O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 27 września 2012

Siedzę i zastanawiam się od paru dni.

Nad własnymi talentami wychowawczymi, co gorsza.

No bo dotąd wiedziałam, przynajmniej mniej więcej, jak udało mi sie osiągnąć dany efekt wychowawczy. A teraz nie mam pojęcia.

Piotrek codziennie przychodzi ze szkoły i pierwsze, co robi, to siada do odrabiania lekcji. Sam, z własnej woli, nie poganiany, bez przypominania. Robi je z radością i entuzjazmem. 

Ja z tym miałam kłopot przez lata, nie chciało mi sie zabrać do roboty, odkładałam na później i potem zwisałam smętnie nad biurkiem, przysypiając nad zeszytami. Ewentualnie siadałam od razu (najczęsciej zmuszona przez rodziców) a za zeszytem chowałam jakąś książkę (no tak, przyznaję się...). I w efekcie i tak kończyłam późno.

Młodemu na początku września przedstawiłam Teorię Inteligentnego Lenia (autorstwa mojego taty), młody zrozumiał, co trzeba i wprowadza w życie aż miło patrzeć. 

I wszystko dobrze, tylko samo gadanie zwykle nie załatwia sprawy, z przykładem pod tym względem nieco gorzej, nie ma co udawać, a i tak zadziałało jak złoto....

Ciekawe, to jest kolejna kwestia, kiedy moje działania wychowawcze dają efekt znacznie lepszy, niż ten występujący u mnie., innymi słowy, nauczyłam go czegoś, czego sama nie umiem...

Skorupiak pomknął rano do pracy. 

Jak zwykle na swoim ukochanym jednośladzie. Niosły go skrzydła entuzjazmu, jechało mu sie świetnie, tak lekko.

Bardzo lekko...

ZA LEKKO?

Zapomniał plecaka z laptopem, dokumentami i całą resztą. Pojechał tak jak stał, tylko z komórką przypiętą na ramieniu.

środa, 26 września 2012

Jakoś tak (całkiem nie wiem, czemu:) ), bardziej zwracam uwagę na artykuły ciążowe wszelkiej maści. Różności sie można dowiedzieć, po niektórych mam oczy w słup i zastanawiam sie, kto tu na głowę upadł.

Tym razem mój niekłamany entuzjazm wzbudził kolejny przesąd, jaki udało mi sie wykopać. Hit absolutny, czegoś takiego jeszcze nie spotkałam:

Otóz w czasie ciąży nie wolno sie zapatrzeć na psa, (kota, albo inne zwierzę), bo dziecko może sie urodzić z głową tegoż zwierzaka.

Wyobraźnia zaczęła mi natychmiast pracować. W końcu w ciąży  z Pytonem często było tak, że kot leżał mi na brzuchu i mruczał, a ja gapiłam sie na niego i drapałam za uchem. Na psa tez sie czasem gapiłam - zwłaszcza, jak go nakryłam na grzebaniu w koszu na śmieci i wywlekaniu zużytych chusteczek do nosa. 

Idąc tym tropem, co w sytuacji, gdy przyszła matka wybierze się do Zoo? Na przykład ze starszym potomkiem? Pogapi sie na różne zwierzęta, nietypowe i do tego w liczbie bardzo mnogiej. I którą głowę będzie miało dziecko? Czy może wiele głów? Taki przegląd lokalnego zoologu, słoń, hipopotam, tygrys, żyrafa, któraś małpa i krokodyl na przykład. Swoją drogą chętnie bym obejrzała w takiej sytuacji miny personelu przyjmującego poród....

Ech, czego ludzie nie wymyślą...

 

PS. Z całą pewnością za to nie gapiłam sie w poprzedniej ciąży na pytony - i co? I mam jednego. Grzechotnika tez nie spotkałam w życiu mimo ostrzeżeń w czasie wakacji, ze w jednym miejscu mogą się zdarzyć. A wedle ustaleń Potomka Starszego Potomek Młodszy Grzechotnikiem jest!. I jak to wytłumaczyć????

poniedziałek, 24 września 2012

Zaczynam mieć alergię.  od jakiegoś czasu wszędzie pcha sie nachalnie ten temat w oczy, przed chwilą na głównej było OSIEM linków odnoszących sie jakoś do sprawy zamążpójścia tej pani. 

Nic do niej nie mam osobiście, nie znam jej, może sobie być niezwykle sympatyczna, nie wiem. Nie interesuje mnie to, prawdę powiedziawszy. Zaczynam się bać otworzyć lodówkę, bo a nuż też tam będzie...

Wiem za to, że mam już dość przedzierania sie przez mase artykułów o jej ślubie, żeby trafić na coś a) niezwiązanego z tematem, b)  interesującego. Jak sie odciśnie ślub, głupie plotki - zapychacze i jakieś drobne polityczne przepychanki, to zostaje bardzo niewiele... 

Prasa nam sie tabloidyzuje, coraz więcej śmiecia, a coraz mniej konkretów. Jak już sie wydarzy coś, co dziennikarze uznają za warte rozdmuchania, to wałkują temat do znudzenia i jeszcze dwa miesiące potem. Często do tego nakręcają różnych świrów, robiąc wywiady z przestępcami, dając im minutę sławy, analizując na wszystkie strony ich czyn - zamiast zwyczajnie pogrzebać temat razem z jego ofiarą, nie gloryfikować drania. 

Wokół ślubu AK mam wrażenie, że każdy usiłuje znaleźć jeszcze coś, o czym nikt inny nie napisał.  Były więc artykuły (jadę po tytułach, bo nie czytałam ani jednego) dotyczące strojów, zarówno panny młodej jak i zaproszonych gości, prezentów, miejsca wesela, menu weselnego, transportu na wesele, gości (kto z kim przyszedł), pierwszej randki, pierwszego pocałunku, obostrzeń obowiązujących gości weselnych, miejscu wesela, kosztach imprezy.... No litości, a co to obchodzi przeciętnego obywatela, jakie wesele urządza sobie średniej klasy dziennikarka po psychologii, której jedyną osobistą zasługą jest to, że urodzila sie właściwemu tatusiowi????

Szkoda, ze nie nikt nie napisał, jaki był wzorek na papierze toaletowym w ośrodku, w którym było wesele. Bo też jest to arcyważna informacja, bez której zapewne nie będę mogła zasnąć.

 

Szykowałam kolejną partię suszonych pomidorów. 

Do każdego słoiczka wpakowałam ząbek czosnku i kawałek ostrej papryczki, po czym popędziłam umyć starannie łapy, pomna swoich talentów do pchania palucha w oko w najmniej stosownym momencie. Zwykle ten moment ma miejsce, gdy mam na paszczy full tapetę a impreza właśnie sie ma zacząć.

Nie chciałam ryzykować wsadzenia w oko palucha z papryczką, więc je starannie wyszorowałam. 

Zakończyłam prace pomidorowe, umyłam ręce jeszcze raz.

Poszłam sobie zasiąść wygodnie w pokoju.

I odruchowo oblizałam palec.

Aaaaaa!!!!!!

To faktycznie jest ostra papryka....

znalazłam zapomniany szkic, to go wrzucę, a co mi tam.

Po obozie Pyton wrócił rozśpiewany. Przyjęliśmy to z radością, bo po pierwsze, oboje bardzo lubimy śpiewać, a po drugie - repertuar nam pasował, prawie same znane - no, z jednym czy dwoma wyjątkami.

Teraz Piotrek chodzi po domu i śpiewa na zmianę:

Na tańcach ją poznałem, jasnowłosą blond

Dziewczynę moich marzeń, nie wiadomo, skąd

 

Albo:

Ciepła krew poleje sie falami, 

Wygra ten, kto utrzyma ship...

 

Idealny repertuar dla sześciolatka :)

niedziela, 23 września 2012

Rozmawiałam wczoraj z moją odwieczną przyjaciółką.

Plotkujemy sobie miło, między innymi opowiedzialam jej dwa ostatnie teksty Pytona - komplement, jaki od niego usłyszeliśmy oboje i dywagacje związane z moim wiekiem.

Podsumowała krótko i celnie:

- No widzisz, jesteś po prostu stara i głupia :).

Faktycznie, na to wygląda... 

sobota, 22 września 2012

jedną z cudownych stron FN są imprezy dla dzieci. Jest ich coraz więcej, dla coraz młodszych. 

Dzisiaj byliśmy na dwóch - tylko dwóch, bo Pyton jest kaszlący nieco, a ja tez nie wytrzymam za dużo. Nie mówiąc o tym, że są rozsiane po całej okolicy i trzeba sobie rozsądnie ustawić rozkład jazdy.

Najpierw były zajęcia w Instytucie Fizyki - Młodzi badacze na start! Ponieważ dzieci było dużo, a sala nie miała ścian z gumy, wpuszczono tylko maluchy, a dorosli zostali za drzwiami. Udało mi sie zdobyć fotel - uznałam, że jako ciężarówka nie mam wyrzutów po mordzie i nie ustępuję. Było to posunięcie o tyle strategiczne, zę dłuższe stanie powoduje zawroty głowy. Pogadałam sobie z panią z sąsiedniego fotela, okazało się, żę obie mamy w planach ten sam punkt programu - w Instytucie Biologii Molekularnej, tam wpuścili stado (tym razem z rodzicami) do laboratorium, gdzie studenci pokazywali rózne fajne rzeczy. Tą metodą mamy probóweczkę - eppendorf-  z DNA kiwi  - śmieszne białe glutki, młody pobawił sie  w elektroforezę czegoś - jakieś barwniki, i bardzo ładnie było widać różnicę wielkości cząsteczek, obejrzał DNA w świetle UV, przygotował mleko dla kota - podmieniali laktozę na glukozę... Niestety po godzinie takiego gmerania w probówkach i wirówkach padło hasło do wymarszu - kolejna grupa już tupała ze zniecierpliwienia...

I teraz mam zagwozdkę. 

Z jednej strony - jutro są kolejne świetne zajęcia. Takie dla pytona. 

Z drugiej - młody człowiek kaszle, smarcze i chyba jednak wezmę go do medycyny, bo domowe sposoby nie pomagają. A w takiej sytuacji włóczenie go po mieście jest bez sensu.

Droga Redakcjo, co robić????

Zaczęła się moja ulubiona impreza.

Normalnie nie jestem wielbicielką wszelkich Pikników Takich Czy Owakich, bo jest tam tłum, koszmarny hałas, zalew badziewia i wszystko skupione na niewielkiej przestrzeni (relatywnie) i w krótkim czasie.

FN jest inny. Mimo, żę impreza jest wielka i z kazdym rokiem sie rozrasta, nie mam poczucia przytłoczenia i zadeptania. Nic dziwnego, wykładów, warsztatów, pokazów itp. jest masa, ale ta masa jest rozsiana po całej Warszawie i nie tylko. Oczywiście są takie, na które nie da sie wcisnąć - parę lat temu mi sie zdarzyło, że nie udało mi sie dostać do sali, bo ciasno było niczym w beczce śledzi. Ale rónie często jest tak, żę grupa jest niewielka, akurat umożliwiająca swobodny wykład, dyskusję, zadawanie pytań.  

Tu każdy znajdzie coś dla siebie. Niekoniecznie z własnej branży, czasem właśnie z całkiem kontrastowej - zajęcia są jednak zaplanowane tak, żeby nie trzeba bylo mieć co najmniej doktoratu, aby zrozumieć prelegenta. Nie wiem, czy mi sie uda, ale w tym roku chciałabym pójść na dwa wykłady z zakresu prawa, architektury, matematyki, sztuki, psychologii - to ostatnie jest oczywiste.

Równie oczywiste jest to, żę na wszystko nie pójdę, bo sie nie rozdwoję. A szkoda.

Sobota rano. Leżymy sobie jeszcze w łóżku i omawiamy rozkład jazdy na dziś, po cichu - Pyton jeszcze śpi.

Przynajmniej tak nam sie wydawało. 

W pewnej chwili zza ściany rozlega sie głos:

- Mamo, a czy ty żyłaś w roku 1924?

- Nie synku. Wtedy to nawet Dziadek jeszcze sie nie urodził.

- Aha. - pomyślał chwilę - A za to wiem, kto sie urodzil w 1922!!!

 - No kto? - zainteresowałam sie, zastanawiając, skąd u niego taka znajomość rodzinnej genealogii, żę wie takie rzeczy. Ale szybko mi ulżyło, jak usłyszałam odpowiedź:

- Rodzice Dziadka!!! (chodzi o mojego dziadka, a jego pradziadka). 

- Nie synu, nie da rady. Dziadek musiałby sie urodzić, gdy oni mieli po kilka lat. To za wcześnie.

- Aaaa... - odparło nieco zawiedzione dziecko. - Ale ty sie urodzilaś niedługo później!

 

No dzięki, synu, wiem, że młodo wyglądam, ale może bez przesady, co?

 

środa, 19 września 2012

Ostatnio parę razy powtórzyła mi się sytuacja, kiedy to młody marudził, narzekał, wrzeszczał, kłócił się  i ogólnie prezentował pełen wachlarz tego, co wiele osób nazywa "niegrzecznością".

I tak się zaczęłam nad tą niegrzecznością zastanawiać. Niegrzecznością w ogóle, nie w tych konkretnych sytuacjach u Pytona - tam sobie sprawę błyskawicznie zdiagnozowałam i rozwiązałam.

No bo tak:

Często się słyszy, ze dziecko jest NIEGRZECZNE. Ale co to właściwie znaczy, ktoś mi może powiedzieć? Bo jak zaczynam dopytywać, to przeważnie okazuje się, że "niegrzeczne" to znaczy "zachowuje się niegrzecznie" (nie są to terminy równoznaczne, ale to inna sprawa). A "zachowuje się niegrzecznie" - "jest niegrzeczne". 

Innymi słowy, nadal nie wiadomo, o co chodzi, sami nie umiemy powiedzieć, czego chcemy od dziecka, jakie mamy zastrzeżenia.

Co gorsza, przy takim podejściu zanika kompletnie pytanie moim zdaniem najistotniejsze - CO SPOWODOWAŁO, że dziecko zachowało się w sposób przez nas nieakceptowany? Bo przecież, jeśli dziecko ogólnie "grzeczne" zaczyna byc nagle "niegrzeczne", to z jakiegoś powodu, już niezależnie od tego, jakie definicje przyjmiemy.

Kolejne pytanie, również często ginące natłoku decybeli - jaki ma być skutek mojej interwencji wychowawczej w tej sytuacji? Innymi słowy - co chcę osiągnąć? 

Kiedyś miałam okazję przysłuciwać się dyskusji dwóch pań. Jedna z nich z uporem twierdziła, że skoro jet wina, to MUSI być kara. Z definicji i bez wyjątków. Druga, z nie mniejszym uporem (bo w ogóle jest uparta ;) usiłowała się dowiedzieć - po co? Odpowiedzi nie dostała, po prostu kara musi byc i kropka. Bo tak postępowała moja babcia, moja matka, najstarsi górale i wszyscy święci, więc tak jest dobrze. A jaki w tym sens? A czy to ważne....

Otóż ważne.

Pytanie pierwsze - o przyczyny. Mogą być różne - coś się wydarzyło i dziecko odreagowuje, nie umiejąc/nie mogąc/bojąc się powiedzieć. Boi się czegoś i próbuje jakoś ten lęk skanalizować. Coś się w życiu zmienia - czasem na lepsze, czasem na gorsze, zmienia i już -  i niewielki człowiek usiłuje na nowo oswoić świat po zmianie.  Czuje się niezauważane przez rodziców i walczy na wszystkie sposoby o uwagę. I - bardzo częsta przyczyna - jest zwyczajnie zmęczone.... Oczywiście, powodów może być więcej, to takie podstawowe.

W zależności od namierzonego źródła awantury działamy różnie. Czasem wystarczy przytulić, zadać parę pytań, umożliwić dotarcie do własnych emocji. Do tego, że ja nie jestem wściekły na mamę, tylko boje się jutrzejszej wizyty u dentysty. Albo kolega powiedział mi dziś coś przykrego, a ja go bardzo lubię i nie wiem, co dalej. Może wydarzyło się coś w życiu całej rodziny - też warto przegadać, pozwolić ponazywać uczucia. Powiedzieć, że mnie też jest trudno, bo mi bardzo przykro, że teraz tata będzie w domu rzadziej, bo musi więcej pracować. Albo dlatego, że starszy brat wyjechał na pół roku na stypendium i nie będzie go w domu tak długo. 

Jeśli przyczyną jest lęk - dobrze dojść, przed czym. Bo bardzo często przyczyna jest zupełnie inna, niż podawana przez dziecko. Dlaczego? Proste. Bo ono nie umie samo zdiagnozować źródła... Można mu pomóc. Czasem jest to niechęć do jakiegoś fragmentu rzeczywistości, która jest generalizowana na całość. Warto dojść, o co chodzi. Piotrek dzisiaj po raz kolejny zaczął rano marudzić, że nienawidzi szkoły. Ale marudzi o to tylko rano, potem pędzi, wraca uśmiechnięty i komunikuje, że było super. To jak, nienawidzi, czy nie?

Doszliśmy do tego, że owszem, nie lubi - ale nie szkoły. Porannego wstawania. Zdrowy odruch, ja tez nie przepadam, ale nie ma to nic wspólnego ze szkołą jako taką. Do pracy też bedzie wstawał. Do tego jeszcze pogadaliśmy o wmawianiu sobie takich różnych niechęci. że jak powtórzy kilka razy, że nienawidzi szkoły, to w końcu w to uwierzy, zapamięta i będzie mu w szkole coraz trudniej. A wszystko przez brak precyzji wypowiedzi...

Jeśli maluch czuje się niezauważany - cóż. Lepsze wsparcie negatywne, niż żadne, nawet jak mama wrzeszczy na mnie, to przynajmniej dostrzega, że jestem. Rozrabianie też bywa wołaniem - JA TU JESTEM!!!!!

Ostatnia przyczyna - zmęczenie. Niby dość oczywista sprawa, jak się źle czujemy - my, dorośli, to też bardziej warczymy na otoczenie. To czemu dziecko ma mieć inaczej? Jeśli widzimy, że dzieć się kłóci wieczorem o wszystko, bez sensu, bez ładu, bez żadnej logiki w tym, co mówi i robi - nie ma co dyskutować, tłumaczyć - ani krzyczeć czy zapowiadać jakichś strasznych konsekwencji. Po prostu zapakować jak najprędzej do łóżka i dać się wyspać. Pogadać można rano, jak delikwent już będzie w stanie myśleć.

 

I drugie pytanie - o konsekwencje naszych działań.

Niby prawdą oczywistą jest , że jak coś robisz, to się najpierw zastanów, co z tego wyniknie. Oczywistą, ale jakoś nie zawsze stosowaną w praktyce.

Konsekwencje czy rezultaty po pierwsze można podzielić na natychmiastowe i długodystansowe. Jasne, że jeśli się wydrę na rozrabiające dziecko, strzelę mu szlaban na miesiąc na wszystko i skonfiskuję ukochaną zabawkę, to na teraz - przestanie (prawdopodobnie) rozrabiać. 

Ale... Czy czy zrozumie, czemu mnie to zachowanie tak wkurzyło? Zwłaszcza, że wczoraj jakoś to samo wcale mi nie przeszkadzało? Czy wykombinuje, jak postępować zamiast tego, żeby mieć analogiczny pożytek/przyjemność, a nie wywoływać konfliktów? Wątpię. Raczej będzie wściekłe za niesprawiedliwość dziejową, więc a) postara się zatruć mi życie w ramach rewanżu, b)następnym razem będzie się lepiej ukrywać - jak bomba wybuchnie (np. matka dowie się o szeregu pał na koniec semestru) - będzie dużo trudniej naprawić sytuację...

Jeśli zamiast się drzeć, zacznę tłumaczyć - przeleci mi pół (jak nie cały) odcinek serialu, który właśnie oglądam. Czy innych wiadomości. Ale mogę wtedy powiedzieć - teraz chciałabym mieć 45 minut ciszy, oglądam coś. Czy lubisz, jak ci przeszkadzam w oglądaniu ulubionych programów? Może teraz pobawisz się cicho/odrobisz lekcje, które i tak czekają, poczytasz, a po filmie pośpiewamy sobie razem? 

Jest duża szansa, że zadziała. I równie duża - że trzeba będzie to parę razy powtórzyć. Ale na spokojnie, bez agresji. Podając konkretnie, jakie zachowanie mi się nie podobało, dlaczego,  i  - chyba najważniejsze - JAKIE ZACHOWANIE W ZAMIAN bedzie akceptowane. 

W ten sposób przepadnie mi parę odcinków serialu. A potem będę mieć spokój na lata, bo dzieko wie, że ja mu nie robię na złość. że mam jakieś powody, a ono je rozumie. I najważniejsze - wie, że ja je szanuję. Nie jest gorsze, pozbawione w domu praw tylko dlatego, że jest niższe (to szybko minie). 

I jeszcze jedno. Dzieci najwięcej uczą się przez obserwację. Innymi słowy - małpują rodziców. Naśladują ich. Jeśli mama czy tata dla świętego spokoju kłamie, że da prezent - to niech się nie dziwi, że za parę lat dziecko będzie kłamać, że odrobiło lekcje. Też dla świętego spokoju. Jak tatuś bije - dziecko też. Mama wrzeszczy - tylko do siebie pretensje, że potomek  wszystko usiłuje załatwić krzykiem. 

To wszystko wygląda na strasznie skomplikowane. A tak naprawde wcale takie nie jest. opiera się na trzech filarach - myślenie, słuchanie i szacunek. 

I wystarczy.

niedziela, 16 września 2012

wchodzi informatyk do sklepu i mówi:

- poproszę o środki czyszczące do portów wejścia i wyjścia.

- Słucham????? - Wytrzeszczyła oczy sprzedawczyni.

- O, przepraszam, chciałem powiedzieć, poproszę o pastę do zębów i papier toaletowy...

 

To moje ostatnie znalezisko, które mnie bardzo ucieszyło :)

Pyton wstał wcześnie.

Niestety, w dni szkolne nie ma tak dobrze, ale nadrabia z całą energią wtedy, kiedy do szkoły nie idzie.

Ku naszej radości już do niego dotarło, że o świcie nie przychodzi sie do nas z komunikatem "rodzice, już rano, wstawajcie!". Sam sie ubiera, ściele łóżko i znajduje sobie różne zajęcia, dziś też. Nakarmił zwierzaki, zameldował krótko, że idzie wyrzucić śmieci.  Niech idzie, z Bogiem, zawsze to chwila ciszy.

Po czym jednak pojawil sie u nas w sypialni. Poinformował, że już ósma rano i pora wstawać. 

Zaproponowaliśmy z ziewnięciem, żeby sie na chwile przytulił - a proszę bardzo. Tylko niestety zapomnieliśmy poprosić, żeby przy tym nie gadał...

Po chwili nawijania usłyszał stanowczą sugestię, żeby poszedł do siebie i czymś sie pobawił.

- A czym mam sie pobawić?

- Nie wiem, Pyton, masz tyle fajnych zabawek, wyciągnij klocki, kolejki, porysuj, poczytaj... - jęknęła spod poduszki niedobudzona matka.

Poszedł. 

Rozległ sie lekki hurgocik - grzebie w skrzynce z zabawkami.

Po chwili już wiedzieliśmy, czym sie bawi. 

Zaczął grać na harmonijce.

AAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

sobota, 15 września 2012

Kocham je bardzo. 

W ogóle lubię zielsko, owoce,  warzywa, wszystko. Jak trawa jest, to ja moge żyć. 

Zaczął sie sezon śliwkowy. Dąbrowickie, uleny, renklody,  i moje ukochane węgierki. Stara, dobra odmiana, nieduże - nie to, co jakieś potwornie wielkie mieszańce. 

Nie, ja jestem tradycjonalistka, stare odmiany pasują mi najbardziej.

I w tym roku mam problem. 

Do tej pory mogłam wrąbać kilogram bez żadnych skutków ubocznych. Jeszcze sie oblizywałam. A Grzechotkowi chyba sie coś tu nie podoba, drugi raz po seansie śliwkowym ( i bynajmniej nie było to kilo na posiedzenie) przewala mi sie w żołądku, burbuluje i zwyczajnie boli. 

Chyba będe musiała zrezygnowac w tym sezonie ze śliwek. I mieć nadzieję, ze to minie do przyszłego roku...

... jak dzieć będzie bardziej zaawansowany w procesie naukowym? Innymi słowy, w wyższych klasach?

Ostatnio rozmowa zeszła nam - już nie wiem z czego - na potęgowanie. Rozpisałam mu kilka działań, po czym sam doszedł do wniosku, o co w tym biega.

Dzisiaj wyszłam z domu na pół godziny. Jak wróciłam, okazało sie, że panowie pochłonięci są pasjonująca rozmową o pierwiastkach, wiązaniach, liczbach atomowych.

Potem jeszcze kilka partyjek Master Minda - młody rozpracowuje coraz szybciej, aczkolwiek jeszcze trzeba mu przypominać, zę nie wszystkie dostępne informacje przeanalizował i wykorzystał. ale jak już się zorientuje, to ładnie mu idzie.

Tylko co on będzie robił w szkole? Zawsze uważałam, zę domowa edukacja to coś, co w moim wykonaniu nie ma szansy, a tu chyba właśnie nam wychodzi.... Ale nie podjęłabym sie przejęcia na siebie całości materiału. I tak za chwile polegnę na szczegółach.

wtorek, 11 września 2012

... jak własne dziecko.

Zwróciłam o coś Piotrkowi uwagę. Drobiazg był, spokojnie powiedziałam, ze tak nie należy robić bo coś tam. Pyton, mocno juz zmęczony, zaczął sie mazać.

- Jestem najgłupszy na świecie, głupszy nawet od was....

Nie ma jak komplement.

poniedziałek, 10 września 2012

Pyskate dziecko mamy.

Impreza rodzinna. Chrzciny mojej bratanicy konkretnie.  Z Warszawy poleciała silna grupa pod wezwaniem (w sumie 8 osób), na miejscu dołączyli teściowie mojego brata i chrzestni plus jakaś kuzynka bratowej z mężem i dzieckiem.

Teść brata jest osobnikiem, o którym można powiedzieć różne rzeczy, ale na pewno nie to, że jest małomówny i wycofany.  Zaczął rozmawiać z Pytonem, ktorego ostatnio widział na ślubie własnej córki dwa lata temu. Do mnie dotarł tylko fragment konwersacji, ale wystarczy:

- Małe dzieci szybko sie uczą.

- A dorosli szybko sie starzeją - odpalił mój bezczelny synek. Pana zatkało, nieprzyzwyczajony do naszego rodzinnego przygryzania i liczenia punktów, u niego w domu do patriarchy rodu należy odnosić sie z szacunkiem, a nie tak bezczelnie się odgryzać. U nas szacunek wyraża sie inaczej, a odgryzanie sie jest traktowane jako część edukacji. No i wyszedł drobny zgrzycik....

Ale ogólnie Pyton zachował sie idealnie - dzień był baaaardzo długi, zaczął sie pobudką o 4.30, przed 20 byliśmy z powrotem w Warszawie - lot do Gdańska, śniadanie, potem moi panowie poszli w miasto - dla Pytona nasiadówa rodzinna, do tego gdy najmłodsza (chwilowo) osóka śpi i nie wolno rozrabiać, to nuda i męka. A tak dostał do łapy aparat fotograficzny, tata wziął drugi i znikli. 

 

A teraz młody już śpi, Skorupiak padł na łóżka a ja zamierzam zrobić to samo. Zmęczona jestem jak pies.

Dobranoc.

sobota, 08 września 2012

W rodzinie działa ostatnio Prawo Zachowania Obwodu.

O co chodzi, łatwo sie domyślić. Suma obwodów w pasie Skorupiaka, Pytona i mojego jest stała. 

Pyton jest ogólnie szczupły (ostatnio na jakiejś metce znalazłam informację, że facet jego wzrostu powinien mieć ok 66 w obwodzie. On ma 54. Głodzę dziecko, ani chybi.)

Ja sie zaokrąglam. Brzuch mi nawet jakoś straszliwie nie wystaje, tak że wiele osób nawet nie zauważa, że jestem w ciąży - a to już połowa! Ale jednak trochę widać, no, chyba,m że bardzo zimno i schowam go pod warstwami polarków ukochanych.

Skorupiak za to pięknie chudnie. Od czasu, jak uruchomił rower, przestał właściwie jeździć komunikacja miejską, wszędzie popyla na swoim jednośladzie i jest go coraz mniej. Oznacza to miedzy innymi, że wszystkie ubrania wiszą na nim jak na kiju od szczotki - ale broni sie jak może przed zakupem choćby jednej pary spodni. Pretekst jest taki, że jeszcze schudnie i znowu będzie trzeba kupić nowy, ale tak naprawdę to on po prostu nie lubi kupować ciuchów :).

A ja się denerwuję. Też bym tak chciała, a pani doktor zapowiedziała mi, żebym sobie rower jednak w tym sezonie odpuściła. Jak patrzę na Skorupiaka, to mnie zazdrość ogarnia, leci równiutko kilo na tydzień i ma jeszcze masę frajdy z tego! Mnie co prawda na razie nie przybywa - do wyniku startowego z początku ciąży cały czas mam jeszcze około 2 kilo (zapasu, lżejsza jestem;0), ale obwód sie zwiększa, a waga też w końcu pójdzie w górę, nie ma siły. Pytanie, gdzie sie zatrzyma.

Będę miala sporo pracy, żeby sie dopasować do mojego przystojnego, szczupłego męża na wiosnę! Ale przynajmniej będzie motywacja.

piątek, 07 września 2012

Napawamy sie cisza w domu. W sumie niby nic nadzwyczajnego,  o tej porze Pytoniasty i tak juz śpi (zazwyczaj...). 

Ale tym razem jest inaczej, wiem, że go w domu nie ma. 

Nagle - telefon, komórka burczy mi w kieszeni. Zestresowałam się potężnie, bo kto może o tej porze do mnie na komórkę dzwonić? Rodzice raczej na stacjonarny, a reszta swiata za dwadzieścia dziesiąta raczej głowy nie zawraca. Czyli - tylko jakiś sygnał z biwaku, coś z Piotrkiem.

Okazało się, że jednak matka histeryczką jest. 

Dzwonił braciszek. Omówiliśmy, co miał do omówienia, po czym poinfoirmowałam go, ze mnie wystraszył, bo młody wyjechał na biwak zuchowy. I ku swemu zdyumieniu usłyszałam:

- Gdzie wyjechał????

- No na biwak zuchowy...

A co to jest???

Kurczę, on co prawda nigdy nie był harcerzem, podobnie, jak ja, ale chyba o zuchach słyszał?

No to tłumaczę, jak Antek krowie na miedzy:

- Co to jest biwak, to chyba wiesz? 

- Wiem.

- Dobra, a zuchy to taka młodsza formacja, przed harcerzami.

- Aaaaaa, ZUCHOWY!!! Ja usłyszałem DUCHOWY i dlatego nie mogłem załapać...

Jednak młodszy powinien sprawić sobie psa. Miałby przynajmniej domyte uszy.

 

A swoją drogą, ki diabeł ów biwak duchowy, to ja też nie mam pojęcia....

Pojechał na biwak zuchowy. Wraca jutro wieczorem.

Najmniejszy spośród zuchów, ale jak padła komenda na zbiórkę, to jako jedyny wykonał od razu i nie kręcił sie niczym wesz na grzebieniu.

Da sobie chłopina radę. Troche miał cykora, ale po przegadaniu mu przeszło, a entuzjazm pozostał.

Uwielbiam patrzeć na tę małą mordkę, rozświetloną szczęściem, radością, chęcią zdobywania świata. I ten zawadiacki uśmieszek....

czwartek, 06 września 2012

Dostałam ostatnio torebkę. 

Mięciutką, w drobny wzorek, całkiem pojemną - słowem bardzo fajna.

I nie moge jej używać - nie tylko mnie sie spodobała. 
Zanim zdążyłam schować ja na przynależne miejsce, położyłam ja na desce do prasowania.

I już przepadło. Okazało sie, że torebka równie wielkie wrażenie jak na mnie, zrobila - na kocie.

Włazi na deskę i sie wyleguje.

Jak w pewnym momencie spadła na odłogę (przy kocim zeskoku) - natychmiast ułożył sie na niej. 

Piotrek podniósł i położył z powrotem na desce - kot na torebce. Jak nie wiadomo, gdzie jest kot, to należy sprawdzić, gdzie jest torebka. 

Ciekawe, czy jak będe chciala z nią wyjść, to będe miała kota  w środku.

Wolałabym nie, zwłaszcza teraz - kiciuś wazy drobne 6 kilo z hakiem (a nie jest zatuczony, tylko wielki...), a ja nie powinnam nosić za dużo. 

No i czyja właściwie to jest torba???

środa, 05 września 2012

Skorupiak wrócił do domu z kolejnej trasy rowerowej - jak codziennie ostatnio.

Przygląda sie własnym nogom, przygląda...

- Ale mam brudne nogi, jak to fajnie wygląda!

Co sie komu podoba....

U rodziców przed oknem była sobie rabatka kwiatowa. Taka trochę zmięta, gdyż stanowiła ulubione przez psa legowisko i trasę spacerową. Do tego w tym roku podczas remonty fasady budynku zadeptane zostało wszystko, co sie tam dotąd zdolało uchować. 

Trzeba panom oddać sprawiedliwość, zniszczyli bardzo mało, jak na takie roboty. Ale trochę tak, nie da sie przy takiej okazji nie złamać albo nie zdeptać niczego.

Po remoncie rabatka została obsiana trawą i już.

Ale...

Żeby nie było na niej nudno - w pewnym momencie spomiędzy traw zaczęło wystawać COŚ. Ściśle rzecz biorąc, dwa COSIE. 

Jeden z nich coraz bardziej wyglądał na słonecznika.

Drugi - na pomidora.

Samosiejki, nikt ich tam nie planował, nie siał i w ogóle nie pomyślał, zwłaszcza o powrocie do upraw hodowlanych - w czasach dawno minionych, gdy w sklepach był na półkach li i jedynie ocet, rosły sobie tam kabaczki. 

Pomidor wyrósł pięknie.

Zakwitł.

Zawiązały się pomidorki. 

Potem sobie rosły i rosły. Przybywało ich.

Dziś popatrzyłam krytycznie na warzywo obiadowe i stwierdziłam, że za chwilę sie złamie pod ciężarem pięknych, choć jeszcze zielonych, podługowatych pomidorków.

Podwiązałyśmy go z mamą do tyczki bambusowej. 

Nagle dało się zobaczyć, ze jeden z pomidorków już całkiem przestał byc zielony, dwa następne są miło żółte - niedługo będzie można jeść. 

A będzie co jeść, bo ich tam jest tak na oko ze dwa kilo co najmniej. Jak na jeden nieplanowany krzaczek to całkiem ładnie.

Tylko jak sie Skorupiak dorwie.... On jest pies na pomidory, o tej porze roku może niczego innego nie jeść.  NIedługo zrobi się czerwony z zielonym listkiem na głowie.

A słonecznik też zaraz będzie do jedzenia :).

 

wtorek, 04 września 2012

Dzieć wypuszczony do szkoły.

Czekał niecierpliwie. Od dwóch tygodni dopytywał, kiedy wreszcie będą lekcje. Wczoraj był zbulwersowany, że tylko krótkie spotkanie z wychowawczynią.

A dziś od rana zaczął sie kłócić. Nie pościele łóżka, nie ubierze się, do worka na kapcie spakuje strój na gimnastykę, nie zrobi tego, tamtego... I w ogóle "ty wstrętna babo". 

Przeczekałam chwilę, wygłosiłam komunikat, zę sobie nie życzę takich odzywek, łózko pościele, najwyżej sie spóźni (co wywołało nową falę wrzasków), po czym wyszłam. Jak wróciłam po chwili, to już nie krzyczał, więc spokojnie zapytałam :

- Pyton, czy mi sie dobrze wydaje, czy to po prostu masz cykora przed szkołą?

No i byliśmy w domu. W odpowiedzi doleciało cichutkie "tak...", przytulił sie na moment, pogadaliśmy chwilkę o możliwych zagrożeniach (wyszło, ze nie ma takich), po czym młody stwierdził, że kanapki do szkoły robi sobie sam, bo przecież jest już pierwszakiem. I zrobił. Ja mu jeszcze dołożyłam obraną marchewkę (powitaną z wielkim entuzjazmem) i garstkę suszonych żurawin (radość jeszcze większa).

I tak sie zastanawiałam, ile dzieci w szkole (nie mówie o pierwszakach, tu sie nie spodziewam wcale), przygotowało sobie śniadanie samodzielnie. Dla Piotrka to było oczywiste, nie przyszło mu do głowy, że może byc inaczej. 

Poszliśmy sobie razem, pani wychowawczyni przyszła do szatni, zabrała stadko do klasy - młody już dawno nie pamiętał, ze sie bał. Jeszcze udało mu sie usiąść z koleżanką z przedszkola, którą bardzo lubi (a jest jeszcze jedna, z tej samej grupy, której oboje nie lubią, a która jest zapatrzona w Piotrka - będzie trochę klopotów, ale to inna sprawa). 

I nawet sie nie pożegnał. Ba, nie zauważył naszego wyjścia, mimo, że próbowałam zwrócić jego uwagę. Uczciwie musze przyznać, że krótko próbowałam, uznawszy, że jak mu dobrze, to nie będę mu przeszkadzać, bo i po co. 

Tak czy inaczej - nowy etap rozpoczęty na dobre.

poniedziałek, 03 września 2012

Jak już pisałam, jestem w ciąży.

Całe życie miałam problemy z własnymi wymiarami - jednak bylo mnie zdecydowanie za dużo, co było mocno przygnębiające, gdy jako pierwszą radę na połowę dolegliwości u lekarza słyszałam "proszę schudnąć". Łatwo powiedzieć...

Ciąża ma to do siebie, że waga wzrasta - w końcu potomek rośnie, dodatki do niego (nie będę tu wnikać w szczegóły fizjologiczne) też trochę ważą. 

Innymi słowy, przyrost wagi w tym szczególnym okresie jest jedną z kluczowych kwestii interesujących przyszłą matkę.

Mnie też.

W ciąży z Piotrkiem było fajnie - na początku miałam mdłości, nie jakieś zabijające, ale wystarczyło, żeby schudnąć parę kilo. Potem dzieć był tak uprzejmy, że nie pozwalał mi zjeść za dużo, jeden kęs powyżej limitu kończył sie zwrotem całości. Trudno sie dziwić, że wobec takich argumentów grzecznie sie podporządkowałam, prawda? 

W rezultacie tuż przed porodem wazyłam mniej, niż na poczatku ciąży.

Ta historia dała mi pewną nadzieję teraz. W końcu nadal elfa nie przypominam, pozbieranie dodatkowych 20 kg w kilka miesięcy nie napawało mnie szczególnym entuzjazmem. W sumie, nie wiem czemu, ale tak jakoś.

Tym razem początek był podobny, jeśli chodzi o mdłości. Potem szpital - niesamowite, jak przez trzy dni można stracić tyleż kilo. No dobra, może to nie były tylko te trzy dni szpitalne, może jeszcze potem leżenie plackiem we własnym łóżku, ale tak czy inaczej  trzy kilo w stosunku do stanu wyjściowego poleciały. Czyli zostało ...1,0. Pierwszej cyfry nie podam, za żadne skarby świata. To nie ma byc ekshibicjonizm, tylko wpis poglądowy. 

Obecnie jestem już w 20 tygodniu ciąży i mądry kalkulatorek do tych rzeczy wyliczył mi, że optymalna waga dla mnie przy początkowej ...3,0 to byłoby obecnie jakieś ...6,5. A według innych mądrych narzędzi - nawet nieco więcej.

Nie macie pojęcia, z jaką przyjemnością wchodze na wagę i cały czas widzę, że jest ...1,4!!! (to jest wynik z dziś rano).  Cyfra poczatkowa taka sama, nie przybyło mi 10 kilo. Nie przybyło mi nic, Grzechotek rośnie sobie - jest niewielki, ale w normie, ja jem normalnie (ach, ten pstrąg pieczony w pomidorach na wczorajszy obiad.... marzenie...), słowem - bajka. Mechanizm ten sam, co przy Pytonie - jak zjem za dużo - zwrot. Tym razem doszedł jeszcze jeden element - jak jestem głodna, to tez mnie mdli, co wymusza jedzenie często, a mało. Jak sie jeszcze dołoży fakt, że kocham wszelką zieleninę, sałatki, fasolki, kalafiory, pomidory, owoce i inne takie, a nie cierpię fast foodów, chipsów i tym podobnego śmiecia - mam idealnie zdrową dietę. 

No i pytanie - ile będe ważyć tuż przed porodem? I - co istotniejsze - po?

Przekonamy się pod koniec stycznia.

Tagi: waga
09:08, agra1 , ciąża
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2