O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

poniedziałek, 31 października 2011

Ostatnio młodemu poszerzył sie zasób przekleństw.

mama słucha z coraz więszym zainteresowaniem, bo są coraz bardziej niezwykłe:

- O kukurydza z marchewką!!!

- Na marchewki w sosie!!!

- Na ryby i rekiny!!!

- O kukuryku!!!

Jakoś mi to przypomina karła Zuchona z drugiej części kronik narnijskich, on też w kółko powtarzał "na raki i rosomaki".

A "kukuryku" wzięło sie stad, że któregoś dnia potomek przyszedł z przedszkola i użył słowa zaczynającego sie całkiem podobnie, aczkolwiek znacznie mniej elegancko. Matka spojrzała na potomka tak, ze potomek aż sie skurczył, potem wytłumaczyła spokojnie, dlaczego nie należy rzucać mięsem (bo sie ściany brudzą). Następnie znaleźliśmy zamiennik i wszystko gra i buczy. Młody może rozładować emocje, a matka nie musi sie za  niego wstydzić. I wszyscy są zadowoleni.

Piotrek zaczał sie zastanawiac prz ubieraniu.

- Mamo, ja najpierw jestem warszawiakiem, potem Polakiem, potem Europejczykiem, tak?

- Tak, kocie - odparła mama, czytająca aktualnie jakieś galaktyczne sf. - A jeszcze dalej jesteś ziemianinem, bo mieszkamy na Ziemi.

- A czasami wodzianinem! - uzupełniło moje lubiące wodę dziecko.

niedziela, 30 października 2011

informuję wszystkich, ze sztuczny pradziadek zaistniał w formie portretu. Ma porządne, grube ramy,  i w góle jest narysowany bardzo zdecydowaną kreską.

Jak sie dorwę jutro do aparatu ( i pradziadka), to postaram sie wrzucić fotkę. 

A przy okazji może bedzie mi sie chciąło napisać o dzisiejszej wyprawie na cmentarz - a właściwie nie tyle napisać, bo nie ma co, ale wkleić zdjęcia.

Skorupiak zabrał aparat ze statywem, a Pyton po wizycie u naszych bliskich szukał na cmentarzu obiektów godnych uwiecznienia.

Obaj byli zachwyceni, Młody jeszcze usłyszał kolejną porcje rodzinnych opowieści, które uwielbia. To jednak jest magiczne miejsce i czas - takie spotkanie przez wieczność...

przed mszą gadaliśmy sobie dziś z o. Michałem. Piotrek biegał wokół, ojciec Michał go łapał, młody sie kręcil jak na karuzeli, cały zachwycony.

A my usłyszeliśmy historyjkę, po której opadło nam wszystko, kapcie, szczęka i co tam kto jeszcze miał.

Otóż jakiś polityk wystosował (nie wiem, czy do dominikanów ogólnie, czy do ojca Michała personalnie, ale to mało istotne) zaproszenie do dyskusji z przedstawicielami różnych wyznań. 

Następujące wyznania uwzględnione w tej rozmowie:

  • muzułmanin
  • żyd
  • protestant
  • dominikanin

Zdaję sobie sprawę, zę dominikanie to specyficzny zakon, często niepokorny i samodzielnie myślący, ale żeby od razu traktować ich jak odrębne wyznanie.....

sobota, 29 października 2011

Wróciłam z konferencji. 

Wczoraj wieczorem, zmęczona jak pies, ale zadowolona. 

Oczywiście nie wszystkie wykłady były ciekawe, warsztaty takoż. Ale było wystarczająco dużo fajnych, żeby warto było pojechać.

Do tego okazało sie, że moje odwieczne kompleksy na temat znajomości języka angielskiego nie są tak uzasadnione, jak mi sie wydawało - nie wszystkie, ale kilka wykładów w tym języku spokojnie rozumiałam bez tłumaczenia. A czasami miałam wrażenie, ze tłumacz znał język gorzej niż ja... Żałowałam tylko, że nie byłam w stanie kontrolować w ten sposób tłumaczenia z hiszpańskiego - jednak zawsze coś ucieknie, a tu nie miałam szansy złapać....

Dobra, mogę wziąć poprawkę na to, że tłumaczenie kabinowe jest potwornie ciężkie, stresujące i tak dalej, trzeba mieć refleks, pamięć jak słoń, doskonale znać język i przynajmniej trochę temat. A z tym ostatnim bywało różnie....

Tak czy inaczej informuję wszystkich, że już jestem, nie zginęłam i będę znowu pisać. (pojechałam celowo bez laptopa, nie chciało mi sie dźwigać, a i nie bardzo miałabym na to czas. Miałam tam dwie znajome, wiec między wykładami a kolacją odsypiałyśmy (to jednak jest spory wysiłek, nawet, jak sie cały dzień siedzi na odwłoku), a potem szłyśmy zjeść i plotkowałyśmy aż stwierdzałyśmy, żę pora spać, bo nie wstaniemy.

Zastanawiamy się z Pytonem, jaki prezent ucieszyłby tatę z okazji jutrzejszych imienin.

Piotruś wymyślił:

- Mamo, zróbmy tacie sztucznego pradziadka!

Faktycznie, jest to must have każdego taty.

wtorek, 25 października 2011

zwijam się jak w ukropie przed jutrzejszą konferencją - piorę, pakuję, sprzątam i tak dalej.

dzwoni Skorupiak ( z którym ostatnią rozmowę zakończyłam jakieś trzy minuty wcześniej). 

Rozbawiony mocno pyta:

- Pamiętasz hasło wyborcze PiSu?

- Polska zasługuje na więcej, czy coś w tym guście, a bo co?

- Bo widziałem reklamę. Z hasłem "Twój kot też zasługuje na więcej". Chodzi o żwirek do kuwety.... 

 

Bardzo adekwatnie. W końcu prezes też ma kota, więc musi dbać i o tę część elektoratu. Tylko czemu dopiero po wyborach? Tak może by uzbierał nieco więcej i wprowadził do Sejmu Alika?

poniedziałek, 24 października 2011

od dwóch dni boli mnie prawy bark. Boli to mało powiedziane, ale słowo bardziej adekwatne nie przechodzi juz przez cenzurę własną. możecie sie domyślać.

Nie wiem, co to jest, nerwoból jakiś, przewiało mnie, czy coale daje w kość (w nerw?) solidnie.

Piotrek dziś postanowił pomóc - rozgrzać i rozmasować mi bolące ramię. Wpakował mi łapkę przez golf pod sweter i masuje. I snuje teorie dotyczące źródła bólu.

- Mama, to chyba przez te szelki, które tu masz.

Zbaraniałam. Jakie znowu szelki?

trzeba bylo dłuższej chwili, żeby do mojego zmąconego umysłu dotarło, zę chodzi mu o biustonosz.

Szelek jednak nie zdejmę.

niedziela, 23 października 2011

Zaprosiliśmy gości na dziś. Wreszcie udało nam sie urządzić Piotrkowe urodziny.

Co prawda nie do końca tak, jak chcieliśmy, bo wersja dziecinna odbędzie sie w bliżej nieprzewidywanym terminie (ulubieni goście nie mogą), ale trudno.

mieszkanie wypucowane, jak nie nasze. W końcu nie tak łatwo dopilnować, żeby nie snuły sie żadne kłaki , jeśli ma sie psa, kota, dziecko i dwie osoby dorosłe. Musiałabym stale latać z odkurzaczem - współczesna czarownica.

W każdym razie wszystko błyszczy. Skorupiak odpicował łazienki, zwalczył pokłady kamienia. Zalał obie toalety czymś tam i zakazał korzystać. 

No ale organizm ma swoje prawa, pytam małżonka najukochańszego, do której mogę pójść, bo jednak muszę.

Zastanowił sie chwilę poważnie. 

Podumał.

I wymyślił.

- Koło placu zabaw jest tojtojka, tam możesz.

Prosię.

sobota, 22 października 2011

wpadłam dziś do Tesco po jakiś drobiazg, zaponiany podczas wczorajszych dużych zakupów, a dość pilnie potrzebny. I z radością wielką stwierdzilam:

  • Tesco reklamuje sie jako najtańszy hipermarket w którymś tam  rankingu  (zdaje sie, zę Polityki)
  • Mój ulubiony sok malinowy Paola, który w dużej butli w Auchan kosztuje w cenie normalnej 9.56 (jak była promocja, to był po 6 z ogonkiem), w Tesco jest po 11,99.

Kolejne potwierdzenie, że wiem, co robię, unikając Tesaco, jego jedyną zaletą jest to, że pracują 24/24 i sa blisko. Dobra, to dwie zalety. Można wyskoczy, jak sie czegoś zapomni. Ale większą gotówke zostawiam gdzie indziej. 

Za to dla odmiany w Auchan wpadłam w nerwowy chichot, gdy zobaczyłam wielki szyld informujący o promocji jednego z modeli zniczy:

 

Jakoś natychmiast miałam skojarzenia z mrożoną pizzą tudzież mrożoną wołowiną. Może niezbyt stosownie, ale tak jakoś.....

Czy ci ludzie w marketingu, którzy wymyślają takie bzdety, naprawde nie zastanowią się ani przez sekundę, jak to może zostac odebrane????

piątek, 21 października 2011

muszę Piotrkowi kupić spodnie.

Znowu.

Niby niedawno kupowane, a już sa za krótkie.

Ja wiem, ze stwory w tym wieku rosną w przerażającym tempie. 

Ale z Piotrkowymi spodniami mam jeszcze jeden problem.

otóż bardzo ciężko jest znaleźć odpowiedni rozmiar. Bo albo są dobre w obwodzie, ale za krótkie, albo nogawki odpowiedniej długości, ale całość zjeżdża mu z tyłka bez odpinania guzika. Jakby były za długie, to można skrócić, ale za krótkie? Mam doszywać kawałek nogawki????

Innymi słowy facet o figurze, jaką sama chciałabym mieć, szczupłe biodra i długaśne nogi.

Zamienię się.

czwartek, 20 października 2011

Skorupiak cierpiał od dłuższego czasu na wyjątkowo wredne bóle głowy. 

Poszedł w końcu do medycyny, sprawdzić, co jest grane i czy z tym graniem da sie coś zrobić.

Wiadomości pozytywnych, jak sam stwierdził,  są dwie.

  • Ma mózg. Na CT wyraźnie widać.
  • W tym mózgu wszystko jest w porządku. A już zaczynał świrować na temat jakichś guzów, krwiaków, czy innych pozostałości z czasów młodości chmurnej a durnej.

Wiadomości negatywne:

  • Ma zrośnięte dwa kręgi szyjne, co jest przyczyną bólów głowy w chwilach napięcia. 
  • Nie da sie z tym nic zrobić. Nie stresować sie tylko. Łatwo powiedzieć...

 

Po tych rewelacjach Skorupiaka rozmawiam z Mamą, która usilnie stara sie przypomnieć sobie, które zwierzaki mają zrośnięte kręgi szyjne. Aż mnie zatkało, zę pani dr nauk przyrodniczych, wieloletni nauczyciel biologii tego nie pamięta. 

- Żaby tak mają, Mamo. - Sama mnie tego uczyła, w szóstej klasie były kręgowce, a to był jedyny rok, kiedy miała lekcje z naszą klasą.

Mój ty Parchatku.....

Zawsze lubiłam swój głos.

Niski, do tego mam niezłą skalę,  i generalnie lubię śpiewać. W różnych chórkach szkolnych i innych migrowałam w zależności od potrzeb - zasadniczo śpiewałam w altach, ale jak brakowało sopranów, to też mogłam poratować sytuację.

Teraz do żadnych sopranów by mnie nikt nie przyjął, za to mam spore szanse na karierę jako bas. No, przynajmniej baryton.

Ma to swoje zalety, nie muszę kombinować z oktawą (jeśli coś chrzanię to prosze nie bić, umiem śpiewać tak sobie rozrywkowo, a nie profesjonalnie i na teorii muzyki znam sie jak świnia na gwiazdach, czyli wcale). Mogę sobie zaśpiewać z Zembatym Alleluja Cohena w tonacji oryginalnej (o ile mnie nie zatka i nie stracę głosu kompletnie).

 

 Za to już nie mam najmniejszej szansy na wyciągnięcie Psalmu z Anną Szałapak, który w normalnej sytuacji też mi sie mieści  w skali.

 

Niestety, jeśli za dużo gadam albo pośpiewam sobie basem, to tracę głos zupełnie. 

Nie mogę wtedy odpowiadać na głupie pytania, czytać dziecku, trudno sie ze mną kłócić, bo nie odpowiadam na zaczepki.

Zapalenie krtani ma swoje wady i zalety. 

środa, 19 października 2011

kupiłam jabłka na bazarku.

Konkretnie dwa kilo Elschowów i kilogram Mutsu.

Takie mamy fanaberie, Elschow to moja aktualnie (od trzech lat, czyli odkąd na nie trafilam) ukochana odmiana jabłek, a Mutsu zażyczył sobie Skorupiak. Jedne i drugie na oko są podobne do siebie, czerwono-żółte.

Umyłam je dzisiaj, odłożylam na suszarke do wyschnięcia.

Wieczorem po powrocie z pracy Skorupiak zaczął sie kręcić po kuchni, i poprosil:

- Kocie, odłóż proszę jabłka do miski. 

Ok, i tak miałam sie za to wziąć. Ale następne zdanie wmurowało mnie w grunt:

- Tylko nie pomyl odmian, proszę.

Bezczelny facet. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie dać mu w łeb tym, co miałam w ręku, ale zrezygnowałam. 

Uznałam, zę szkoda mi jabłek.

składałam ciuchy po praniu do szafy.

i tak sie zaczęłam zastanawiać, ileż to już lat ma moja ulubiona zielona bluza w rybki. Wiem dobrze, kiedy ją kupiłam (z dokładnością do dwóch tygodni), wiec zaczełam liczyć. 

Prawie mi sie procesor przegrzał, uwierzyć nie mogłam, ze to już tak dawno było (czytaj: że już sie tak starzeję ;)). 

Ale nie chce byc inaczej, moja ulubiona bluza ma, uwaga: 15,5 roku!!!!

Nie siepie sie, nie ma wytartych rękawów, ani wyblakłego wzoru.

Podejrzewam, ze dla sporej części kobiet wizja jednego ciucha zalegającego w szafie przez ponad 15 lat byłaby zgrozą, zbrodnią i czymś tam jeszcze na z. A co dopiero regularnego noszenia - nie do pomyślenia. Cóż, zawsze miałam olewcze podejście do mody, a ciuchy dzielę na dwie kategorie - te. które mi sie podobają, i te, które nie.

Ale tez nie jest to wieczorowa suknia. To jest typowa bluza do dżinsów, na wyjazdy w góry, jesienne popołudnia, zimowe wieczory, kiedy ma być ciepło. Milutka  od spodu, chociaż już nie aż tak, jak wtedy, kiedy ją kupiłam.

A kupiłam ją podczas wyjazdu na wymianę studencką do Francji. Między innymi zaliczyliśmy tam wizytę w oceanarium i bluza mi sie bardzo spodobała.

W czasie tamtego pobytu kupiłam sobie jeszcze jeden ciuch, który również mam do dziś. Poncho, czy jak to zwał, w szkocką kratę. 

W sklepie wolnocłowym  koleżanki rzuciły sie na perfumy, alkohole, papierosy.  A ja sobie wypatrzyłam poncho. Potem dziewczyny pukały się w głowę, czemu wydaję pieniądze na ciucha, zamiast przywieźć sobie whisky za wyjątkowo korzystną cenę. 

Cóż, whisky zapewne bym też nadal miała gdyż nie cierpię tego świństwa. Ale poncha używam, a whisky  - nie.  

A tak mam do tej pory frajdę z mojego poncha i rybnej bluzy. Posłużą mi jeszcze przez lata :)

 

 

Czytam sobie różne blogi. 

To tu, to tam, na bloxie, blogspocie, wordpress tez sie czasem przemyka.... 

I zwykle jest nieźle.

Ale w pewnym momencie blogspot przestał mnie lubić. Nie pozwala zamieszczać komentarzy. I to nie na jednym konkretnym blogu, tylko wszędzie. Złośliwiec jeden.

To znaczy, nie jest tak, ze całkiem nie mogę. czasem pozwoli, a czasem nie. Nigdy nie wiadomo, wiec próbuję, męczę sie z nadzieją, ze teraz już sie uda... Ale nie, łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Dziś udało mi sie za drugim razem, czasem piętnasty jest równie (nie)skuteczny jak pierwszy.

Ja rozumiem, że też bywam złośliwa, czasem całkiem wredna i ktoś może nie chcieć ze mną gadać. Ale czy naprawdę zasłużyłam na takie traktowanie? Jeśli tak to czym???? Poprawię się, słowo, tylko niech mnie BS uświadomi, co konkretnie mam zmienić. 

 

Przyjaciele z blogspota, nie zapominam o Was. Czytam, zaglądam, często próbuję coś napisać. Może sie w końcu uda....

wtorek, 18 października 2011

Miałam piękne plany na weekend. 

Konkretnie chcieliśmy wreszcie obejść jak należy piąte urodziny potomka.

Plany szlag trafia, powoli a skutecznie.

W sobotę mieli być przyjaciele z trójką dzieci. Nie przyjdą, głównie przeze mnie.

Moja prywatna diagnoza jest taka, że mam zapalenie krtani. 

Wiem, że lekarze nie lubią pacjentów, którzy przychodzą i mówią im, na co chorują i co lekarz ma przepisać. Ja będę mniej bezczelna, nie pamiętam, czym mnie ostatnio leczono w takiej sytuacji. Ale zapalenia krtani są rzeczą doskonale mi znaną. 

Zawsze zaczynało sie tak samo, tylko troche później, niż w tym roku. Tak pod koniec listopada zaczynałam trochę kaszleć. Kataru nie mialam, temperatury podwyższonej też, więc ganiałam na zajęcia. Kaszlałam coraz intensywniej, ale przecież sesja się zbliża, zaliczenia, takie tam, wiec nie mogę się teraz położyć do łóżka, pochoruję sobie w Święta i noworocznie. Albo - w wersji jeszcze bardziej przesuniętej, teraz jest sesja, pochoruję w czasie ferii. I w rezultacie w najwiekszym ogniu zaliczeń tracilam głos dokumentnie i zaczynałam płonąć - tak powyżej 39 jak nic. 

Od czasu studiów zmądrzałam nieco - zwłaszcza, jak powtórzyłam ten numer kilka razy. teraz ide do lekarza jak tylko sie zorientuję, ze to jest to.

Czyli jutro, w tym konkretnym przypadku.

Tyle dobrego, zę Skorupiak zdążył sie zaszczepić na grypę.

 

jakoś filozoficzny mam nastrój ostatnio. Ani chybi, za mało roboty, jak bede myc podłogi w domu dwa razy częściej (i dwa razy szybciej), to mi pewnie przejdzie.

Tym razem zeszło na demonstracje Oburzonych. 

Tak może od nietypowej strony, zebrałam sobie różne hasła, które plączą się wokół nas. Polityczne, marketingowe, różniste.

  • Jesteś tego warta
  • Polacy zasługują na więcej
  • Mam prawo do....
  • Państwo powinno zapewnić... (pracę, mieszkanie...)
  • Nie będziemy płacić za wasz kryzys
  • Nie zaszczepię mojego dziecka, bo mnie mama nie szczepiła i bylam zdrowa

Ja, moje, dla mnie.

Patrzę sobie na to wszystko i widzę jeden wspólny mianownik. Nieładny mianownik, dodajmy.

Roszczeniowość.

Potężną, niczym nie skrępowaną. Mnie sie należy, państwo ma zadbać o bezpłatną edukację od żłobka do studiów na dowolnej liczbie kierunków, mieszkania dla każdego (i dlaczego mam spłacać przez całe życie kredyt?), bezpłatną i znakomicie funkcjonującą, obejmującą pełne spektrum usług opiekę zdrowotną.

Tak samo jest w relacjach. Jak często można spotkać panie, które żądają od mężczyzny, aby:

  • był przystojny
  • miał odpowiednio gruby portfel
  • pracował w prestiżowym miejscu, a nie kopał rowy, żeby było sie czym pochwalić koleżankom, 
  • zapewnił ukochanej odpowiedni poziom finansowy - markowe ciuchy, SPA, odpowiedni samochód (nie będzie przecież jeździła metrem), dom, albo apartament, 
  • chodzil z nią na różne imprezy towarzyskie
  • przynosił kwiaty
  • nosil na rękach
  • całował siemię, po której stąpa dama jego serca.

Panowie żądają od partnerek, aby były:

  • piękne, 
  • seksowne, 
  • szczupłe, 
  • zadbane,
  • zawsze elegancko ubrane, z makijażem i fryzurą
  • perfekcyjnie organizowały funkcjonowanie domu  
  • wychowywały dzieci (mężczyźni nie mają czasu na wywiadówki)
  • pracowały zawodowo (po co mu taka kwoka, która nic sobą nie reprezentuje)
  • w łóżku pełne inwencji, energii i pomysłów.

Zanika nam jakoś umiejętność dawania zamiast brania, myślenia o innych, a nie tylko o sobie. Oczywiście, nie można przegiąć w drugą stronę, bycie wieczną służącą dla wszystkich "bo tak trzeba" jest pomysłem równie złym. Jesli ktoś chce dać siebie innym - ma do tego prawo, ale to musi być jego własna decyzja, a nie wynikająca z nacisków (choćby bardzo subtelnych) otoczenia.

Spoleczeństwo z definicji oznacza, że w pewnych sferach czerpiemy wspólnie pożytki z własnych działań, i wspólnie ponosimy koszty. Wspólnie zrzucamy sie na służbę zdrowia - w końcu lekarze nie mają obowiązku pracować za darmo, też chcą jeść, ubrać sie w coś lepszego, niż worek po mące, może posłać dziecko na kurs angielskiego? wyjechać na wakacje? ale też wspólnie też staramy sie zmniejszyć ryzyko wystąpienia groźnych chorób zakaźnych - poprzez szczepienia. jeśli zbyt dużo osób będzie patrzyło tylko na czubek własnego nosa, w końcu wysiłki tych szczepiących nie wystarczą - i będziemy mieli na przykład powtórkę z rozrywki z taką miłą chorobą, jak polio....

Oburzeni w Polsce krzyczeli, że nie chcą spłacać całe życie kredytu za mieszkanie. A w sumie, jak się tak dobrze przyjrzeć... Mieszkanie to coś o dużej wartości. Jesli chcę mieć coś kosztownego, to muszę za to zapłacić, prawda? Dlaczego ktoś ma mieć OBOWIĄZEK robienia mi takiego prezentu, do tego kosztem innych, którzy - być może - wcale nie mają na to ochoty? Albo mają inny pomysł, jak wydać te pieniądze dla dobra większej grupy, nie tylko na MOJE mieszkanie?

Ciągniemy dla siebie, ile wlezie. 

Może czasem warto rozejrzeć sie, czy ktoś obok nie potrzebuje czegoś bardziej - choćby odrobiny.

Dając też dostajemy. Satysfakcję, uśmiech, poprawiamy kawałek świata wokół nas. 

To, co sie da innym, wróci do nas jak bumerang. 

 

niedziela, 16 października 2011

Jak powszechnie wiadomo, dziecko mam wspaniałe. Opiekuńcze, uprzejme, pogodne, towarzyskie, otwarte i nie pamiętam, co tam jeszcze. 

Słyszę to z różnych stron, sama tez widzę, bom nie ślepa, a już na pewno nie na zalety własnego potomka.

Równocześnie przyglądam sie dzieciom w okolicy - na ulicy, podwórku, w przedszkolu...  I czasem mam ochotę podejść do mamy (taty, babci...), potrząsnąć solidnie i zapytać:

- Czy pani/pan zdaje sobie sprawę, jakie będą za dziesięć lat efekty właśnie zaprezentowanych metod wychowawczych?

 Mam poczucie, ze jakoś mało kto widzi ze to, co dziś damy dziecku, wróci do nas - niczym bumerang - za kilka - kilkanaście lat. I nie mam tu na myśli pieniędzy i szeroko pojętych dóbr materialnych. Chodzi mi o czas, uwagę, wspólne zajęcia, zainteresowania, rozmowy, dyskusje - słowem bycie razem, bycie prawdziwą rodziną. 

Obecnie bycie "dobrym rodzicem" często rozumiane jest jako zapewnianie dziecku pieniędzy na wszystkie zachcianki - albo na wszystkie możliwe zajęcia dodatkowe, najlepsze szkoły, dodatkowe języki, tenis, nauka muzyki, balet, ekskluzywne wycieczki po świecie, bale debiutantek i inne takie. Oczywiście - to wszystko wymaga ogromnych nakładów, jak sie to zsumuje, wiec rodzice zasuwają niczym traktorki. I nie mają czasu na dziecko, które z nudów zaczyna rozrabiać.

A tak naprawdę nie tyle z nudów, co żeby sprawdzić, co takiego musi odwinąć, żeby rodzice wreszcie zainteresowali się tym, co się z potomkiem dzieje...

Druga droga, równie częsta - to pozwalanie na wszystko - często pod pięknie brzmiącym hasłem wolności, nie narzucania niczego, nie krępowania, całkowitego oddania dziecku odpowiedzialności. To też jest robienie krzywdy. Bo dla dziecka jest to jasny sygnał - nie obchodzi mnie, co sie z tobą dzieje.

Oddawanie odpowiedzialności - to lenistwo, dziecko nie jest w stanie jej udźwignąć, brakuje mu wiedzy, umiejętności, nie ma sie do czego odwołać. Dopiero w miarę upływu czasu może sie nauczyć, że sobie da radę, jak rozwiązywać problemy, jak i gdzie - w razie potrzeby - poszukać wsparcia. 

kolejna strona tego medalu jest równie przerażająca: Niańczenie dzieci bez końca, nieoddawanie im ani odrobiny odpowiedzialności, nie pozwalania na choćby minimalną samodzielność. Dziecko sześcioletnie stoi jak kołek i czeka, aż mamusia nadzieje na nie wszystkie niezbędne części ubrania. Panna piętnastoletnia, która czeka, aż tata zrobi jej śniadanie i przygotuje na rano ubrania do szkoły.  Toż to zgrozą wieje!!!!!

Nie na darmo powstał termin "małpia miłość" - czyli chowanie dziecka pod kloszem, usuwanie każdej, nawet najmniejszej przeszkody. Tylko mama kiedyś przestanie sie opiekować i co wtedy? przecież taki dzieciak nie będzie mial pojęcia, jak sobie radzić w życiu. Bo do tej pory nie musiał...

Jak dwa lata temu szesnastoletnia Jessica Watson postanowiła samotnie opłynąć świat bez zatrzymywania sie i bez asysty - wrzask sie podniósł pod niebiosa, ze to dziecko, nieodpowiedzialna smarkula, odebrać rodzicom prawa rodzicielskie, nie wiem, co jeszcze.

Popłynęła. Dopłynęła, cała i zdrowa. Pokazała, ze wiek niekoniecznie musi być wyznacznikiem dorosłości. 

W średniowieczu osiemnastolatkowie  byli dorosłymi ludźmi, zakładali rodziny, dowodzili wojskami, wygrywali wojny. 

A dziś? 

Jak często jest to niezdecydowany osobnik, który nie wie, czego chce, często nawet nie ma pomysłu czy/co chce studiować, lub w inny sposób zaplanować sobie życie.

Krzyczy się mnóstwo o odbieraniu dzieciństwa w kontekście przyspieszenia momentu rozpoczynania edukacji. Ale, do licha ciężkiego, jak w taki razie radzą sobie dzieci w innych krajach, gdzie szkoła zaczyna sie wcześniej? Gdzie naukę podejmują już pięcio-, a nawet czterolatki? I jakoś nie dzieje im sie krzywda? 

Sami rodzice doprowadzają do tego, ze ich potomstwo nie próbuje korzystać ze swoich możliwości, ciekawości świata, możliwości odkrywania, uczenia sie. Odpowiadają na pytania krótko - nie teraz, nie zawracaj mi głowy, cicho szczeniaku, nie garb się. I dzieci przestają pytać... przestają szukać, odechciewa im się myśleć - bo i po co. Gdy kolejne próby są tłumione, w końcu przestaje sie próbować....

Dziecko może uczyć sie świata na wiele sposobów. Rozmawiając z rodzicami o tym, co widzi naokoło, o ptakach, roślinach, tęczy, deszczu, porach roku, o tym, dlaczego lód rozsadza rury i trzeba spuszczać wodę na zimę z instalacji w ogródku... 

Również zrobienie mamie śniadania,  chwila samodzielnej zabawy gdy tata jest zmęczony, czy podanie butelki z gorącą wodą na rozgrzanie bolącej głowy - to też nauka. Nauka troski o innych, tego, ze inni ludzie też istnieją że świat nie kręci sie wokół mnie. jeśli jest rodzeństwo, to o tę naukę  łatwiej ale jeśli nie ma....

pozwólmy dzieciom kochac nas - właśnie poprzez te drobne gesty. dla nich to ogromna satysfakcja, gdy widzą, jak wiele mogą dać z siebie - nie tylko brać.

Nie zabijajmy w dzieciach tej potrzeby dawania, bo potem sami będziemy narzekać, że tego nie umieją. 

sobota, 15 października 2011

Piotrek dziś szalał. 

Najpierw pomagał tacie zrobic obiad - mama w tym czasie włóczyła sie po mieście wożąc jednego takiego z uszkodzoną nogą po lekarzach - mamy nadzieję, zę już jest lepiej ;).

Potem panowie zabrali sie za sprzątanie Pytoniego pokoju. I tu jestem pełna podziwu dla obydwu. 

Odwalili kawał dobrej roboty wymietli mnóstwo śmieci, posegregowali zabawki - naprawdę, chapeaux bas!

Najfajniejsze było w tym wszystkim to, zę młody czuł sie naprawdę szczęśliwy - jakby nie było zasuwając przy robocie. A jednak nie narzekał, nie marudził (no, troszeczkę). Jeszcze na zakończenie sam doszedł do wniosku, ze jak sprzątamy razem, to robota idzie szybciej i potem mamy więcej czasu na wspólną zabawę....

Ciekawe, na jak długo mu to zostanie. Obawiam sie, ze za dziesięć lat taki numer może być trudniejszy.....

Jest sobie taki sklepik na Nowogrodzkiej 8 (w Warszawie, żeby nie było wątpliwości).

Sklepik z różnościami - a wszystkie przenoszą w przeszłość. Nie bez  powodu nazywa sie "Skarby prababuni". 

Można tam kupić i przetwory - dżemy, soki, sałatki warzywne, warzywa w zalewie... To, co jadłam było pyszne. 

Poza tym, dostaję tam regularnego amoku - i szlag mnie trafia z powodu faktu, że w białym i beżowym wyglądam jak nieboszczka na długotrwałym urlopie. 

Bo niejedną białą bluzke bym sobie sprawiła - i pewnie w końcu to zrobią, po czym zafarbuję albo zahaftuję (rodzina proszona jest o nie śmianie sie w tym miejscu!). krój mają bardzo fajny- takie lekko staroświeckie, właśnie jak z komody prababuni....

A do tego jeszcze galanteria stołowa - obrusy, bieżniki, serwetki, koszyczki na chleb (z płótna - bardzo fajne!), szafeczki na klucze, komódki, torby  płócienne... 

Znakomite miejsce, jesli sie szuka prezentów. 

I ma jeszcze jedną niebagatelną zaletę. Sklep jest prowadzony przez Fundację Domy Wspólnoty Chleb Życia siostry Małgorzaty Chmielewskiej. Każda rzecz kupiona tam oznacza zysk  nie dla wielkich korporacji. Tu pracują ludzie z rejonów o ponad 50%bezrobociu. Nie mieli pracy wiec - z inspiracją i pomocą siostry Małgorzaty zorganizowali ją sobie sami. Ona sama jest zresztą niezwykłą  osobą, ale to temat na odrębny wpis.

Kiedyś kupiłam tam Skorupiakowi szlafmycę. Taką porządną, z chwościkiem na końcu. Jak sie zrobiło zimno, to znowu ją wyciągnął z szuflady i używa. A niech sie tylko gdzieś zawieruszy! od razu jest raban i poszukiwania, bez szlafmycy nie śpi i koniec. 

Za każdym razem, jak na niego spojrzę - to mi sie kojarzy hasło:

 "Kingsajz dla każdego!"

czwartek, 13 października 2011

Udało mi sie przesadzić hoye i asparagusa. Tego drugiego od razu postawilam na parapecie u Piotrka, gdzie jego miejsce, i problem z głowy.

Z hoyą było gorzej. Bez pomocy obu panów P byłoby ciężko. 

Ja nie wiem, co tym roślinkom jest, ale  rośnie jak pomylona, wąsy ma kilometrowe. 

Rozpięliśmy ją w sypialni na linkach - i mamy zielony daszek nad łóżkiem. O taki:

 

 

 

Fajne to zielsko, tylko gorze będzie, jak zacznie kwitnąć. Ale co ja poradzę, że ją po prostu lubię?

Doczytałam sie dzisiaj, że komisja nazewnicza w Radzie Warszawy ma kolejny genialny pomysł. Oczywiście nie sama z siebie, tylko "inspirowana" (swoją drogą, ciekawe, co za argumenty przedstawiono) przez środowiska kombatanckie.

Otóż chcą zmienić kolejną nazwę już istniejącą  i wygodną, na  - oczywiście dłuższą - idiotycznie brzmiącą.

Mianowicie stacja metra Świętokrzyska ma sie teraz nazywać Świętokrzyska Pasta. 

W sieci natychmiast pojawiła sie duża ilośc komentarzy - prawie wszystkie przeciwne. I mnóstwo propozycji alternatywnych, np:

  • Majonez Kielecki
  • Świętokrzyska Pasta Colgate (firma powinna zapłacić za promocję)
  • Świętokrzyska Pasta Jajeczna
  • Pasta świętokrzyska

Do tego skojarzenia z pastą do butów, pastą mięsną, rybną, wszelkiej maści makaronami - w wielu językach zwanymi właśnie pastami, pomysł otwarcia tam knajpki z kuchnią włoską, i różne takie.

ktoś jeszcze dorzucił, że taka wersja nazwy jest niepoprawna, bo nazwa Pasta wzięła sie od budynku Państwowej Akcyjnej Spółki Telekomunikacyjnej. Czyli - jeśli już cokolwiek, to Świętokrzyska budynek PAST-y. Kretynizm, nazwa dłuższa od pociągu.

Oczywiście kwestię kosztów kombatanci, którzy zażyczyli sobie zmiany, dyskretnie pomijają milczeniem, a te sa w końcu niebagatelne - trzeba pozmieniać wszystkie naklejki  i rozkłady w metrze, na przystankach, autobusach. To jest centrum miasta i linii przejeżdżających tamtędy jest dużo.  za to zapłaci kto inny, nie oni. Oni zrobili swoje - walczyli lata temu, a teraz tylko wymagają. 

Kombatanci drodzy! Doceniam wasze działania w czasie wojny i Powstania. Ale, u licha, czy naprawde nie widzicie, że sami starannie zniechęcacie do siebie społeczeństwo??? Że kolejne zmiany nazw ulic tylko wkurzają ludzi? Że to jest bezsensowna strata czasu, całkiem realne koszty, zamieszanie.  Do tego te nazwy są co jedna, to bardziej nie do użycia. Jaki bbył sens zamiany ronda Babka na rondo Zgrupowania Armii Krajowej "Radosław"? części ulicy Wrocławskiej na Żołnierzy Wyklętych? Teraz znowu ta Świętokrzyska... Dajcie może wreszcie spokój, zanim ktoś da na mszę o szybkie wymarcie dinozaurów...

 

Dopisek późniejszy

Jakoś temat nazewnictwa w Warszawie ostatnio za mną biega, niedawno rozmawiałam sobie o tym ze znajomym, dzisiaj z koleżanką - w kontekście nieszczęsnej Świętokrzyskiej, a teraz znalazłam jeszcze jeden artykuł na ten temat.  I tu mnie juz powaliło dokładnie. Odtąd moim hitem jest propozycja nadania ulicy nazwy Sabotażu Niemieckich Okrętów Podwodnych!.

kocham mojego koteczka bardzo, ale ma pewne cechy i zagrania, których mógłby nie mieć.

na przykład poluje na ptaki.

Rozumiem, że to instynkt, że w naturze nikt takiemu kotu nie stawiał pod nosem miseczki z chrupkami, ani nie podsuwał wątróbki pod nos. Zresztą, czym sie różni wątróbka z kurczaka od własnoręcznie (własnopazurnie?) upolowanej? najwyżej dodatkami.

Kupowanie mu obróżek z dzwonkiem odpuściłam już dawno, wystarczył kwadrans poza domem, żeby wracał już bez niej. Groziło bankructwem, jednorazówki jakieś.

dziś paskud jeden upolował sikorkę. Wyszliśmy razem, odprowadzałam Piotrka do przedszkola. Jak wracałam - kot właśnie przymierzał sie do konsumpcji....

Smutno,  z jednej strony głupio mieć do niego o to pretensje - jak chciałam mieć roślinożercę, to mogłam sobie sprawić chomika. Wybrałam kota. Z drugiej - sikorek szkoda...

Wychodzimy do moich rodziców.

Piotrek oczywiście chce zabrać milion zabawek, łącznie z jakąś przedziwną konstrukcją z klocków, która jest mocno niestabilna.

Zgodziłam sie na kieszonkę-kangurkę (taka na pasek) z różną drobnicą, ale na klocki stawiam szlaban.

Zaczyna sie wrzask. Ja tradycyjnie mówie spokojnie:

- Piotrek, klocków nie bierzemy - czekam co będzie dalej.

Młody sie drze.

Po chwili nagle ryk milknie.

- Nie warto było tak wrzeszczeć, prawda? - rozlega sie cienki głosik mojego dziecka.

- Prawda synku. 

I całkiem spokojnie odkłada klocki na stolik i wychodzimy z domu.

Opłaciło sie. Moje wielokrotnie powtarzane pytanie - a właściwie dwa, w zależności od sytuacji:

1. Czy kiedykolwiek wygrałeś coś ze mną wrzaskiem? - gdy usiłował coś wymusić. To na mnie nie działa, a zwykła prośba całkiem nieźle, 

2. Czy warto było tak wrzeszczeć? - gdy po długim wrzasku i tak stwierdzał, że nic nie zwojował, a tylko stracił trochę energii i czasu (np. przeznaczonego na wieczorne czytanie).

A ileż mniej wysiłku  mojej strony......

 
1 , 2