O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

poniedziałek, 30 września 2013

No właśnie.

Bez dzieci, nie po zakupy czy wyprowadzić psa. DO TEATRU..... Nie pamiętam już, kiedy ostatnio byliśmy razem w teatrze. Polityka niezamęczania dziadków naszymi dziećmi - choć zasadniczo słuszna - ma jednak swoje mankamenty. 

Tym razem dzieci wrzuciliśy im bez wyrzutów sumienia,  - w końcu to oni ofiarowali nam te bilety, wiedząc doskonale, ze nie pójdziemy z chłopakami.

W ten sposób udało nam sie obejrzeć "Deszczową piosenkę" w Romie.

I przyznam sie, ze mam bardzo mieszane uczucia. Zdaję sobie sprawę, zę sie narażę wielu osobom, przejrzałam recenzje - i same zachwyty. No a ja nie. Po prostu nie. Mnie sie to, mnie to sie nie podoba.

Niby sztuka - klasyk, niby teatr wysoko oceniany... a ja miałam poczucie, zę to jednak jest jakieś takie... nie wiem, płaskie i ogólnie na nienajwyższym poziomie. 

Partie stepowe - w zasadzie wariacje na temat kroku podstawowego, wyglądało, jakby naprawde stepować umiał tam jeden aktor Tomasz Pałasz w genialnej, choć epizodycznej roli nauczyciela dykcji. Wyciachali z oryginału całe kawałki taneczne, różnica między umiejętnościami zespołu tanecznego a aktorów bila po oczach.

Pomysł z użyciem deszczownic  - w tym wariancie sprawial wrażenie, że jedynym celem było odróżnianie sie od innych, bo konkurencja nie lała wody na scenę w takich ilościach. Końcowy numer w ogóle ni przypiął ni wypiął, a celowe kopanie wodą na publiczność schowaną pod pelerynkami jest żenujące.

Nie miałam za bardzo czasu, żeby przeanalizować całość, co mi się podobało, a co niezbyt,  - i pewnie już tego czasu nie znajdę. Zostało mi poczucie, że było to przedstawienie dla klas średnich, taki trochę harlequin teatralny.

Żeby nie było, że się tylko czepiam - rewelacyjna rola Liny. NIestety nie pamiętam, która z dwóch aktorek wcieliła sie w tę postać w sobotę, ale była świetna.  Do tego też rewelacyjne tłumaczenie  "Moses suposes", język sobie można połamać :).

Ogólnie - niewątpliwym plusem było samo wyjście ze Skorupiakiem BEZ DZIECI. ALe następnym razem, jak sie wybierzemy do teatru, to nie będzie to Roma. Oj, nie.

niedziela, 29 września 2013

Jak wiadomo, jeśli w ciągu kwartału są trzy imprezy, to najpewniej będą one miały miejsce tego samego dnia.

W tym przypadku reguła zadziałala bezbłędnie. W sobotę były w ramach Festiwalu Nauki warsztaty dla dzieci "Festiwal Nauki Małego Człowieka" i dla mnie "Zobacz na co patrzę" - o tym, jak widzą świat niemowlaki, co dostrzegają, jak się kształtuje ich wiedza o świecie. 

Żeby nie było za nudno, również na sobotę dostaliśmy od rodziców bilety do teatru. Oni je też dostali, ale stwierdzili, ze nie mają ochoty, Roma jest zbyt hałaśliwa jak na ich potrzeby, więc scedowali na nas. Wyjście do teatru to temat na następny wpis.

W rezultacie sobota odbywała sie w galopie. Do tego z rana obudziłam sie zachrypnięta, z zapyziałym gardłem i ogólnie nieszczęśliwa, więc w pierwszej chwili nie chciałam nigdzie iść. Pozbierałam sie jednak dzielnie, zapakowałam towarzystwo do samochodu i jazda. 
Chłopaków starszych dwóch wyrzuciłam koło Politechniki - tam były ich zajęcia, po czym pojechałam sobie na stare śmieci, zobaczyć, co się zmieniło na moim macierzystym wydziale.  

Warsztaty były fajne, wracając zgarnęłam chłopaków, wpadliśmy do domu jak po ogień, naprędce wyprodukowałam jakiś obiad, przebraliśmy się i jazda dalej. Cłodzież wrzuciliśy rodzicom  - i po raz pierwszy od nie wiem, jak dawna, POSZLIŚMY  GDZIEŚ WE DWÓJKĘ....

środa, 25 września 2013

Grzesiek leży wpięty w kuchenny leżaczek. Wystaje już z niego z obu końców, ale póki nie siedzi leżaczek jest niezbędny.

Ja się miotam przy garach i zlewie robiąc pięć rzeczy jednocześnie. Grześkowi mogę poświęcić tylko spojrzenie - i gadać do niego.

To mu wystarcza.

Złapał zasłonkę wiszącą w oknie za jego plecami i bawimy się w "Jest Grześ - nie ma Grzesia". To znaczy, ja gadam, a on zasłania i odsłania pyszczek.

Pełna samoobsługa. A jeszcze niedawno to ja machałam mu pieluszką lub kocykiem i chowałam go przed światem, czekając na roześmiane oczka wyłaniające się spod przykrycia na hasło "Jest Grześ".

Czy to znaczy, że przestaję być potrzebna???

poniedziałek, 23 września 2013

Dzisiaj odebrałam ze szkoły Piotrka razem z kolegą. Mieli odrobić lekcje, jeśli zdążą - chwilę sie pobawić, i pójść razem na judo. 
Trochę sie obawiałam, jak to będzie, czy mi nie rozniosą mieszkania - widziałam tę dwójeczkę w akcji i naprawdę mają duże możliwości w tym względzie, ale na szczeście czterey ściany stoją, a i dach nie cieknie. Może dlatego, że nie ma deszczu. 

Pogadaliśmy sobie jeszcze z Piuotrkiem na dobranoc o pomaganiu przyjaciolom - T jest jednym ze słabszych w klasie, Piotrek - jednym z najlepszych, więc ma świetną okazję, zeby pomóc przyjacielowi poradzić sobie z materiałem. Pogadaliśmy o formach pomocy - że najgorsza mozliwą rzeczą jest danie zeszytu, żeby T. odpisał. 

Ciekawe, ile z tego zostanie w głowie i będzie wdrożone...

Proces zarażania trwa.

Starszy już jest chory - sądzę, zę nieuleczalnie. młodszy też wykazuje pierwsze objawy.

Chorujemy sobie zbiorowo na książkozę. Uzależnienie całkowite, nie ma siły. Mogę nie mieć telewizora (nie oglądałam nic od nie wiem, jak dawna), ale książki być muszą. Piotrek już załapał, czyta, pochłania.

Grzesiek na razie nie czyta, ale skończył sie milutki okres czytania podczas karmienia piersią. Natychmiast wysuwa sie malutka łapka, łepek odwraca w kierunku lektury - czyli dokładnie odwrotnym, niż pierś, a niestety nie zawsze sie pamięta, żęby otworzyć dziób i puścić dystrybutor... Pcha sie do książek, jak jest w salonie, to odwraca sie głównie w kierunku ściany zastawionej książkami. Jasne, na początku to była tylko ciekawa kolorowa plama, ale teraz już konkretnie rwie sie do dzieł literackich. 

Dziiaj odczepił mi sie od Tygodnika Powszechnego dopiero wtedy, gdy dostał własną plastikową książeczkę do gryzienia.

Gremia stosowne płaczą, żę czytelnictwo zamiera, młodzież czyta coraz mniej albo wcale.

Nie jest tak źle, jeszcze pare dinozaurów literackich można będzie sie doszukać - zakopani w jaskinii, obłozeni książkami. Nie widac ich, bo czytają.

NIe wyrabiam sie ze wszystkim. 

Niby powinnam - nie pracuję (jak ja nie lubię tego stwierdzenia, to, że mi nie płacą, to nie znaczy, ze leżę do góry brzuchem), siedzę w domu (następne wkurzające) z dzieckiem...

Tylko że dziecko jest na etapie naręcznym - jeśli nie jest u mnie na rękach, to sie drze. ewentualnie w chuście, albo w wózku na spacerze. Po prostu mam sie nim zajmować, NIM, a nie jakimiś pierdułami  w rodzaju sprzątania czy robienia obiadu. 

W rezultacie nie mam czasu ani siły na pisanie tutaj - i coraz bardziej mi to doskwiera. Notki układam w myślach podczas spacerków, odkurzania (z Grzechotem w chuście), przy garach, i nie mam kiedy ich potem przelać na klawiaturę. A jak mam czas (rzadko, ale sie zdarza) - to juz nie pamiętam. Wieczorem, jak chłopaki pójdą spać - padam na dziób. 

Tak mi sie ostatnio przypomniało, jak kiedyś, w latach nastoletnich, dziwilam sie, czemu moi rodzice chodza tak wczesnie spać, 22, a oni już kończyli dzień. Przecież - rozumowałam - im człowiek bardziej dorosły, tym później może sie położyć, więc czemu oni tak dziwnie? Teraz już rozumiem. Przy dwójce dzieci o 22 jestem nieprzytomna, jak mi sie uda pójść spać wcześniej, to skwapliwie korzystam z możliwości. 

Brakuje mi blogowania. To jest wspaniała odskocznia, możliwość uporządkowania myśli, wyrzucenia z siebie różnych rzeczy, pogadania, pochwalenia się.... Cokolwiek. Taka myślodsiewnia. Nie mogąc odsiać zaczynam sie zapętlać, miesza mi sie wszystko - mam wrażenie, zę mam dużo cięższą głowę, jakąś taką zakręconą. 

Trzeba będzie wygenerować na to czas - coś jak z brakiem czasu na ćwiczenia fizyczne, musi sie znaleźć, dla zdrowia. Tu też dla zdrowia - psychicznego.

No, to już wiem. Będę kombinować, ale postaram sie częściej tu coś skrobnąć. I mam nadzieję, ze dzieki temu będę spokjojniejsza i bardziej cierpliwa wobec wyskoków potomka Starszego.

czwartek, 19 września 2013

Piotrek ostatnio psuje nam opinię. 
A raczej zepsuje, jeśli ktoś w szkole zajrzy mu w kanapki.

Młody człowiek od dłuższego czasu życzy sobie dostawać chleb z masłem. Bez niczego więcej. I standardowo - jabłko. Do picia dostaje wodę.

Po prostu dieta więzienna, dziecko o chlebie i wodzie trzymamy. 

I jak ja sie potem wytłumaczę, ze po pierwsze to na jego prośbę, a po drugie w domu je w sposób nieco bardziej urozmaicony?...

zbiesiłam się.

Ceny słoiczków niemowlęcych są powalające, a do tego młody ostatnio coś marudny, zapluty - pewnie idzie trzeci ząb. I w związku z powyższym odmawia jedzenia czegokolwiek poza mną. A ja nie mam aż tyle, żeby nie łaził głodny. Więc kombinuję, taki słoiczek, siaki słoiczek, a ten drań pluje. I szlag mnie trafia, jak kolejny słoiczek , który jeszcze dwa tygodnie temu był wsysany niczym odkurzaczem, zostaje smętnie nikomu niepotrzebny. 

W związku z powyższym poostanowiłam zrobić własne słoiczki. Na razie owocowe - jabłkowo-brzoskwiniowe. Bez jednego ziarenka cukru, owoce plus odrobina wody na poczatek, żeby sie nie przypaliło, zanim puści sok. 

I młody to je. Ja sie nie wkurzam, jak zostanie - najwyżej zrobię następne, a w ogóle to sama z przyjemnością zjem, bo te słoiczkowe oryginalne to jednak trochę za mdłe. Mój przecier jest bardziej kwaskowaty, ale ma jakiś charakter, smak! Grechotek sie poznał i wie co dobre.

Mam nadzieję, ze niedługo przestanie grymasić, bo jak na razie rozszerzanie mu diety idzie z trudem, a ja powinnam sie niedługo zabrać za leczenie siebie, co jest niemożliwe, póki karmię.

środa, 18 września 2013

Trafiłam dzisiaj na dwie prognozy pogody na zimę. 

Jedna rosyjska, druga amerykańska.

Rosjanie twierdzą, zę zima w Polsce będzie w tym roku ekstremalnie zimna, - 30 stopni i inne takie przyjemności. Zimna, długa, śnieżna. Brrrr.

Amerykanie z kolei wieszczą nam zimę krótką, ekstremalnie ciepłą, prawie bez śniegu. 

Opowiedziałam to Skorupiakowi. 

- A ja myślałem, zę zimna wojna juz sie skończyła - podsumował radośnie.

wyszłam z Grzechotkiem na spacer - różne ciekawe rzeczy można wtedy usłyszeć.

Idzie obok młodzian i wydziera sie do komórki:

- No wiesz, k...wa, i ona trzyma mi tę Gran Canarię do czternastej. ... No k...wa hotel full wypas, dyskoteka jest.... No jak to gdzie, Gran Canaria to koło Majorki jest, k...wa, nie wiesz?

Ja tez nie wiedziałam, ze to obok. 

poniedziałek, 16 września 2013

Pomału zbliżają sie imieniny Skorupiaka (i przy okazji nasza rocznica ślubu - to taki sprytny trik, żeby pamiętał;)

W związku z tym wymyśliłam, że może jakiś ciekawy krawat mu kupię?... Kiedyś Tata dostał ode mnie taki piękny w briardy (ma briarda), i nosi z upodobaniem do dziś. No to pomyślałam, zę może tak analogicznie - z kotem?

 

Wrzuciłam odpowiednie zapytanie na allegro... i opadło mi wszystko. Poza jednym krawatem z Tweetim i Kotem Sylwestrem, była cała masa krawatów... DLA kota, psa, królika i innych futrzaków. 

Biedne zwierzątka.

Ale nie było nic o krawatach dla Skorupiaków, więc mu nie kupię. Przynajmniej nie taki.

sobota, 14 września 2013

... wzięły w łeb.

Na jutro jest zaplanowany grill naszej wspólnoty. Niestety odbędzie się bez nas.

Grzesiek jest nieco za ciepły, zasmarkany. Mogą to być zęby. Piotrek jest bardziej niż nieco za ciepły, zasmarkany i przelewny, leży grzecznie w łóżku i ogląda film. To się zdarza tylko, jak jest chory. I na pewno nie są to zęby, za łatwo by było...

Oczywiście rzecz cała zaczęła wyłazić na pół godziny przed wyjściem do mojej Mamy na urodziny, bo jakże by inaczej. 

Piotrek od poniedziałku zaczął chodzić na judo, którym jest zachwycony, w czwartek miał po raz pierwszy basen - obowiązkowy w drugiej klasie, i, jak podejrzewam, przyczyna kłopotów. I jeszcze angielski  - ruszył w piątek właśnie. 

I od razu się chłopina rozchorował.

W każdym razie - pytanie o plany mnie nieco denerwuje, bo wygląda na to, że będę siedzieć i niańczyć dwóch chorych chłopaków.

Plany mam cacy, rzecze Ignacy. *

 

cytat z piosenki Jacka Kowalskiego Wyprawa na Warszawę.

środa, 11 września 2013

Zadzwoniła dzisiaj do mnie Mama. 

- Posłuchaj, coś ci przeczytam. " Zadają zbyt dużo pytań, wiedzą zdecydowanie więcej niż koledzy, lubią się tym chwalić albo nudzą się i przeszkadzają innym. Rozwiązują wszystko szybciej i często innym sposobem, niż chciałaby pani. Rówieśnicy odbierają je jako wywyższające się." Czy to ci sie jakoś kojarzy?

Pewnie, ze mi sie kojarzy, pomyślałam, z lekka zdenerwowana. Wprowadzenie nie zawierało informacji, jakich dzieci dotyczy opis, geniuszy, przyszłych morderców czy jakichś innych odmieńców. Za to pasowało  do mojego pierworodnego, co do przecinka.

Okazało sie, że jednak nie jest to portret mordercy, tylko dziecka uzdolnionego matematycznie. Takiego, z którym szkoła ma kłopot, dopóki mu tych zainteresowań i uzdolnień nie wyzeruje, ucząc go w zamian, że nie warto sie wychylać z jakąkolwiek wiedzą, bo i tak cię zetną równo z trawą.  Cały wywiad z prof. Gruszczyk-Kolczyńską wart przeczytania - wychodzi na to, że szkoła jest najgorszą możliwą rzeczą, na jaką może trafić dziecko. A przynajmniej przeciętna polska szkoła i przeciętne  - czytaj uzdolnione matematycznie - dziecko. Oczywiście są szkoły-wyjątki i pani profesor sie stara, żeby było ich jak najwięcej, ale w ministerstwie jakoś nie są zainteresowani. W sumie nie ma co sie dziwić, głupim społeczeństwem łatwiej sterować.

Tak nam zeszło - zgodnie mniej więcej  z tekstem artykułu, na reformę polskiej szkoły. I dosżłyśmy do prostego wniosku, że u nas  - jak niestety bardzo często - rzeczoną reformę robią od ogona zamiast od głowy. Jakby sie tak zaczęło od przygotowania porzadnie programów - od zera i do wszystkiego, nie ruszając obecnych dopóki sie nie przygotuje przynajmniej szkoły podstawowej, przygotowało nauczycieli - dokształciło i wymieniło nie dających sie dokształcić, zmniejszyło klasy - maksymalnie dwadzieścia osób, jak również zadbało o to, żeby taki nauczyciel nie musiał gnać na drugi etat do sąsiedniej szkoły w celu przeżycia do końca miesiąca - to mielibyśmy  problem z głowy.

Zwłaszcza, że  - tu przydało sie zacofanie - wlokąc sie nieco z tyłu za światowymi trendami jeszcze nie udało nam się ułatwić całkiem szkoly tak, żeby broń Boże jakieś dziecko nie poczuło sie sfrustrowane tym, ze nie wie, gdzie leży Francja. Szwedom juz sie udało, w szkole dbają o komfort psychiczny i dochodzi do takich absurdów, że uczenie jakichkolwiek faktów jest postrzegane jako ograniczanie dzieciom wolności i swobody myślenia. Wymaganie od nich elementarnej kultury też - nogi na stole u dyrektora są dozwolone.  (nie mam pod ręką, ale to przebłyski z artykułu w Dużym Formacie jakimś niedawnym o tym, co Szwedzi zrobili ze swojego systemu szkolnictwa). 

Wnioski ogólne z tej pogawędki - mniej więcej te same, co zwykle.

Nie ma mozliwości wyrównania szans edukacyjnych. Nie da się i tyle, bo głównym czynnikiem różnicującym jest nie szkoła, ale dom. W celu zrównania trzeba  by chyba przejść na system wychowywania w kibucach i odbierania dzieci rodzicom zaraz po porodzie.

Pomysł ministerialny z obcięciem wszystkich zajęć dodatkowych w przedszkolach , żeby nie frustrować tych, ktorych nie stać - paranoja ekstra klasy, nie wiem, co za debil to wymyslił. Raczej by dofinansowali dla najuboższych chociaż taką rytmikę czy angielski, bylby lepszy efekt. Równają , owszem, ale w dół. 

Taki Piotrek zawsze będzie miał fory - bo my z nim rozmawiamy, tłumaczymy świat, opowiadamy, uczymy go. I ma wielką radochę, jak mówię, ze mój poziom wiedzy fizycznej jest za niski na niego, nie umiem mu dokładnie wytłumaczyć tego, o co pyta. Ale się staram, chociaż w przybliżeniu, dokształcam - a liu rodziców by odpowiedziało coś w rodzaju "nie garb sie szczeniaku"?

I dlatego żadne pomysły na zrównanie  czy to w górę czy w dół nie dadzą efektu. 

NIe ma co kombinowac z robieniem klas dla geniuszków czy też dla tych głupszych. W społeczeństwie zawsze będa i tacy i taci, co więcej, obie grupy są potrzebne, więc płacz nad rozwarstwieniem intelektualnym społeczeństwa wydaje mi sie nieco bez sensu. . Bo potrzebni są i profesorowie i brukarze, jedni bez drugich nie pojadą. Więc zamiast dzielić, zamiast szczuć, zamiast przekonywać, ze ta druga grupa tylko czyha, aby mnie oszukać i wykorzystać - może pokazać właśnie te zależności? To, zę są sobie wzajemnie potrzebne, że to żaden dyshonor sprzedawać w warzywniaku, bo wielki ekonomista tez portrzebuje kupić włoszczyznę na zupę i pomidory na sałatkę. A jak ekonomista dobrze  zje, to możę wymyśli lepszy system podatkowy, niż obecnie miłościwie nam panujący? 

Wydaje mi sie, że to byłby bardzo ważny - nie wiem, czy nie najważniejszy - kiedunek myślenia o socjalizowaniu dzieci i edukacji społecznej. Tak, żeby ludzie przestali sie siebie bać, żeby zobaczyli, że są sobie potrzebni i jeden bez drugiego nie zajedzie daleko. Wiem, niezbyt popularny pogląd w czasach galopującego indywidualizmu, kiedy to własne JA zostało wyniesione na ołtarze.

Ale właśnie - może warto spróbować zamienić JA na MY?

Tak sobie cichutko marzę....

wtorek, 10 września 2013

niedługo moja ulubiona wrześniowa impreza - Festiwal Nauki.

Pora siadać do excela i robić kolejne zestawienie, na co , kiedy i gdzie chciałabym pójść. Czyli  - w większości przypadków - na co nie pójdę, bo sie nie rozdwoję :(

Ale jedno wiem już na pewno - będzie ciekawie.

Wczoraj wieczorem Pyton padł. 

O 20 był juz w piżamie, bez kolacji tylko dlatego, że czekali na mnie - wyszłam na chwilę do sąsiadów przegadać jedną sprawę i nieco sie przeciągnęło. Zjedliśmy, poprzytulaliśmy się, przeczytałam kolejny rozdział o skrzatach z czarnym pomponem - i dziecko odpłynęło w niebyt.

Co piękniejsze, zapowiada sie, że będzie tak dwa razy w tygodniu.

Zapisaliśmy go na judo. 

Niedaleko nas jest klub, który zresztą kiedyś kolega znający temat polecił mi jako najlepszy w Warszawie. I faktycznie - rewelacja. Oni tam nie mają parcia, żeby z siedmiolatków robić od razu zawodników, chcą po prostu uruchomic te dzieciaki, często już zaczynające przecież zastygać w bezruchu przed ekranem komputera lub telewizora. I przez bite 60 minut towarzystwo biegało, skakało, turlało się - słowem, szalało na potęgę. A instruktorzy (dwóch ich jest)  razem z nimi.

Wyszalnia - to, czego było nam trzeba. 

Piotrek jest zachwycony, on lubi sie ruszać, a dwie godziny wf w szkole plus basen szkolny raz w tygodniu to dla niego stanowczo za mało, nędza po prostu. Zwłaszcza, że ten wf to też nie jest taki męczący, tam jednak nauczyciel aż tak im w kość nie daje - choćby dlatego, że potem by mu spali na pozostałych lekcjach.

Życie jest piękne.

piątek, 06 września 2013

a jak sie zaczęły, to sypie. 

W osiem dni po pierwszym zębie w paszczy Wężą Młodszego zabłysnął bielą drugi.

Matkę napełnia to uczuciami mocno mieszanymi, gdyż kompletnośc uzębienia Potomstwa jest raczej pożądana, ale czy Potomstwo rzeczone musi tak gryźć?

środa, 04 września 2013

Jak sie jest nad morzem, to należy przynajmniej raz pójść na rybkę, prawda? 

Droga ta przyjemność, ale poszliśy. Ja po prostu uwielbiam rybki....

Młody poprosił do picia jakiś napój - głównym kryterium był kapsel zamiast nakrętki. I zapytał, czy mogę poprosić panią, żeby ten kapsel oddała, zanmiast wyrzucać.

Poprosiłam. 

A miła pani powiedziała:

- A chce pani całą torbę? zbierałam dla jednego chłopca, ale chyba już wyjechał, bo przestał przychodzić.

Pewnie, zę chcę.

Mina Pytona na widok całej torby skarbów z pewnością warta była kapsli pętających sie później po mieszkaniu. I cholernie drogiej rybki.

Swoją drogą, mało kto dzisiaj gra już w kapsle...

jeszcze jeden zaległy zeszytowy wpis - gdzieś z końca sierpnia

 

Wbrew pozorom, nie chodzi tu o psa. Tak mi się skojarzył Pyton, gdy poszliśmy sobie  na spacerek plażą do sąsiedniej miejscowości.  Grzesiek w chustę, plecak z wyposażeniem z drugiej strony - Skorupiak się uparł, zę mni nie da, bo ma wtedy równowagę i grzeje mu w plecy - i jazda. 

Pyton podczas tego kilkukilometrowego spaceru zachowywał sie zupełnie jak szczeniak. Podbiegał, pędził do przodu, zawracał, robił kółeczka. Śmiał sie prez cały czas. Właził w wodę, przynosił patyki i kamienie, rzucał nimi... Udało mu sie zamoczyć spodnie, a potem, jak już szedł w samych majtkach - usiąść na mokrym piasku. Efekt - łatwy do przewidzenia...

 

Kojarzył mi się ze szczęsliwym psiakiem, który wyszedł na długi ciekawy spacer. 

Tylko mu ogona brakowało do machania, poza tym - podobieństwo ogromne. 

Fajnie sie patrzy na takie szczęśliwe dziecko. To jeden z najpiękniejszych widoków świata.

 

dopisek warszawski, parę dni później:

Byłam dziś u mojej pani Małgosi, podciąć czuprynę, bo juz zarosłam okropnie. Poszłyśmy razem z Mamą - w ten sposób jedna siedziała na fotelu, a druga trzymała Grześka na kolanach.  I pani Małgosia opowiadała o swoim psie, golden retriverze, z którym była nad morzem. mówiła, jak szałał po plaży. I podsumowała - zachowywał sie zupełnie jak szczęśliwy kilkulatek.

Wyraźnie widać, że dzieci i psy sa do siebie podobne.

Chciałam przewinąć Grzechotka.

w pokoju - niespodzianka, przewijak zajęty. Kotu jest tam bardzo wygodnie.

Podeszłam.

Chrząknęłam znacząco.

Kot otworzył jedno oko. Po czym je zamknął.

No to położyłam Grzechota na kocie. No, tak częściowo, ale duży kawałek 9-kilowego Węża leżał na ponadsześciokilowym kocie.

Myślałam, że sobie pójdzie. On był innego zdania.

Zmnieniłam pieluchę kręcącemu sięWężowi. Kot nic. Poczekał, aż sobie pójdziemy i śpi dalej.

Twardy zawodnik...

wtorek, 03 września 2013

Grzechotek śpiewa przez sen.

Zamurowało mnie.

poniedziałek, 02 września 2013

zaczyna się. 

ustawianie grafiku zajęć, planowanie logistyczne, jak spasować zajęcia dodatkowe, żeby nie za dużo, nie za daleko i kieszeń wytrzymała.

Na razie wypadną nam chyba zuchy - kolidują terminem z judo, a z tego nie chcę rezygnować - Piotrkowi przyda się taka wyszalnia. Inaczej mi mieszkanie rozniesie.

Plan lekcji będzie jutro, podobno stały, bo w ostatni piątek nagle sie jakis kipisz z nim zrobił i teraz nie ma pewności, czy nie będzie jeszcze jakichś poprawek.

Jak to dobrze mieć szkołę pod samymi oknami, bez konieczności codziennego dowożenia dziecia przez pół miasta....

niedziela, 01 września 2013

Wreszcie jest. POjawił sie właściwie niezauważenie, po prostu w czwartek, w przedwyjazdowym zamieszaniu gdy Grzechotek zaczął ciamkać mój palec, poczułam, ze jest.

Pierwszy ząb.

Późno dosyć, kumpel młodszy o dzień ma ich zdaje sie już sześć. Równocześnie moje zęby zaczęły wyłazić jeszcze później, miałam podobno 9 m-cy. Czyli nie nerwowo, proszę państwa, zęby w końcu bedą w komplecie. 

Niestety teraz chyba od razu leci następny, sądząc po marudzeniu Grześka, częstotliwości, z jaką się domaga piersi, niechęci do innego jedzenia. 

On w ogóle jak tylko coś mu jest źle, z dowolnego powodu, to najchętniej wróciłby na pierś li i jedynie. Ból polega na tym, ze facecik rośnie i potrzebuje znacznie więcej jedzonka, niż cztery miesiące temu, a ja produkuje już mniej, niż wtedy, gdy jadł wyłącznie mnie. I mamy problem....

W rezultacie popijam znienawidzona herbatke laktacyjną z anyżkiem, którego nie cierpię. Noszę małego na ramieniu, wystawiam dystrybutor na żądanie. 

I nosem sie podpieram.

W związku z czym idę spać, bo Gad Mniejszy właśnie zasnął.

Dobranoc.

I jeszcze jedna notka zeszytowa, tym razem z 27 sierpnia.

 

Ten wyjazd jest pod jednym względem dla mnie zupełnie niezwykły. 
Od lat - chyba od zawsze - jakoś tak było, że moje potrzeby, pragnienia, marzenia lądowały na końcu kolejki. Zawsze było coś pilniejszego, ważniejszego, ja spadałam  z listy.

W odruchu samoobrony powoli przestawałam marzyć, myśleć o czymś dla siebie.  Najpierw z listy spadały grubsze przyjemności, potem te coraz drobniejsze - znikałam ja.  Jedynym czynnikiem usprawiedliwiającym moje istnienie byli inni. Ja dla siebie - nie istniałam wcale. 

Odsuwałam plany - te przyjemne, obowiązki to obowiązki, te zostawały. Coraz liczniejsze. Rezygnowałam z marzeń, przesuwałam je na następny rok, i kolejny, i jeszcze jeden...

Doszło do tego, że odpowiedź na proste - wydawałoby sie - pytanie "na co masz ochotę" przerasta moje możliwości, nawet jeśli dotyczy kwestii tak prostej jak decyzja, co na obiad, pizza, pierogi, kebab czy inna chińszczyzna, bo akurat jemy na zewnątrz. Była taka sytuacja całkiem niedawno, przez godzinę nie mogłam sie zdecydować, a odpowiedź "wszystko mi jedno" nie była akceptowana. A ja naprawde nie wiedziałam, przy każdym pomyśle włączało mi się pytanie "ale czy chłopaki mają ochotę na...?". To, że mogłam czegoś chcieć, było takie nowe...

W czasie tego wyjazdu udało mi sie dwukrotnie przypomnieć o swoich starych, bardzo wieloletnich marzeniach. O jednym już pisałam - kajaki. Drugie było jeszcze cenniejsze, bo od razu włączył mi się schemat - nie warto na to wydawać pieniędzy, po co, mogę przecież żyć bez tego. A jednak - poszłam. I nawet Skorupiak nie musiał mnie długo namawiać. 

Park linowy.

W Warszawie czaiłam sie na to od dawna, ale tuż obok nas są tylko dwie trasy dziecięce - takie do 1,40 cm w kapeluszu, a ja mam jednak więcej. Dalej - to już cała wyprawa, muszę mieć kogoś do towarzystwa, bo nie pójdę na trasę z Grześkiem na brzuchu. Czyli tylko w weekend, bo Skorupiak w tygodniu pracuje. 

Tu sie okazło, że park linowy jest po drugiej stronie ulicy. 

I poszłam. Razem z Pytonem, na trasę określaną jako "trudna". Było jeszcze "extreme" i takie dla dzieci, wiec wybór był raczej oczywisty. Młody poszedł piewrszy -  i zaimponował mi ogromnie. Szedł jak burza - pewnie, równo, nawet jak miał miejscami za krótkie nogi, to sobie radził znakomicie. 

Ja - pierwszy raz na czymś takim. Co prawda w dzieciństwie łaziłam maniacko po drzewach, ale to było 30 lat temu... I co tu dużo ukrywać - miałam cykora. Jak Pyton szedł, to wyglądało tak lekko i bezproblemowo, ale z wysokości sześciu metrów jakoś mi sie optyka zmieniła. Z góry inaczej widać, zdecydowanie. 

Krótko mówiąc, zaczęłam mieć stracha, zwłaszcza mając w perspektywie przejście po linie. Oczywiście były dodatkowe linki do trzymania sie, nie mówiąc o uprzęży - w najgorszym przypadku powisiałabym jak pająk na nitce po czym by mnie zdjęli, ale nie mogłam dopuścić do takiej kompromitacji. Powtórzyłam sobie w myślach stary kawał skałkowców - "co to jest, wisi i zagraża? - dupa a nie alpinista",  i poszłam. Duma nie pozwoliła mi sie wycofać bez sprawdzenia, czy jednak sobie nie poradzę, więc pozostało iść do przodu. 

Za to jak dotarłam do rozwidlenia - pełna trasa czy skrót, to poszłam skrótem. Czułam już dokładnie mięśnie rąk i nóg, trzęsły się z wyczerpania, wolałam nie dopuścić do osłabnięcia gdzieś w pajęczynie. Przy okazji pokazałam Pytonowi, że to nie jest żadna ujma, jesli spróbowałam i uznałam, że jestem za słaba, że nie dam rady. To raczej przejaw zdrowego rozsądku, nie dasz rady - nie szarżujesz.

Potem od Skorupiaka usłyszałam, że z dołu nie było wcale widać mojego strachu, szłam wolno, ale równo, pewnie  i w stałym tempie. 

Zjechałam na dół (tyrolka, tez niezłe przeżycie) zmęczona jak pies, ale bardzo zadowolona. Z tego, że zadbałam o siebie, o własne pragnienia. I z tego, że przełamałam strach. Fajne uczucia, zwłaszcza, jak są ze soba połączone. 
Satysfakcja. 

wieści z Warszawy.

Tata dostał skierowanie od chirurga na jakieś badania. 

I teraz procedura jest następująca:

Tata musi pójść ze skierowaniem do rodzinnej pani dr, żeby wystawiła skierowanie do specjalisty w Ważnym Instytucie Medycznym, który to specjalista zatwierdzi skierowanie i wyznaczy termin. Nie, nie termin badania, termin zapisania sie na badanie. Innymi słowy, kiedy może przyjść i zapisać sie na badanie. Bo na pobranie krwi należy sie zapisać. Paranoja.

Nie wiem niestety, jak odległe były terminy - a) zapisu, b) badania. Wiem za to, zę wynik ma byc za dwa miesiące. 

Rozumiem,  trzeba jakoś spowodować, żeby ludzie nie wyciągali od lekarzy skierowań na badanie wszystkiego, bo takiego palec u nogi zaswędział, wszak niektóre badania kosztują całkiem zdrowo. Ale to, co sie dzieje obecnie to jakiś obłęd. Na wiele badań skierowanie musi wystawić specjalista. Żeby się dostać do specjalisty, trzeba pójść do rodzinnego/pediatry, żeby wystawił skierowanie do speca, któy na pierwszej wizycie tylko wypisze skierowanie na badania, bo on nie wróżka i na oko to raczej nic nie powie. Dopiero jak pacjent przyjdzie z badaniami. Pierwsza wizyta bez sensu, trudno sie potem dziwić, zę sie do nich dopchać nie można, skoro część wizyt jest tak idiotyczna. Gdyby pacjent mógł dostać kwity do badań od rodzinnego w chwili, gdy zaczyna podejrzewać jakieś kłopoty medyczne, to kolejki do specjalistów znacznie by sie skróciły, ale szanowny NFZ zadbał, zeby sie to rodzinnym za cholerę nie opłacało. 

Czasem mam wrażenie, zę jest to celowe działanie tej instytucji - jak sie pacjenci wkurzą, to wyskrobią ostatnie grosze na pakiety medyczne w przywatnej służbie zdrowia, a w państwowej kieszeni zostanie nadwyżka niewykorzystanych finansów i będzie można sobie przyznać sowite nagrody za oszczęności dla budżetu państwa.

lodówka wakacyjna. Trochę naszych zapasów, trochę zostało po kuzynie, który tam mieszkał wcześniej.

W korytku w drzwiczkach obok siebie turla się główka czosnku obok tabliczki białej czekolady.

Takiego połączenia jeszcze nie próbowałam...

 
1 , 2