O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

środa, 30 września 2009

Nie Antek, a Piotrek, ale reszta pasuje. Zresztą, to nie pierwszy jego taki numer, daje sie, ze już o czyms podobnym pisałam kiedyś.

Korowody z położeniem faceta spać. Przez chorobę ma kompletnie rozjechany rytm, bo jest słabiutki, wiec dużo śpi w dzizeń, a potem wieczorem jest cyrk, zwłaszcza, ze ja wracam z pracy jak on powinien iść spać. A zamiast spać szaleje z radości, że mama wrócila.

Długa dyskusja, prośby, tłumaczenia itp., w końcu słyszy, że jak dotknie podłogi, to zabiore mu Mimi - ukochanego miśka. I wyszłam. Po chwili słysze tryumfalny wrzask:

- Mama, stanąłem na Mimi!

Okazało sie, zę chciał sięgnąć po coś, co było zbyt daleko, a pomny zakazu dotykania podłogi, obszedł go w ten sposób - nie stanął na podłodze, tylko na Mimi, a o tym nic nie mówilam....

Cwany facecik, niech go gęś kulawą nogą kopnie.

wtorek, 29 września 2009

Tematy filozoficzne na razie mi diabli wzięli, przygniotła je proza życia.  A wszystko z powodu pomysłów potomka, jakżeby inaczej.

otóż potomek najmilszy jest chory. Nie wiadomo na co, wiirus jakiś, psia jego melodia. ma między 39 a 40 stopni gorączki od dwóch dni i nic wiecej sie nie dzieje. Jak na Piotrka jest też spokojniejszy i osłabiony, ale ktoś , kto go nie zna w życiu by  nie powiedział, ze to jest chore dziecko. Byliśmy dziś u pani dr, jutro robimy badania i zobaczymy....

Skrzecząca rzeczywistość jest umiarkowanie atrakcyjna, za to weekend był wspanialy. Pojechaliśmy sobie mianowicie do krewnych - jeden z około miliona moich stryjów ma stajnię i klub jeździecki. Lubimy sie bardzo, a ostatnio byliśmy tam z Małżem 3 lata temu - w końcówce ciąży. No to spakowalismy bety i jazda. Co prawda dojazd był nieco urozmaicony - poplątaliśmy zjazdy i zjechaliśmy o jeden za wcześnie, ale w końcu trafiliśmy na miejsce. A tam - same atrakcje, masa koni, koty, koza, świnia wietnamska, psy - jeden starszy a drugi - kilkutygodniowy wodołaz.... Żyć nie umierać, Piotrek nie wiedział, w którą strone patrzeć, oczy mu wychodziły z głowy. Do tego jasne było, ze bedzie mógł pojeździć, wiec nie mógł sie doczekać. Ja tez postanowiłam po dziesięcioletniej przerwie siąść na konia - cóż, może nie będę sie wypowiadać o jakości moich wyczynów. Pytanie, gdzie ten zwierzak ma przełącznik do kłusa wprawiło parę osób w nerwowy chichot, ale w końcu sobie poradziłam. I nawet nie spadłam, aczkolwiek musze przyznać, ze nie wszystkie pomysły na zmianę kierunku były mojego autorstwa... Ale przynajmniej większość. Do tego, jak juz miałam kompletnie dość i postanowiłam zsiąść, to moje nadwyrężone kolanka zastrajkowały całkowicie i złożyły sie pode mną - w rezultacie zamiast zsiąść z gracją, zwaliłam sie na ziemię jak worek ziemniaków.

I tyłek oraz nogi bolały mnie przez następne dwa dni.

Za to Piotruś - rewelacyjnie. Bez najmniejszych problemów siadł razem z moim stryjem na koniu i pojechali sobie na teren do krossu - akurat kilka dziewczyn miało trening. Piotrek miał widowisko, dziewczyny skakały przez przeszkody , wjeżdżały na górki i do dołków - było na co popatrzeć. ja szybko sie statąd zabrałam,  i Pietruszek dobrą godzinę beze mnie tam wytrzymał.

A następnego dnia dostąpił rzadkiego zaszczytu, bo mógł się przejechać na przepięknym ogierze andaluzyjskim, który właśnie trenował.   te andaluzy są niezrównane, przepiękne w ruchu, mądre - wspaniałe konie.

Za to po powrocie synek zameldował, ze boli go brzuszek, a w nocy wmeldował sie nam do łóżka - jakoś podejrzanie ciepły. No i teraz kombonujemy solidnie, jak tu zorganizowac mu opiekę w czasie kiedy powinien być w przedszkolu, a nie jest.....

 

I tak to wszystko wygląda, wiec Państwo pozwolą, ze do filozofii wrócę kiedy indziej.

czwartek, 24 września 2009

Tak mi sie jakoś znowu zebrało na przemyślenia filozoficzne. Może dlatego, ze powinnam sprzątać, to zawsze wzmaga mi procesy myślowe, zwłaszcza, jeśli opóźnia sprzątanie.

A poszło tym razem o komunikację międzyludzką. Dawniej można było rozmawiać albo twarzą w twarz, albo listownie. Ewentualnie przez umyślnego. Potem nadeszła era telefonów - ogromne ułatwienie. A potem wszystkoo zaczło przyspieszac w zwariowanym tempie - mail, komórki, wszelkiej maści komunikatory... I oprócz niewątpliwych korzyści wynikających z możliwości natychmiastowego kontaktu w razie potrzeby pojawiły sie też wady tych zdobyczy cywilizacji. Coraz więcej ocób ma , owszem, całą masę najomych, ale wyłącznie wirtualnych. I  w rezultacie zanika u wielu osób umiejętność zachowań społecznych, śwaidomość, jak ton,  ubiór, czy mimika wpływają na nasze kontakty. Bo tego wszytkiego przecież nie widać w gadu-gadu, mailu, smsie.... I potem pojawiają mi sie w gabinecie dzieciaki, które bardzo potrzebują pomocy w zakresie relacji  i umiejętności społecznych... A z tych dzieciaków wyrastają dorośli, którzy widzą komputer jako centrum wszechświata. mama do syna pisze na gadu gadu, że juz powinien wychodzić na zajęcia z angielskiego, wysyła smsa, że obiad, tata zamiast porozmawiać z synem, to też przekazuje informacje przez skypa z pokoju do pokoju, małżonkowie wieczorem stukają do siebie smsa treści "to co, idziemy spać?" zamiast normalnie zapytać....

To, co z jednej strony wzbogaca nasze możliwości zewnętrzne, z drugiej ogromnie zubaża wewnętrznie.

Bo słowo pisane pomaga uporządkować myśli, mowa jest bardziej chaotyczna, ale z drugiej strony powstaje cała masa skrótów, symboli - *4u może znaczyć "całus dla ciebie", różne emotki, buźki -znowu zanika cała masa słów. A potem nauczyciele w szkole sie skarżą, że dzieci mają ograniczone słownictwo, znają tylko dwa przymiotniki ( wrażliwych proszę o nieczytanie następnej linijki, będzie nieelegancko, mimo, ze wykropkowane. Inaczej nie przejdzie mi przez klawiaturę) - zaje...ście i chu...wo i że siedzą z nosem w ekranach telefonów czy innych gier.W grach też przecież nie występuje sie jako ja, można sobie stworzyć dowolnego bohatera - schować sie za nim. Tylko po dłuższym czasie takiego chowania zaczyna sie mieć problemy z odnalezieniem samego siebie....

Mój blog też jest  w pewnym sensie maską. Nie pisze o wszystkim, co mi przychodzi do głowy, są sprawy zbyt prywate. Ale też dzięki niemu mogę porozmawiać z ludźmi, których bym inaczej w życiu nie spotkała.

tylko czasem mi trochę żal, jak coś, co mogłoby zamienić sie w ciekawą dyskusję zostaje sprowadzone do kilkuzdaniowego komentarza pod moją notką. Rozumiem że nie zawsze sie da tak podyskutować - choćby ze względu na odległość, różne strefy czasowe, obowiązki... Ale jak ktoś mieszka niedaleko, to stokroć wolę internet czy telefon wykorzystać tylko do umówienia sie na spotkanie - i podrążyć temat osobiście.  Tato - to też jest zaproszenie dla Ciebie - do pogadania o książce, którą mi ostatnio polecałeś i o wielu innych rzeczach. Wyleź zza tego komuptera, proszę....

wtorek, 22 września 2009

Wróciłam wieczorem z pracy. Trochę wcześniej niż sie spodziewałam - tylko sie ucieszyłam. Moi panowie plus pies czekali na mnie na stacji metra, wróciliśmy sobie spacerkiem. Koło domu małżonek jedyny stwierdził, że on by się czegoś napił przed snem, bo zestresowany, zmęczony i w ogóle. No to mu zaproponowałam ciepłe mleko do poduszki, ale propozycja nie wbudziła entuzjazmu - uznał, ze piwo będzie lepsze. Ponieważ alkoholu u nas w ogóle schodzi niewiele - we dwójkę może w ciągu roku obalamy dwudniowy przydział przeciętnego polskiego alkoholika - nie protestowałam. Tylko zaproponowałam nieco złośliwie, że może tak piwo z ciepłym mlekiem, to bedzie kumulacja pozytywnych efektów z jednego i drugiego. A na to wtrącił sie Piotrek, który jechał sobie wygodnie u mnie "na barana":

- Nie ma takiej możliwości!

Zatkało nas, jak zwykle przy Pietruszce, Małżonek szanowny ryknął śmiechem, a Piotrek zadowolony, dołożył dobitnie:

- nie ma takiej opcji!!!

I wszystko pięknie, tylko skąd on wie, ze piwo z mlekiem sie nie komponuje??????

 

Patrzę sobie jak rośnie moja Pietruszka, patrzę... i się zachwycam. Nie chodzi mi w tym momencie o to, jaki mój synek jest wspanialy, grzeczny, śliczny i w ogóle (bo jest taki - z zasady, oczywiście), tylko o dziecięcą ciekawość wszystkiego, radość z odkrywania, poznawania.

W sobotę moi panowie pojechali na Młociny - Dni Transpoortu Publicznego, stare autobusy i tramwaje, sprzęt specjalistyczny, pokazy i Pan Bilecik. Piotrek wrócił zmęczony i szczęśliwy, w niedzielę pognali jeszcze na zwiedzanie stacji postojowej metra - i znowu, metro w myjni, podłączanie do trzeciej szyny, różne instalacje, miejsca, gdzie na co dzień gawiedź nie jest wpuszczana... Pełnia szczęścia.

I tak jest ze wszystkim - Piotrek jest ciekawy świata, a my mu pomagamy tę ciekawość zaspokajać. Chce spróbować sam - proszę bardzo, instrukcja jak wykonać i próbuj. I potem z dumą opowiada, że sam pokroił grzyby  do duszenia na kolację, odkurzył tapczan u moich rodziców, wycinał jakieś chaszcze, poszedł kupić coś tam w sklepie - jasne, że z pomocą, ale nie to jest ważne. Ważne jest, że zbiera doświadczenia, przekonuje sie że potrafi. I poznaje ciągle nowe możliwości. Wie, ze ma prawo wyboru i decydowania - oczywiście nie zawsze, w sprawach dostosowanych do jego wieku. Nie ma nic do powiedzenia w kwestiach bezpieczeństwa, ale jak w niedzielę chcieliśmy jechać na ciąg dalszy sobotnich imprez, a Piotrek wolał na działkę - pojechaliśmy na dziełkę, bo w końcu to miała być przyjemność dla niego.

Widać poza tym, ze metoda rozmowy, tłumaczenia, jak to działa i dlaczego wymagamy akurat tego, jest skuteczna. Piotrek sam wie, że przy ulicy idziemy za rękę, wie, że jak jest czerwone światło to sie czeka, że przez ulicę przechodzimy sprawnie i bez wygłupów - nie musze sie na niego wydzierać, jak to robią niektóre mamusie spotykane na spacerach - ja mu to wytłumaczyłam i zrozumiał. Bardzo mądre są te male łepki - jeśli tylko się da im na to szanse i uwierzy w ich możliwości.

Przy tym wszystkim przypomniała mi sie jedna z tabunu moich ciotek, która kiedyś zapytała moją mamę - jak ty to robisz, że twoje dzieci mają takie ciekawe zainteresowania?

Odpowiedź jest prosta - nie utrudniam im rozwoju....

niedziela, 20 września 2009

Po podgonieniu spraw kuchennych (pomodorówka!!!! i sos pomiodorowy) usiadłam sobie wreszcie poczytać, co tam słychać u "przyjaciół po blogu". Zajrzałam sobie między innymi do Babci - i pomyślałam, że chętnie bym sobie pogadała z kimś, kto tak rozumie moje rozterki, ba, doświadcza podobnych.

Też jest mi trudno patrzeć na to powszechne rozdwojenie jaźni. Na dzieci, które rzucają papierki i torby po chipsach na ziemię - i w piątek szły całymi klasami sprzatać okolicę. Na dorosłych, którzy krzyczą na dzieci, że brudzą w domu - i którzy nie sprzątną na dworze kupki swojego psa. Na wiernych katolików - którzy biją i wyzywają dzieci. Na osądzających oszustów   - którzy sami uważają, że jazda bez biletu jest dowodem zaradności. Na polityków krytykujących oponentów, że nie rozwiązali tego czy innego problemu - a czemu nie rozwiązali go wcześniej, jak sami byli u władzy?

I tak dalej, listę można wydłużać w nieskończoność. Tylko jedyny efekt takiego wydłużania, to frustracja i rosnąca ze złości wątroba. Więc sobie daruję.

Jedyne, co mogę, to próbować scalić te dwie jaźnie w moim małym wszechświecie. Czyli wyrzucać śmieci do śmietnika, a nie na trawę - przez to stale mam w torbie jakieś papierki - bo nie było w okolicy śmietnika. Sprzątać po moim psie - już nawet Piotrek sie nauczył, pilnuje, żebym zawsze miała torebkę, jak idę z kundlem, chce sam sprzątać. Mogę byc uczciwa w drobiazgach, nie tylko w wielkich rzeczach, kasować bilety, nie bic synka i tak dalej.

I mogę z pokorą patrzeć na innych - zanim sie przyczepię do kogoś, spojrzeć w siebie - czy jestem w porządku? Czy staram sie najlepiej, jak potrafię, byc po prostu dobrym człowiekiem? mam wrażenie, że w natłoku spraw to jest pytanie, które jaoś umyka naszej uwadze. Słychać wokół rozmowy o karierze, w księgarniach multum podręczników "Jak byś skutecznym sprzedawcą, menedżerem, sekretarką, nauczycielem, rodzicem..." A zwykłe człowieczeństwo, życzliwość wobec innych, pogoda ducha, uśmiech - są niemodne, niemedialne. Wiec znikają - bo to sie nie sprzeda....

Smutne to....

Pietruszek miał dzień pełen wrażeń i atrakcji zarówno wczoraj, jak i dzisiaj. W związku z tym dziś po południu ( ok 15) padł spać. Małżonek poszedł w ślady syna, a ja zajęłam sie kuchnią - suszenie grzybów, suszenie śliwek, sos pomidorowy.... I oczywiście POMIDORÓWKA. Ukochana zupa moich panów, jak byli w Bieszczaddach przez dwa tygodnie, to Piotrek życzył sobie codziennie.

Po trzech godzinach spania stwierdzilam, że budze towarzystwo, bo inaczej będą brykac po nocy. Piotrek na moje wejście do pokoju nie zareagował. Odsłoniłam okno - lekko sie skrzywił. Zagadałam, pocałowałam - wszystko bez specjalnego efektu. Poprosiłam o całuska, obiecując,, że jak sam mnie pocałuje, to dam spokój - też. W końcu użyłam magicznego słowa:

- Piotrek, jest POMIDORÓWKA!!!!

Poderwał sie do góry niczym strażak na dźwięk alarmu i natychmiast oprzytomniał :)

 

PS.

Zjadł dwa i pół talerza....

niedziela, 13 września 2009

Ja dziś sie pienię i pluję jadem, jak ktoś nadmiernie delikatny, to lepiej niech nie czyta, nie podchodzi i w ogóle.

A wszystko przez sieć supermarketów real. Chwalą sie jakością, remonty robią (przynajmniej w tym koło mnie), cuda wianki, a bezmyślność jak kwitła tak kwitnie.

Przechodzac do konkretów:

Chciałam wczoraj zrobić jakieś nieduże zakupy. Pomijam już to , że u nich jest dość drogo, jak na poziom supermarketowy, ale nie miałam czasu na dalsze wycieczki. Wrzuciłam do wózka między innymi jakiegoś kurczaka, po czym przyjrzałam sie mu bliżej i stwierdziłam rzecz zastanawiającą.

Otóż etykietka owszem, zawierała informację o dacie przydatności do spożycia i masie towaru. Za to pod podpisami "cena za kg" i "Należność" ziały puste miejsca. Złapałam jakiegoś przechodzacego pana - z identyfikatora wynikało, ze jest zastępcą kierownika działu, ale nie wiem, którego, bo najpierw nie spojrzałam, a potem mnie zatkalo ze zdumienia i ze złości.

A pan niezbyt uprzejmie wyjaśnił, zę brak ceny wynika, UWAGA!!!!!!  z obowiązujących przepisów!!!!!!. Czyli klient ma latac z kalkulatorem i notesem, przeliczać ceny i je sobie pracowicie notować, jeśli chce planować jakoś wydatki.

Inna sprawa, ze owe tajemnicze przepisy dotyczyły tylko kurczaków całych, obok leżały jakies fragmenty, które były ometkowane prawidłowo.

Normalnie granda na całego, wkurzyli mnie potwornie. Rzadko mi sie zdarza tak wściec, ale tym razem im sie udało na tyle, że napisałam do Inspekcji Handlowej, do centrali sieci i zaraz im jeszcze zamierzam napaprać na forum. No, może to ostatnie odłożę do jutra, bo spać mi sie chce już solidnie, ale co sie odwlecze, to nie uciecze. I wiecej sie do tego sklepu nie wybieram.

Żeby nie było, ze sie tylko czepiam, że po remoncie wszystko jest do kitu: Mimo wielu rzeczy pogarszających komfort (z braku lepszego słowa, bo komfort to nie jest) zakupów, jedna im sie udała:

Mają nowe wózki, które wyglądają estetycznie i przyzwoicie jeżdżą, nie ściągają, nie blokują sie.

Szkoda, ze to jest jedyna przeciwwaga do całej listy zastrzeżeń...

piątek, 11 września 2009

Dziś ja odebrałam Pietruszkę z przedszkola - piątki są moje w skomplikowanym grafiku odbiorów - w pozostałe dni pracuję dużo dłużej niż przedszkole. MOże nie dłużej, bo zaczynam później. Ale wychodzę o takiej porze, że nie mam szans odebrać Pietruszka, pobyć z nim, pobawić sie, uśmiechnąć... I bardzo mi tego brakuje, dlatego te piątki są takie cenne.

Pietruch przybiegł do mnie jak zwykle - z radosnym uśmiechem na pyszczku, przytulił sie mocno, usciskał. Uwielbiam jak  te małe łapki obejmują mnie z całej sily. Potem poszliśmy na chwilkę do domu - odprowadzić psa i odnieść różne rzeczy,  i poszliśmy na kasztany.

Kasztany dopiero sie zaczynają. Poza tym, jak przychodzimy około 17, to sa dokładnie wyzbierane - ale i tak spacerek był udany. Szukaliśmy, rozmawialiśmy, bawiliśmy sie ze szczeniaczkiem Yorka - a i kasztanów sie parę znalazło. Konkretnie osiem, czyli nie jest to jakaś powalająca ilość, ale zawsze coś. Dobre i to na poczatek.

W sumie spacerowaliśmy prawie dwie godziny. Jest to o tyle cenne, że przedszkole jest jeszcze remontowane i w ogródku stoi paskudna blaszana buda ze sprzętem budowlanym. W efekcie starsze dzieci chodzą na pobliski plac zabaw, a najmłodsza grupa siedzi w sali - jeszcze sie nie znają, nie wszystkie wiedzą, jak sie zachowywać, oswajają sie. I panie nie ryzykują wyjścia na nieogrodzony teren.... Nic to, podobno przez weekend mają zakończyć wszystko i sie wynieść.

Za to wieczorem usypianie - jak marzenie. Kąpiel, w piżamkę - bez najmniejszych problemów. Piotruś zapakował sie do łóżka i dostał pozwolenie na oglądanie Minimini - został kwadrans do końca programu, akurat właściwa ilość, a nie ma dyskusji "mama, jeszcze tylko jeden film...". Po kołysance synek przydreptal na kolana, posiedzieliśmy sobie chwilkę, aż stwierdził, ze już może wracać do łóżeczka. opatuliłam kołderką, przeczytałam półtorej strony Muminków - i było po wszystkim. Pietruszek spał niczym susełek....

Bede mogła sobie poczytać ten wpis, jak bedzie sie kłócił, wściekał, jak o 23 jeszcze będę z nim dyskutować. Bo w takich momentach bardzo trudno mi uwierzyć, ze ta wrzeszcząca ośmiornica potrafi być grzeczna - a tak mam udokumentowane, z datą i w ogóle.

Kochana jest ta mała małpeczka. Dzielny facecik, niezmiernie samodzielny - próbuje robić sam wszystko, co sie da. A my mu pozwalamy. Jasne, zę powoduje to spowolnienie czynności, że czasem okazuje sie, ze umie zrobić rzeczy, które mogłyby poczekać (np. otworzyć sobie kluczem drzwi wejściowe, wybierając właściwy z całego pęczka podobnych), żę czasem ta jego samodzielnośc dowala nam sporo pracy - ale sie cieszę. Jeśli nic sie nie zwichruje w jego rozwoju, to będzie samodzielnie myślący, odważny, pogodny i życzliwie do świata nastawiony młody człowiek.

A o to nam właśnie chodzi.

 

środa, 09 września 2009

zajrzałam sobie dziś bardziej szczególowo w licznik blogowych odwiedzin i fajnie mi sie zrobiło. Miedzy innymi jest tam taka miła opcja - odwiedzający według krajów.  i jak zobaczyłam z jak wielu miejsc na Ziemi ludzie zajrzeli chociaż raz do mnie,  -to mi sie paszcza rozpromieniła. Bo o niektórych to wiem - znajomi w Holandii, Irlandii, RPA, USA,  - tu się nie zdziwiłam. Ale Zjednoczone Emiraty Arabskie? Saint Lucia? Sudan? Chorwacja? Chiny? Po prostu niespodzianka od losu.

Ucieszyłam sie, naprawdę. I dziękuję Wam wszystkim - tym, którzy zajrzeli tu raz, przypadkiem, i tym, którzy tu zaglądają systematycznie.  Bardzo sobie cenię Wasze komentarze i to, że chcecie do mnie wpaść z wizytą.  (Do tego nie musze sprzątać przed tymi odwiedzinami:).

I mimo, ze nie mam co w ogóle marzyć o wynikach takich jak autorzy bardziej popularnych blogów - Fiona, to do ciebie, to i tak jest mi dobrze. Nie pisze tego bloga żeby wygrywać konkursy. Pisze go dla siebie, Dla moich dwóch kochanych chłopaków - żebyśmy mogli wrócić do różnych fajnych wspomnień. Piszę go w jakiś sposób też dla Was - mam nadzieję,  że czasem uda mi sie dac komuś taką iskierkę, ciepły uśmiech na pochmurny dzień. I to mnie satysfakcjonuje. Mogę pogadać z ludźmi, z którymi pewnie inaczej los nigdy by mnie nie zetknął - Babciubezmohera - może byśmy sie nawet gdzieś spotkały na ulicy , ale szanse na pogadanie byłyby prawie zerowe. A tak - już wiem, że lubię z Tobą porozmawiać, że mamy trochę wspólnych poglądów na życie i że naprawdę chętnie bym Ciebie poznała osobiście. Przypominasz mi moją mamę (która zresztą też podczytuje Twojego bloga - zaraziłam ją :)....

Dziękuję Wam wszystkim. Nawet, jak mam chandrę, jest ponuro, siedzę sama w domu i wszystko wydaje sie do kitu, to wiem, że nie jestem sama. I za to jestem Wam wdzięczna.

wtorek, 08 września 2009

Ha, pochwaliłam męża ( a może pochwaliłam sie mężem?) i chyba przedobrzyłam cokolwiek, bo mi przypomniał natychmiast, że jednak z tą aureolą to tak bez rzesady...

A poszło o budzik - normalnie nastawiam teraz na 7 - Piotrekna 8 do przedszkola pod oknem, to akurat wystarczy, żeby oprzytomnieć, wziąć prysznic, obudzić, ubrać i nakarmić młodegi i wyjść. małżuś w tym czasie zalega w wannie przez trzy kwadranse i wyprowadza psa.

A tu sie nagle okazalo, ze budzik w sposób tajemniczy "przestawił się" na godzinę 7.20. Do tego ja otumaniona jeszcze nieco o świcie i bez okularów tego nie zauważyłam i posiedziałam sobie chwilkę w łazience z krzyżówką - jak zwykle. A tu nagle niespodzianka, 7.45 znienacka. Czyli mój prysznic poszedł sie gwizdać, śniadanie i spacer z psem - też. Tyle dobrego, zę to wszystko było do nadrobienia po odstawieniu młodego, ale niekomfortowo - strasznie nie lubię sie ubierać w stanie nieumytym, po to zeby za cwilę się rozbierać i wskakiwać pod prysznic za pół godziny. Ale odprowadzenie Piotrka do przedszkola w ppiżamie chyba nie byłoby dobrym pomysłem...

poniedziałek, 07 września 2009

No i stało sie, dzisiaj wreszcie Piotrek po raz pierwszy poszedł do przedszkola. Miał tydzień obsuwu, bo w zeszłą niedzielę miał 38 stopni i ogólnie był jakiś słabiutki. Przetrzymałam tydzień, i dziś nastąpil Wielki Dzień. Piotrek od paru dni gadał głównie o przedszkolu, marzył i tęsknił. W związku z tym nie powinno mnie dziwić to, co zrobił - popędził do dzieci w nowym otoczeniu i nawet nie powiedział mi "papa". Trudno sie mówi, duża jestem, jakoś to zniose.

Do tego moja praca ma  to do siebie, że kończę późno -dziś wróciłam o 20.taki los, cóż robić. Niestety powoduje to, ze po powrocie mam kontakt przede wszystkim z Piotrusiem wykłócającym ssię, ze on nie chce iść spać. Bardzo sie dziś starałam, zeby cicho, cieprpliwie i spokojnie z nim rozmawiać, ale jak wylazł po raz kolejny pod byle pretekstem, to w końcu poprosiłam Małża, żeby mnie zmienił, bo inaczej za chwilę komuś przyłożę. Boli mnie głowa i gardło, kolano sie znowu pode mną składa, a ten mały gad bryka zamiast spać. Na razie panowie coś na spokojnie negocjują, a ja mogę odzipnąć.

Głupio mi z tego powodu, równocześnie nigdy nie widziałam sensu w postępowaniu Matek Wiecznie Poświęcających Się Dla Swoich Dzieci. Nie zamierzam sie taką stać, chcę zadbać różnież o własny komfort - mama sfrustrowana tym, że nikt nie docenia jej wysiłku też nie jest dobtym wynalazkiem. WIec oczekuję, ze jak będę miała dość, to Małżyk mi pomoże przy Piotrusiu - co też i właśnie czyni. I chwała mu za to - jak czasem czytam o facetach, którzy palcem przy dziecku nie kiwną, to aż sie głaszcze po plecach, ze taki dobry egzemplarz sobie wybrałam. Fakt faktem, przy Piotrku Małż robił od początku wszystko z wyjątkiem karmienia piersią - z przyczyn oczywistych, i kąpania w pierwszym okresie - dopóki nie odpadł kikutek pępka. Poza tym nie było grymaszenia, że pieluchy to dla mnie, bo on nie lubi. Oczywiście, że nie lubi, ja też nie jestem wielbicielką wdychania aromatów pieluchowych, ale było dla nas oczywiste, ze po prostu trzeba i tyle.

niedziela, 06 września 2009

Piotrek dostał nową piżamkę. Z poprzednich powyrastał, narzekał, że mu rękawy podjeżdżają, nogawki krótkie i zimno. NAbyloiśmy więc wieksze, piękne - jedna z nich w samochodziki. Młody dostał ją przed chwilą, przebiera się. A raczej ma sie przebierać, ale zajmuje sie milionem innych rzeczy. Między innymi zaczął odrywac metki, które sie jakoś ostały. Tata, lekko zniecierpliwiony odwlekaniem czynności docelowej, pyta:

- Piotrek, czy ja też mam ci oberwać metkę?

- Nie, bo przecież nie jestem piżamką!

sobota, 05 września 2009

Zaczął się rok szkolny, wiec mi sie przypomniały pewne wagary. Właściwie moje jedyne, zawsze byłam grzeczną uczennicą (co bynajmniej nie znaczy, że miałam jakieś super świadectwa, bez przesady). Ale te były zabawne.

W pierwszej klasie liceum to było. Miały być dwie godziny geografii, na które mieliśmy chęć... ograniczoną. Więc społeczność klasowa postanowiła prysnąć. Wymknęliśmy sie cichutko, truchcikiem na przystanek. Tam trzeba było zaczekać, bo jak zwiewaliśmy ze szkoły, to na horyzoncie zamajaczył dyrektor i jeden kolega musiał awaryjnie skręcać do łazienki, żeby uniknąć niewygodnych pytań. Stoimy więc sobie na przystanku, czekamy na Darka i zastanawiamy sie, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem. Podjeżdżają kolejne autobusy, a tu z jednego z nich wysiada.... geografka. Ups. Spóźniona solidnie, więc też miałaby krechę u dyrektora. Młoda dziewczyna to była, całkiem sympatyczna zresztą. Wytłumaczyliśmy jej, ze możemy przecież pójść na jakąś wycieczkę edukacyjną, czy coś - zgodziła się. No to zapakowaliśmy sie do autobusu, po wnikliwej lekturze prasy porannej znaleźliśmy jakieś muzeum z wystawą, którą od biedy dało sie dopasować do tematów na lekcjach, pojechaliśmy. Obejrzeliśmy co trzeba, wracamy grzecznie do szkółki,   przez okno autobusu zobaczyliśmy jeszcze kolegów z klasy równoległej. Ustaliliśmy szybciutko wersję wydarzeń, wyznaczono przedstawiciela do kontaktów z mediami - czyli władzami szkolnymi.

Po powrocie zasiedliśmy w naszej sali i czekamy na matematyczkę - a tu nic, nie ma jej. po 10 minutach poszłam do pokoju nauczycielskiego i udając głupią pytam, co sie stało, czy pani profesor przyjdzie. A tu sie okazało, ze sytuacja jest jeszcze weselsza, niż nam sie wydawało.

Otóż zwiały wszystkie klasy pierwsze. Matematyczka poszła do domu, bo nikt sie nie spodziewał, ze będziemy tak bezczelni, żeby wrócić. Przygotowano juz pisemka z ostrzeżeniem, że jeśli sytuacja sie powtórzy, to szkoła wyciągnie straszliwe konsekwencje ze spaleniem na stosie włącznie. A tu zonk! - wróciliśmy... Oczywiście przesłuchania, tłumaczenia, my idziemy w zaparte, że to byla zaplanowana wycieczka, może pani zapomniała zgłosić, ale nie byly to wagary, w żadnym wypadku, proszę, tu są bilety z muzeum....

Widać było, że dyro czuje, że coś tu nie gra, ale nie był w stanie dojść co - stworzyliśmy zgrany front (chyba pierwszy i ostatni raz w historii tej klasy) i nie mógł znaleźć słabych punktów w obronie. W końcu dali nam spokój, zorganizowali galopem jakieś niemrawe zastępstwo na ostatnią godzinę i tyle.

Podsumowując - z naszej strony bardzo udany dzień. lekcje sie usmażyły, konsekwencji nie bylo (tamte klasy miały spore kłopoty), a wszystko dzięki temu, że wróciliśmy na jedną lekcję i mieliśmy w zanadrzu dobrą historię. No i dzięki współpracy geografki, nie da sie ukryć...

NIe mogę spać. Nie wiem, czemu, ale przeewracałam sie w łóżku od czwartej nad ranem, godzinę później stwierdziłam, zę nie ma co sie umartwiać w ten sposób, jak posiedzę przy kompie i zajmę sie czymś innym, to może sie w końcu zmęczę i będę mogła pójść spać.

A co robić  - mam. Powinnam przyszywać metki imienne do piotrkowych akcesoriów przedszkolnych. Specjalnie wybrałam takie przyszywane, a nie naprasowane, bo łatwiej odpruć. jak mi gadzina mała już wyrośnie, to nie bede przecież oddawać ubranka z metką imienną. A do tego dopisałam tam telefon - jak sie kajtek zgubi (odpukać!!!) to łatwiej będzie można nas namierzyć. słowem, znacznie skrócić stres. Polecam rozwiązanie.

Pietruszek wszedł w kolejną fazę - powtarzania brzydkich słów. Jeszcze nieświadomie, ale za to wystarczająco wyraźnie, żeby sie nie dało pomylić. I mam problem, bo jak sie tatusiowi czasem wyrwie, to mały potem używa, i trudno mi reagować, jak słyszę - "tata tak powiedział". Małżu, uprzejma prośba o zaprzestanie używania brukowego (czy też brukowanego, jak to pewien maluch określił) słownictwa w trybie nagłym, czyli od już.

W ogóle wygadny ten Piotrek sie robi i elokwentny ponad miarę. Ostatnio usłyszałam tekst :"mamo, pora na moją drzemkę" i mnie skręciło ze śmiechu, tak komicznie to brzmiało w ustach niespełna trzylatka.  Za to będzie miał szerszy zasób przymiotników niż tylko super, odjazdowo i za...iście - tych negatywnych nie będę cytować, bo powszechnie używane powodują, ze uszy mi więdną niczym niepodlewana sałata.

W ogóle jak słucham rozmówek mlodzieży szkolnej (pod oknem mam podstawówkę), to nie wiem, czy śmiać sie, czy płakać. Te dzieciaki często po prostu nie umieją mówić inaczej niż przy pomocy tzw. łaciny. nie znają nazw uczuć, przymiotniki tylko seksualno-anatomiczne, no po prostu zgroza.  Niestety, (albo stety, zależnie od sytuacji) dzieciaki przede wszystkim naśladują rodziców. I teraz mam zagwozdkę z tym pietruszkowym mięsem - jak mu wytłumaczyć, że nie należy pewnych słów używać, nawet jeśli tacie sie zdarza? że nie akceptuję tego niezależnie który z nich takim mięsem rzuci?  Ciężka sprawa,  ale spodziewałam się, że prędzej czy później  ten problem wyniknie. Nawet zakładając solidne samoograniczenie Małża w tym zakresie, Piotrek uszy ma, całkiem sprawne, i po ulicy chodzi, a co za tym idzie, ma okazję do posłuchania rozmówek innych. U nas pod oknami szkoła sie remontowała przez wakacje - jak sie panom czasem zdarzyło puścić wiąchę, to zabierałam Piotrka i szliśmy patrzeć z wiekszej odległości na maszyny budowlane (wielka milość Piotrkowa). Tak, zeby było widać, a niekoniecznie słychać...

Dorasta mi synek. Niby oficjalnie cały czas zalicza sie do kategorii "małe dziecko", ale widzę, jak dojrzewa. Jest coraz rozsądniejszy, bystrzak mały, coraz więcej rzeczy łapie sam. A równocześnie taki cudownie dziecinny i kochany. Jak czasem coś powie, to nam włosy dęba stają. rozpracowuje kolejne zabezpieczenia - ostatnio od szuflad kuchennych. Właściwie możemy je  zdjąć, bo przed nim nie zabezpieczą już niczego, otwiera bez problemu. Może to i lepiej, mnie też jest z nimi niezbyt wygodnie... Szczebelki w łóżeczku też stracily sens, Piotrek nie tylko jest w stanie wyleźć górą, ale rónież tą drogą wleźć. Najwyższa pora zrobić mu wreszcie pokój i normalne łóżko. Tylko jak to finansowo ogarnąć.... Trzeba będzie solidnie pomyśleć...

 

piątek, 04 września 2009

Przeglądałam sobie dziś spis knajpek przyjaznych dzieciom. Nie, żebym się wybierała, ale tak dla sportu. W jednej z nich w menu dziecięcym były wielkie przeprosiny, że nie podają szpinaku. Zainspirowało mnie to - na obiad był szpinak. Po długiej przerwie - ostatniomiałam fazę fasolkowo-kalafiorową, taki pyszny, z czosnkiem, pieprzem i łyżką śmietany. Palce lizać po prostu, Piotrek też wsuwał, aż mu sie uszy trzęsły.

I tak sie zaczęłam zastanawiać, ile z tych dzieciaków, które plują szpinakiem, zjadłyby go ze smakiem, gdyby nie takie powszechne obrzydzanie. A jak wszędzie wkoło słyszą, że szpinak jest paskudny, to one to już WIEDZĄ, nie muszą próbować....

Ich strata, ale szkoda, bo to nie dość, że smaczne, to jeszcze zdrowe.

wtorek, 01 września 2009

Wyszliśmy wieczorem na spacer. Wyprowadzić psa i wygwizdać kota. Wygwizdywanie kota nie ma nic wspólnego z sędziowaniem w piłce nożnej - po prostu kot reaguje na gwizdanie lepiej niż pies, a akurat szwendał sie gdzieśpo okolicy.

Jak zwykle zadziałało, po drugim gwizdnięciu przez teren szkoły po drugiej stronie płotu przeknęła czarna błyskawica. Już sie ucieszyłam, że kocur właściwie odłowiony, jak rozległ sie mrożący krew w żyłach wrzask - ani chybi koty sie leją. Czyli mój pewnie bierze w tym udział, bo pędził w tym kierunku, a nie wierzę, żeby przy dobrej awanturze pozostał tyko kibicem.

Doszłam w pobliże i moim błękitnym oczętom ukazał sie taki widoczek :

Jeden kot leży na ziemi. Ogon chodzi nerwowo, ale jakby ostrożnie, rusza sie mało.

Drugi siedzi , a właściwie pół stoi, z grzbietem wygiętym w klasyczny koci łuk nad pokonanym przeciwnikiem, i warczy.

I tak sobie tkwią dłuższa chwilę.

Potem niezauważalnie, niczym w teatrze kabuki, koty zaczynają sie od siebie oddalać, pokonany przewraca sie na brzuch, zwycięzca odsuwa kawałek. Zrobił dwa kroki w przód i znowu usiadł, patrząc na przeciwnika. Tamten bezszelestnie i przesuwając łapy dosłownie po milimetrze próbuje przeniknąć przez pobliski płot - byle jak najdalej. Zwycięzca z pogardą patrzy na te starania - ucieczka z pola bitwy i tak zawsze będzie tylko ucieczką, niezależnie od formy, a skoro on łaskawie pozwolił swej ofierze odejść, to przegrany mógłby to zrobić z honorem, a nie jak tchórz.

Stałam przyglądając się tej scenie dobrą chwilę - uznałam, że zabranie mojego koteczka do domu w chwili, gdy ustawia relacje podwórkowe i tłumaczy, kto tu rządzi, byłoby niepolityczne. I pewnie skończyłoby sie solidnymi śladami po pazurach. Bynajmniej nie z powodu celowego podrapania, tylko kotek po prostu by mi sie wyrwał.

Kocisko ma już swoje lata - ponad 9. Od początku rządzi okolicą, ustawia okoliczne psy, koty, sroki. Z tymi ostatnimi doszło do tego, że czasem ja sama dostaję strażnika. Kot często idzie kawałek ze mną, i sroki to wiedzą. Kot oczywiście ma "śledzia"przydzielonego na stałe, a że mnie kojarzą z kotem, to nawet jak idę bez niego, to też na wszelki wypadek mnie pilnują.

 

Zwierzaki są zabawne. I bardzo kochane. Ten podwórkowy bandyta jest bardzo przymilnym i pieszczotliwym kotem w warunkach domowych. kto by uwierzył, ze  to ten sam zwierzak?