O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

sobota, 30 października 2010

Powód imprezki - wieloraki. Imieniny Małża, imieniny brata (cwanie załatwiłam sprawę, obaj mają tak samo na imię. Szkoda, że brat nie ożenił sie z moją imienniczką, ale imię jego żony też jest licznie reprezentowane w rodzinie, jest z kim mylić ;),  No i , last, but not least, nasza rocznica ślubu. Jedenasta zresztą.

W związku z tym postanowiliśmy poświętować, jak jeszcze nigdy. Sprzedaliśmy dziecko do dziadków i ... poszliśmy robić porządki w piwnicy.

Nazbierało sie tam przez te lata różnych śmieci., A to jakieś kawałki różne drewniane, co to zostały i może sie przydadzą. Milion słoików. Pierdylion pudełek najróżniejszej maści i rozmiarów - większość gwarancji sprzętów zawierała nieprzyjemny dopisek "dostarczyć w orginalnym opakowaniu. Gwarancje minęły, pudełka poleciały won. Masa złomu mężowego - kabelki, gniazdka, kawałki komputerowe, hydrauliczne...  Różniste kawałki malarsko-tynkarskie. Trzy wory zaprawy tynkarskiej, z tego dwa skamieniałe po zalaniu piwnicy w czasiei czerwcowych burz. jakieś biurko pod komputer w częściach. sama nie wiem, co jeszcze.

W każdym razie wywieźliśmy do śmietnika cztery pełne taczki (jak dobrze, że gospodarz domu ma w naszej klatce swoją kanciapę i taczkę też...), do tego dwie wielkie siaty słoików, trzy torby makulatury, a elektrośmieci pojada jutro. Na szczęście mamy namierzony stały pojemnik na takie cuda, bo poza tym to są w soboty wystawiane, ale dziś nie zdążyliśmy, a następna sobota dalekooooo.....

W związku z powyższym zmęczeni jesteśmy oboje potwornie. I idziemy spać, ciesząc sie, ze mamy o godzinę więcej na to miłe zajęcie.

Dobranoc.

 

piątek, 29 października 2010

Poszłam z Piotrkiem do kuchni na kolację. Najpierw zażyczył sobie "spagetki". Ponieważ Do "spagetki" musiałabym ugotować makaron, zaproponowałam Piotrkowi, żeby przez ten czas posprzątał swoje zabawki.

I tu się zaczął problem. Młody uznał, że zabawki będzie sprzątał po niedzieli. A ponieważ my mam w planach na jutro wynoszenie mebli z tamtego pokoju - na razie wyleciały pudła z różnościami, ale trzeba wynieść wszystko, pomalować i kupić meble dla Piotrka - pomysł potomka nie zyskał mojej akceptacji. A potomek sie rozdarł....

Ostatnio w ogóle jest kłopot, bo szanowny pan niekoniecznie słucha, co sie do niego mówi. Wielokrotne powtarzanie nie skutkuje, juz nawet panie w przedszkolu sie skarżyły. Wczoraj niereagowanie na polecenia skończylo sie krwotokiem z Pietruszkowego nosa. W związku z tym dziś pdbyła sie poważna rozmowa i zostało ustalone, zę jak Piotr nie słucha, to nie ma już powtarzania w nieskończoność, tylko jest jedno ostrzeżenie i potem są wyciągane konsekwencje. Zaakceptował to.

Wrzask potomka na tle zabawek trwał. Uprzedziłam, zę jak nie przestanie, to nie będzie spagetti, tylko chleb z masłem. Darł się dalej. Spagetti przegrał. Kolejne ostrzeżenie, jak nie przestanie - nie ma czytania i śpiewania na dobranoc. Rozwrzeszczał się tak konkursowo, ale matka odporna, nie takie wrzaski sie wytrzymywało. Przestał w końcu widząc, ze nic nie zwojował, przeprosił. Ale przy tym wszystkim strzeliło mu - nadwyrężone wczoraj - naczynie krwionośne i po chwili młody chlapał krwią z nosa.  trochę sie wystraszył.

Ja mniej, bo sama w wieku smarkatym miałam z tym problem i wielokrotnie juchą bluzgałam na wszystkie strony na potęgę - tak, że nawet spongostan nie dawał rady. Wystarczyło mi czsem kichnąć.Ale za to radzilam sobie z tym lepiej niż niejedna szkolna pielęgniarka.

Zabrałam gościa do łazienki, zrobilam, co trzeba i po chwili był spokój. Na kolację zaordynowałam jogurcik - zimne, więc poobkurcza naczynia krwionośne,  bułka z masłem i do łóżka.

Przy okazji wytłumaczyłam mu, zę wczoraj uszkodził naczynie, teraz jest delikatne, a jak sie tak napinał wrzeszcząc i machając łapami, to po prostu znowu pękło  w tym samym miejscu, co poprzednio, bo sie jeszcze nie zdążyło zregenerować. I że przez najbliższe parę dni ma nie wrzeszczeć, bo będzie powtórka :)

 

 

Ścięło mnie z nóg. Zimno, zdechle i ogólnie do bani. W związku z tym położyłam się spać.

Jak się obudziłam, to Piotruś siedział obok. Ucieszyłam się, zaczęliśmy sobie gadać:

- Jesteś moją bardzo kochaną Pietruszką.

- Wiem o tym. Ja też was bardzo kocham. Całe szczęście, że się właśnie wam urodziłem.

- No pewnie.

Przypomniał sobie, że jutro jest nasza rocznica ślubu.

- Bo na waszym ślubie, to mnie jeszcze nie było, prawda?

- nie było cię.

- No właśnie, dopiero po ślubie dwie komóreczki mogły się spotkać  ze sobą i zacząłem sie robić.

Ja mu tego nie mówiłam, ale wniosek w sumie niegłupi....

- A te komóreczki jak sie spotkały, to musiały się najpierw zakochać w sobie!

 

Wyobraziłam sobie zakochaną komórkę jajową z plemnikiem podczas romantycznej kolacji przy świecach i wymiękłam... :)

niedziela, 24 października 2010

Udało nam się wreszcie odgruzować pokój, który docelowo jest przeznaczony dla Piotrka.

Małż zaroponował mu spanie tam - kiedyś już próbowaliśmy, ale wtedy się bał spać sam. Teraz mordka się rozpromieniła, ucieszył sie jak świnka w błocie.

Po poworcie z kościoła kładziemy go tam, Piotrek już włazi do łóżka, a tu nagle odwrócil się i wypalił:

- Dobrze, ze śpię tutaj.

- Tak? A dlaczego?

- Bo tata nie będzie mi przeszkadzał swoim chrapaniem!

Wracamy z kościoła. Byliśmy późno, na 20.15 - wcześniej był kolega Piotrusia z okazji jego urodzin, wraz z mamą. Reszta rodziny została w domu, jako, że byli zasmarkani nadmiernie.

Prawdę mówiąc, nie sądziłam, zę Piotrek będzie mial sily jeszcze na mszę - cały dzień miał dziś bardzo aktywny, na koniec goście. Ale nie ma to tamto, pilnował twardo. Nieśmiala próba zmiany kościoła - na któryc bliższy - została z miejsca odrzucona, mają byc doinikanie i koniec.

No to pojechaliśmy. Pietruszek już bardzo zmęczony zasypiał mi na rękach, ale bardzo grzecznie sie zachowywał. W pewnym momencie trochę się rozczmuchał i poinformował mnie o przybyciu kolejnych chętnych do naszego stada zwierzątek. Jak usłyszałam, kto tym razem, to sie ucieszyłam, ze siedzę.

Otóż stan naszej menażerii (nie wie, czy nadal mogę używać tego słowa) powiększył sie o:

  • stadko spidermanów
  • panów Bogów
  • ksiądze

Nie mam więcej pytań.

 

 

sobota, 23 października 2010

Ostatnimi czasy posób na uśpienie Piotrka jest prosty. Małż bierze gitarę, tupta dopokoju i zaczyna śpiewać.

Zwykle wystarczą trzy piosenki i oczka się zamykają.

Żelazny zestaw obejmuje:

  • jedną piosenkę Jacka Kowalskiego
  • jedną piosenkę Jacka Kaczmarskiego
  • trzecie coś, wszystko jedno. Czasem nawet zdąży zasnąć wcześniej...

Skorupiak doszedł do wniosku, ze musi nauczyć się Poloneza biesiadnego - piosenki napisanej i śpiewanej wspólnie przez obu Jacków...

Wracamy z bazarku. Piotr znienacka oznajmił, ze chciałby pójść do kina. Ponieważ nigdy tam nie był (my też mało kinowi, za głośno tam jest), więc zapytaliśmy nieśmiało, kto mu podpowiedział taki pomysł i dlaczego akurat do kina.

Odpowiedź na pytanie pierwsze była w sumie łatwa do przewidzenia, choć z lekką modyfikacją:

- Powiedział i o tym mój konik, Helik. A chcę pójść, bo tam jest popmol.

- Co tam jest????

- No popmol przecież.

- Aha, a co to jest?

- Takie ziarenka z solą?

- A, popcorn!

- No właśnie, popmol!

- Piotrek, a kto to jest Helik? Jakiś nowy konik?

- Tak, on przyjechał z miejsca, gdzie jest bardzo zimno, i dużo śniegu i góry. I lód.

Coś mi zaczęło dzwonićmiędzy uszami, o co może mu chodzić. W tym czasie Piotrek dołożył jeszcze jednego konika:

- I Szelik też tam był, to też konik.

W tym momencie już byłam pewna, skąd przyjechał Helik.

- Pietruszko, czy Helik i Szelik przyjechali z Antarktydy? Tam, gdzie statek pana Shackletona wmarzł w lód?

- No właśnie, dokładnie tak!!!

Takie są efekty rozmów z czterolatkiem o moich zainteresowaniach....

 

Tyle właśnie przybyło do Piotrusiowego stada zwierzątek. Ponieważ idzie zima, robi sie coraz chłodniej a biedactwa nie miały domu, poprosiły o pozwolenie na zamieszkanie z nami.

Piotrek zapytał, czy się zgadzam, a ja przezornie zapytałam o dietę. W końcu 879 dodatkowych lokatorów o nie byle co, nawet jeśli są to malutkie stonogi. Jadłospis spowodował u mnie wytrzeszcz wszystkiego, co sie dało wytrzeszczyć:

  • kakao
  • kanapki z serem, musztardą, muchami i miodem (tylko nie wiem, czy to wszystko ma się znaleźć na jednej kanapce, czy może być oddzielnie...

W ogóle jego menażeria jest coraz bardziej niezwykła. Arka Noego, bym powiedziała. Na pokładzie mamy już:

  • koniki
  • owce
  • wielbąłądy
  • mrówki
  • psy
  • koty
  • wilki
  • myszy
  • małpy
  • nietoperze
  • dobre pająki
  • dobre komary (to takie, które nie gryzą, tylko piją krew z kubeczka. "Zmierzch" czytał, czy co?
  • świnki
  • stonogi

Pewnie było coś jeszcze, ale nie spamiętałam wszystkiego. Oczywiście zwierzątka przychodzą stadami (najczęściej sporymi), nie dwójkami. Z rozmachem, a co.

Dobrze, że od początku zapowiedziałam, ze to Piotrek ma je czyścić, leczyć, dbać o aprowizacje i sprzątać im w przyczepce, w której mieszkają. Ponieważ sam sobie zdaje sprawę, ze przyczepka nie jest z gumy, co jakiś czas wydaje polecenie swoim sprzętom, żeby ją rozbudowały. Udzielny władca z niego, macha ręką, wydaje rozkaz, a sprzęty lecą w dyrdy go wykonać. Też bym chciała mieć takich pomocników.

Ciekawe, kto jeszcze dołączy nam do stada....

 

środa, 20 października 2010

Ręce mi opadły.

Wczorajsze Szkło kontaktowe - Daukszewicz spierał sie z kimś (nie pamiętam, przepraszam),  o PISOWNIĘ. Ortografię innymi słowy, żeby się komuś z PiS nie skojarzyło. Wyraźnie z kontekstu wynika, zę zastanawiają się, jak sie to trudne słowo pisze - watahy czy watachy. I nie ma  - akurat w tym fragmencie - żadnych złośliwości politycznych.

Ale PiS po trafi. Pani Kempa oczywiście z pretensjami, wyborcy takoż... Ludzie, myślcie, to nie boli. Jak się ktoś chce czepiać tego, co zostało powiedziane, to warto najpierw dokładnie sprawdzić, co i w JAKIM KONTEKŚCIE padło.

Bo można z siebie zrobic durnia.

Nie, to nie jest pomyłka. Miał być Hex, a nie sex.

Dla tych którzy nie rozpoznali ( w końcu nie każdy musi czytać Pratchetta): Hex to jest komputer na Niewidocznym Uniwersytecie. Jest równie niezwykły jak sam Uniwersytet i jedo pracownicy - Magowie. Hex składa sie z wielu części, których przeznaczenia nie rozumie nikt, ale których usunięcie powoduje zaburzenia funkcjonowania. Jednym z takich elementów jest mysie gniazdo.... Napędzany jest mrówkami. Oto fragment dialogu nadrektora z Myślakiem na ten temat:

- Muszę zauważyć, że kiedy ostatnio tam zaglądałem, zauważyłem w samym środku baranią czaszkę - wtrącił Ridcully.

- Musieliśmy ją tam dołączyć. Okazała sie niezbędna do trasforacji okultystycznych. Ale...

- I jeszcze kółka zębate i śruby.

- Mrówki nie radzą sobie za dobrze z analizą różniczkową, więc...

- A ta dziwna, trzęsąca się rzecz z kukułką?

- To zegar czasu nierzeczywistego.

(to jest fragment opisu Hexa z "Ciekawych czasów" Pratchetta, w innych częściach Świata Dysku pojawiają się kolejne opisy tego komputera, co jeden, to lepszy).

A wszystko to dzięki mojemu kochanemu synkowi - bo jakże by inaczej.

Po powrocie z przedszkola postanowił zrobić COŚ. Składało sie z mnóstwa różnych dziwnych elementów, straży pożarnej, kręgli, sznurka i innych bliżej niezidentyfkowanych. Zajmowało pół podłogi w salonie. I wyglądem przypominało Hexa.

Całe szczęście, zę mrówek  nie było. Mysie gniazdo bym zniosła, zresztą z tym to Czort poradziłby sobie błyskawicznie, ale mrówki w domu są źle widziane.

poniedziałek, 18 października 2010

Piotrek w zeszłym tygodniu przyniósł mi bukiet jesiennych lisci.

Miło mi się zrobiło, wstawiłam do wazonu, postawilam w kuchni na stole.

Liście miały jedną wadę - krótkie łodyżki, wypadały, wpadały do masła, do kubków i w różne inne niewygodne miejsca.

Poprosiłam Piotrusia, żeby następnym razem uwzglednił prawa grawitacji,  i raczej zbierał liście z dłuższymi łodyżkami. Po czym dodałam, że na razie wystarczy mi liści i może nie tak od razu ten bukiet.

Dziś poszłam odebrać synka z przedszkola i widzę, ze na jego szafce w szatni leży wielgachny pęk liści. Ponieważ u innych dzieci nic takiego nie było, pytam Pietruszkę, czyje to liście.:

- To dla ciebie mamusiu. I pamiętałem, że prosiłaś o długie łodyżki, zobacz, wszystkie mają długie.

No i co ja mam zrobić?

W ten sposób mam kolejny pęk usychających liści, który przeszkadza mi na stole jak wszyscy diabli. Równocześnie doceniam starania synka, to, że uwzględnił moją prośbę, że chciał zrobic mi przyjemność, że sie postarał... Tylko jak mu teraz powiedzieć, że NIE CHCĘ JUŻ ŻADNYCH LIŚCI???????

środa, 13 października 2010

nie umiem ogarnąć. tyle sprzecznych emocji, zdarzeń tragicznych i radosnych, szczęścia i dramatu - nie starcza mi uczuć, by to objąć.

Wczorajszy wypadek. Osiemnaście osób, które chciały po prostu zarobić pare złotych przy zbiorach jabłek  - na opał, na chleb, ciepłe buty dla syna, wesele córki. Jechali w sposób absolutnie urągający wszelkim zasadom bezpieczeństwa.

Chile. To co tam sie dzieje, jest nieprawdopodobne. Sześćdziesiąt dziewięć dni pod ziemią, ponad sześćset metrów - i wszyscy żyją, w niezłej formie, są wlaśnie wydobywani na powierzchnię. Trzydzieści trzy osoby dostały drugie życie.

Dzisiejszy telefon od męża z pracy: Przywieź koszulę czystą. Po głosie słychać, ze coś jest bardzo nie tak. Pojechałam. Okazało sie, że kolega siedzący biurko w biurko  miał zawał. Kwadrans masażu serca zanim  przyjechało pogotowie. Transport na OIT. Koronarografia. Stenty. Drugi zawał. Zgon.

Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie...

poniedziałek, 11 października 2010

Wieczorna modlitwa - jak zawsze Piotrek opowiada Bogu, co sie ciekawego wydarzyło.

- Panie Bogu, wiesz co? Ja mam dzisiaj urodziny, możesz mi złożyć życzenia!

 

niedziela, 10 października 2010

Poszliśy znowu na koncert Jacka Kowalskiego. Na szczęscie zdrowotnie jest już lepiej, więc uznałam, że nie popuszczę.

I musze pochwalić synka (albo pochwalić się synkiem).

Piotrek umówił sie z tatą, że najpierw idą na spacer, karmić kaczki, potem obiad i po obiedzie spanie - zwykle to już nie wychodzi, Pietruszka sie złości, że jest za duży na spanie w domu w środku dnia.

Tu chodziło o to, żeby nie był zmęczony na koncercie bo byłoby trudno i jemu i nam. I synek po obiedzie podziękował grzecznie i powiedział, zę idzie teraz spać, po czym potuptał do łóżka...

W trakcie koncertu Piotrek wysiedział elegancko całe półtorej godziny - kręcił się, ale cichutko, bawił sie czapeczkami żołędziowymi, które znalazł przed wejściem, a potem wystukiwaliśmy sobie razem rytm. Piosenki - a przynajmniej część - Piotrek zna i lubi, więc sie nie nudził, czasem podśpiewywał pod nosem.

I uśmiechal sie radośnie do córki Jacka, która sprzedawała płytki i książki. Piotrek, o czym już pisałam kiedyś, ma zwyczaj na każdej imprezie rodzinno-towarzyskiej wynaleźć sobie najładniejszą dziewczynę i czarować. Różnica wieku nie ma znaczenia, oczarowuje wszystkie jak leci - na którymś spędzie kuzyn był zniesmaczony,bo jego narzeczona zajęła się Piotrusiem (albo Piotruś narzeczoną) i nie zwracała na niego uwagi...

Dumna jestem z synka. I tyle.

 

Piotrek ma jutro urodziny. Ostatnio przy okazji zakupów przeszliśmy przez dział z zabawkami. Przent co prawda juz mamy dla niego, ale na zasadzie "nie bądź gapą" - warto sprawdzić, co jest, zwłaszcza, że do gwiazdki wcale nie jest tak daleko.

I znaleźliśmy. Rzuciliśmy sie z kwikiem radości. Wydaliśmy całe 5 złotych. Miejsca nie zajmuje dużo.

Pchełki.

Pogramy sobie  jak Piotrek pójdzie spać.

sobota, 09 października 2010

Piotrek wyciągnął dziś z półki książkę i zaczął przeglądać.

Nic nadzwyczajnego - książek u nas jest od grzyba i trochę, Piotrek też ma swoje ulubione.

tym razem usiedliśmy sobie razem w fotelu, Piotruś poprosił, żebym mu opowiedziała o zdjęciach z tej książki.

A mnie sie zrobiło... nie umiem tego nazwać, trochę taki dreszcz po plecach, jak wtedy, gdy dzieje sie coś niezwykłego, coś wielkiego.

Bo książka, którą wybrał, to była "Wyprawa Endurance" Alfreda Lainsinga.

W szkole podstawowej i potem na początku liceum przeszłam przez okres fascynacji wyprawami polarnymi.

Jedną z książek, która wywarła na mnie największe wrażenie była właśnie ta. Właściwie nie chodziło tu o samą książkę. Autor tylko ubrał w słowa to, co było całkiem nieprawdopodobne, to czego dokonał sir Ernest Shackleton wraz z załogą.

W 1914 roku wypłynął wraz z 28-osobową załogą, by przejść przez Antarktydę od Morza Weddela do Morza Rossa.

Nie udało mu sie osiągnąć celu, Endurance został (czy została? zawsze mam z tym kłopot) uwięziony w lodzie. Przez ponad pół roku mieli nadzieję, ze uda sie jakoś oswobodzić statek  z lodu i wydostać na otwartą wodę. Niestety, 27 października 1915 roku Endurance został ostatecznie zmiażdżony przez lód i zatonął. Załoga zabrała trzy szalupy ratunkowe, to, co dało się ocalić i płynąc początkowo na krach, potem, jak dotarli w pobliże lądu  - w szalupach, dotarli do Wyspy Słoniowej. Tam założyli obozowisko, a sam Shackleton z piątką towarzyszy wziął jedną z szalup i przepłynął 1200 (to nie pomyłka, tysiąc dwieście!!!) kilometrów, by dotrzeć na Południową Georgię, gdzie była stacja wielorybnicza, z której wyruszyli na wyprawę półtora roku wcześniej. Niezorientowanym przypominam, ze to są okolice przylądka Horn....

Dotarli do wyspy, ale na przeciwległym końcu - od stacji oddzielało ich pasmo gór. Musieli sie spieszyć, sezon wielorybniczy zbliżał sie ku końcowi. Shackleton zdecydowął się zostawić dwóch najsłabszych towarzyszy w zatoce, do której przybili i ruszył przez góry.

Mieli ze sobą trochę liny i siekierę.

Szli przez 36 godzin, zmęczeni, zmarznięci.

Posuwali sie powoli - droga była piekielnie trudna, oni u kresu sił. Ale szli - wiedzieli, ze jeśli sie zatrzymają, żeby się zdrzemnąc, to sie już nie obudzą.

W końcu usłyszeli dźwięk - gwizdek maszyny parowej, który o 6.30 ogłaszał pobudkę. Pierwszy odgłos cywilizacji od półtora roku.

Kilka godzin zajęło im jeszcze zejście z grani. Gdy w końcy doszli do stacji, dwaj chłopcy, którzy ich zobaczyli, uciekli przerażeni.

Natychmiast wyruszył statek, by zabrać pozostałych dwóch członków załogi, którzy dopłynęli z nimi do Południowej Georgii. Znalezienie takiego, który miałby szanse przebic się przez lód i zabrać towarzyszy z Wyspy Słoniowej trwało ponad trzy miesiące - lód uniemożliwiał dotarcie tam kolejnym jednostkom, trwająca wojna spowodowała, że rząd brytyjski miał inne problemy niż ratowanie członków ekspedycji, o kórych wszyscy byli przekonani, że dawno nie żyją.  Wysłany wreszcie przezeń statek mógł dotrzeć zbyt późno.  W końcu udało sie wypożyczyć od rządu chilijskiego stary holownik, który dotarł do celu.

Najbardziej nieprawdopodobne w całej tej historii jest to, że wszyscy przeżyli. Mimo skrajnie trudnych warunków, głodu - w sezonie zimowym nie było na co polowac, czasem się trafiała jakaś pojedyncza foka, zimna, braku podstawowych środków medycznych - udało im sie.

Gdy Piotrek zaczął dziś oglądać zdjęcia z tej właśnie książki, domagając sie komentarza - pomyślałam, że może przejmie kiedyś te moją pasję. Może będziemy mogli razem przeżywać wyprawy Scotta, Amundsena, Nansena, Papanina i wielu innych. Tych wspaniałych ludzi, którzy nie bali sie ryzyka, którzy nie poddawali się przy pierwszych trudnościach.

Jeszcze kawałek komentarza. Potem jednej tylko grupie udało sie przejśc przez Południową Georgię. W 1955 roku dokonał tego zespół alpinistów brytyjskich . Byli znakomicie wyposażeni we wszsytko, co tylko mogło byc potrzebne. Nie spieszyli sie, byli w świetnej formie.

Z późniejszego opisu wyprawy wynikało, ze mieli do wyboru dwie trasy - "górną" i "dolną". Dzieliło je może z dziesięć mil, ale stopniem trudności różniły się ogromnie. Dunacan Carse, przywódca tej wyprawy pisał:

Podróżujemy dziś łatwo i bez pośpiechu. Jesteśmy doświadczpnymi ludżmi, mamy sanie, namooty, mnóstwo żywności i czasu. Zdobywamy nowe tereny, ale mamy czas i okazję, żeby wypróbowac nowe przejścia. mamy wolny wybór i decydujemy sie tylkko na ryzyko przemyślane. Wybraliśmy górna trasę.

Oni - Shackleton, Worsley i Crean - poszli trasą dolną.

Nie wiem, jak potrafili tego dokonać, wiem tylko, ze udało im sie to - trzem mężczyznom z heroicznej epoki badań antarktycznych, uzbrojonym w 50 stóp liny - i ciesielską siekierkę.

Edmund Hillary, zdobywca Mount Everestu, tak powiedział potem:

Dla naukowych odkryć dajcie mi Scotta, dla  prędkości i sprawności dajcie mi Amundsena, ale gdy nastąpi katastrofa i stracicie wszelką nadzieję, padnijcie na kolana i módlcie sie o Shackletona.

Miał rację.

 

PS. Kilka miesięcy temu, w lutym naukowcy znaleźli trzy skrzynki whisky i dwie - brandy, zostawione na wyspie Rossa właśnie przez Shackletona podczas poprzedniej wyprawy. W latach 1907-1909 chciał dotrzeć na biegun południowy, musiał zawrócić 160 km od celu, gdyż wyczerpały sie zapasy.

Mistrz kompozycji w destylarni, która wówczas zaopatrywała wyprawę stwierdził, że to znalezisko to "dar niebios" dla miłośników tych trunków, gdyż będzie można odtworzyć na tej podstawie oryginalne receptury, które dawno przepadły...

piątek, 08 października 2010

Piotrek juz w łóżku.

Ostatnio zamiast wieczornego czytania jest wieczorne spiewanie. Małż bierze gitarę, spiewniki, i zasuwa.

Czasem dołączam ale ostatnio z racji zachrypienia - nie.

I tak mi sie przypomniał kawał:

Małżeństwo usiłuje uśpić niemowlaka. Noszą na rękach, tulą, głaszczą, bujają... Nic nie pomaga. Smoczek - nie, pielucha w porządku, pojedzony - i drze dzioba. Znękana matka proponuje, że może zaśpiewa dziecku kołysankę. A mąż na to:

- Nie, spróbujmy jeszcze po dobroci...

znalezisko odkryte we własnej szafce.

Może sie nieby zdarzyć.

Dziwniejsze jest to, ze znalezisko nie jest kupne, produkcja domowa. Moja osobista, sądząc po naklejce na słoiku.

A ja kompletnie nie pamiętam, zebym robiła takie coś...

Chodzi o marmolade z mirabelek.

Mirabelki są w ogóle uważane za owocowe kundle, mało kto je zna i lubi.A to jest duża strata, te żółciutkie aromatyczne śliweczki dają pyszny, kwaskowaty dżem. Robię go systematycznie, co roku - to najlepszy dżem na świecie.

Normalnie smażę po prostu dżem, ale dwa lata temu coś mi strzeliło i przetarłam go przez sitko. Powstała fajna, średnio twarda marmolada, bardzo dobra.

I tylko zachodzę w głowę, jak to sie stało, że nie pamiętałam, że mam takie pyszności w szafce....

 

 

 

 

czwartek, 07 października 2010

Siedzimy w kuchni szykujemy sie do jedzenia. Piotrek wparował pędęm do toalety (mieszczącej sie okob kuchni, przez ścianę). I zostawił otwarte drzwi.

Dźwięki dość jednoznacznie sugerują, czym potomek sie zajmuje, wiec pytam synka, czemu nie zamknął drzwi.

- Bo ja chciałem was słyszeć!

Hm. To miło, ale my niekoniecznie chcieliśmy słyszeć jego w takiej sytuacji. Zwłaszcza podczas jedzenia.

 

Zdaje sie, ze niniejszym wpisem wkomponowałam sie w obowiązującą dziś tematykę... - jak widać tu i tu.

środa, 06 października 2010

Pietruszek ostatnio strasznie protestował, jak tata miał go kąpać. Zachodziliśmy w głowę, o co chodzi. Wrzask był potworny, protest i bunt na całego.

W końcu dziś udało się wydobyć z niego, o co chodzi:

- Bo ja nie lubię, jak tata jest kosmaty. Bo ja sie brudzę od jego włosów.

Szczęki nam opadły, spodziewaliśmy sie różnych pomysłów, ale to nas przerosło.

Faktycznie, młody oglądając "Było sobie życie" nabrał nawyków higienicznych, sam myje zęby, łapki i inne takie, z werwą rozmawia o bakteriach. I kosmatość taty widocznie jakoś mu sie przełożyła na brud... Nie mam pojęcia jak, bo w przeciwieństwie do wielu (niestety) przedstawicieli brzydszej polowy świata, Małż jest czyścioszek i moczenie sie w wannie stanowi jedno z jego ulubionych zajęć. Aż się czasem zastanawiam, czy nie jest spokrewniony z nutrią albo innym wodnym stworem.

Tak czy inaczej, Piotrek dał sie przekonać. Zdaje sie, ze istotnym argumentem było to, ze tata właśnie przed chwilą wylazł z wanny i w momencie dyskusji był zdecydowanie najczystszym przedstawicielem rodziny.

A teraz pogadują sobie w łazience i wszystko jest w porzadku.

Dzieci to jednak mają pomysły...

Zlecenie wykonane, morderstwo stało sie faktem.

Cholerna mucha już nie będzie mi brzeczeć po mieszkaniu!!!!

Będę musiała Małżowi zaśpiewać tę zamówioną piosenkę, ale kochany Skorupiak łaskawie odroczył płatność do czasu, aż przestanę mówić basem i odetka mi sie nos.

Innymi słowy jestem chora. Już nie pociągająca, tylko regularnie chora i już. Nos mam zatkany, gardło mnie boli od dziesięciu dni, głowa pęka, i ogólnie czuję się, jakby przejechał po mnie walec drogowy.

Do tego plany rozrywkowe na październik były dość obfite i teraz z tego wszystkiego będzie trzeba porezygnowac - no, może nie ze wszyzstkiego, ale przynajmniej z tych najbliższych.

W sobotę i w niedzielę są koncerty Jacka Kowalskiego. Na ten niedzielny chciałam pójść - lokalizacja mi bardziej pasuje ( klasztor O.O. Dominikanów, ul Dominikańska 2, aula O. Jacka Woronieckiego, o 18.30 po wcześniejszej mszy. W Warszawie oczywiście.), a do tego ten sobotni program już słyszałam.

W poniedziałek Piotrek ma urodziny. Czwarte....

Planowane  było pierwotnie na weekend, a ostatecznie stanęło też na poniedziałku, spotkanie zbiorcze, z okazji urodzin Pietruszka, urodzin J. - naszego gospodarza z Londynu, który chwilowo jest w Polsce i paru innych okolicznych.

Do tego dziś rano zapowiedział sie - również na poniedziałek wieczorem- mój kuzyn z Australii, którego w życiu nie widziałam. Przyjechał pokazać dzieciom kraj przodków.

W następny weekend imieniny mojej mamy. W sobotę spotkanie dla znajomych, a w niedzielę rodzinny obiad z dziadkami i bratem z żoną - przyjeżdząją specjalnie na tę okazję z Gdańska.

Kolejny weekend - wstępnie Piotrek zaprosił sobie kolegów na urodziny. Wcześniej się nie dało, bo goście na razie wyjechali z Warszawy. Ponieważ my z Małżem bardzo lubimy rodziców a Piotrek bardzo lubi synów, więc jak zaprosil nie konsultując, to nawet nie protestowałam zbytnio. Zwłaszcza, ze termin i  szczegóły i tak ustala starszyzna - kajtki na szczeście jeszcze nie są w stanie. Już niedługo....

Ostatni weekend października - imieniny Małża i brata (ten drugi mniej klopotliwy, bo i tak będzie w zasięgu wyłącznie telefonicznym), nasza rocznica ślubu. Juz jedenasta zresztą....

I to wszystko na moją biedną, zasmarkaną głowę....

W piątek idę do lekarza i jak znam życie, to bez antybiotyku już się nie obejdzie. Na moją matematykę wszystko zmierza w kierunku zapalenia krtani i przyległości. A do lekarza jak się zapisywałam w poniedziałek, to miejsca były dopiero na piątek. Dziś jak sprawdziłam, to mogę się zapisać na czwartek. Ten za tydzień....

Na koncert Jacka nie pójde na pewno, nie da rady. Na pocieszenie puściłam sobie dziś jedną z jego piosenek:

wtorek, 05 października 2010

Małż jest niezbędny w swojej firmie.

Odpowiada za co najmniej trzysta różnych odcinków, szkoli, weryfikuje dokumenty, prowadzi umowy, odpowiada na milion dwieście pytań dziennie.

Koledzy sie przyzwyczaili do tego, że mają guru pod ręką  i czasem dzwonią z pytaniami naprawdę istotnymi czy trudnymi, a czasem po prostu nie chce im sie myśleć - łatwiej złapać za komórkę.

Skorupiak jest ostatnio chory - podobnie jak cała reszta rodziny. Polazł nawet do lekarza, co jak na niego jest wyjątkowym poświęceniem. I wrócił z pracy około 15, co też sie normalnie raczej nie zdarza. Poinformował w pracy, że się fatalnie czuje i dzwonić TYLKO w naprawdę ważnych sprawach.

Oto jedna z tych superważnych spraw, które nie mogły poczekać do jutra, ani nie dało sie załatwić samodzielnie:

- P., czy wiesz, gdzie jest papier toaletowy?

Komentarz:

- Nie no, naprawdę oni nawet wys...ć sie beze mnie nie mogą?...

poniedziałek, 04 października 2010

Wieczorną modlitwę Piotruś zawsze zaczyna od opowiedzenia  Bogu, co sie  dziś ciekawego zdarzyło.

Umościł mi sie na kolanach i wypalił patrząc w sufit:

- Panie Bogu, co dziś robiłeś? Jak było w pracy, czyli w kościele? - Małż odwrócił sie do nas plecami i jakoś podejrzanie dygotał, mnie zgiął nagły atak kaszlu, a Piotrek z anielską minką stwierdził:

- Teraz wasza kolej.

Jadę samochodem z Piotrkiem.

Słyszę z tyłu mamrotanie, więc pytam:

- Co mówisz kochanie?

- Rozmawiam sobie z Panem Bogiem.

Proszę bardzo, nie będę się wtrącać w poważne rozmowy na wyższym szczeblu.

- Wiesz mamo, ten Pan Bóg jest całkiem zdrowym i pożytecznym naszym tatą.

Cud, żę sie nie władowałam na latarnię.

 
1 , 2