O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

wtorek, 25 sierpnia 2015

Umowa podpisana. Grzesiek od września będzie chodził do przedszkola. Dwa dni w tygodniu - póki nie znajdę pracy więcej po prostu nie damy rady, bo oczywiście przedszkole prywatne - o państwowym możemy na razie zapomnieć, ja w domu a on rocznikowo jeszcze za mały.

Szczęśliwa jestem bardzo, rozkleszcza mi to sporo spraw, a jemu znakomicie zrobi - i będzie miał towarzystwo dzieci, których mu tak brakuje, i znacznie bardziej aktywny tryb życia - ja niestety nie umiem wymyślac tysiąca zabaw dziecięcych, jakieś regyły, inne niż w domu, którym też trzeba będzie się podporządkować... Sama radość.

Jeszcze teraz odpieluchować drania do końca - na razie jest opór materii znaczny, i będzize całkiem dorosły!

niedziela, 23 sierpnia 2015

Chłopakom spodobało sie nocowanie na działce. Tak bardzo, że dziś chcieli znowu, ale niestety sie nie da - Skorupiak jutro idzie do pracy.

W zamian za to śpią na balkonie. Wszyscy trzej, bo jednak nie zostawimy ich tak bez żadnej opieki, a Grzechot za szybko sie wspina, zbyt wolno przy tym myśląc.

I do kogo ja się w nocy przytulę???? Oni tak już stale będą? Zimą też?.... <rozżalona>

a swoją drogą, sądzę, że te dwie noce pod namiotem będą dla nich ważniejsze niż niejeden długi wyjazd do luksusowego hotelu dla ich kolegów....

Jeżdżę na kółku coraz lepiej. Rzadko mam okazję - za gorąco było ostatnio, ale każdy trening to wyraźny postęp - już jeżdżę bez płoty, ćwiczę zakręty, zatrzymuję sie mniej więcej tam, gdzie chcę. Pojechałam awet na rudkę po osiedlu i nie spadłam!

Do poziomu Piotrka to mi jeszcze dużo brakuje. Będzi chłodniej, to poćwiczę  :)

Piotrek szaleje na kółku coraz sprawniej. To co on wyprawia zaczyna zahaczać o akrobacje - jazda na jednej nodze, jakieś przysiady, tańczy.

Ostatnio zaczął grać z Grześkiem w piłkę - Piotr na kółku, Grzesiek na piechotę. Szczęka mi opadła jak zobaczyłam to po raz pierwszy - do przodu, do tyłu, zakręty, zmyłki, nagłe hamowania - porusza się na tym równie sprawnie jak na nogach.

Może za parę lat będą mistrzostwa w wheelballu? Wystawimy wtedy drużynę!

Usłyszałam ostatnio od znajomej historię, po której włosy mi rządkami stanęły dęba na głowie.

Otóż jej sąsiadka miała psa. Bidę schroniskową, po przejściach. U sąsiadki znalazł dobry, kochający dom, w którym przeżył wiele lat.

Niestety pod koniec życia zaczał mieć jakieś historie neurologiczne - zaczął być agresywny, bolało go - wyraźnie cierpiał.

Właścicielka psa (WP) początkowo nie chciała go usypiać, była zwolenniczką naturalnej śmierci - u ludzi i zwierząt. Pies jednak cierpiał coraz bardziej, wył z bólu całymi dniami - zdecydowała się.

Pojechała do weterynarza - jakoś w czasie wyjazdu wakacyjnego podjęli tę decyzję, byli w tedy u rodziny w miasteczku gdzieś na ścianie wschodniej. Miasteczko nieduże, weterynarzy aż dwóch. I od obu usłyszała, że nie ma mowy, oni nie mają zapmiaru popełniać eutanazji, to grzech, nie po niechrześcijańsku i w ogóle nie.

WP pozbierała szczękę z podłogi, zabrała psa i wyszła. Przepytała rodzinę i przyjaciół, znalazła rozsądnego weterynarza, który przyjechał i pomógł pieskowi odejść za Tęczowy Most, gdzie już nic nie boli.

jakoś nie mogę ogarnąć tych przeplotów nauki chrześcijańskiej wobec zwierząt - z jednej strony Bracia Mniejsi,  z drugiej, zwłaszcza na wsi - inwentarz, dobytek, obiad. Nie mają duszy, Terlik mój ulubiony kiedyś pluł coś na temat tego, jak to trzymanie zwierzątek domowych prowadzi do aborcji (nie znajdę teraz linku do tego, ale było!), a równocześnie skrócenie cierpień jest grzechem. Zabicie zdrowego zwierzaka na obiad już nie.

Za mądre to dla mnie.

Skrupiak uruchomił mój rower. Już nie napiszę po ilu latach przerwy wsiadłam na moje dwa kółka i pojechaliśmy na krótką trasą - niestety, braki w kondycji dają sie we znaki i po 3 km zdechłam totalnie.

Będę teraz sobie jeździć - plan zakłada, ze przynajmnniej co drugi dzień. I chudnąć!

Na działce jest doprowadzona woda - wszak podlewanie bywa niezbędne.

Pod kranem w ogrodzie stoi sobie kuwetka. Święta i nietykalna.

Zawiera porcję błotka i wody - troskliwie uzupełnianą przy każdej okazji.

Mieszka w niej Żaba. Czasem wyjdzie na spacer, zapolować na jakieś śniadanie, ale te upały przetrwała zakopana w błotku i doskonale nawilżona.

Grzesiek z zachwytem obserwował, jak czasem z wody wystawały tylko oczka, a potem nagle pojawiała się głowa, jedna łapka, druga łapka...

Przynajmniej jeden zwierzak nie miał problemów z dostępem do wody. Ciekawe, czy urządzały sobie tam żabie nasiadówy, czy też strzegła zazdrośnie swego królestwa?

Nocny deszcz im nie zaszkodził. jak przyjechałam, to sie byczyli zadowoleni w namiocie, a dzieciaki już podpytywały o powtórkę

No to była powtórka. wczoraj wieczorem znowy pojechali - Skorupiak z Piotrkiem rowerami, ja zawiozłam GRzesia. Rozstawili amiot, zrobili grilla i dobrze im było.

Ja też miałam spokój, wlazłam spokojnie pod prysznic, odkłaczyłam nogi, pogadałam sobie trochę z kumplem zza oceanu, który akurat potrzebował ludzki głos usłyszeć.... cicho, bez przymusu - bajka.

Niestety dziś sie tak już nie da, jutro Skorupiak powinien jednak pojawić sie w pracy.... Może niekoniecznie w stroju rowerowym i z resztkami liści na głowie ;)

piątek, 21 sierpnia 2015

Skorupiak zrobił mi prezent. Wielki, wspaniały, cudowny.

Miał  planach nocowaie z Piotrkiem na działce - jadą rowerami, zabierają amiot, bo w domku to jednak nie to samo.

Jak zobaczył mój stan zzielenienia dziś po powrocie z pracy, podjął męską decyzję:

- Biorę obu! - oświadczył.

Musiałam zawieźć Grzechota i jego klamoty, bo po zmierzchu przez cały las i kawał za lasem to by nie pojechał a swoim biegusie, a fotelika na razie nie mamy. Ale nic to, zawiozłam gada, rozstawiliśmy namiot i wróciłam sobie tylko z psem.

Jest CICHO!!!!!!

Nikt nie wrzeszczy, nie woła, nie kłóci sie ze mną, ie domaga przytulenia, nie spycha z  łóżka.

Może nawet sobie pomaluję paznokcie?

Albo sie wyśpię?

Bosko.

Dziękuję, Skorupiaczku.

 

PS. Obudzi lam sie o czwartej. Leje. A oni pod namiotem....

...jak mnie złapiesz?

dzisiaj chłopcy bawili się w ten sposób podczas zakupów. To znaczy Grzesiek zwiewał, a Piotrek go pilnował i dostawał szału.

A ja tylko wrednie sie uśmiechnęłam - jacy wy jesteście do siebie podobni, synku... Już wiesz, dlaczego tak mnie wpiekla, gdy muszę po raz pięćset dwudziesty czwarty poprosić cię, żebyś na chwilę sie uspokoił i przestał pajacować?

mam nadzieję, że jakieś wnioski praktycznze z tej lekcji będą :)

piątek, 14 sierpnia 2015

Zmęczoa jestem ostatnio bardzo. padam na nos, warczę na dzieci, zapominam o różnych rzeczach.

Dziś sie zorietowałam, że Piotrka z obozu należy odebrać jutro, a nie w niedzielę.

Ale wtopa by była, jakbym zapomiała przyjechać po własne dziecko!!!!

Wyszłam na wieczorny spacer z psem.

I mnie zatkało.

Na ławce siedzi pani. Obok stoi rower, pani wyraźnie zrobiła sobie przerwę w trenigu.

Przerwę na papierosa.

Czy to ja jestem jakaś dziwna, czy tu jednak rzeczywiście coś nie pasuje?

czwartek, 13 sierpnia 2015

Znowu!!!!

Ja nie mogę, czy moje dzieci muszą tak wiernie kopiować swoje numery????

Wieszałam pranie na balkonie. Skorupiak poszedł już do pracy.

A Dziecię Młodsze zamknęło mnie na balkonie.

Tym razem było o tyle gorzej, że nie miałam ze sobą telefonu, tata w Poznaniu, mama w kolejce u lekarza a Skorupiak zdaje się że na spotkaniu. Na drugim końcu miasta. Drzwi wejściowe oczywiście zamknięte.

Było też o tyle łatwiej, że Grzesiek jest starszy o ponad rok od Piotrka, więc bardziej komunikatywny, ale co się spociłam z nerwów to moje.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Dokopałam się do zeszytu, w którym na kolanie wpisywałam notatki na bloga siedząc na placu zabaw albo w kolejce gdzieś tam. Skorzystam z okazji i wpiszę, zanim mi się notki całkowicie zdewaluują :)

30.07

Piotrek wrócił z obozu.

Grzesiek oszalał. Biegał wokół niego niczym pies, brakowało szaleńczo machającego ogona. Przytulał brata, uśmiechał sie, przynosił swoje skarby - ekstaza. Tylko piłeczki w buzi brakowało, wyglądałby całkiem jak Agrafka.

Będzie problem, jak w niedzielę Pitorek wyjedzie na kolejne dwa tygodnie, a Grzesiek będzie tęsknił...

Grzesiek jest piekielnie sprawny, to rzecz od dawna wiadoma. Ja z nim spędzam najwięcej czasu, więc miałam okazję zaobserwować różne jego sztuczki, Skorupiak jednak dzień spędza w pracy, więc takich okazji ma mniej.  Mama też.

Dzisiaj byliśmy z Wężem u mojej Rodzicielki - tam jest nieco chłodniej niż u nas, a Grzechota niestety energia roznosiła. Kręcił się, wspinał, robił fikołki. Zaordynowałyśmy mu zgodnym chórem podłożenie sobie poduszek z foteli z tarasu, żeby jednak nie ćwiczył na całkiem twardym. Jak sie okazało, w samą porę, gdyż następnym ćwiczeniem było stanie na głowie... Całkiem prawidłowo to zrobił, co prawda prawie natychmiast przerzuciło mu nogi do tyłu, ale było.

Mamę zatkało, mnie nie,  bo już to widziałam - w wersji wstępnej było ze wsparciem po ścianę, potem jak się przewieszał przez poręcz łóżeczka (na razie nie bardzo mamy jak przemeblować mieszkanie tak, żeby wstawić mu normalne łóżko) i stał na głowie z kopytkami opartymi na poręczy.

Jak powiedziałam wieczorem Małżowi, to zamarł z opadniętą szczęką na dłuższą chwilę. Grzesiek, słysząc o czym mowa, natychmiast popędził do łóżeczka zademonstrować ponownie swoją ulubioną sztuczkę, a Skorupiakowi szczęka prawie wypadła z zawiasów.

Zapiszę go na gimnastykę akrobatyczną. tylko nie wiem, czy mi gdzieś przyjmą faceta, który ma dopiero 2,5 roku...

Mam nowe okulary.

Stare już błagały o emeryturę, kilkukrotnie łatane, już niedopasowane szkła, do tego któreś z dzieci mi je rozgięło solidnie i doginałam na oko - krzywo.

Receptę nosiłam w portfelu od stycznia, ale jakoś dojść nie mogłam, ale w końcu się udało.

Świat wygląda dużo lepiej, ostro widzę, z nosa nie zjeżdżają przy każdym ruchu głową - pełnia szczęścia okularnika.

Teraz mogę zakrzyknąć niczym Króliczy Bobek:

- Ja ci widzy!!!!!

 

PS. Ktoś rozpoznaje cytat lub postać? Podpowiem, że na polski przełożył to Józef Birkenmajer, co powinno nieco zawęzić poszukiwania :)

Robię sobie kanapkę. Łakome oczko popatrzyło i zapytało:

- Mama, co masz na kanapce?

- To jest szynka szwarcwaldzka, synu - odparłam zajęta śniadankiem.

- Aha. To ja tez poproszę kanapkę z szynką wariacką.

czy po takiej wędlinie nie grozi choroba zwariowanych świń?Albo Węży?

Nie mam kiedy pisać. Notki w głowie lęgną mi sie jedna po drugiej niczym króliki na wiosnę, ale zanim dojdę do komputera i mam chwilę na swobodne przelanie myśli na klawiaturę - uciekają. Wkurzające zjawisko, miałam poukładane całe zdania, a tu zostają tylko jakieś blade fragmenty i poczucie nędznej kopii.

Trochę mam ponotowanych w zeszycie - akurat był pod ręką, ale większość przepadła. Szkoda, bo dzieje się dużo i fajnie. Po prostu nie nadążam, zwłaszcza, ze w tym upale to mi się resztki mózgu wygotowują, a grzechot z uporem godnym lepszej sprawy tłumaczy mi, że "Mama, ty lubisz słońce! To chodźmy na spacerek!" w chwili, gdy za oknem ponad 33 stopnie, wiatr to sobie mogę najwyżej narysować i żadnej chmurki na horyzoncie.  (Jakby to kogoś interesowało - nie znoszę upałów).

Wychodzę z nim rano - najczęściej do Łazienek, już opanował karmienie zwierzyny z ręki - nie hałasuje i nie wierci sie zanadto, podaje nasionka porządnie na płaskiej dłoni, chociaż jeszcze czasem paluszki mu sie zwijają. Radocha pełna, jak siada mu na łapce w sumie ponad dwadzieścia sikorek (oczywiście nie naraz, nie zmieszczą się ). Jak przychodzi rudzielec i opierając sie delikatnie o dłoń, wcina nasiona słonecznika, nie uciekając. Jak kaczka mandarynka walnie plastikowym dziobem z rękę - jej tez słonecznik smakuje...

Potem przesypiamy ile sie da i wychodzimy znowu wieczorem, jak się zrobi chłodniej.

W niedzielę wraca Piotrek - bardzo jestem ciekawa, jak mu tam, bo komunikaty sa bardzo ogólne. W sumie brak wiadomości to dobra wiadomość, ale chciałabym wiedzieć, jak mu tam... Brakuje mi go i tyle.

niedziela, 09 sierpnia 2015

No właśnie, jak żyć w tym (...) upale? Mózg mi sie roztapia, pływam w sosie własnym, a dziecię domaga sie wyjścia na spacer.

Jedyne miejsce, gdzie mogę pójść z nim teraz na spacer jest dział z mrożonkami w supermarkecie, ale nie sądzę, żeby to docenił.

Pomocy!!!!

wtorek, 04 sierpnia 2015

Pytanie trudne. Jak zdyscyplinować dziecko, tak, żeby jednak wiedzialo, że w pewnych sytuacjach NIE WOLNO biegać, krzyczeć i rozrabiać, jednak bez stosowania kar fizycznych?

Problem nie jest tylko mój. Widać go w szkołach, gdy młodzież z rozbawieniem nakłada nauczycielowi kubeł na śmieci na głowę. Widać w domu, gdy rozwydrzone towarzystwo odmawia wykonywania najprostszych obowiązków (bo nie, koledzy nie muszą to ja też). Widać na ulicy, chamskie odzywki, demolowanie wszystkiego, co popadnie, kompletny brak myślenia o innych ludziach obok.

Żeby było jasne, nie marudzę, że teraz cala ta dzisiejsza młodzież taka zdziczała, a kiedyś, to, panie, było....  Nie o to mi chodzi.

Zastanawiam się jednak, jakie narzędzia mamy do dyspozycji. Kary cielesne - odpadły. Inne, takie jak szlaban na coś, dodatkowe działania prodomowe - cóż, jak się ma silnego, zbuntowanego nastolatka, to można sobie pogadać. Jak sie wkurzy, to i tak zrobi, co będzie chcial.

Zostaje gadanie.

Trochę mało.

Skutkuje na krótko - i nie mówię o truciu i marudzeniu, tylko o konstruktywnej rozmowie, takiej, po której delikwent rozumie problem i jest mu zwyczajnie głupio, że sie tak zachował.

Niestety samo głupioczucie sprawy nie załatwia, pamięć bywa krótka i po chwili wraca stare.

I co wtedy?

Pytam poważnie, bo mi już wszystkie witki opadły....

poniedziałek, 03 sierpnia 2015

Podałam Grzesiowi obiad. Niestety, nie trafił w wybredny gust jaśnie Węża.

-Poproszę ten garnek! - zarządził stanowczo.

Hmm, w sumie czemu nie. Był to kociołek z jedzeniem dla psa - zawsze gotuję dużo, potem w torebki i do zamrażarki i na tydzień mam spokój. Akurat dziś ugotowałam następne.

Dostał. Zjadł oblizując się ze smakiem.

W sumie różnica niewielka - tu ryż i tam ryż, ja mu dałam klopsiki w sosie koperkowym, a dla psa było w garnku jeszcze mielone z mieszanką warzywną, tyle, że kompletnie nie przyprawione niczym, nawet solą.

Może też mu będę rozmrażać psie paczki?