O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 30 września 2010

Małż ma niezwykłe wyczucie chwili, telefonuje zawsze w najbardziej niewłaściwym momencie. A to na środku skrzyżowania zaczyna mi dzwonić w kieszeni, a to jak siedzę na sedesie... Różnie.

Dziś pobił chyba rekord - zadzwonił dokładnie w momencie, gdy siedziałam w gabinecie zabiegowym i miałam igłę wbitą w żyłę....

...że mój syn jest osobnikiem wyjątkowo wygadanym.

Otóż podczas wesela mojego brata z Małżem urwaliśmy sie na trzy kwadranse wyprowadzić naszedo psa ( i zmienić pantofle na coś wygodniejszego). Piotrek został. Jedna z ciotek poprosiła Pietruszka żartem, zeby sie opiekował jej córką, która siedziała przy naszym stole - dziewczyną dwudziestokilkuletnią. A piotruś odpalił:

 - Nie mogę, mam młodszą do opiekowania!

poniedziałek, 27 września 2010

Zleciłam właśnie morderstwo.

Wykonawcą jest Małż.

Ofiarą - mucha, w żargonie domowym - bombowiec. czyli duża, tłusta, czarna i bzycząca.

Doprowadza mnie do furii.

Cwana jest, poluję na nią od paru dni, a ona za każdym razem zdąży zwiać.

Nie lubię takich, bzyczy, łaskocze, jest obrzydliwa. Nie będzie mi łazić po moim dziecku, czystym praniu, stole kuchennym... Niestety moje Psoty nie sprawdziły się w roli zwierzat łownych. Kot - sama widziałam, że potrafi, a tu mu sie nie chce, draniowi.

Pies jest ofiara losu i wątpię, żeby dogonił, ale mógłby chociaż spróbować dla przyzwoitości.

Jestem już tak zdesperowana, że obiecałam Małżowi zaśpiewanie jednej piosenki, jak ją ubije. Małż otatnio bawi sie w uzupełnianie śpiewnika i oczywiście sprawdza jak mu sie gra różne rzeczy, do których znajdzie chwyty. Idzie różnie, kwadratowo lub podłużnie. Teraz wykopał jakąś piosenkę, które chyba nigdy nie słyszał, ja pamiętam piąte przez dziesiąte. Do tego boli mnie gardło coraz bardziej, jak w nie sobie zajrzałam, to nie wygląda dobrze. Ale wszystko (prawie) zrobię, żeby tylko pozbyc sie tej cholernej muchy!!!!

 

Niech już bedzie 2011.

ten rok jest koszmarny, co chwila jakieś  tragedie.

Ciężka i długa zima

Smoleńsk

Powodzie - kilkukrotne zalewanie tych samych terenów.

Teraz wypadek autokaru pod Berlinem

A ile jeszcze tych na mniejszą skalę, ale równie bolesnych - wypadków, utonięć, itp?

Niech to sie już skończy.....

Dziś Pietruszek został zaszczepiony na grypę.

Ponieważ, odkąd zaczęłam sie szczepić, zdecydownaie mniej choruję, a Piotrek jednak uczęszcza do Rozsadnika Chorób Wszelakich, czyli do przedszkola, szczepimy i jego.

Spieszę donieść, że był niezmiernie dzielny, mimo, ze sietrochę bał to poszliśmy sobie spokojnie, bez ŻADNYCH krzyków, protestów i innych takich akcji urozmaicających. tylko przed samym szczepieniem Piotruś poprosił:

- Mamo, szybiutko na kolanka! - przytulił się i po chwili było po wszystkim.

W ogóle te schizy szczepionkowe częsci rodziców są dla mnie czymś dziwnym.

Nie twierdzę, że dziecku należy ładować wszystkie szczepionki,  jak leci. Ale twierdzenie, że lepiej, żeby przechorowało "naturalnie", jest dla mnie kuriozalne. Przecież wtedy ta choroba ma jednak znacznie cięższy przebieg, do tego organizm jest ogólnie osłabiony. A szczepi sie dziecko zdrowe, czyli takie, które ma więcej siły, żeby tę mniejszą dawkę już ubitych wirusów pokonać.

Brednie o tym, że któraś tam szczepionka (nawet nie chcę pisać, która, zeby tego nie rozpowszechniać dalej) powoduje autyzm, nie mają żadnych naukowych podstaw. Owszem, poszła taka informacja kiedyś, ale potem nikt tego nie potwierdził w żadnych badaniach. Wniosek wysnuto na podstawie kilku przypadków, tylko nikt nie sprawdził, co było pierwsze, jajko, czy kura. Obecnie twierdzi się, ze po prostu były to dzieci, u których  takim czynnikiem spustowym okazała sie akurat szczepionka, ale prawdopodobnie "wyszłoby" i tak przy najbliższej okazji osłabienia organizmu.

Histeria na temat związków rtęci - drugi konik antyszczepionkowców - też jest bezsensowna, bo po pierwsze, w polskich szczepionkach od paru lat tego nie ma w ogóle, a po drugie, to co było (nie pamiętam nazw, przepraszam, nigdy nie byłam mocna z chemii) to też nie było to groźne, tylko coś obok.

Kolejna kwestia - argument wielu rodziców sięga tylko perspektywy ich własnych dzieci. Bezmyślnie nie widzą szerzej.

Jeszcze w latach chyba sześćdziesiątych na polio (choroba Heinego-Medina) umierało tyle dzieciaków, że szpitale miały przygotowane druczki z gotową fomułką, gdzie trzeba było tylko wpisać imię i nazwisko dziecka, oraz datę zgonu. A teraz? kto z nas zetknął sie osobiście z tą chorobą? Gwałtowny spadek ilości zachorowań wiąże sie czasowo ściśle z wynalezieniem właśnie szczepionki na to paskudztwo, i obecnie Europa jest uważana za kontynent wolny od tego wirusa. Samo nie przeszło, właśnie masowe szczepienia załatwiły sprawę.

A przecież jesli grupa osób nieszczepionych będzie się powiększać, to szanse na powrót tego (czy któregoś innego) wirusa są znaczne. Wystarczy, ze taka nieszczepiona jednostka pojedzie sobie na wycieczkę  w rejony, gdzie wirus nadal występuje.  Jeśli go złapie, przywlecze, poda dalej - najbliższa rodzina też wtedy zwykle nieszczepiona, dzieci chodzą do przedszkoli, szkół, ludzie pracują, korzystają z publicznych toalet, jeżdża komunikacją miejską... i mamy powtórkę z rozrywki.

Twierdzenie - równie często spotykane - "mnie mamusia nie szczepiła  i mimo to nie chorowałam" przypomina mi równie inteligentne zdanie "tyle razy bawiłam sie zapałkami w stodole  i nic nie podpaliłam". Nie zachorowałam, nie podpaliłam, ale niebezpieczeństwo jest znacznie większe, a jak już sie podpali/zachoruje, to szkody też - często nie do naprawienia.

Do tego termin na szczepienie można jakoś dopasować do naszych planów ( a przynajmniej przygotować sie na EWENTUALNE osłabienie dziecka przez jeden dzień i zorganizować sobie czas tak, zęby to nie trafiało akurat w najcięższy okres w pracy, albo dogadać jakąś babcię, ciocię, czy kogoś, zeby W RAZIE POTRZEBY mogła pomóc. A choroba zwykle pojawia sie z zaskoczenia - i w najbardziej niewygodnym momencie.

No, to sie wyżołądkowałam.

A Piotrek popędził do przedszkola z uśmiechem na paszczy i dobrze jest.

 

 

piątek, 24 września 2010

No własnie? NIkomu sie nie podoba? Choćby troszeczkę?

Buuuuuuu.....

Mamy szczście.

Jak wiadomo, sezon grypowy się zbliża.

Różne są podejścia do szczepionek, niektórzy histerycznie się przed nimi bronią, inni ładują, co się da.

Ja jestem zwolenniczką zdrowego rozsądku - obowiązkowe wszystkie, i niektóre dodatkowe.

Zapisanie dziecka na szczepienie w naszej poradni to jest cyrk. Terminy są na za dwa  miesiące - a skąd ja mam wiedzieć, czy za dwa miesiące dzieć mi akurat się nie rozsmarcze konkursowo?

Zadzwoniłam tak dla przyzwoitości, a pani mówi mi, że własnie ktoś zrezygnował z terminu poniedziałkowego, bo mu dziecko zachorzało i może mnie wpisać!!!! tylko nie mają jeszcze szczepionek, ale jak mi wypisza receptę, to przecież sobie sama kupię.

Tym sposobem receptę mam już w garści, w poniedziałek zaszczepimy Pietruszka i problem z głowy.

Trzeba będzie w niedzielę wieczorem puścic mu znowu "Było sobie życie" - odcinek o szczepieniach.

czwartek, 23 września 2010

Przywiozłam Pietruszkowi prezent z Londynu.

Znaleziona przypadkiem. Kosztowała grosze. Cudownie obrzydliwa (dla niektórych, mnie sie podoba).

Piotrek ją pokochał od razu.

Oto ona:

Gąsienica!!!!

 

Czyż nie jest piekna?

 

 

środa, 22 września 2010

Przyzwoitość by nakazywała podzielić się cokolwiek wspomnieniami z Londynu. Mamrotka zażądała, nie mogę sięprzecież wypiąć na moich gości, prawda? No to proszę bardzo.

Może nie wspomnienia to będą tylko przemyślenia, refleksje i zdziwienia, zresztą, jak zwał, tak zwał, w każdym razie stamtąd.

Będzie w punktach, przynajmniej na razie.

  1. Pierwszym szokiem była dla mnie ilość decybeli. To jest koszmarnie głośne miasto. W sumie sie nie dziwię, te ulice są wąskie jak na moje warszawskie przyzwyczajenia, wzdłuż nich - wysokie na kilka pięter budynki - i mamy wspaniałe kanały akustyczne. W związku z tym hałas ogólnoiejski jest większy, a co za tym idzie - wszystkie wyjce karetek i innych takich są ustawione znacznie głośniej niż u nas., żeby sie przebić... I tak w koło Macieju.
  2. Grubasy. Ja niestety do elfów przestałam się zaliczać wieki temu, ale tu naprawdę jest to horror. Młodziutkie dziewczyny, takie po kilkanaście lat, ważące na oko ze 130-150 kilo. I wcinające kolejnego hamburgera, popijanego colą.... I żeby to była jedna, ale ich było mnóstwo!
  3. Budownictwo. Piękne są te budynki, widać, że Londyn w czasie wojny prawie nie został zniszczony. Do tego budowali dużo z cegły, którą ja bardzo lubię - grając fakturą, kolorem, nie to co u nas. Do tego umieją wkomponowac ładnie coś nowego między stare budynki, dając np. wspólny element - taka sama w kolorze cegła i białe zdobienia, ale o zupełnie innym charakterze. I w ten sposób mamy piekną współczesną architekturę, wkomponowaną w okolicę.
  4. Remonty. Sporo remontują, ale tam wszystko jest porządnie ogrodzone estetycznymi płotkami, poowijane i pozabezpieczane - nie jakaś tam czerwonobiała tasiemka przywiązana niechlujnie do parkanu. Czyściutko, nie ma mowy o uświnieniu okolicy, zrobią, sprzątają i następny kawałek. Chciałoby się, zeby tak było u nas....
  5. Dla kontrastu z punktem poprzednim, syf i malaria na ulicach w miejscach reprezentacyjnych. Trzeba im przyznać, że sprzątają w trybie ciągłym, przy takiej ilości turystów nie da rady upilnowac towarzystwa. Ale mimo to na chodnikach  na przykład przy Trafalgar Square jest okropnie.
  6. Korki. Z podziwem patrzyłam na kierowców autobusów - one się mijają na grubość lakieru. Do tego trafiłyśmy na wizytę papieża, wiec dojazd z Luton zamiast półtorej godziny zajął nam dwie i pół. Potem się omijaliśmy z daleka.
  7. Uprzejmość i życzliwość, zabarwione odrobiną humoru. Żałuję, że nie pstryknęłam fotki, ale zapomniałam - tabliczka o treści mniej wiecej takiej:  "Jeśli masz to szczęście, że wyglądasz na mniej niż 21 lat, prosimy, abyś sam okazał dokument tożsamości sprzedawcy przy zakupie alkoholu". Miłe to, tak samo, jak napisy w autobusach z prośbą o ustąpienie osobom starszym, mniej sprawnym, potrzebującym pomocy. Po  prostu życzliwie.
  8. Tower. Małe jakieś, miałam wrażenie, że twierdza będzie większa. Obleciałam w kółko  dosyć szybko.
    Krogulec - kruki widziałam dwa. Później wkleję zdjęcie, uwieczniłam je specjalnie dla Ciebie.
  9. Polacy. W dużych ilościach. Postanowilam nieco kopnąć mój zaśniedziały mocno angielski - dwukrotnie było tak, że nastroszyłam pióra, zmobilizowałam się, żeby załatwić sprawę (czyli zamówić kawę i potem w restauracji jedzonko) w języku tambylców, a tu okazywało się, ze kelnerkami były Polki... I nici z ćwiczeń.

I to by było na tyle. Zabytków parę widziałam od zewnątrz, jak miałyśmy właściwie trzy dni na łażenie, to musiałyśmy zdecydować, czy muzea, czy ogólna atmosfera miasta. Wybrałyśmy to drugie, wychodząc z założenia, że muzea nie zając, a nie wiadomo czy następnym razem będzie taka piękna pogoda.

Zdjęcia będą, ale później. Na początku pstrykałam moją idiotkamerą, a potem nasz gospodarz pożyczył mi swoją lustrzankę cyfrową. Zabawka cudna, ale zanim zdążyłam poprosić o kabelek stosowny, gospodarz poleciał do Seattle na jakąś konferencję, więc zdjęcia mi prześle po powrocie z urlopu, na który się wybiera za parę dni. W ogóle jego rozkład podróży w ostanim czasie przyprawil mnie o ból głowy. (Nie tylko mnie, jego też):

Punkty docelowe w ciągu ostatniego miesiąca i paru najbliższych dni:

San Francisco

Seattle

Madryt

Warszawa

Seattle

Tunezja

Warszawa

San Francisco.

Z tego wszystkiego, wyłącznie dla przyjemności to ta Tunezja, a Loty do USA wyłąćznie służbowe.

Fajnie było, ale się skończyło. A teraz do roboty!

Padam na pysk.

Jak weszłam do domu, to zastałam pobojowisko - stertę garów w zlewie, cokolwiek już aromatycznych, kolejną stertę w łazience - tym razem pranie, kłaki kurzu wszędzie.... Innymi słowy - męskie gospodarstwo.

i jakieś chore zupełnie ilości miesa w lodówce, małżonek chyba mamuta upolował, a ja teraz muszeto szybko przerobić i zamrozić zanim ucieknie.

Zastanawiam sie, cz jakbym pojechała na dłużej, dajmy na to na miesiąc, to jednak by posprzątali, czy zarosło by tak, że potrzebny byłby spychacz. Albo Herkules.

W związku z powyższym opisy wycieczki będą jakoś później - na razie musze posprzątać....

niedziela, 19 września 2010

Wiadomość główna jest taka,  że bolą mnie nogi. Łazimy sobie, fajnie jest. Oczy dookoła głowy i świadomość,  że mamy za mało  czasu na wszystko, co bym chciała. Że nie wspomnę o tym drobiażdżku, że  ceny biletow wstępu do niektórych obiektow są z lekka powalające. 15 funtow za wstęp w Westminster Abbey mnie nieco zmroziło, zwłaszcza, że łazimy w czwórke.

Na razie wiem, że na pewno w pamięci zostanie mi ... cegła. Ja w ogóle lubię budownictwo z cegły, bardzo mi się podobało w Wielkopolsce, bo tam tego dużo, a tu też, tylko starsze. A jak nowsze, to dopasowane. Co nie znaczy, że robione na starocia, czasem o wyraźnie nowoczesnej architekturze, ale gra.

poza tym z przyjemnością obejrzałam Golden Hind - statek Drake`a. Co prawda nie orginalny, tylko replika, ale i tak fajne.

Za krótko tu będziemy. jak mamy trzy dni na łażenie, no, powiedzmy, trzy i pół, to nie wiadomo  prawie, co oglądać, bo ciężko wybrać. Zwlaszcza, że ja lubie poogladać najpierw miasto - powłóczyć się po uliczkach, a dopiero potem ogladać zabytki, jak juz poczuję atmosferę. A tu nie ma czasu na to 'potem'...

Tęsknię bardzo za moimi chłopakami, Pietruszek mi piszczał w telefon żebym wracała szybko, zwłaszcza, że on nieco zasmarkany. tak czy siak wracam pojutrze.

Ale mam fajna zabawkę dla niego - żadne tam wygibanse, małe a śmieszne.

Do zobaczenia we wtorek (większy) i środę (mniejszy) - lądujemy o 23, więc Piotrek to już będzie spał.

 

czwartek, 16 września 2010

Myślałam, że już dam sobie przed wyjazdem spokój z blogowaniem, ale dzisiejsze wydarzenia spowodowały, że palce mnie znowu świerzbią i rwie mnie do klawiatury.

Krzyż z Krakowskiego Przedmieścia zniknął. O cztery miesiące za późno, ale dobre i to.

Jakoś wyjątkowo uderzyło mnie dziś jedno zdanie z wystąpienia szefa Kancelarii Prezydenta, właściwie nie wiem, czemu tego wcześniej nie zauważyłam - może dlatego, że miałam już dość całego tego cyrku.

Chodzi mi o to, ze ten krzyż miał upamiętniać wcale nie ofiary katastrofy smoleńskiej. Miał upamiętnić tych, którzy przychodzili pod Pałac po katastrofie. Innymi słowy wrzask jest o to, że ktoś chce SOBIE postawić pomnik, krzyż, czy też w inny sposób nie dać zapomnieć o sobie. Smutne dla mnie jest to, że ci ludzie chyba przegapili w całym zamieszaniu  tych, którym pamięć naprawdę się należy.

To może ja też pójdę pod Pałac, albo w inne reprezentacyjne miejsce miasta i zrobię awanturę na temat "proszę mnie uczcić postawić mi pomnik, oczywiście na koszt podatników.Jak nie, to ja wam dopiero pokażę..."

JarKacz nie daje o sobie zapomnieć, bo uważam go za głónego inspiratora całej draki. Chciał pochować brata na Wawelu - wywalczył to. Wiec teraz niech jeździ sobie do Krakowa składać kwiaty, a nie robi cyrk w Warszawie. Próba zrobienia z Lecha Kaczyńskiego świętego będzie niestuteczna bo, z całym szacunkiem dla powagi śmierci, nie miał on stosowwnych po temu kwalifikacji ani zasług. A poPISkiwanie, ze to PO boi się czcić jego pamięć jest zabawne - bo co tu czcić? Rozumiem prywatny, osobisty dramat tego człowieka, ale nie może być tak, że sprawy prywatne Jarkacza nabierają wagi państwowej.

Poza tym, jak już czcić, to rozsądnie. Po co nam kolejny pomnik - kicz-kurzołap? Może warto wykorzystać pomysł siostry Małgorzaty Chmielewskiej - stworzenia hospicjum im. Marii i Lecha Kaczyńskich? Albo jakiejś innej instytucji NAPRAWDĘ potrzebnej - czyli nie mam tu na myśli kolejnego instytutu pamięci czy czegoś podobnego.

Ale to Jarkaczowi do głowy nie przyjdzie. Bo to już nie byłby pomnik na JEGO cześć. No, chyba, ze byłoby to hospicjum im. Jarosława Kaczyńskiego Oraz Jego Brata I Szwagierki.

 

środa, 15 września 2010

Z lekka spoczęłam na laurach z blogowaniem, ale to (wyjątkowo) nie wynika z wrodzonego lenistwa.

Wynika za to z chronicznego braku czasu powiązanego z planami rozrywkowymi.

Otóż porzucam na czas jakiś wszystkich Mężczyzn Mojego Życia i wyruszam na całkowicie babską wycieczkę. Szczegóły opiszę jak wrócę, chyba, ze uda mi sie jeszcze na chwilę jutro dorwać do kompa.

Na razie nie mam czasu.

pa - do zobaczenia po powrocie.

 

sobota, 11 września 2010

Tym razem wpis zupełnie nieplanowany, a pomysłu dostarczyła mi Babcia bez mohera, która mnie otagowała. Zrobiło mi sie bardzo miło, potem zaczłam się gorączkowo zastanawiać, co dalej.

Dalej zasady zabawy są dosyć jasne (nawet, jak sie to czyta przed siómą rano w dzień wolny od przedszkola, pracy i innych powodów do wczesnej pobudki).

Należy :

  • wskazać osobę, która otagowała (czyli nieoceniona BBM)
  • Napisać dziesięć rzeczy, które sie lubi
  • otagować kolejnych dziesięciu - niech teraz następni sie męczą :) i poinformować ich o tym zaszczytnym kopniaku.

Zatem - lubię:

  1. chodzić boso po trawie (najlepiej zroszonej, chociaż potem zwykle mam katar)
  2. siedzieć w fotelu z kotem (koniecznie mruczącym) na kolanach
  3. układać puzzle
  4. siedzieć przy ognisku z przyjaciółmi  i śpiewać. Przy niesprzyjającej aurze mogę zrezygnować (z bólem) z ogniska.
  5. chodzić po lesie
  6. patrzeć na śpiącego Piotrka
  7. ludzi
  8. przestrzeń (góry, woda - cokolwiek)
  9. robić  kolczyki (to ostatnie hobby, dopiero zaczynam i fajnie jest)
  10. pływać

A kolejne ofiary tagowania to:

  1. Najchętniej to bym tu wpisała Babcię właśnie, ale skoro to Ona mnie pierwsza ustrzeliła, to mnie chyba nie wypada robić tego zwrotnie? Tak czy inaczej Babcia zajmuje u mnie honorowe pierwsze miejsce i już. Niezależnie od wypadania.
  2. Fiona. - Za poczucie humoru i Filippa, którego jestem gorącą wielbicielką. Jak sie ten facet uśmiechnie, to kapcie spadają....
  3. Ojciec_karmiący - Za wytrwałość w walce o zdrowie King Konga. Z życzeniami optymizmu, siły i dalszych sukcesów.
  4. Mama_Pietruszki - bratnia dusza w Pietruszkowaniu.
  5. raider55 - za dostarczanie niezapomnianych wrażeń architektonicznych....
  6. Kasica_k - za kaganek oświaty stanikowej. Dzięki niej jest mi wreszcie wygodnie :)
  7. Krogulec - za bezcenną dla mnie pomoc naukową w rozmowach z Piotrkiem - czyli obie Plamki mazurka. Był juz tagowany, wiec moge odpuścić mu kolejne zeznania na tematy zadane :)
  8. Mama Groszka - Za Groszka.
  9. anty_pro_ana - za popularyzowanie wiedzy o anoreksji - dla mnie jest to bardzo cenne.
  10. Be.el - za drenaż mojej kieszeni i narastającą nerwicę spowodowaną dnem w tejże kieszeni i zbyt małą ilością półek...

No to jeszcze powiadomić moje ofiary i praca domowa odrobiona....

 

Swoją drogą, słowo "otagować" kojarzy mi się wcale nie z tagami anie nie z zabawą na blogu, tylko z jachtem Otago, który brał udział w pierwszych regatach okołoziemskich Whitbread Round The World Race w latach 1973 - 1974.  Dowodził nim wówczas kpt. Zdzisław Pieńkawa. Mimo złamanego podczas regat bezanmasztu, "Otago" ukończył regaty 1973-4 na 13 miejscu. Córka kapitana Pieńkawy, Iwona, która brała udział w tym rejsie, napisała o nim książkę ("Otago, Otago, na zdrowie"). Niedługo potem zginęła w wypadku.

Wczoraj idąc przez bazarek zobaczyłam szyld:

STANIKI Z GŁOWNA

Coś niedokładnie mi sie przeczytało, jedną literkę wcięło, inną lekko zmodyfikowało....

I zaczełam się zastanawiać nad funkcjonalnością takiego stanika. Wprawdzie nie da sie powiedzieć, ze podtrzymuje biust, ale za to grzeje....

Co prawda pozostaje problem aromatyczny, ale kiedyś spotkałam w sklepie dla działkowców obornik o aromacie waniliowym i wierzę, zę tu też coś się wymyśli.

 

czwartek, 09 września 2010

Posłuchałam ostatnio uważniej własnej rozmowy z synem. I aż mnie zatkało.

Zaczęło się od nietoperzy.

Piotrek oglądał jakiś odcinek Franklina, w którym pojawiał się nietoperz i wynikła kwestia latania w nocy. Oraz orientowania się w ciemności.

Dalej poszło o dużych uszach nietopka, echolokacji, ultradźwiękach, i ani się obejrzałam, jak gadaliśmy o propagancji fali dźwiękowej.

Mój szok wynikał z dwóch przyczyn:

  • z fizyki zawsze byłam gorzej niż głupia (takie przekonanie zostało mi w każdym razie ze szkoły), a tu jednak sporo pamiętam i jestem w stanie to wyłożyć młodemu w sposób dopasowany do jego możliwości.
  • W szkole to jednak nas rozstrzelają....

Było też już o budowie atomu, dźwigni, ruchu obrotowym ziemi, mitozie, osteoblastach, makrofagi są na porządku dziennym...

I żeby nie było, że jestem nadgorliwą mamuśką, co to chce zrobić na siłę z dziecka geniuszka - ja po prostu odpowiadam na jego pytania. Śledzę tok rozumowania i jak mu się znudzi to grzecznie przeskakuję razem z nim na koniki i sprzątanie stajni, skaleczone kopytko Freda i konieczność podania mu z związku z tym lekarstw. Dziś zaprojektował specjalną strzykawkę do podawania koniom antybiotyku.

Dzieci są niezwykle ciekawe świata, przy naprawdę minimalnym wysiłku można im przekazać taką ilość wiadomości, że to szok. Chłoną wiedze jak gąbka, nie zauważając nawet. Oczywiście pod warunkiem, że dorosły nie będzie im tej wiedzy wciskał na siłę, robił obowiązkowych wykładów i klasówek.

Żeby tylko szkoła nie zabiła tej chłonności i ciekawości...

PS. Dziś przy śniadaniu zainteresował się, czemu odbicie w łyżce jest z jednej strony do góry nogami. Ale to mnie już przerosło, optykę będzie musiał tatuś tłumaczyć...

środa, 08 września 2010

Usiadłam na chwilę do kompa odsapnąć po tachaniu ciężkich siat z zakupami, i cóż me piękne, błękitne oczęta ujrzały?

Wypowiedź Jarkacza. Pozwolę sobie zacytować, bo nadal nie mogę w to uwierzyć:

W obliczu niechybnej kompromitacji Wałęsy to Lech Kaczyński stanie się symbolicznym patronem ruchu solidarnościowego - mówi Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla "Gazety Polskiej". Zdaniem prezesa PiS właśnie tego boją się liderzy PO i dlatego nie chcą godnie uczcić pamięci o zmarłym prezydencie.

Ja bardzo przepraszam, ale to już naprawdę świadczy o pewnych zaburzeniach.

Brak mi słów, zeby komentować, taka megalomania i całkowita skleroza w kwestii wydarzeń historycznych u wysokiego (rangą) polityka są grożne. Rozumiem, że tego człowieka spotkała tragedia osobista, ale coraz bardziej mam poczucie, że on całkiem świadonie usiłuje po prostu grać emocjami wyborców. I wcale nie interesuje go Polska deokratyczna. Dla niego celem jedynym i ostatecznym jest Polska Kaczyńska.

A na to ja sie nie zgadzam.

 

niedziela, 05 września 2010

Piotrek otatnio co chwila komus oznajmia, ze go bardzo kocha.

Kocha mamę, tatę, Mi i Dużego, ciocię Magdę, Wujka Krzyśka, panią Lidkę... Wszystkich.Ale żeby nie było nam za dobrze, wyznania miłości kończy za każdym razem konkluzją:

- Ale najbardziej kocham nasze miasto!

Marketingowcy z Biura Miasta Stołecznego Warszawy odwalili dobrą robotę.

sobota, 04 września 2010

Mój tata miał dziś firmowy piknik rodzinny.

Rodzice postanowili zabrać Pietruszka i Gardę (czyli Kurę).

Odstawiliśmy młodego do nich na 11. Wrócili około 19 ze zmordowanym, śpiącym Piotrkiem w samochodzie. Wyniosłam go, półśpiącego przebrałam w piżamkę. I śpi dalej.

Uwielbiam takie dni, kiedy moje dziecko jest szczęśliwe jak świnia w błocie,  a my mamy spokój....

 

Za to jutro prawie pewna jest wczesna pobudka - i szczegółowy raport podekscytowanego Pietruszka :)

 

piątek, 03 września 2010

Wieczorem.

Piotrek już leży w łóżku, ale domaga sie mojej obecności. Przyszłam poczochrać po łepku, a synek przytulił sie mocno do mnie i mówi:

-  Mama, kocham cię! Jakie szczęście, że wam się urodziłem! - zgadzam sie bezdyskusyjnie. - A wcześniej, jak sie robiłem w brzuszku, to były osteoblasty!

Rany julek. Aż musiałam sprawdzić te osteoblasty, bo nie do końca wiedziałam, ki diabeł.

W sumie zatkało mnie na długo i raczej dokładnie.

 

czwartek, 02 września 2010

Jechaliśmy sobie z Poznania do Gdańska. Trasa ładna, tylko niech chmurno, ale co tam. Na drodze co chwila ograniczenie do pięćdziesiątki, a w charakterze argumentu dla mniej kumatych - za nim zwykle radar.

ja zwykle jeżdżę szybko, tam gdzie można, ale ograniczenia (zwłaszcza te poparte radarem) szanuję.

Problem polegał na tym, że TIR jadący tuż za mną miał zupełnie inne poglądy na tę kwestię.

Jechał mi prawie w bagażniku, ewidentnie usiłując wymusić przyspieszenie. Przy kolejnej 50 otrąbił mnie równo, a w końcu wyprzedził nie przejmując sie zupełnie tym, zę akurat było skrzyżowanie (niewielkie, z jakąś boczną drogą, ale jednak) i podwójna ciągła. I pognał w siną dal.

tym ostatnim manewrem to mnie już wkurzył, bo nie musiał wyprzedzać na ciągłej. Poza tym, nie znoszę jak ktoś mi siedzi na ogonie. Jedno nagłe hamowanie i miałabym go w samochodzie.

W związku z tym Małż złapał za komóreczkę i poinformował o w/w faktach gliniarzy, pozostawiając im decyzję, co chcą z tym zrobić. Ci tylko uprzejmie podziękowali i grzecznie zapytsali, czy w razie czego mogą nas też zatrzyma do potwierdzenia faktów. Oczywiście.

Gdy przejeżdżaliśmy przez następne miasteczko, przemknał obok nas radiowóz, a następne parę kilometrów dalej zobaczyliśmy TIRa rajdowca w towarzystwie policji.

ich komentarz był krótki:

- Tak pędził, że mieliśmy kłopot, zeby go dogonić....

 

Wniosek:

Nie wkurzać mnie na drodze.

środa, 01 września 2010

Pierwszy dzień przedszkola po wakacjach.

Odebrałam Pietruszka i pytam, jak bbyło

- Super świetnie!

- A dobrze sie bawileś z dziećmi?

_ tak, tylko szymek nie chciał sie ze ną bawić, a potem sie bawił i to było takie urocze!

Hm. Uroczo wyraża sie nasz synek.