnasty raz powtórzonym poleceniu - potrafi sam zaproponować, że poleci wynieść śmieci, bez cienia sugestii z naszej strony.

Słowem - udaje nam sie wychowywać bardzo fajnego człowieka. Takiego, jakich chciałabym widzieć  więcej. Inteligentnego, dobrego, ciekawego świata. 

 

Wszystkiego najlepszego, synku!!!!

wtorek, 09 października 2012

Kolejne zajęcia w szkole rodzenia nie wzbudziły mojego entuzjazmu. Spotkanie z pediatrą, które dało mi przede wszystkim informację, do którego lekarza NA PEWNO nie zapiszę Grzechotka. Ale to tak na marginesie.

 

Za to mam zagwozdkę. Wyszło od kwestii szczepień. Ja ogólnie uważam, że ma to głęboki sens - najlepszym dowodem jest właściwie zniknięcie polio po wprowadzeniu obowiązkowych szczepionek, i zwiększająca się obecnie zachorowalność na krztusiec w stanie Waszyngton, gdzie działa bardzo prężne lobby antyszczepionkowe.  To jednak natychmiast widać w statystykach medycznych.

Żeby było jasne, nie będę tu nikogo przekonywać, swoje zdanie mam, potrafię je uzasadnić, uważam, żę nieszczepienie jest głupotą. Ale ktoś inny może być zdania dokładnie odwrotnego. 

Natomiast wylazła kwestia płacenia za szczepionki skojarzone i nieobowiązkowe. No bo faktycznie są to ciężkie pieniądze. A że dziecko to w  ogóle mała skarbonka, to kolejne kilka stów stosunkowo krótkich odstępach czasowych - to boli, czasem bardzo...

Pani położna zaproponowała wariant zrzutki rodzinnej - na zasadzie "zamiast pluszaka wrzuć do skarbonki szczepionkowej". I postawić taką skarbonkę w korytarzu i zbierać od gości podziwiających malucha.

I tu mi sie zaczęły wątpliwości.

Bo:

1. Idea prezentu praktycznego zamiast pluszaków - TAK!!!!! Po powodziach Piotrek oddał całą walizę pluszaków dla dzieci, którym zalało wszystkie zabawki, a jeszcze zostąło sporo takich ukochanych, albo na tyle lubianych i fajnych, że chciał zostawić dla - hipotetycznego wówczas - brata lub siostry. Pluszak jest dla mnie prezentem z gruntu idiotycznym, bo ile tego można mieć???? Nie kupilismy ani jednej sztuki, a bywały momenty, kiedy ciężko było zmieścić Pytona w łóżeczku obok  tego wszystkiego. To lepszy prezent praktyczny, zwłaszcza, że nie oszukujmy się - czego może potrzebować do zabawy noworodek?

2. Takie nachalne żebranie po rodzinie - ja nie  umiem. No nie  przejdzie, nie dam rady. Do tego czułabym sie jak dyrektor cyrku, który sprzedaje bilety uprawniające do obejrzenia cielęcia z dwiema głowami, albo innego dziwoląga. Moje dziecko nie jest dziwolągiem. Z tacą chodzić nie będę.

3. Pomysł prezentu zbiorowego - Nie ma sprawy, wolę jeden sensowny, konkretny i pożyteczny, niż masę zabawek albo siedemnasty śpioszek. Ubranka w tym wieku i tak krążą po znajomych, nasze obsłużyły po Piotrku już kilkoro dzieci, teraz wróciły, potem pójdą w świat. Maluchy tak szybko rosną, że nie zdążą zniszczyć, jak sie ma trochę znajomych dzieciatych, to na początek z ciuchów można prawie nic nie kupować. 

4. Głupio mi zwyczajnie powiedzieć komukolwiek "wiesz, chętnie Cię zobaczę, ale zapłać za wstęp, dorzuć sie do szczepionek". Cel szczytny, prozdrowotny, ostatecznie nie chodzi mi o rodzinną zrzutę na mój tygodniowy pobyt w SPA, tylko o zdrowie malucha. Tylko jak to przekazać, tak, żeby nie wyszło nachalnie, nieuprzejmie, żeby nie było podtekstu "bez kasy nie przychodź"? Bo przecież nie chodzi o to, tak samo chętnie witam każdego, niezależnie od prezentów czy możliwości finansowych, nie zapraszam po to, żeby się obłowić...

5. Padła koncepcja, żeby rzucić takie hasło jako prezent z okazji chrztu.  Fakt, to jest jakaś idea, zwłaszcza, ze wtedy często pada pytanie, można to jakoś przemycić. Tylko u nas z kalendarza tak wyjdzie, że chrzest pewnie będzie już po głównej fali szczepień.

A jednak szczepionkę na takie świństwo jak rotawirusa to bym chciała małemu zafundować. Zwłaszcza, gdy Pyton chodzi do szkoły, szanse na przyniesienie ma dużo większe, a to jednak prawie na bank oznacza pobyt w szpitali. Czyli trauma, i to dla obu chłopaków. Nie chcę sytuacji, w której Piotrek dojdzie do wniosku, że przez tego brata to same kłopoty, mama ma mniej czasu dla niego, a teraz to juz całkiem znikła na parę dni. Do tego pneumokoki, ospę... Nie mówiąc o tym, że te skojarzone to zwyczajnie mniej kłucia w małą łapkę.

Ojejku, jejku.... same problemy z tymi dziećmi. A mimo to  - najfajniejsze problemy na świecie, jak potem sie taki pyszczek uśmiechnie i przytuli...

sobota, 06 października 2012

Tak mi sie jakoś ostatnio przypomniało - w jakiejś książce występował wredny pudel zwany przez kochającą właścicielkę Pieszczusiem, a przez grono osób patrzących bardziej krytycznie - Szczusiem. Nie bez powodu, jak sie łatwo domyślić.

Książki nie pamiętałam kompletnie - ani tytułu, ani autora, epoki, fabuły - dno, zostało mi imię psa i jego wredny charakterek.

Zapytałam Skorupiaka, czy może jemu coś nie dzwoni - często dzwoni w takich sytuacjach i możemy się pobawić w nasza ulubiona grę - on mi podrzuca jakąś podpowiedź (która zwykle jest tropem co najmniej pobocznym, albo sformułowaniem niewiele ułatwiającym), a ja usiłuję rozpoznać cytat czy sytuację i na tej podstawie rozgryźć, co to za dzieło.

Tym razem Skorupiakowi nic nie dzwoniło. Trudno się mówi, machnęłam ręka na Szczusia i zajęłam się czym innym.

Dzisiaj, bedąc cokolwiek zmuloną i zakatarzoną, postanowiłam poczytać coś mało ambitnego, a zabawnego - sięgnęłam w ciemno na dawno nie odwiedzaną półeczkę z romansidłami. 

Złapałam pierwszą książkę, której nie pamiętałam na tyle dokładnie, że nawet streszczenie na okładce mi nie pomagało.

I cóż sie okazało? Mialam nosa. To właśnie tu występował Szczuś!!!

Jednak nie ma jak przypadek w takich sytuacjach. Gdybym próbowała go znaleźć, zajęłoby mi to pewnie najbliższe dwieście osiemnaście lat kopania po półkach. A tak - sięgnęłam i jest.

Może dobrze, ze mnie trochę ten katar dopadł, przynajmniej Szczuś przestanie mnie denerwować swoim nieznanym pochodzeniem?

piątek, 05 października 2012

Pan Piotr wrócił dziś ze szkoly z niezwykle zadowolona miną.

Okazało sie, że cała klasa została zapisana do biblioteki szkolnej. A potem mogli sobie wybrać, którą książkę chcą wypożyczyć.

Pyton wziął "Króla Lwa", wrócil do domu, odrobil lekcje i zasiadł do lektury.

Oczywiście jest to wersja disneyowska, mocno uproszczona, ale nie o to w tym momencie chodzi. Ważne, zę przeczytał zupełnie sam całe 9 stron, zanim sie zmęczył. Ustaliliśmy, żę ja nie będę mu tego czytać na dobranoc - to ma byc książka przeczytana przez niego całkowicie samodzielnie. Mają dwa tygodnie w bibliotece, a jeśli ktoś nie zdąży, to można przedłużyć. 

Sądząc po tempie Pytona podejrzewam, że odniesie ją w poniedziałek. 

Młody musi tylko opanować samą technikę, nawyk czytania ma już wkodowany bardzo głęboko. Cowieczorne czytanie, ściana w pokoju zastawiona książkami od podłogi po sufit, my  stale z nosem w jakiejś lekturze, masa cytatów literackich w ciągłym użyciu - no nie ma siły, musi tym przesiąknąć. Nie da rady inaczej. Przecież do tej pory jedną z najgorszych kar jest obcięcie wieczornego czytania przez któreś z nas. Nauczył sie już, że jak jest jakieś niezrozumiałe słowo, to po prostu należy zapytać - czasem my pytamy i zostajemy z wytrzeszczem, gdy na przykład okazuje sie, zę sześciolatek rozumie zwrot "u podnóża". 

Cieszę się z tej akcji szkolnej, bo ja go nie naucze korzystania z bibliotek. Nie umiem sama, nie mam nawyku. Trudno, żebym miała, jak od początku zawsze miałam mase książek w zasięgu, a przez szkolną bibliotekę szłam na zasadzie "mam, mam, mam, mam, czytałam, czytałam, czytałam, czytałam, czytałam, nie lubię autora, mam". W rezultacie do dziś pamiętam, ze mnie w ósmej klasie polonistka obsobaczyła, ze mało czytam - wszystko przez niskie statystyki w karcie bibliotecznej... A po co miałam pożyczać, skoro zawsze mialam dostęp do własnych zasobów?

 

Tak czy inaczej, Pyton był bardzo zadowolony z siebie po przeczytaniu dobrych 9 stron tekstu (no dobra, plus obrazki, gołego tekstu było mniej). Dopingowaliśmy go róno, ale jak stwierdził, zę jest zmęczony - nie ma sprawy. Teraz to należy chuchać i dmuchac na nową umiejętność, aż sie ugruntuje. Dopiero wtedy będzie można powiedzieć - poczytasz później, a teraz wynieś śmieci ;).

Od ostatniej spowiedzi na ten temat minął miesiąc. 

Grzechot przybrał na wadze elegancko - tuż przed poprzednią notką wedle mądrych komputerków od usg ważył 250 g, teraz - 590. I wydłużył sie stosownie na różnych frontach. Zresztą, czuję go coraz mocniej, jak sie kręci, czasem już nawet jak walnie, to gwiazdy widzę. 

Za to ja na wadze nie przybieram. Jak sie zatrzymałam na tym ...1,5 kg, tak trwam, od początku sierpnia. Oczywiście są drobne wahania, zależne głównie od tego, co zjadłam na obiad (jak dotąd, najbardziej widoczne były kotleciki mielone). 

W ogóle jak sprawdziłam moje zapiski w tym zakresie, to szczyt wagi wypadł na połowę maja, kiedy jeszcze nie wiedziałam o istnieniu Grzechotka - ....4,8. POtem były mdłości, szpital... - i jest jak jest.

Ciekawa jestem bardzo, jak to będzie dalej. Wedle mądrych kalkulatorów do tych rzeczy powinnam już jakiś czas temu wejść w kolejną dziesiątkę. To znaczy, nie obowiązkowo, ta następna dziesiątka to byłby górny limit tego, co miałabym prawo przytyć - przy założeniu mojej wyjściowej masy. 

Do tego ostatnio skarżyła mi sie koleżanka, która jest o miesiąc bardziej zaawansowana, zę ona prawie nic jeść nie może, bo ma jakieś starsze kłopoty żołądkowe, do tego, jeść jej sie po prostu nie chce, a i tak pół kilo na tydzień pojawia się dodatkowo jak w zegarku. Aż mi głupio było przyznać sie, jak u mnie tematy wygląda... Inna sprawa, że ona jest szczupła dziewczyna, a ja nie. Może jednak jest jakaś sprawiedliwość dziejowa....

czwartek, 04 października 2012

Jak sie łatwo domyślić, staje sie coraz bardziej okrągła. 

Nie  ułatwia mi to bynajmniej życia, zwłaszcza, że lubię robić wszystko szybko - szybko chodzić, mówić, i tak dalej. A teraz - nie ma to tamto, Grzechot życzy sobie mięć matkę stateczną i dostojną. Błyskawicznie udowadnia mi, że świat mi nigdzie nie ucieknie, jeśli dla odmiany pochodzę powolutku i z godnością, a po powrocie do domu zamiast zmywać gary położę sie spać.

No to sie kładę, cóż mam biedna robić?

Do tego jest już jesień, będzie zima. Nie jest to specjalnie odkrywcze stwierdzenie, podobnie jak to, że pogoda będzie sie pogarszać. Może prędzej, może później, ale bankowo. 

A ja jestem zmarzluch. Teraz reaguję na zimno jeszcze bardziej niż zwykle. Do tego poruszanie sie staje sie coraz bardziej problematyczne. Nie am oczywiście na myśli machania łapkami, ale dalsze wycieczki.

Jak sie połączy jedno z drugim, to wychodzi na to, żę jeszcze trochę, a przestanę wychodzić z domu dalej niż do szkoły Pytona (czyli na jakieś 200 m).  Życie towarzyskie ograniczy mi sie do telefonów i maili (bo fb to nie jest życie, to jest atrapa, namiastka i plastik). 

Nic, tylko skorzystać z przykładu niedźwiedzi, zaszyć sie na zimę w gawrze, gdzieś po drodze wydać na świat potomstwo i wystawić nos na zewnątrz, jak będzie już ciepło.

Wielka Niedźwiedzica to ja! (bynajmniej nie ze względu na gwiaździstość, niestety. Raczej na gabaryty.)

środa, 03 października 2012

Gdy ja sie włóczyłam w celach edukacyjnych, moja mama pilnowała Pytona. Skorupiak też sie włóczył - w środy ma swoje zajęcia, i nie dał rady pójśc ze mną. 

Po powrocie usłyszałam od mamy rzecz piękną. 

Mianowicie opowiedziała mi, jaką rozrywkę wymyślili sobie brytyjscy marines. 

Otóż ta wesoła kompania raz w roku próbuje przejść przez góry Nowej Południowej Georgii tym samym szlakiem, co sto lat temu sir Ernest Shackleton. Oczywiście dzielna brygada idzie na spokojnie, ze sprzętem (około 40 kilogramów na łba), nie spiesząc sie i z zapasem jedzenia. Jak również w ciepłych gaciach z przyległościami.

Udaje sie to mniej więcej połowie.

Jednak dziś już nie ma takich mężczyzn jak dawniej. Oni przeszli mając kawał liny i siekierę. I motywację w postaci kończącego się sezonu wielorybniczego, po którym stacja pustoszała na następnych parę miesięcy, oraz towarzyszy czekających na pomoc na wysepce o 1000 kilometrów dalej.

Dzielni marines - jakby nie było śmietanka wojskowych, chłopaki wyborowe, ćwiczone i ganiane na okrągło. I nie wszyscy dają radę.

Ech, czasy sie zmieniają, ludzie też....

 

 
1 , 2