O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

wtorek, 30 września 2014

Są wyniki Agry. Mocznik spadł z 210 do 99, kreatynina z 6,5 do 4,2.

Wypłukaliśmy z niej większość tego świństwa, nie będzie trzeba jej teraz usypiać!!!! do końca życia będzie miała kroplówki dwa razy w tygodniu, ale to mogę robić sama, nie muszę jej ciągać do weta. 

Uffff.... bardzo się bałam, ale się udało!!!!

poniedziałek, 29 września 2014

Poszła ostatnia kroplówka.

Jutro badania.  

To co mogłam, to zrobiłam. Jesli będzie trzeba robić kroplówki dalej - będe je robić tyle, ile będzie trzeba. Ale stan psa poprawil sie znacznie, zaczynam wierzyć, że wyjdzie z tego. Oby.

Jutro będzie wiadomo.

Dziś rano Grzesiek miał usg brzuszka - pan dr węszy, co może byc przyczyną takich wyników badań krwi, bo sporo poza normą, niby w stronę niedokrwistości, ale poziom żelaza idealnie w środku normy. Szukamy.

Piotrek powiedział, że on nie chce do śwetlicy, więc pojechał z nami. 

W drodze powrotnej, w połowie Ursynowa wymyśliłam, że poproszę mamę o pomoc przy Grześku, jak pojadę z kotem do weterynarza - nie dam rady jednocześnie trzymać kota, żeby nie zwiał spod igły i Grześka, żeby nie robił porządków na półkach z lekami. 

Cofnęłam się po mamę, dojechaliśmy do domu. Piotrek do szkoły, kot w klatkę. Jeszcze po forsę po drodze. Mama z Grześkiem mieli zostać, więc wzięła moje klucze, żeby móc pójść z nim na placyk, ale Wąż Młodszy narobił wrzasku, że nie zostanie, więc pojechali. Poszli na spacerek a ja do gabinetu. 

tam szybka piłka, kot się ładnie goi, dwa zastrzyki w tyłek i po krzyku. Odwiozłam mamę od razu do niej do domu. Wróciłam do siebie, wypuściłam Grzeeśka i kota z samochodu, kota z klatki, upolowałam z powrotem Grześka i... zorientowałam się, że moje klucze od mieszkania są nadal w torbie u mamy.

Z powrotem, Grzesiek w samochód, klatka (na szczęście bez kota) też, jazda. 

Teraz wreszcie usiłuję położyć gada spać - żeby zrobić psu kroplówkę, ale jak na razie brak współpracy z drugiej strony.

Ide przytulić, może to coś da.

niedziela, 28 września 2014

Chyba jest lepiej.

Piotrek w porządku, prawdopodobniepołączenie zalegających mas kałowych czyli dawno nie robionej kupy z mocno ściśniętym paskiem od spodni. O ten pasek kłócę sie z nim od dawna, problem bierze się stąd, że naprawdę trudno kupić portki na tego chudzielca. Jak miał 122, to standardowe spodnie w sklepie w obwodzie miały 66 cm. Ile mają takie na 134 wzrostu to nie wiem, ale Piotrek ma teraz w pasie 57... 

Tak czy inaczej  przeszło mu.

Kot jest nieszczęśliwy, zajuszył mi pół podłogi, jakbym nie miała co robić. Przemyłam mu to ucho i sie na mnie obraził i schował w piotrkowym tapczanie. Jutro jedziemy na kolejny zastrzyk. 

Pies coraz lepszy, kroplówki wyraźnie pomagają, zaczynam mieć nadzieję, zę sie uda ją z tego wyciągnąć. Bryka, domaga sie jedzenia, zabawy, przynosi piłeczkę, jak dziś poszliśy na spacer, to długo ganiała jak Skorupiak z Piotrkiem do spółki rzucali jej piłkę tenisową. Może...

W sumie - zdrowotnie mimo ostatnich alarmów mamy szansę ze wszystkich tych sytuacji wyjść na prostą. Więcej będzie wiadomo we wtorek, zrobimy psu badania, kotu powinno się poprawić po antybiotyku. Mam nadzieję, że nikt nic nowego nie wymyśli... Urodzinowa niespodzianka czeka - a ja razem z nią.

Pies chory, aczkolwiek mu sie poprawia.

Kot z dziurą w głowie - byliśmy u pana doktora, dziabnął koteczka skalpelem w bułę pod uchem i wypłynęło pół wiadra ropy. Śmierdzi, będzie ciec i ma ciec, żeby sie oczyściło. Będę miała mieszkanie uświnione. 

Do tego Piotrek, który nocował u dziadków, od rana skarży się na ból brzucha. On nie ma zwyczaju się mazać o byle co, a tu płakał prawie z bólu.

Za 45 minut mamy wizytę u lekarza.

Szlag by to jasny trafił, aż się boję, kto teraz coś odwinie...

sobota, 27 września 2014

Za mało kłopotów było.

Dziś wieczorem kot wrócil z dziurą w głowie. A nasi nadworni weterynarze już nie pracują, jutro będa od 10. 

Po oględzinach spryskałam kota octeniseptem i stwierdziliśmy, że poczekamy do jutra. Koteczek jest bojowy, chory na nerki, nie będe lecieć znim do nie wiadomo kogo, kto kota nie zna i licho wie, jak zareaguje na jego charakterek.

Cholera jasna, naprawdę sie martwię, zę w ostatniej chwili wyskoczy coś, co przekreśli całą niespodziankę i pół roku oczekiwania...

Teraz jeszcze tylko kroplówke psu i mogę iść spać...

piątek, 26 września 2014

W ramach tygodniowych zakupów kupiłam między innymi kolejną część Felixa, Neta i NIki. Piotrek już pochłonął cztery pierwsze części i czeka na następne. Ja co prawda kupiłam siódmą, ale to niedaleko. 

Niestety zapomniałam rozładowac do końca siatki, zajęta usypianiem brykającego Grzesia, a Pitorek, który dziś wrócił wcześniej - wywęszył.

teraz chodzi i sie cieszy podwójnie - raz, że będzie miał coś, co bardzo chciał dostać, a dwa - że taki sprytny i mnie okiwał z prezentem urodzinowym.

Ciesz sie synku - niespodzianki głównej i tak nie wykombinujesz sam, bo ci po prostu do głowy nie przyjdzie coś takiego. A jak już sie zorientujesz, to znając Ciebie, obawiam się, że przejdziesz na ultradźwięki z wrażenia :). O ile jeszcze będziesz w stanie cokolwiek powiedzieć...

czwartek, 25 września 2014

I kolejna kroplówka za nami... Zostały jeszcze dwie, a potem kolejne badania. 

Biedna dziewczynka trzęsie sie za każdym razem, wyrywa, a mi sie serce kraje, jak muszę ją złapać i wbić igłę w skórę na karku. A rónocześnie wiem, ze nie ma wyjścia, ta kroplówka byłaby tak czy inaczej, co najwyżej w znacznie mniej przyjaznych warunkach, w gabinecie. 

Z jednej strony chciałabym, żęby sie te kroplówki skończyły, żebym przestala ją męczyć. Z drugiej - wolałabym, żeby trwały, bo póki są, dopóki sie nie zrobi badań, jest nadzieja...

środa, 24 września 2014

Tupię z niecierpliwości.

Czekam na urodziny Piotrka. Wymyśliliśmy mu niespodziankę taką, że zjem własne skarpetki, jesli będzie kręcił nosem. jeszcze dwa tygodnie muszę wytrzymać - on wie, że coś kombinujemy, nie wie co. Będzie musiał sam wymyślić na podstawie tego, co będzie widział i słyszał.

Bardzo to potrzebne, odrywa go trochę od zamartwiania sie o Agrusię... W przyszłym tygodniu kolejne badania i będzie wtedy wiadomo....

niedziela, 21 września 2014

Kolejna kroplówka. Agra sie boi, nie lubi tego - trudno sie dziwić. Ja też nie lubię.

Tylko jak mam jej wytłumaczyć, że trzeba, że i tak tego nie uniknie, najwyżej zrobi to lekarz w gabinecie, a nie ja na jej własnym materacyku.

Dzisiaj mi się wyrwała, musiałam ją parę razy kłuć, biedna dziewczynka piszczała z bólu. Tylko co ja mam zrobić? przecież nie wleję jej tego do paszczy, bo ona ma płukać nerki, a nie żołądek.

Do tego dziewczynka nie chce jeść.  Nie mogę jej dac tego, co zawsze, z taką ilością mięsa, jak przywykła, bo jej to przecież szkodzi. Jedyne, co czasem zje, to kocia karma sucha - kot teżna diecie nerkowej, więc też ze zmniejszoną ilością białka, ale jednak to jest kocie, a nie psie, nie powinno się podawać. Tylko  kurczę, ona musi coś jeść!!!

biedna zwierzynka...

sobota, 20 września 2014

Ostatnie zwariowane lotnisko   nieco mnie wykańcza. Pies chory, reszta też ma jakieś dziwne pomysły.

Jedno, co powoduje, że się dzisiaj co chwila uśmiecham, jest osioł. O taki właśnie:

 

 

Zobaczyłam go wczoraj znienacka we własnej wannie, jak wyszłam z pokoju po uśpieniu Grześka. I absurd tej sytuacji idealnie pasuje do mojego zwariowanego poczucia humoru - jak nie może być normalnie, to przynajmniej bedzie wesoło.

Grzesiek stał na stołeczku przy umywalce w łazience. Tyłem do umywalki. 

Nagle zaczął z tego stołka spadać, tak, zę za moment by przywalił potylicą w krawędź umywalki, a jakby dobrze trafił, to jeszcze w wannę. Na szczęście Skorupiak zdążył złapać gościa za łpakę.

Chrupnęło, a Grzechot zaczął się drzeć. Nie tak standardowo, tylko płakał z bólu. I nie przechodziło mu to mimo upływu czasu.

Złapałam za telefon, umówiłam wizytę w placówce współpracującej z firmą, w której pracodawca Skorupiaka uprzejmie wykupuje nam rodzinny abonament. Powiedzieli, że można już jechać, oni od razu wyślą zgłoszenie.

No to jazda, zapakowaliśmy zoo w samochód i gazu.

Na miejscu zonk - pani w recepcji nic o nas nie wie, nie ma śladu informacji w komputerze, nie dzwonili. Szlag by to trafił, trzeba było dzwonic jeszcze raz i ochrzanić trochę towarzystwo - to nie pierwszy ich numer, ale to inna sprawa.

Ortopeda obejrzał Grzechotnika (swoją drogą, jak sie nazywa ortopeda od węży?) i stwierdzil nadwichnięcie stawu łokciowego, które na szczęście samo wskoczyło na miejsce z powrotem - faktycznie, w pewnym momencie w samochodzie mały zaczął używac tej łapki, a w poczekalni już całkiem nieźle wariował. Obserwować, ale chyba będzie dobrze.

Równocześnie mama też wymyśłila jakiś kolejny problem medyczny - niestety fantazję ma w tej dziedzinie nieograniczoną, szlag by to trafił. Przy czym ona nie jest absolutnie hipochondryczką, raczej wręcz przeciwnie, ale jak coś się z nią dzieje, to wszycy lekarze sie boją. jak to któryś podsumował, "Pani to nawet witaminy strach podać". Jak jej coś tam wycięli, to kilku profesorów sie zastanawiało, co to u licha jest. Taki typ rozrywkowy. 

Niech ten dzień sie już skończy...

piątek, 19 września 2014

Miałam zrobić psu kroplówkę, więc Skorupiak zabrał chłopaków na spacer. 

Wlałam w psa co trzeba, zadzwoniłam, że już. Oni jeszcze połażą. OK, nie ma sprawy. Chciałam jeszcze zadzwonić do rodziców - coś tam miałam im zawieźć, ale było zajęte, a że przy okazji wyszła kwestia ewentualnego nocowania Piotra, więc dzwonię z powrotem do Skorupiaka - powiedzieć, że nici z  nocowania, nie dodzwoniłam się.

I tu sie zaczęło. To znaczy, dla mnie się zaczęło, u nich wcześniej. Jak  zadzwoniłam, to Skorupiak tylko krzyknął, żebym przyszła natychmiast w podane miejsce, on ma tam nieprzytomną dziewczynę, trzeba zabrać chłopaków. 

Jak się łatwo domyślić, wyrwałam z kopyta, kaszląc jak gruźlik po drodze. Dobiegłam gdzie trzeba - faktycznie, na trawniku w bocznej ustalonej leży ktoś, obok Skorupiak, ktoś tam dzwoni poganiając pogotowie, które chyba dopiero opony pompowało...

Zabrałam chłopaków, bo to nie są sceny dla nich, przy czym Piotrek zachował się bardzo przytomnie - ustawił Grzechota plecami do całego zamieszania i zagadywał, ile wlazło.

Jeszcze się okazało, że Piotrek zgubił maskotkę, którą dziś dostał w czasie wycieczki szkolnej - przeszliśmy z powrotem całą trasę, ale bez rezultatu.

Skorupiak został, poczekał na przyjazd karetki, potem policji, zeznał, co miał zeznać i wrócił.

Po czym zadał pytanie:

- Dlaczego znowu ja?????

Fakt faktem, jemu takie sytuacje zdarzają sie wyjątkowo często. 

Pewnie dlatego, że on umie zareagować i na pewno nie zostawi takiej zlewającej sie z krzesła dziewoi. 

Swoją drogą, przerażająca dla mnie była reakcja ludzi.

Stało stadko i się gapiło, sępy normalnie. Jedna osoba robiła coś konstruktywnego, reszta przeszkadzała, a całkiem sporo ludzi siedziało przy stolikach w knajpce obok siedziało i oglądało przedstawienie podjadając spokojnie z talerzy.

Wykorzystałam okazję do pogawędki z Piotrem na temat narkotyków, dopalaczy i innych takich radosnych pomysłów. Nie mam co prawda pewności, czy panna przyćpała, czy może miała zawał serca, ale sytuacja raczej jednak wskazywałaby na to pierwsze, a dla celów dydaktycznych było to akurat. Teraz mógł zobaczyć sam na własne oczy, jakie mogą być efekty poprawiania sobie humoru, zrobiło to na nim mocne wrażenie. Mam nadzieję, że zapamięta lekcję - w końcu nie musi koniecznie uczyć się na własnych błędach, może w tym celu wykorzystać również cudze.

W domu nakarmiłam dzieci, umyłam Grezśka, zapakowałam go spać. Po czym jak wyszłam z sypialni i zajrzałam do łazienki, pogonić Piotrka, który miał być już dawno umyty, a dopiero wędrował z piżamką w garści - to w wannie zobaczyłam gumowego, dmuchanego różowego osiołka.

W pierwszej chwili pomyślałam - ale przecież JA nic nie piłam!!!!!

Okazało się, że Skorupiak znalazł, ktoś wystawił przy śmietniku.  Grzesiek zna tę zabawkę i ją uwielbia. Co prawda moglaby nie być różowa, ale znalezionemu osłu nie zagląda się w kolor futra...

NIech ten zwariowany dzień sie już skończy bez dalszych niespodzianek...

czwartek, 18 września 2014

Mieliśmy dziś umówioną wizytę u pediatry - chciałam omówić badaniaGrzechota, bo tam sporo poza normą wyszło. 

Wizyta na 15 - akurat, mały pójdzie spać ok 11, do 14 najpóźniej sie obudzi, idealnie.

Hahaha.

Zasnął dużo później, już po 12 było. Brykał i nie chciał sie przytulić, tylko ganiał po łóżku. W rezultacie zasnełam razem z nim.

Obudził mnie brzęczyk telefonu, przypominający, zę za dziesięć minut mamy być w gabinecie.

Dobrze, że dało sie wizytę przełożyć na jutro...

 

Inna sprawa, zę to pokazuje, jak bardzo jestem zmęczona i wykończona.

Pies jest lepszy. 

Dzisiaj jak Skorupiak wrócił z pracy, to zaczęła do niego skakać z radości. 

Potem zwiała mi spod kroplówki, musiałam ją ganiać po mieszkaniu. Następnie zażyczyła sobie michy i spaceru. 

To zupełnie inny pies, niż ten sprzed trzech dni, który leżał, spał i nie chciał jeść, pić - nic, tylko odczepcie się wszyscy.

Czepiam sie nadziei, chociaż tak naprawdę gdzieś tam wiem, że to niewiele oznacza, może sie lepiej czuje chwilowo, ale to nie musi sie przekładać na wyniki kreatyniny  i mocznika za dwa tygodnie. A to będzie decydujące...

 Od czasu diagnozy Agry właściwie zmuszam sie do jedzenia - po prostu nie mam potrzeby i już.

Rzadko mi sie to zdarza, zazwyczaj stresy zajadam (co po mnie widać...). Niejedzenie ze stresu zdarzyło mi sie może ze dwa razy w życiu - ale to był poziom mega.

Teraz- cóż, wiedziałam, że to kiedyś nastąpi, że raczej prędzej niż później, w końcu Agra ma już ponad 13 lat. A jednak jest bardzo trudno....

Nie mam wielkiej nadziei, zwłaszcza, ze będzie coraz zimniej, co też jej nie pomoże - ona ma krótkie futrerko, jamnicze, będzie marzła. Obawiam się, że w następny weekend trzeba sie będzie pożegnać....

środa, 17 września 2014

Pierwsza kroplówka  za nami. NIgdy w życiu wcześniej nikogo nie kłułam, nie pobierałam krwi, nie ćwiczyłam tego - bo nie było mi to do niczego potrzebne. Jednak czego sie nie robi dla bliskich - żeby oszczędzić suni stresu związanego z wizytą u weterynarza podjęłam sie robić jej wlewy w domu.

pierwsza porcja poszła, razem z furosemidem - to jednak dla niej dużo lepsza forma, we własnym łóżeczku, w ciszy, spokoju, bez obcych zwierzaków hałasujących w poczekalni...

Oby dało efekt. Jutro ciąg dalszy.

wtorek, 16 września 2014

Agra choruje. 

Kochana psica ostatnio nie chciała jeść, smutna była - wyniki badań są dosyć parszywe. Nerki, podobnie jak u kota dwa lata temu, ale w dużo gorszym stanie. Weterynarz nie robi dużej nadziei, sformułowanie "zobaczymy, CZY są szanse" brzmi złowieszczo.

Będziemy walczyć, na razie pare dni płukania psa kroplówkami, ponowne badania  - i zobaczymy. Póki nie cierpi, trzeba próbować, a nerki mają to do siebie, że nie dają dolegliwości bólowych. 

Smutno i źle w domu...

piątek, 12 września 2014

Chłopaki charzą i smarczą, ja też.

Poszliśmy do naszego nadwornego pana doktora. Zalecił różne rzeczy.

I na koniec powiedział - pani to najlepiej by zrobiło parę dni odpoczynku. Da sie jakoś zrobić?

Ha ha ha.

 

czwartek, 11 września 2014

Rany, nie wiem, co jest, ale Grzesiek mnie dzisiaj wkurza tak potwornie, jak nigdy dotąd. 

Całe szczęscie, że Skorupiak w domu, to mógł go przejąć i już kładzie. Ja mam dość, trzęsionka łap jak słyszę jego wycie. Nienawidzę tego dźwięku, ja w ogóle lubię ciszę, a ten mały ma chyba walnięty potencjometr, bo strasznie głośno nadaje.

Niech oni już oda spać, błagam!!!!!

wtorek, 09 września 2014

Zaraza powróciła.

Skorupiak na antybiotyku. Grzesiek znowu na ventolinie, co prawda bardziej chyba prewencyjnie, bo śladowo słychać, ale żeby sie nie rozbujało.

Nie możemy sie porozkładac dokladniej, bo na urodziny Piotrka muszą być wszyscy zdrowi, inaczej realizacja niespodzianki będzie mocno skomplikowana...

 

PS. Piotrek też już marudzi, że go gardło drapie. Jasny piorun by to...

poniedziałek, 08 września 2014

Przybył mi w domu kolejny przedstawiciel kadry zarządzającej.

Piotrek został przewodniczącym klasowego samorządu. 

Jak sie do tego doda stanowisko Skorupiaka oraz Szefa Noszonego Na Rękach Albo Ganianego W Pośpiechu, to wychodzi na to, że powinnam sobie sprawić tabliczkę z napisem "Dyrektor Menadżerii"

Grzegorz ma trzy fazy:

  • spanie
  • bieganie
  • jedzenie

Zaczynałąm byc przerażona fazą trzecią - jednak jakieś przerwy pomiędzy posiłkami są rzeczą chyba potrzebną, przynajmniej tak marudzą żywieniowcy. Przestałam się martwić, gdy uświadomiłam sobie natężenie fazy drugiej - on biega BEZ PRZERWY - chyba, żę złapię i przygwożdżę w wózku, zapinając w pasy. Wtedy je, bo nie może biegać.

W sumie - dobrze jest, bo mimo ciągłego jedzenia jest szczuplutki - w końcu musi mieć skądś zapas paliwa na całe to brykanie.

Grzechot uwielbia moją mamę. Tatę też, ale dla niego stanowią jedno ciało (razem z samochodem) - całą trójka określana jest zbiorowo jako Mi.

Jak dzwonię do mamy, to po chwili obok stoi osobnik z rozkazująca miną i wyciąga łapę po słuchawkę. Po czym siada mi na kolanach i słucha. Mi recytuje mu wierszyki, a on - jak zaczarowany. Siedzi, trzyma kurczowo słuchawke przy uchu i nic nie mówi. 

Uwielbia te rozmowy, kilka razy dziennie przynosi mi telefon i tłumaczy, że mamy zadzwonic do Mi. Nie przeszkadza mu, ze np o 6 rano to nie jest najlepszy pomysł, że czasem Mi mogła wyjść z domu... Nieważne, pan Grzechot życzy sobie z nią porozmawiać.

Widują się często, ale te telefoniczne kontakty sa dla niego bardzo ważne. Prześmiesznie wygląda, taki poważny, zasłuchany stworek :)

sobota, 06 września 2014

nagle okazało się, ze mam jakąś obłędną ilość śliwek w domu.

Coś trzeba było z nimi zrobić - część poszła do zamrożenia, ale zamrażalnik juz pęka w szwach.

No to wymyśliłam - ciasto ze śliwkami.

Roboty dużo, nie z ciastem tylko ogólnodomowej, Grzechot sie plącze pod nogami - finger management najlepszym sposobem na rozwiązanie problemu. 

Powiedziałam Piotrkowi co po  kolei ma zrobić - i upiekł całkiem sam. Palcem nie kiwnęłam przy cieście (no dobra, wylizałam miskę, bo on jeszcze mało dokładnie wykładał do formy i dużo zostało - a nie wie, że to bardzo dobre...). Stuprocentowo samodzielna robota.

Dumna jestem z synka. Jak zawsze.

 
1 , 2