O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 30 października 2009

Odebrałam Pietruszkę z przedszkola i idziemy sobie przez sadek do metra. Księżyc świecił juz nad głową, a my rozmawialiśmy.

Rozmowa była poważna - co sie dzieje ze słońcem, jak znika za horyzontem. I to nie ja użyłam tego ostatniego słowa - nie, Piotrek je już zna. Pewnie tata z nim gadał. W każdym razie wróciliśmy do tematu interesującego Pietruszkę w ostatnim czasie - ruchu wirowego Ziemi, obracania sie wokół Słońca.  Poszliśmy dalej - jak to się dzieje, ze Księżyc świeci. Wytłumaczyłam wszystko przez analogię do puszczania zajączków lusterkiem, co robiliśmy parę dni temu. Piotrek wszystko załapał.

I teraz czekam tylko, aż powie coś na ten temat w przedsszkolu.

I co ciocie zrobią słysząc wykład o świetle słońca,odbijaniu przez księżyc itd.

A jutro pogadamy o zaćmieniach słońca i księżyca. Ale będzie fajnie :)

Naszło mnie na wspomnienia. Równe dziesięć lat temu braliśmy ślub. Jakoś trudno uwierzyć, ze to już tyle czasu - w końcu nie miałam wtedy osiemnastu lat, wiec jak zaczynam liczyć, to mi sie nie za bardzo chce wierzyć, że już za żadne pierniki nie przysługuje mi określenie "młoda". Na szczęście jeszcze do określenia "stara" trochę brakuje ale to zawsze kolejny etap w życiu. Nic, pomarudze o tym za dwa miesiące, we własne urodziny.

A na razie to mi sie przypominają różne scenki z dnia ślubu i okolic.

Pamiętam, ze przez cały paźdzernik lało jak z cebra, a 30 była piękna złota słoneczna jesień.

Pamiętam, że zapomniałam kupić sobie wsuwki z kwiatkami do koka i były zwykle.

Pamietam, że Kombinowałam jak koń pod górkę, żeby "zagospodarować" jakoś mojego tatę i przyszłego ślubnego - bardzo chcieli pomóc, ale nie bardzo mieli w czym (no bo co mogli pomóc przy makijażu? albo upinaniu fryzury?).

Pamiętam, ze cholerny fotograf pomylił kościoły, nie przyszedł, a potem jeszcze zadzwonil wieczorem z pretensjami, że nikt mu nie powiedział, ze ślub został odwołany (do tej pory mam szczękościsk, jak sobie przypomnę). Byłam tak wściekła, że w kościele w trakcie mszy tuż przed przysięgą ksiądz powiedział do mnie: "rozchmurz się, dziewczyno". Inna sprawa, że ja zwykle w sytuacjach poważnych mam minę prawie srogą.

Pamiętam za krótki habit braciszka, który trzymał mikrofon prz składaniu przysięgi - wystawały mu nogawki i czerwone tenisówki. Jak to zobaczyłam, to mi sie strasznie zachciało śmiać.

Dużo jeszcze takich migawek pozostało w pamięci. Wraca do nich ze zdumieniem - już tyle czasu. Wytrzymaliśmy ze sobą, mimo raf i trudności - udało sie przetrwać niejedną zawieruchę, co daje nadzieję, ze razem przetrwamy wszystko.

Mamy teraz naszą kochaną Pietruszkę. Udało nam sie dziecko jak mało które (wiem, każda mama tak twierdzi. I dobrze.) Bystrzak, pracuś, kochany, dobry dzieciak. Codziennie nas zaskakuje czymś nowym, powiedzonkiem, pytaniem, zrozumieniem....Najwyższa pora na pomyślenie o rodzeństwie - niedługo już będzie można. Musze tylko skończyć szkołę, bo byłoby ciężko - i finanowo i technicznie. Ale to już tylko kilka miesięcy

Z okazji rocznicy przypomina mi sie kawał, jak to na 50 rocznicy ślubu ktoś pyta dostojną jubilatkę:

- I nigdy przez te 50 lat nie myślała pani o rozwodzie?

- Nie, skąd. Najwyżej o morderstwie - odpowiedziała żywo zapytana.

Ja też.

 

czwartek, 29 października 2009

Chciałam posmarować sobie usta pomadką wazzelinową - miałam potwornie spierzchnięte. Piorek to zobaczył:

- Mama, ja też poproszę posmarować buzię!

posmarowałam, czemu nie.

- No, teraz wyglądam idealnie!

Nic dodać, nic ująć.

 

Dostałam dziś kwiatka od pacjentki. Przyszła sie pożegnać, podziekować za dotychczasową pracę i tak dalej. Miło mi sie zrobilo, bo zwykle  to odbywało sie tak, że pacjent po prostu znikał z horyzontu - trudno sie dziwić, większość z nich przychodzila zmuszona, przez szkołę, rodziców i inne elementy aparatu opresyjnego.

Kwiatek podoba mi sie ogromnie. Jest to kapusta zdobna - taka na długiej łodydze, z fioletowym środkiem. Śmiałyśmy sie, zę jak zgłodnieję w pracy, to dwa listki kwiatka, pomidor, papryka, sos sałatkowy i mam przegryzkę.

A w ogóle, to ja lubię takie kwiatki., Niebanalne, z poczuciem humoru. Podobają mi sie znacznie bardziej od sztywnego bukietu z różowych róż, z gipsówką i wstążeczką. Albo od róży na kilometrowej łodydze. Stanowczo wolę kapustę na takiej samej kilometrowej łodydze, więcej w tym dla mnie życia, jakies przymrużenie oka w tym dostrzegam.

To nie znaczy, ze nie lubię róż - mam swój ulubiony gatunek, to róża Hokus-pokus. Nie wygłupiam sie, naprawdę tak sie  nazywa. Ale one też są takie filuterne - w żółte cętki...

I tą metodą mam kwiatka i salatkę na jutro :)

wtorek, 27 października 2009

Wróciłam z pracy jak zwykle we wtorek cokolwiek zachrypnięta. NIe żebym wrzeszczała na pacjentów, bez przesady, ale pięć osób pod rząd (no, z półgodzinna przerwą) to jest spore obiążenie, mimo, ze wydaje sie niewielkie. W każdym razie we wtorki chrypie i już.

Jak weszłam, to okazało się, ze moi panowie zrobili dziś norkę - innymi słowy w salonie wyrósł mi trzyosobowy namiot igloo. Piotrek miał tam juz przygotpwane posłanie, leżeli sobie obaj i tata czytał książeczkę o Franklinie. Konkretnie o tym, jak to mały żółw mówił mamie, że ją kocha. Wpakowałam sie im do namiotu i rozkleiłam kompletnie, jak małe łapki objęły mnie za szyję i usłyszałam:

- Jesteś dla mnie ważna, kocham cię.

To "jesteś dla mnie ważna" jest nowym nabytkiem, ciekawa jestem, skąd - rozmowa z tatą, bo raczej mniej bym sie tego spodziewała po przedszkolu. A dziś tata odbierał potomka z placówki opiekuńczo-wychowawczej.

Niezależnie od pochodzenia tego tekstu, poczułam się dowartościowana. A jak dostałam mokrego całusa w sam czubek nosa, to zrobiło mi sie jakoś mokro w okolicy oczu...

 

 

OStatnio codziennie rano budzi mnie ten sam tekst. Pietruszek przyłazi do nas do łóżka - czasem w środku nocy, czasem na pięć minut przed budzikiem, i jak widzi, że ja sie zaczynam budzić ( o ile sam nie śpi, rzecz jasna), to stwierdza radośnie:

-Witam cię, mamo!

Skąd on taki oficjalny?

poniedziałek, 26 października 2009

Usypianie Pietruszki.

To znaczy - wieczorne czytanie, całuski, pogawędki o różnych rzeczach. Poczytałam izrobiłam miejsce dla taty, sama poszłam sie poobijac przy kompie. Po chwili przylatuje do mnie do pokoju Małż z wytrzeszczem, włosami dęba i różnymi innymi oznakami przerażenia.

- Ty, skąd on wie, ze ziemia sie obraca wokół słońca, które chowa się za horyzontem i idzie świecić innym dzieciom?????? Mówiłaś mu o tym????

Owszem, mówiłam. Rozmawialiśmy sobie raz, nie tak dawno, o tym, co sie dzieje ze słonkiem, jak go u nas nie ma. I jak widać młody zapamietał sporo wiecej, niż sie spodziewałam.

Wniosek:

Jak będe miała nadzieję, że czegoś nie zapamiętał, nie zauważył lub zapomniał - to mogę sobie od razu dać spokój. A całą pewnością odtworzy trefny fakt z dokładnością godną komputera. I w najbardziej niewygodnym dla mnie momencie.

niedziela, 25 października 2009

Dzień zapowiadał się niło i leniwie. Żadnych poważniejszych planów, zmiana czasu - może sie da pospać... słowem błogie lenistwo.

Już dawno powinnam sie nauczyć, że takie plany zwykle życie błyskawicznie weryfikuje.

Rano Piotrek jak zwykle wpakował sie nam do łóżka, ale i tak udało mi sie z godzinkę jeszcze przespać - przytulil sie i zrobil to samo. W końcu jednak stwierdziłam, zę ile można spać - piotrek sie sam ubrał, a ja poszła sie myć. Małż spał nadal snem sprawiedliwego - w pracy roboty po kokardę, niewyspany i podgrypiony chodzi, niech sie chłopak wyśpi, Nie budziłam, zamknęłam drzwi i poszłam do łazienki.

Spłukiwałam właśnie włosy, gdy przez szum wody dotarł do mnie jakiś dźwięk. Zakręciłam wodę - i zamarłam. To był rozpaczliwy płacz Piotrka, taki z serii - mamo, coś strasznego sie stało, boli.

Wypadłam z łazienki łapiąc w przelocie ręcznik, po drodze zderzyłam sie z Małżem, który też usłyszał przez sen - pognaliśmy do kuchni. Tego, co zobaczyłam, długo nie zapomnę. Na podłodze siedział Piotrek i płakał. A całą lewą połowę twarzy miał zalaną krwią.

Okazało się, ze nasz dzielny synek chciał pomóc i pochować do szafki soki, które zostały wczoraj kupione. I podnosząc głowę zaczepił o blokadę  - miała być antyPiotrusiowa, ale już nauczył sie ją rozpracowywać.

W każdy razie taki widok poderwał nas do działania  - Małż zajął sie Piotrkiem - odruchy ratownika działają, obmycie pyszczka, sprawdzenie reakcji źrenic, czy w ogóle widzi, uspokojenie delikwenta, odwrócenie uwagi, pocieszenie. Ja przez ten czas ekspresem suszyłam głowę - jakbym przy takiej pogodzie wyszła z mokrą to zapalenie płuc byłoby gwarantowane. Za telefon, na pogotowie - z pytaniem, gdzie jechać. I tu mam za złe. Pani dyspozytorka podała dwa adresy - szpitale na Niekłańskiej i Działdowskiej. Tylko Niekłańska od paru lat już nie prowadzi dyżurów wcale, a na Działdowskiej nie mają okulistyki, tylko chirurgię. Całe szczęście, ze to była niedziela, puste miasto, a Piotrkowi w sumie nic sie poważnego nie stało (ale tego dowiedzieliśmy sie później). A gdyby to było coś groźnego, godziny szczytu i rodzice bez samochodu? Kilka godzin straty na przebijaniu sie od szpitala do szpitala,  tylko dlatego, zę w pogotowiu nie mają pojęcia jak jest z dyżurami. A w końcu ja chciałam im zdjąć z głowy jedną jazdę, bo mogłam po prostu wezwać karetkę, do trzylatka z urazem oka pojechaliby natychmiast. .

W każdym razie dotarliśmy w końcu do szpitala na Wołoskiej, tam mieli dyżur, do tego miła pani w rejestracji poinformowała, że dzieci do 5 lat wchodza bez kolejki, tylko trzeba powiedzieć oddając kartę, że to maluch. I faktycznie, weszliśmy szybko, pan doktor dokładnie oczyścił oczko, obejrzał i stwierdził, ze tylko niewielki uraz powieki, samo oko jest nietknięte. Uffffff.......

Piotrek był bardzo dzielny. Po pierwszym płaczu - wiadomo, ból, strach - już nawet jak mówil, żę boli, to nie krzyczał, w czasie badania nawet nie drgnął, mimo, ze gmeranie przy oku nigdy nie jest przyjemne, nawet jak wszystko jest w porządku. Uprzejmie podziękował panu doktorowi i pani pielęgniarce, pożegnał sie, poszedł i pojechaliśmy przez lotnisko, popatrzeć na samoloty. A tu chmury takie, zę nic nie widać.... trudno, pojedziemy może w przyszłym tygodniu na taras widokowy?

I tak to bywa z planowaniem błogiego nieróbstwa. Więcej nie popełnię tego błędu.

Dobranoc.

 

sobota, 24 października 2009

Pakujemy sie do samochodu. obok przechodzi sąsiadka. Młoda dziewczyna, studentka. Powiedziała uprzejmie "dzień dobry", odpowiedziałam,  Piotrek, który właśnie włazil na fotelik zmartwił sie po chwili:

- Nie przywitalem sie z panią.

Wzruszył ramionami i dodał z filozoficznym spokojem:

- Pa pa, paniusiu.

Padliśmy z radości.

środa, 21 października 2009

Przyszła wreszcie paczka z prezentem urodzinowym. Rychło w czas ale dobrze że w ogóle. Opakowanie żałosne - pudełko wygląda, jakby było trzykrotnie przeżute przez krowę, do tego worek na śmieci okręcony taśmą.

Ale jest.

Piotrek jeździ po domu - niestety nie miałam okazji tego obejrzeć, bo rano jest w przedszkolu, a jak wracam z pracy, to jest w łóżku. Powetuję sobie w piątek, to mój dzień na odbiór z przedszkola i dalsza opiekę.

Za to sprzedający dostanie negatywa. Tylu wpadek, ile było przy tej transakcji, nie widzieliśmy w całej swojej karierze na Allegro, a kupujemy tam różne rzeczy od lat. Jeszcze bezczelny napisał, ze w ramach zadośćuczynienia przy następnej transakcji z nim dostaniemy gratis. Nie ma mowy, nie bedzie żadnej następnej transakcji. W nosie mam gratis, nie chce mieć do czynienia z takim sprzedawcą.

Któregoś wieczoru Pietruszek rozpłakał mi sie rozpaczliwie. Poszłam sprawdzić, co sie stało, bo brzmiało to na płacz typu nieszczęście, strach, a nie na wkurzenie ( na to ostatnie z reguły nie reaguję). Piotruś wdrapał mi sie na kolana, wtulił w ramiona i powiedział :

- Mama, tam jest potwór.

No to coś trzeba  z potworem zrobi, bo inaczej bedziemy mieli problem.

- A jak myslisz, Piotrusiu, dlaczego ten potwór przyszedł do ciebie?

- Nie wiem, chciał mnie przestraszyć?

- Ja myślę, zę on szukal przyjaciela. I uznał, ze ty bedziesz dobrym przyjacielem dla potwora. Potwory często są samotne, smutne, nikt ich nie lubi, wszyscy sie ich boją... A im jest bardzo smutno, bo wcae nie chcą nikogo straszyć, wolałyby sie z kimś zaprzyjaźnic....

- No to ja sie z nim zaprzyjaźnię. Chodź potworze do mojego łóżeczka.

I w ten sposób mamy nowego przyjaciela. Juz wiem, ze potwór jest duży, cały zielony, ma ciepłe ręce i lubi bawić sie w berka.Chodzi z Piotrkiem do przedszkola i czasem idzie na bal potworów, jak Piotrek bawi sie z dziećmi.

A Piotrek przestal sie bać.

 

niedziela, 18 października 2009

Najpierw słowo wyjaśnienia. Otóż norka to dla mnie coś specjalnego, kojarzącego sie z ciepłem, beezpieczeństwem, zabawą. Norka to było "dzienne spanie" jak ktoś chorował lub czulie gorzej i chciał położyć na trochę - wyciągało sie poduszkę i koc, bez całej reszty i przebierania w piżamkę. Norka to było miejsce zrobione z koca, krzeseł i innych mebli. Norka to była świetna zabawa. Słowem - norka to było dzieciństwo.

Teraz postanowiłam przekazać Piotrkowi kawałek mojego dzieciństwa. W piątekzrobiliśmy razem norkę z koca, fotela i rowerka treningowego. Siedzieliśmy tam razem, potem siedział tam z tatą i psem - było super. Na dobranoc tata zobił norke nad łóżkiem.

Wczoraj tata wymyslił, że można by zrobić norkę z namiotu - mamy igloo, dałoby sie je rozstawić w salonie - bedzie ciasno, ale przeżyję, a frajda  - ogromna.

Piotruś usłyszał, ż jak szybko zaśnie  w dzień, to po obudzeniu i zjedzeniu posiłku bedzie mógł zrobić świetną norkę razem z tatą. Trzeba będzie oczyiście przygotować teren - posprzątać zabawki przed tym.

No i wszystko pięknie, Piotrek poszedł spać, obudził sie, ubrał. Tata już nie mógł sie doczekać - okazało sie, ze zaczął sam sprzątać i rozkładać namiot, jak weszłam do salonu, to płachta już była wyjęta, stelaże namiotu złożone.... Bez sensu kompletnie, przecież to Piotrek mial sprzątać, a składać norkę mieli razem. A jak poprosiłam, zeby to złożyć i poczekać na Pietruszka, to zaczął fukać niczym rozzłoszczony jeż.

Potwierdziła sie stara prawda:

The only different between men and boys is in the price of their toys!!!!!

 

 

 

Postanowiliśmy sie wyspać wreszcie. Ostatnio zasuw jest spory, nie zdarzyło sie nam w zeszłym tygodniu pójść spać przed północą, co ja kiepsko znosze. Wiec dziś na spokojnie, założenie że sie wylegujemy.

O 3 w nocy przylazł do nas Piotrek. Na szczęście szybko zasnął i został przeflancowany z powrotem na własne pielesze. Wrócił o 7.20 z radosnym okrzykiem :

- Mama, budź się!!!! Tata wstawamy!!!!

Szkoda, ze on nie wstaje tak radośnie, jak trzeba iść do przedszkola....

 

Pietruszek postanowił obudzić mamę. Pocałował ją w nos, kilka razy. Po czy stwierdził radośnie:

- Pocałowałem Banshee!

No nie wiem, czy mi sie to podoba....

piątek, 16 października 2009

Z tym prezentem dla Piotrka na urodziny to ruski cyrk.

Wymyśliliśmy. Miała byc hulajnoga. Wyszukałam na Allegro. przy okazji zamówilam jeszcze parę rzeczy, bo za przesyłkę liczyli sobie dość słono, więc żeby wykorzystać. I sie zaczęła jazda.

Zamówienie było we wtorek, od razu poszedł przelew. (Przy okazji tego samego dnia licytowałam co innego, przelewy poszły razem, tą drugą paczkę miałam w czwartek w domu).  Wygląda pięknie, nastepnego dnia po prozelewie dostaję maila, że paczka została wysłana. NBo to sie ucieszyłam, zę dojdzie na urodziny w niedzielę.

Kicha, nie doszła, jak już wczesniej pisałam. Wiec w ponieddziałek smaruję maila do firmy z ochrzanem ogólnym  i zapytaniem, co oni sobie za kpiny urządzają. I dostaję odpowiedź, że oni owszem, przepraszają, bo paczka wstrzymana, bo sie okazało, ze jakięś żarówki zamówione przeze mnie sie potłukły, i inie mają. Usiłowali sie skontaktować pod numerem stacjonarnym, ale nikt nie odbierał, więc owieczki boże czekaja na zmiłowani (podałam im również dwa numery komórkowe, do mnie i do męża). Dziwne takie, ze chodzimy do pracy i nie siedzimy na tyłku czekając aż zadzwonią.

Ustaliłam, co  z żarówkami, poprosiłam o jak najszybszą wysyłkę, git. W środę mail - przesylka została wysłana, jutro bedzie kurier. No to czekam na kuriera, nie doczekałam sie. Pojawil sie dziś. Wręczył paczuszkę, wszystko cacy, a on mówi... 42 złote poproszę!!!!!

Nosz, tu mnie piorun ze złości strzelił, bo płaciłam przelewem za wszystko i żadne pobranie . Za telefon, do firmy, a tam pan tłumaczy, że nie mieli prądu i pracownik wypełniał ręcznie list przewozowy i przez pomyłkę zaznaczył. Kurier ma dokumenty jakie ma i nie może zrezygnowac z pobrania bez sygnału z centrali - w sumie sie nie dziwię, mogłam zadzwonić do kuzyna Zenka i poprosić, zeby poudawał pracownika firmy.

Stanęło na tym, ze facet zabrał paczkę, zapisał mój telefon i  (może) pojawi sie po południu. A może nie. A ja juz sie ucieszyłam, że Piotrek będzie mógł przez weekend pojeździć na hulajnodze....

DO tego w ramach szykownia gruntu pod prezent ostatnio kupiłam mu książeczkę Franklin chce mieć hulajnogę. Frankliny w ogóle są fajne, ładnie wydane i inteligentnie napisane, Piotrek bardzo je lubi. Tylko Franklina z hulajnogą znam już na pamięć i NIE CHCĘ GO WIECEJ CZYTAĆ!!!!!!! Ile można, a mały nie daje się namówić nawet na którąś inną książkę z tej serii. mam dość, na szczęście czasem jeszcze przechodza Muminki - są dłuższe, więc czytamy książeczkę po kawałku, a nie całą od deski do deski za każdym razem....

Ale za to wyobrażam sobie jego minę, jak dostanie tę hulajnogę....

Tak czy siak, u tego gościa z allegro nic więcej nie kupię. i negatywa dostanie, bo rozumiem jeden błąd, ale cała seria przy prostym zamówieniu, to jest gruba przesada.

 

 

poniedziałek, 12 października 2009

Piotrek wczoraj skończył trzy lata.

I jakoś tak mi smutno. Po pierwsze, dlatego, ze ten czas strasznie pędzi i zaczynam sie tego bać - za szybko jakoś, czuje sie jak na karuzeli.

Po drugie, te urodziny w sumie wyszły do bani.

Przede wszystkim, przesyłka z prezentem nie dotarła na czas. I nie wiemy, kiedy dotrze.

Dalej - ja miałam zjazd u siebie w szkole i nie było mnie przez pół piątku i całą sobotę, więc nie miałam czasu nic przygotować.

Mama jest podziębiona.

Chcieliśmy po południu pojechać do jakiegoś małpiego gaju (rodzinna nazwa miejsca, gdzie są piłeczki, tunele do łażenia i inne takie atrakcje dla maluchów), ale ścięło nas  i po drzemce wstaliśmy ok 18 -  nie było juz sensu nigdzie jechać.

Piotruś po południu powiedział, ze on chce tort. Onzwykle nie lubi takich rzeczy, więc nawet nie pomyślałam o tym, a teraz mi głupio.

Ogólnie mam poczucie, że zlekceważyliśmy jego urodziny i jest mi wstyd. Mim, zę naprawdę nie wszystko jest nasza winą - przesyłka była zamówiona kurierem, powinna byc na czas.Szkoła - nie mam wpływu na grafik. długie spanie - mogłam go pewnie wcześniej obudzić ale sama spałam, fakt.

Do tego teraz przez cztery dni bede go widziala krótko - niestety tak jest, ze rano Piotrek wychodzi do przedszkola, a ja idę do pracy na popołudnie,  i wracam około 20 ( plus-minus, czasem 19, czasem 21), jak in idzie spać. Dopiero w piątek bede go odbierać z przedszkola i mamy wtedy dla siebie trochę czasu - możemy sie pobawić, poczytać, pograć w coś, poprzytulać. Ale to strasznie daleko....

Nie podoba mi się to wszystko.

 

 

 

piątek, 09 października 2009

motywem przewodnim dzisiejszej notki jest zdecydowanie ząb. Nawetnie jeden, a cała paszcza, co sie bedziey rozdrabniać. Rano pobolewał lekko lewy zawias szczękowy i zęby z końca - znaczy szóstka i siódemka. ale delikatnie, wiec olałam. Pojechałam na sabat czarownic - cotygodniowe babskie ploty, tym razem u mojej mamy (wygodnie, blisko).Mama dostała jeszcze awansem prezent imieninowy - z braku odpowiediej wielkości torby po cukrze zapakowany w najbardziej obciachową gazetę, jaką znalazłam. Konktrenie gazetkę jednego z supermarketów. Torba po cukrze była pomysłem dziadka - zawsze, jak przynosił jakiś super prezent, to był zapakowany właśnie tak - dla draki, żeby poudawać, że sie dziadek nie umie zachować, zapomniał , że wojna sie skończyła i przyniósł wnukowi kilo cukru, albo coś. Po czym  z takiej torby wyłaniał sie na przyykład piekny lichtarz w kształcie liścia winogron. (Swoją drogą, musze go poszukać. Chyba został u rodziców, a lubię go bardzo...)

Od tego czasu, jak ktoś ma jakiś ekstra prezent, to pakuje go w torbę po cukrze.

Ja nie mialam odpowiedniej - musiałaby być 5-kg, żeby mi pudełko wlazło, wiec było opakowanie zastępcze. Mama prawidłowo zinterpretowała , zainteresowała sie bardzo, a teraz chodzi i podskakuje :).

Za to ja pojechałam po południu do szkoły - pierwszy zjazd po wwakacjach, dawno sie nie widzieliśmy oglnie fajnie. Tylko ten ząb... Ćmi coraz bardziej, w końcu po trzech godzinach ałamałam sie,  i zadzwoniłam do Skorupiaka Najdroższego, żeby umówił mnie do dentystki w sąsiedniej klatce, po czym urwałam sie z zajęć.

I t metodą mam teraz zesztywniałą po znieczuleniu paszczę, przykrą świadomość, że trzeba będzie się jeszcze parę razy pojawić i kilkadziesiąt złotych mniej  kieszeni.

czwartek, 08 października 2009

Piotrek zameldował, że chce siusiu i w związku z tym prosi o zapalenie światła w łazience. Nie chcialo mi sie ruszyć - wróciłam mocno zmęczona, więc Małż zaproponował, ze on zapali. Na to Pietruch wypalił:

- ty nie zapalisz mi światła, bo jesteś brzydki! Mama jest ładna, mama zapali swiatło!

środa, 07 października 2009

Pietruszek choruje. Juz drugi tydzień, zaczął po powrocie z wyjazdu na konie czterdziestostoniową gorączką, a potem zaczął kasleć. I kaszle do dziś, ale juz dużo mniej, trochę jakby na siłę.

Dziś w nocy przylazł do nas około 5 rano. Nie mógł zasnąć, kręcił sie. Zameldował, ze go boli brzuszek, uszka, głowa, buzia w środku i coś tam jeszcze. No to zamówiliśmy wizytę u pani dr, zwłaszcza te uszka mnie spłoszyły. Poleciałam na zebranie zespołu na 9 i już nerwowo sie zastanawiałam, czy może jednak dałoby się wziąć dwa dni zwolnienia na opiekę nad dzieckiem. Ale jak wróciłam, to Tata zameldował, ze Pietruszek w świetnej formie, pracowicie robili ludki z kasztanów, zeżarł jakąś nieprzytomną iloś kanapek i w ogóle zdrów jak rybka. Pani dr jeszcze osłuchała, obejrzała i widac było, zę sie zastanawia. Zapewne nad tym, jak matce powiedzieć, zę dziecko zdrowe, a ona histeryczka. Postanowiłam zdjąć pani dr problem z głowy  i sama powiedziałam, ze mnie to wygląda na psychosoamtykę, on po prostu sie nudzi w domu, ale jak już a siedzieć, to najlepiej z mamusią, a nie z kimkolwiek innym. A ponieważ wie, zę ja sie przejmuję jego zdrowiem, to wykombinowal tak...

 

W związku z tym wszystkim wredna matka przy współpracy pani dr zarządzila co następuje:

Piotrek jutro idzie do przedszkola!

Howgh.

wtorek, 06 października 2009

Miałam dziś zdecydownie zły dzień. Taki całkiem do bani, przynajmniej pierwsze pół. Czułam sie kiepsko, jakby przejechał po mnie walec drogowy. Stan podgorączkowy i kaszel, moze jeszcze nie gruźliczy, ale psujący humor. I takie poczucie bezwładu, ciężko podnieść rękę, żeby sie w nos podrapać.

Piotrek za to widać, że powoli wyłazi z choróbska. Co oznacza, że ma już dużo energii, nudzi się w domu i doprowadza mnie do furii. Dziś on był marudny, ja - niezbyt wytrzymała i z ograniczonymi (oj, bardzo) pokładami cierpliwości - i w końcu nie wytrzymałam. Wydarłam się na niego (nie raz...), szarpnęłam za łapkę i zagnałam na łóżko, gdzie miał posiedzieć, aż się uspokoi i przestanie wrzeszczeć. Mały poszedł, a po chwili usłyszałam komunikat, trochę kisielowatym, ale dumnym  głosem:

- Mama, powinnaś przyjść mnie przeprosić, krzyczałaś na mnie!!!

No i zonk! Ma rację, gadzina jedna. Przeprosiłam, głupio mi się zrobiło potwornie. I smutno, zwłaszcza  że z pracy wróciłam, jak Pietruszek już  spał i nie mogłam przytulić...

Pietruszek wydłubał skądś stary kalkulator i zapięcie do roweru. Chodzi z tym po całym domu i sie chwali:

- Mama, to są moje narzędzia pracy!

Pracuś kochany...

 

 

niedziela, 04 października 2009

Poszukuje książki "Zespół Aspergera" T. Attwood. Ale nigdzie nie ma. W księgarniach, na Allegro, u wydawcy... no pomór, wyparowało. W sumie się nie dziwię, bo jest to bardzo dobry opis tego zaburzenia, ale w efekcie muszę sie szybciutko przegryźć przez pożyczoną, a potem  - juz sie nie da wesprzeć dziurawej pamięci siegając na półkę...

Piotrek w stanie najbardziej chyba wkurzającym - przynajmniej mnie. chory na tyle, ze do przedszkola go jeszcze nie puszczę, ale zdrowy wystarczająco, żeby doprowadzić mnie do furii tak z pięć razy na dobę. To znaczy ma dużo siły na brykanie, ale jest bardziej marudnty i uparty niż zwykle. Dobrze, ze jutro poniedziałek i będziemy sie zmieniać na warcie, odpocznę w pracy. Tylko sie boję, ze niedługo sama padnę i wtedy to juz nie będzie wykrętu - bedziemy siedzieć razem. Może on wcześniej wyzdrowieje....

Pietruszka na urodziny dostanie hulajnogę i właśnie grzebiemy sobie po allegro szukając najlepszej offerty. Przy okazji znalazłam jakiś milion rzeczy, które bym kupiła, gdybym miała kasę albo miejsce na posadzenie (sporo fajnych roślinek, na przykład niebieski eukaliptus). I ciuchy, buty, biżuteria.... książki.... (akurat z wyjątkiem tej, na której mi najbardziej zależy). I sporo z tego tto drobiazgi, tu 5 zł, tam 3, jeszcze gdzieś 2,5 za sztukę... Ale jak podliczyłam te chęci , to z kosztami przesyłki stówka wyszła spokojnie ( bez jednego fajnego gadżetu komputerowego, który  sam jeden kosztował ponad 80 zeta. Innymi słowy należy wziąć na wstrzymanie i tyle. Więc przestałam grzebać na allegro, pisanie notki na blogu jest jednak i tańsze i mniej stresujące. :)

 

sobota, 03 października 2009

W następną niedzielę Piotrek kończy trzy lata. I wzięło mnie na wspominki ze szpitala i nie tylko - z tego całego okresu od chwili, kiedy sie dowiedziałam, zę jest już z nami. Parę rzay w życiu zdarzyło mi sie płakać z radości - ostatni właśnie jak zobaczyłam dwie kreski na teście. I mimo wszelkich kłopotów i komplikacji, jakie nieuchronnie przynosi ze sobą dziecko nadal uważam, że to była jedna z najważniejszych zmian w moim (naszym) życiu. I najwspanialszych. Wyczekany, wymarzony dzieć.

Wydaje sie, ze to było tak niedawno, a tu już tyle etapów minęło i już nie wróci. Pierwsze spojrzenie w oczy - na pooperacyjnym, leżałam i telepało mnie po dużej stracie krwi, ale jak siostry przywiozły mi Pietruszka, to sie na chwilę uspokoiłam - patrzyliśmy na siebie i nic poza tym nie istniało. Karmienie piersią - też jest to kontakt jedyny w swoim rodzaju. Takiej ilosci poezji, jak podczas wieczornych i nocnych karmień, to nie przeczytałam chyba nigdy.  Pierwsze uśmiechy specjalnie dla mnie. Pierwsze kroki, potem chodzenie  w szelkach i na smyczy, wspolne wyprowadzanie psa, początki pogadywania i dzikie kombinacje językowe, pierwszy wyjazd w góry... Żłobek juz za nami, Piotrek teraz twierdzi, że on jest już duży chłopak i chodzi do przedszkola... Za chwilę spojrzy na mnie z góry wielki dryblas i powie - mama, poznaj moją dziewczynę...

Za to niestety nie urządzimy w niedzielę imprezy. Niestety nie mam pewności, czy szanowny solenizant będzize łaskaw wyzdrowieć do tego czasu, do tego  w następny piątek i sobotę mam zjazd w szkółce, sama zaczynam charczeć i kompletnie nie widzę czasu na przygotowanie tego. Pewnie zrobimy hurtem - tydzuień później są imieniny mamy, potem imieniny Małża i nasza rocznica ślubu ( już dziesiąta!!!!!) - będą okazje do imprezowania. A na rzie nie zamierzam się zarzynać, żeby uczynić zadość tradycji, za=właszcza w sytuacji, gdy dla Piotrusia pojęcie kalendarza jest jeszcze nieco mgliste....

 

Zajrzałam dziś  w rzeczywistość wirtualną (docelowo mając zamiar podłożyć świnię pewnej sieci handlowej) i wpadła mi w oczy informacja, ze w Irlandii zdecydowali sie jednak przyjąć Traktat Lizboński. I tak sie teraz zastanawiam, co wymyśli pewien mały człowiek, żeby się móc znowu wykręcić od dotrzymania obietnicy.... Chyba będę śledzić tę sprawę, bo on ma jednak pomysły przekraczające moją wyobraźnię.

 

piątek, 02 października 2009

Podpuszczasz, podpuszczasz koleżanko. Nie omieszkam poinformować, jeśli tylko zdarzy sie cud i wygram cokolwiek w kwocie przekraczającej 45 zeta (uwzględniać inflację?).

Zrobiła sie zadyma wokół aresztowania Polańskiego, szum w sprawie pomysłów CBA, obrażania sie pewnego niewysokiego facecika z wadą wymowy, a ja mam poczucie, że to wszystko jst jakoś za szybą. Od polityki trzymam sie z dala, ręce midawno opadły, jak na to patrzyłam, i juz mi sie zwyczajnie nie chce tym zajmować. Hałas wokół wszelkiej maści Artystów, artystów i "artystów" też mnie nie rusza - co chwila ktoś z czymś wyskakuje i zwyczajnie przestałam wierzyć, że te wszystkie problemy są prawdziwe, a nie wymyslone przez speców od reklamy.

W przypadku Polańskiego - nie on sie tak reklamuje, ale za to mam watpliwości, czy prokurator w USA , który prowadzi sprawę, robi to naprawdę rzetelnie, czy po prostu gra pod publiczkę w celu osiągnięcia poklasku społecznego?

Jak juz wcześniej pisałam u Babci - sprawa jest trudna, nie ma w niej dobrego rozwiązania, trzeba było to załatwić raz a dobrze 30 lat temu. W końcu, jeśli mogli teraz zrobić numer z aresztowaniem w Szwajcarii, to czemu nie wcześniej?

Tak z ciekawości - NIka, powiesz, co studiujesz? Pytam z pewną nostalgią, bo to był fajny okres w moim życiu i do dziś mam wrażenie, że skończył sie jakoś w zeszłym tygodniu, chociaż z kalendarza wynika, że jednak trochę wcześniej.... Róznej maści podyplomówki to jednak nie to samo...

Pocieszam sie tym, że młodość to charakter a nie metryka. I tego będe sie trzymac, nawet na emeryturze.

 
1 , 2