O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 29 września 2011

kolacja.

Młody zadumał sie nad masłem i mówi:

- mam hipotezę o Czorcie.

Zatkało nas - tradycyjnie, i z trudem któreś z nas wydusiło z siebie pytanie:

- Co masz, synku?

- Hipotezę. O Czorcie.

- A czy ty wiesz przypadkiem, co to znaczy "hipoteza"?

- Wiem. To taki pomysł do sprawdzenia.

W tym momencie ponownie zabębniliśmy zębami o stół. Zwłaszcza, zę definicja jest piękna,  ja sie już właśnie zastanawiałam, jak mu to przystępnie wytłumaczyć, ale na to nie wpadłam. 

- A skąd znasz to słowo?

- Z "Dinopociągu" (to taki film na Minimini).

No dobra. Nie mam wiecej pytań. Te filmy dla pięciolatków sa takie pełne mądrości, a on do kompletu oglada sobie jeszcze z upodobaniem Discovery Science. Znowu będe najgłupsza w domu.... No, chyba zę uwzglednię w rachunku jeszcze psoty, to mam zaszczytne drugie miejsce. Od końca.

Z wrażenia zapomnieliśmy zapytać, co to za hipoteza....

środa, 28 września 2011

Moi rodzice jakiś czas temu dostali od z najomych sutentyczny francuski pasztet. Jakiś bardzo ę ą, z bajerami, Armaniakiem i w ogóle super.

Wstawili do lodówki i zapomnieli. 

Po jakimś czasie pasztet wychynąl na powierzchnię. Mama otworzyła słoiczek. Powąchała. Skrzywiła się. 

Powąchał i tata. Też mu sie nie spodobało.

Wytworny francuski pasztet zjadł pies.

 

A mnie sie przypomniała inna historia z mojego dzieciństwa.

 

To był początek lat osiemdziesiątych. Mieliśmy wtedy kundla - Brombę.

Na półkach sklepowych głównie pustki i ocet.

Pewnego dnia, gdy była u nas moja babcia. Mama siegnęła do lodówki i wyciągnęła śliczny, świeżutki, różowy plasterek szynki - i dała psu.

Babcię zatchnęło.

A wszystko było takie proste....

naprzeciwko nas mieszkała sąsiadka, która była stewardessą i latała na liniach transkontynentalnych. Karmili tam lepiej niż w PRLu, żeby wsi na cały świat nie robić  i nie kompromitować najlepszego z ustrojów.

I owa sąsiadka czasem przynosiła jakieś kawałki mięsa, jak zostało z kateringu - dla psa. Oni by to wyrzucili, więc żeby sie nie marnowało, dostawał Brombelec.

Mina babci - bezcenna.

wtorek, 27 września 2011

wróciłam zmęczona  z basenu z młodym. 

Pyton zostal szybciutko zapakowany spać, poczytałam, wyprzytulałam.

Wreszcie zasnął, a  ja usiadłam sprawdzić pocztę.

I opadło mi wszystko. W okienku podglądu zobaczyłam gębę, której nie lubię. 

Tak, tak, kampania wyborcza wepchnęła sie i do mojej skrzynki pocztowej. Nachalne obiecywanie mi, że zasługuję na więcej i obiecanki-cacanki dla osobników o maksymalnie czterech szarych komórkach nie robią na mnie wrażenia. 

Poglądy swoje mam, głosować będę i zdecydowanie nie życzę sobie zaśmiecania mi skrzynki.

Ale aż sie boję otworzyć lodówkę -  a nuż okaże sie, że tam też siedzi mi Kaczyński i tłumaczy, że światło w lodówce (akurat faktycznie tyle mi zostało, musze zrobić zakupy) to wina Tuska?

poniedziałek, 26 września 2011

Coś strasznie skrzeczy w okolicach balkonu. To znaczy, nie coś, a konkretnie sroka. 

Zapewne ma jakiś dobry powód - i zapewne tym powodem jest mój cichy, spokojny, nikomu nie wadzący koteczek.

Wyjrzałam przez balkon - srokę, owszem, widać (i słychać). Kota nie. 

Zobaczyła mnie  i poderwała sie do lotu. Niedaleko odleciała na pobliskie drzewko na którym czai sie jej koleżanka - albo kolega, nie zaglądałam pod ogon. 

Rozejrzałam sie dokładniej. 

Jest!!! 

Poprzez liście winorośli dostrzegłam Czorta - leży rozwalony na trawniku i wygrzewa sie w słońcu. 

A sroki sie denerwują.

Czyli to, co Kot kocha najbardziej.

niedziela, 25 września 2011

Kocham zbierać kasztany. Zostało mi z dzieciństwa.

Nie lubię potem nic z nimi robić. Też mi zostało z dzieciństwa. Samo zbieranie mnie satysfakcjonuje, potem mam problem.

Poszliśmy dziś rano we trójkę na kasztany. Piotrek przygotował torby - po jednej reklamówce dla każdego - i do roboty. 

Nie wiem, kiedy to minęło, ale łaziliśmy chyba z półtorej godziny. 

Łup był solidny. Jak zwazyłam w domu to wyszło, że mamy identyczne wyniki, różnice wagowe były może o jednego kasztana.

Każdy z nas przytaszczył - uwaga! - dwa kilo kasztanów. W sumie sześć. Skonfiskowano mi kosz na śmieci spod biurka - taki zwykły, na papiery, żeby je gdzieś wrzucić. 

Piotrek planuje taśmową produkcje ludzików. 

Pies bedzie gryzł.

A dla mnie zostaje zamiatanie....

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

sobota, 24 września 2011

poproszę ławeczkę przy płocie przedszkola!

Piotrek jeździ do przedszkola rowerem. Bynajmniej nie dlatego, ze daleko i sie zmęczy po drodze - wolnym krokiem idzie sie dwie minuty. 

Za to droga powrotna zajmuje nam zwykle przynajmniej godzinę. Wzdłuż płotu przedszkola jest ładny kawałek asfaltu - prosty, z motylami na obu końcach, wiec żaden samochod tam nie wjedzie - i Piotrek z dwoma kolegami zasuwa tam i z powrotem.

A dorośli kwitną na krawężniku.

Niestety wszystkie okoliczne ławeczki są wbetonowane na amen w podłoże, inaczej już dawno byśmy sobie przestawili. 

Zaczynam czasem marzyć o końcu dobrej pogody - nie musiałabym wtedy stać w miejscu jak kołek i czekać, a mu sie znudzi. Bo tego stanu jeszcze nie osiągnęłam, jak dotąd zawsze pierwsi wymiękali rodzice - i zabierali któregoś dziecia do domu. 

Królestwo za ławkę!

piątkowe zakupy w hipermarkecie. Jeździmy zwykle z mamą - jedna jazda, jeden samochód, a weselej, można pogadać.

Znalazłyśmy juz większość rzeczy z obu list (co wcale nie znaczy, ze wózek był bardzo jakoś wyładowany, ale troche tego bylo.

Popędzilam po szczypiorek, czy inna zieleninę, mama poszła coś tam zważyć. Wracam - i słyszę pytanie:

- Brałaś nasz wózek?

nie, nie brałam, zostawilam zacumowany w kąciku, żeby nie przeszkadzał - w końcu po co mam tym grzmotem jeździć po całym dziale warzywnym, skoro nie muszę.

- To znaczy, ze ktoś go wziął przez pomyłkę. 

mama została rozglądać sie po okolicy - może zauważy zgubę u kogoś, a ja poszłam do działu obsługi klienta z prosbą, żeby ogłosili - nie raz słyszałam komunikaty tego typu. W końcu dla tego, co sie pomylił to też problem, ma jakieś cudze rzeczy, nie ma swoich.

I dotąd wydawało mi sie , ze nie powinno byc z tym najmniejszego kłopotu, w końcu nie oskarżałam nikogo o kradzież - zwykła pomyłka i tyle. 

Okazało sie, że słowo"wydawało" jest kluczowe.

Pani w DOK oznajmiła mi, ze mają zakaz ogłaszania takich informacji. Nie bo nie i tyle.

Szlag mnie trafił przepotężny, półtorej godziny (nie spieszyłyśmy się zbytnio, mama nie czuła sie najlepiej) diabli wzięli.

Wrócilam do niej w okolice warzywne buchając parą z uszu. 

I nagle - o cudzie! przed nami stał sobie nasz wózeczek. Przestawiony alejkę dalej, porzucony niechlujnie na srodku przejścia, ale był. 

Odetchnęłyśmy, zę nie trzeba będzie zaczynać zakupów od początku - byłoby juz kiepsko z czasem, mogłabym mieć kłopot ze zdążeniem po Pytona do przedszkola.

Ale francuska sieć hipermarketów na A zarobiła poważną krechę.

piątek, 23 września 2011

Wróciłyśmy z mamą  z zakupów. Zaparkowałam pod klatką, nie wygrałam kręgosłupa na loterii, żeby taszczyć te siatki z parkingu naokoło budynku. jeszcze chwile sobie gadałyśmy - jak zwykle.

Do drzwi sąsiedniej klatki schodowej podeszło czterech młodzieńców - tak około 16-18 lat, ostrzyżonych na jeża. Roznosili ulotki, mieli w dłoniach całe pliki. Nagle zobaczyłam u jednego z nich długie srebrne ostrze. Pomajstrował chwile przy zamku i bez użycia domofonu wszedł do budynku.

Zjeżyłyśmy sie obie, wiec jak panowie przeszli do klatki rodziców (właściwie to jeden z nich, rozdzielili sie, pewnie żeby szybciej obskoczyć rejon i mieć z głowy) to podeszłyśmy do gmerającego w zamku chłopaka i zimno zapytałyśmy, czy mu sie coś nie pomyliło. Na odgłos naszych roków schował szybko śrubokręt do rękawa, wystukał na domofonie jakiś numer mieszkania i udając Greka wszedł wrzucić ulotki do skrzynek. Ale na moją jadowitą uwagę odnośnie śrubokręta tylko sie speszył - zorientował sie, ze dokladnie widziałam całe zajśce i nawet nie próbował kręcić.

A ja jestem zołza i po wtaszczeniu zakupów mamie do mieszkania złapałam za ulotkę umieszczoną właśnie przez nłodego człowieka w skrzynce, zadzwoniłam na infolinię i złożyłam skargę, podając adres i godzinę zdarzenia. Pani co prawda usiłowała wybadać, czy nie da sie wykęcić kota ogonem, ze może to nie ich ulotki roznosili  i oni sa niewinni jako te baranki na łące, ale szybko przestała. Ulotki w ręku u chłopaków widziałam całkiem wyraźnie, i były to dokładnie te same, które chwile potem wyjęłam ze skrzynki....

Obiecali, ze sprawdzą, pani bardzo przepraszała i kajała sie strasznie, zapowiadając sprawdzenie i inne takie. Zobaczymy. A do Spółdzielni i tak pójdzie pismo z zawiadomieniem, że roznosiciele ulotek demolują zamki w drzwiach i może warto obciążyć kosztami naprawy firmę telepizza zamiast lokatorów?

Zawiadamiam z radością, ze poszliśmy na warsztaty  wrócilismy  w całości, bez strat na mieniu, siniaków i innych takich.

Co prawda zdaje sie, ze interesujące to było dla mnie nieco bardziej niż dla nich - panowie po wyjściu stwierdzili, ze fajne było rysowanie i zabawa plasteliną, ale jak pan dr zapraszał chętnych do eksperymentów, to sie Piotrek rwał jako pierwszy systematycznie.

I w związku z tymi eksperymentami mam kolejną zagwozdkę.

Otóż, jak powszechnie wiadomo wszem i wobec (a przynajmniej powinno być wiadomo, jak ktoś niedoinformowany, to niech sie wstydzi), moje dziecko inteligentne jest wielce. Powalająco wręcz. I obunóż też.

Eksperymenty profesora w zasadzie oblało. To na, czy, nie oblało, tylko wykazało sie stopniem rozwoju myslenia adekwatnym do wieku.

Chodzilo o sławne Piagetowskie ćwiczenia z przelewaniem soczku z dwóch jednakowych szklanek - do wyższej i węższej, zmianę kształtu kulki plasteliny, postrzeganie długości patyczka w zależności od ułożenia i inne takie. I Pyton równo odpowiadał, zę w szklance wyższej i węższej soku jest więcej, niż w szerszej - mimo, ze chwilę wczesniej ten sam sok był w szerszej i wtedy było go tyle samo w obu. przelewanie było przed jego nosem, widział, ze nie było kantów. Dopytywany, kto sie napije więcej (szklanki były przydzielone), młody wierdził, ze jest nierówno, w jednej jest wiecej. Opowiadał przy tym bardzo dużo właśnie o kształcie szklanki, że wyższa, mniejsza powierzchnia podstawy i to dlatego tu jest wiecej. 

I teraz sie zastanawiam. Czy on faktycznie uważał, ze w wyższej szklance było więcej, czy zabrakło precyzji słowa i sie nie dogadali? Nawet, jesli na początku myślał błędnie, to załapał  i przeszedł do myslenia operacyjnego  i w domu juz ładnie i prawidłowo odpowiadał.

No i nie wiem.

Raczej sie nie dowiem...

czwartek, 22 września 2011

Ryzyk-fizyk.

Zabieram dziś Piotrka - jak było dawno ustalone, i jego kolegę z przedszkola na warsztat dla dzieci w ramach Festiwalu Nauki. 

Zapewne sama, bo Skorupiak jakoś dogorywający dziś jest, a rodzice Bartka nie zdążą wyjść z pracy na czas.

Komunikacją miejską - po pierwsze, nie mam dwóch fotelików w odpowiednim rozmiarze (chociaż Bartek mniejszy, może by sie jeszcze zmieścił do poprzedniego), a poza tym nie mam ochoty sie tłuc i użerać z parkowaniem. A do tego dziś dzień bez samochodu, czyli mam z głowy kwestię kupowania biletu dla siebie. 

Zobaczymy, co będzie, jak chłopaki się spotkały w Łazienkach w niedzielę, to dostawali amoku, jakby mieli turbodoładowanie i motorki w tyłkach. Może uda mi sie ich ni e pogubić.....

Trzymajcie kciuki. Zapowiada sie bardzo fajnie.

wtorek, 20 września 2011

Zapisałam Pytona na basen.

Ostatnio stwierdziłam z przerażeniem, ze trochę juz mu sie zaczynają plecy krzywić, a nawet nie zasiadł w szkolnych ławach, które, jak wiadomo, są wybitnie niezdrowe (jak cała szkoła). W związku z tym, w ramach profilaktyki, zadecydowaliśmy, że będzie pływać. 

Nie był to duży problem, bo na basenie już bywał, i był zachwycony. Kłopotem było raczej to, ze ja dotąd po każdej (całe dwie, i to dawno) wizycie na tym basenie miał następnego dnia 40 stopni - i po 24 godzinach przechodzilo bez śladu. Stwierdziłam, ze ryzykuję, najwyżej usmaży i sie jedno wejście - wykupiłam do końca września, a potem nie przedłużę. 

Ponieważ na ajęcia chodzimy oboje - to jest nauka razem z rodzicami, pogadałam trochę (Skorupiak zapewne stwierdzi, ze trułam jak cykuta) i namówiłam go, zeby poszedł z nami.

Efekt wycieczki jest taki:

- młody szczęśliwy, aczkolwiek myślałam, ze go zamorduję. W harmonogramie była informacja, że zajęcia sa w małej niecce, z cieplejsza wodą, toteż tam wleźliśmy. Okazało sie, ze sa w dużym basenie,  z wodą o dobre 10 stopni chłodniejszą i mały i tam tak sie telepał, ze po prostu odpuściłam. Instruktorka pokazała nam ćwiczenia, które robiliśmy sobie we dwójkę w ciepłej wodzie. Po powrocie do domu zjadł i padł.

- Skorupiak szczśliwy - zawsze uwielbiał pływać, kiedyś był w szkole sportowej, w klasie pływackiej. Co prawda już tego po nim nie widać, ale nadal pływa jak ryba i bardzo to lubi. Rozluźnił sie, poruszał i przypomniał sobie, jaka to frajda. Zdaje sie, zże jutreo będą go bolały mięśnie, których  istnienia nawet nie podejrzewa...

- Ja - wkurzona. Młody te ćwiczenia robił od czasu do czasu, kłócił sie ze mną, uciekał, a jak próbował pływać, to z tyłkiem złozonym na pół i kolanami też dalekimi od prostych. 

Tak naprawdę, to sie czepiam - nie umiem go uczyć, zwłaszcza, ze sama nie umiem poprawnie pływać. Uwielbiam to, ale nie umiem prawidłowo oddychać, nie zanurzę głowy za żadne skarby świata - i nie chodzi o wpływ chloru na koafiurę, tylko o niemożność oddychania, wpadam wtedy w panikę. Więc pływam sobie turystycznie z głową na wierzchu, kark mnie od tego boli, ale i tak fajnie jest. tylko nie tego chcę nauczyć Piotrka.... Najchętniej bym sie zapisała na aquaerobic, ale nam sie harmonogramy trochę rozjeżdżają. I finanse....

 

Ogólnie fajnie było. Będziemy powtarzać, i pewnie zrobimy tak, ze zawsze idziemy we trójkę, i zmieniamy sie na zajęciach. W ten sposób to drugie może popływać sobie porządnie bez konieczności zajmowania sie dzieciem.

poniedziałek, 19 września 2011

połamana jestem. 

Nie dość, ze latałam w nocy, to jeszcze zaszczepiłam sie dziś na grypę. 

I nie wiem, co spowodowało tak naprawdę, zę jestem dziś taka niemrawa - latanie, szczepionka, leń ogólny, czy spadek ciśnienia na dworze. Czy wszystko na raz. 

Faktem jest, że mięśnie bolą mnie odkąd wstałam - czyli to nie szczepionka. Że moczenie sie w gorącej wodzie nic nie pomogło. Że szczepionkę znoszę zawsze znakomicie. I ze różnica w ilości infekcji grypowych i grypopodobnych jest ogromna w stosunku do czasów (dawnych), kiedy sie nie szczepiłam.

Nic, jak Skorupiak wróci, to sie do niego ślicznie uśmiechnę i poproszę o dłuuuuugi masaż pleców.....

Przez pół nocy śniło mi się, że latałam.

Teraz bolą mnie mięśnie skrzydeł w miejscach, których chyba jednak nie mam.

Czy ktos mi to wytłumaczy?

niedziela, 18 września 2011

Piotrek ma ostatnio limit czasowy na wieczorne czynności - o 20.00 ma byc w łóżku, po czytaniu, przytulaniu i wszystkim.

Dzisiaj po kolacji już w łazience myje zęby - zajrzałam i przypominam mu, zę ma tylko 25 minut na wszystko.

- mamo, to niesprawiedliwe!

- co jest niesprawiedliwe? - zddziwiłam sie nieco, do tej pory nie kwestionował tej granicy.

- to wszystko przez ten taty telefon - narzekał dalej (oboje zamiast zegarka używamy komórek, które i tak mamy, a tam jeszcze można ustawić minutnik, alarm i inne takie)

- A co ma taty telefon do kładzenia sie spać? - matkę zatkało na miejscu.

- Bo on za szybko liczy czas! - rozżalił sie potomek.

Nie ma jak najlepsze radzieckie zegarki atomowe - najszybsze na świecie.

Młody dostał chwilowe pozwolenie na oglądanie telewizji - głównie dlatego, ze Skorupiak stoi przy desce i prasuje, a do tego włączył sobie kreskówki - tak, żeby sie lepiej prasowało.

Właśnie zaczyna sie Kaczor Duffy. 

- Mężu, nie wydaje mi sie, zeby to był najwłaściwszy film dla dziecia.

- Ale ja uwielbiam Kaczora Duffiego - włączył sie dzieć.

- A skąd ty go znasz co, kochanie? - zainteresowaliśmy się zgodnym chórem.

- No, włąściwie to nie znam - wycofał sie potomek. 

- To w takim razie czemu twiedzisz, że go uwielbiasz, skoro nie znasz? - dociekałam.

- Nie znam, ale w takim razie chyba czas najwyższy go poznać - odpaliło nasze dziecko i spowodowało, zę tatuś spłynął po ścianie....

sobota, 17 września 2011

Pytanie tytulowe jest jak najbardziej serio.

No bo ja juz nie mam pomysłów, co nie wykombinuję i poklepię sie po czaszce, pełna zadowolenia, że pod wieczór potomek padnie jak pies Pluto - to za każdym razem jestem rozczarowana....

Takie typki maja jakiś dziwny napęd, baterie słoneczne w tyłku ani chybi. Bo nie potrafie sobie inaczej wytłumaczyć faktu, że Piotrek biegał dziś praktycznie bez przerwy przez TRZY I PÓŁ GODZINY w towarzystwie kolegi z grupy (tego, który kazał mi sie umówić z jego tatą - pilnował bardzo, żebym dostała karteczkę z numerem, a w piątek jeszcze upomniał mnie, zę sienie skontaktowałam). 

Skontaktowałam sie z mamą młodzieńca - zawszeć to jednak bezpieczniej, jakby Skorupiak nagle zaczął mnie podejrzewać o jakąś schadzkę. Nie miewa takich tendencji, ale tendencje sie zmieniają, więc po prostu na tę schadzkę poszedł z nami. i nie jestem pewna, czy nie żałował pod koniec, jak trójka małolatów (Piotrek, kumpel i siostra kumpla) urządzili regularną bitwe na poduszki - ze Skorupiakiem w środku. Albo jak w wyniku tłumaczenia młodzieży polskiej, żę może niekoniecznie muszą sie rzucać na siebie w czymś, co w ich mniemaniu miało zapewne przypominać ciosy karate, do tego z dzikim wrzaskiem, miał na karku dwójkę całkiem przyzwoicie odkarmionych dzieci, a trzecie (dowolne, konfiguracja sie zmieniała) wisiało mu na ramieniu i upominało sie, ze ono też chce... Tak czy inaczej, po intensywnych szaleństwach, karmieniu kaczek, płoszeniu wiewiórek, młody powinien być zmęczony.

Taaak, może i powinien, ale najwyraźniej nikt mu tego nie powiedział - i jak zadzwonił mój Tata z propozycją, zęby dojechać do nich na działkę, z tylnego fotela rozlegl sie wrzask radości. 

A na działce dalej biegał....

Tyle dobrego, zę jak już sie go położyło (nocuje dziś poza domem!!!!!), to padł błyskawicznie. 

jeśli kogoś obudzi jutro o świcie, to na pewno nie nas.

 

PS. Żeby nie bylo za dobrze, w Łazienkach zgubiłam jeden kolczyk. Musze sprawdzić, czy mam jeszcze takie kamyczki, jeśli tak, to sobie dorobię, jak nie - może będę nosić jeden? Najlepiej w nosie :)

piątek, 16 września 2011

Młody został zagnany spać, w domu cisza, spokój...

Skorupiak przypomniał rozrywke dawno zaniechaną z różnych względów (przede wszystkim dlatego, że najlepiej się ją uskutecznia w cztery osoby).

Czyli kanastę.

Najpierw był problem z przypomnieniem sobie punktacji, a jak już pracowicie spisałam na karteluszku, to Skorupiak popatrzył krytycznie i zapytał:

- Czy ty przypadkiem nie pomyliłaś kanasty z kierkami?

Fakt faktem, nie wiem po co, ale rozpisałam starannie cennik kierkowy. 

Potem przetasowałam karty i się zaczęła zabawa.

Pierwsze dwie rozgrywki miałam kiepskie, najpierw na minusie, a potem jakiś nędzny plusik. A Małżonek kosił równo. 

A potem poszło zgodnie ze starym kawałem: "Moożeee jeeesteeem pooowooolnyy, aleee jaak sięęę rozpęęędzę..." Kolejne rozgrywki robiły się coraz weselsze (przynajmniej z mojego punktu wdzenia). A jak Małżonek Szanowny na własne życzenie został z czterema czarnymi trójkami w łapce, to już było pięknie :)

Lanie dostał eleganckie.

Trzeba będzie wrócic do rozgrywek. Zarzuciliśmy dawne gry z rodzicami, bo Piotrek jednak komplikuje - nudzi się, ktoś się musi nim zająć. Trzeba będzie się umówić kiedyś na nocowanie gada u dziadków, położyć go szybko spać i wtedy poszaleć :)

A swoją drogą, do legendy przeszła u nas historia, jak to mój brat też spowodował zawieszenie rozgrywek na długo. On był cwańszy niż Pyton, nie marudził o towarzystwo, tylko mościł się na kolanach u któregoś z graczy i zaczynał śpiewać:

- czwórka, piątka, siódemka, dziesiątka, walet, dama, król, as. 

I szlag trafiał wszystko, skoro przeciwnik dokładnie wiedział, co się ma na ręku....

czwartek, 15 września 2011

u blueish podpatrzyłam linkę do kapitalnego  filmiku o ciągu Fibonacciego:

 

 Dla niewtajemniczonych to taki ciąg, w którym każda liczba jest sumą dwóch poprzednich. 

Ładne, a przy okazji - pretekst do pogadania o tym z Piotrkiem. Tylko nie wiem, co będzie, jak młody w pierwszej klasie wyjedzie z Fibonnacim - mogą nas oskarżyć o spowodowanie zawału u matematyczki....

Blueish, dzięki za chwilę dobrej zabawy - bardzo mi tego potrzeba.....

 

 

PS. parę dni później noemi.i zwrócila mi uwagę na błąd - w definicji ciągu udało mi sie zgubić krótkie, lecz jakże istotne słówko "dwóch". Poprawiłam, żeby nie robić wody z mózgu, jesli kroś kiedyś przypadkiem bzdurę przeczyta i bardzo mi wstyd. 

Dziękuję, noemi.i.

środa, 14 września 2011

Dziś rano dostałam znienacka karteczkę z numerem telefonu pewnego pana. Nazwisko nic mi nie mówiło. Zatkało mnie cokolwiek, nie grzeszę aż taką urodą, żeby obcy faceci podrzucali mi karteczki z telefonami. 

Nie zmienia to faktu, że (przynajmniej na chwilę) zrobilo mi sie miło. 

Po czym sie okazało, ze to telefon do taty kolegi Piotrka z przedszkola, z którym młody chciał sie móc umawiać na spotkania na podwórku po przedszkolu czy w czasie weekendów. I jakby Pytona odprowadził dziś Skorupiak, to on by ten numer dostał.

O straszliwe, tragikomiczne rozczarowanie.....

wtorek, 13 września 2011

wieczorem, tuż przed wędrówką w stronę łzienki i łóżka któreś z nas spojrzało na sufit.

I krwiożercze instynkta zagrały pełną gębą. Każde z nas zlapało broń - Skorupiak ścierkę kuchenną, ja - duży ręcznik ( w końcu niższa jestem, to i łapki mam krótsze). 

i zaczęliśmy polowanie.

Zwierzyną łowną były komary przysypiające sobie wygodnie na suficie. 

Szybko przestały przysypiać i wykazały sie niezłym zmysłem obserwacji - widok granatowego ręcznika zmierzającego w ich kierunku powodował natychmiastową zmianę lokalizacji.

Wytłukliśmy chyba kilkadziesiąt sztuk. (niestety nie we wszystkich oknach mamy moskitiery... Ale w tych strategicznych, czyli w sypialniach tak). 

Zadowolona z udanego polowania poszłam odnieść ręcznik do łazienki, a tam... drżąca kupka nieszczęścia.

Agra panicznie boi sie strzałów. Każdy sylwester to dla niej koszmar, spędza go naćpana prochami w łazience. Burze też tam spędza, a jeśli akurat grzmi w nocy, to nas budzi jej przerażone piszczenie.  

A tu takie hałasy -  w końcu jak polowanie, to palba musi być, i pie sie spietrał. 

Ale na wszystko są sposoby. Ukochana Pani wypowiedziała magiczne słowo - "Spacerek!" i Agrusia popędziła w podskokach. Przez ten czas Ukochany Pan wytłukł reszte komarów i wszyscy, szczęśliwi i zadowoleni poszli spać.

poniedziałek, 12 września 2011

zgodnie z zapowiedzią Groszki dojechały do warszawy. Miło z ich strony, bo przywiozły ze soba ładną pogodę. Dziękuję bardzo!!!!

Poszliśmy dobie do Łazienek. Prawie w komplecie wakacyjnym (skorupiaka głowa bolała, wiec został w domu). 

Młodzież szalała, Piotrek robił za psa pasterskiego i zaganiał, Filippo-Outsider co chwila zwiewał zwiedzać kolejne rejony. Groszek Wygodnicki znalazł sobie miejscówkę na ojcowskim karku i podziwiał panoramę z wysokości dwóch metrów. 

Dalej było tak, jak zawsze w parku łazienkowskim. Karmienie kaczek, wiewiórek, nieprzytomnie tłustych karpi. I piżmoszczurów, cztery sobie biegały po brzegu stawu i wcinały smakowicie chleb. I sikorki Piotrkowi lądowały na ręku - wybieraly orzeszka i odlatywały czym prędzej. Za to pawie jakby znikły, mało ich było i chyba ani razu nie słyszałam ich uroczego głosu.

Za każdym razem zadziwa mnie, jak tak piękne ptaszysko może się drzeć jak przekupa. Choć w sumie nie wiem, czemu sie tak dziwię, nasze godło też nie ma zbyt poważnego głosiku.... Jak w swoim czasie podglądałam przez internet gniazdo orła bielika, to jak pani orlica czasem zaczynała dziamgać na męża za zbyt późny powrót z pracy (albo cokolwiek innego), to sie tylko zastanawiałam, czy ona mu zaraz nie przywali po łbie patelnią, fachowo trzymaną w lewym skrzydle. Zero godności.

Znalazłam ostatnio w zdjęciach takie jedno sprzed czterech lat. 

I dobrze mi zrobiło na humor, takie kojące. A tego bardzo mi potrzeba po ostatnich wydarzeniach.....

Fiona powiedziałaby chyba, że tam odnajduje zen. Ja nie wiem, co odnajduję, nie szukam słów. Cisza jest wystarczająca....

niedziela, 11 września 2011

Nasz kot od początku był kotem bojowym.

Rozstawiał po kątach psy, wkurzał sroki, rządził wszystkim. 

Z drogi nie ustąpił, nie raz widywałam, jak wilczur na smyczy ciągnął właściciela szerokim łukiem pod płotem szkoły tylko dlatego, że na środku chodnika siedział sobie nasz koteczek i patrzył. Nawet nie wstał, szkoda fatygi na jakiegoś wilczura.

Ten wielki kocur pokochał Piotrka od pierwszego wejrzenia. 

Pozwalał mu na wszystko, czasem tylko, jak Piotrek już bardzo przegiął, pacając łapą - zawsze ze schowanymi pazurami. 

Piotrek błyskawicznie nauczył sie delikatności w kontaktach ze zwierzętami. Nie ciągnął za ogony, wąsy, uszy. 

Komiczne było, jak przed wyjściem do żłobka zawsze musiał koniecznie pożegnać sie z kotem i dać mu całuska. czasem zdążył  cmoknąć koci pyszczek. A czasem kot się juz odwrócil ogonem.... Małemu nie sprawiało to specjalnej różnicy. 

Wiem, że to wszystko było koszmarnie niehigieniczne, mamuśki latające z domestosem trzy razy dziennie by mnie wyklęły i zażądały odebrania praw rodzicielskich. A ja twierdzę, ze nie dajmy sie zwariować, układ odpornościowy musi mieć coś do roboty, bo jak się zaczyna nudzić z tej sterylności, to mu głupie pomysły przychodzą do głowy. 

Ale to inny temat

Wracając do wątku kocio - Piotrkowego. Czterylata temu z kawałkiem wyglądało to tak :

 

Albo tak:

 

Teraz wygląda tak:

 

 

Niestety z przyczyn obiektywnych jest to nierealne, ale ciekawe, czy gdyby koty żyły odpowiednio dłużej, to czy Czort wpakowałby mu sie do łóżka w noc poślubną (albo i przedślubną ;)

sobota, 10 września 2011

Początek roku szkolnego wiąże sie zawsze z zalewem reklam wszelkiego zajęć dodatkowych  - nie wspominając już o wyciąganiu forsy na to wszystko oczywiście. 

Piotrkowe przedszkole mieści sie, jak chyba większość na Ursynowie, w jednym kompleksie razem ze szkołą podstawową. I przy bramie przez ostatnie dni stale stoją młodzi ludzie z różnymi ulotkami - angielski, tańce, zajęcia plastyczne, sztuki walki... Te ostatnie mnie trochę zainteresowały, chciałabym kiedyś Piotrka na to puścić (nie upieram sie, zeby zaraz już, tylko w ogóle), a to było w szkole przy naszym przedszkolu.  czyli - pod oknem. 

Pan bardzo uprzejmie mi wytłumaczył, ze to są zajęcia przeznaczone dla dziec od lat sześciu. Zapytałam, co jest powodem akurat takiej granicy - wzrost? Waga? Bo czasem faktycznie jest tak, zę jak ktoś ma poniżej dajmy na to 1,2 m, to nie sięgnie i tyle. Tak było jak chcielismy młodego wziąć na ścianke wspinaczkową, ale okazało się, ze nia maja uprzęży na ten rozmiar i tyle.

Tym razem jednak odpowiedź uprzejmego pana spowodowała u mnie wytrzeszcz oczu i ciężkie spowolnienie procesów myślowych. Otóż chodziło o to, żeby dziecko było w stanie samodzielnie sie przebrać. Czyli rozebrać i ubrać. 

Ja przepraszam, ale jeśli pięciolatek nie umie tych czynności wykonać samodzielnie, to znaczy (z wyjątkiem przypadków dzieci z różnymi schorzeniami), że rodzice nie umieją sie odpępnić. I to oni mają problem z własnym lękiem.  Nie pozwalając dziecku odkrywać świata, wdrapywać sie na własne Kilimandżaro - świetnie opisane przez mamę Groszka, uczyć sie, ze da sobie radę i świat wcale nie jest taki straszny - robią krzywdę.

To oni sie boją, a następnie przelewają własne lęki na dziecko, ucząc je tego samego.   I potem mamy  akcje takie, jak Ratuj Maluchy. Bo częśc dzieci faktycznie nie jest dojrzała do rozstania z mamusią. A może to mamusia nie przewidziała tego, zę dziecko zacznie sie oddalać - chodzić do przedszkola, szkoły, mieć swoich kumpli, swoje sprawy, aż w końcu zacznie własne życie?

A przecież początki usamodzielniania dziecka sa takie proste. Wystarczy pozwolić takiemu biegającemu pędrakowi obejść trawnik z innej strony niż mama. Jaki dumny będzie i szczęśliwy!

Trochę starszy - już nie tylko wokół płaskiego trawnika może pobiec, ale takiego z trzema krzaczkami - i mamę na chwilę traci z oczu. Mama jego nie, ale o tym nie wie. I tak wydłużają sobie dystans, ucząc sie  zaufania do siebie samych i do tej drugiej osoby. Bo jak mama wierzy, zę jestem tak dzielny i duży, że dam radę, no to już nie ma to tamto, na pewno sie uda!!!

Duża część samodzielności Piotrka wzięła się z tego, ze byłam w sposób kontrolowany leniwa. To znaczy nie rwałam sie do robienia od razu wszystkiego , o co Piotrek prosił. Albo radziłam, żeby spróbował, bo pewnie mu sie uda. Wiedział, ze jeśli naprawdę nie da rady, to na pewno pomogę, ale ileż radości jest, gdy coś sie uda po raz pierwszy!  A potem, jak się już wie - nie domyśla, sprawdza, ale wie, zę sie umie - jaka satysfakcja....

Dzięki temu teraz mogę sobie spokojnie w sobotę rano posiedzieć dłużej w łazience, poupiększać sie, na co normalnie brakuje czasu - i jak wyjdę, to będę miała na stole przygotowane śniadanie. I nie musze codziennie rano karmić zwierząt - to jest obowiązek Piotra. 

Dziecko będzie na tyle samodzielne, na ile mu pozwolimy. I nie narzekajmy potem, zę piętnastolatek nic w domu nie robi - bo skoro nie musiał przez całe dotychczasowe życie, to skąd ma wiedzieć, ze nagle zmieniły sie reguły gry i nikt go juz nie chce obsługiwać....

 

wtorek, 06 września 2011

Zadzwonila do mnie dziś Mama Groszka

Już sie zaczynałam zastanawiać, co sie z nią stało, bo jakoś cisza i na blogu i a poczcie i w ogóle w eterze - zapomniała o nas, czy co? A może musi dojść do siebie po wstrząsie, jakim było osobiste poznanie Pietruszkowych?

A ty sie okazuje, zę obie z fioną niecnie knuły od jakiegoś czasu - i w efekcie tego knucia Groszki przyjeżdżają na weekend do Warszawy!!!

Zdaje się, ze panie planowały niespodziankę - to znaczy fiona miała sie umówić z nami - zabieramy każda swoich chłopów i idziemy gdzieś, a tam - zonk! - Groszkowscy, ale sie chyba dziewczyny nie dogadały, która ma dzwonić. 

W każdym razie znowu zobaczymy sie w wakacyjnym składzie i mam nadzieję, ze się tym razem nadrobi zaniedbanie koszmarne, czyli brak wspólnej fotki trzech blogerek. 

Byle do soboty. A wieczorem - jesli uda sie gdzieś, komuś podrzucić potomka - na koncert Dominiki Żukowskiej i Andrzeja Koryckiego. Czyli szanty, Okudżawa, ukraińskie ballady - to, co tygrysy kochaja najbardziej. 

Tylko z tym podrzuceniem dziecia pewien problem wykwitł, gdyż  rodziciele moi, którzy zawsze byli pewną ostoją w takich przypadkach, wyjeżdżają akurat na kawałek urlopu.

Ale ja pomysłowa jestem, coś wykombinuję. Za bardzo mi zależy na tym koncercie!

Chętni do przenocowania Pietruszki proszę przysyłać podania  w sześciu egzemplarzach!

Piotrek przepytuje mnie na temat przedszkola:

- Mama, a zaważyłaś, że ten pokój na początku, do którego sie wchodzi (czyli korytarz zaraz przy wejściu) pomalowano na niebiesko, a wcześniej był biały?

- Zauwazyłam, kochanie.

- Bardzo stosownie go pomalowano.

Zdębiałam. Na czym polega stosowność niebieskiej ściany z namalowanymi rybkami?

 

Wczoraj wrócilam padnięta do domu i położyłam sie na chwilę, niepedagogicznie pozwalając Piotrkowi pooglądać minimini.

- Piotrek, przysunąłbyś sie do mnie? Mógłbyś sie przytulić...

- Tak, mamo, już sie przemieszczam w twoją stronę.

 

Ten to ma gadane....

 

 
1 , 2