O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 29 sierpnia 2014

Piotrek w ramach atrakcji wyjazdowych został puszczony na ściankę wspinaczkową. 

Szczęśliwy był jak prosię w deszcz, zapiął sie w uprząż i pomknął do góry. 

Na torze obok wisiało jakieś dziecko - po chwili dobiegł do mnie komentarz "motywujący": Zobacz, jak tamten chłopiec sie wspina". Żal mi sie dzieciaka zrobiło, bo on sie bał, a takie porównywanie nie pomaga, ale cóż mogłam zrobić?

Piotrek błyskawicznie znalazł sie 10 metrów nad moją głową - po czym zjechał na dół, odbijając się fachowo od ściany. I kolejny tor, i jeszcze jeden...

Dwa dni później - powtórka. Widać, zę mu sie bardzo spodobało, będzie właził, jak tylko znajdzie okazję. 

Muszę go zabrać na plac zabaw na Służew, tam jest kawałek ścianki - niska, ale w poziomie się ciągnie, będzie mógł poćwiczyć na żywca - bez asekuracji :).

Swoją drogą niesamowicie sprawny jest ten mój starszy Wąż :)

Grzechot staje sie coraz bardziej samodzielny.

Protestuje, gdy ktokolwiek usiłuje mu pomóc, niezależnie od tego, co robi. Sam schodzi ze schodów (i włazi też), sam je, sam prowadzi wózek, i oczywiście nie ma już mowy o prowadzeniu go na szelkach. 

Włazi na wszystko - zamarłam kompletnie, jak zobaczyłam go wspinającego się zapieraczką na ścianę po poręczy na schodach. Obserwowanie bratka na ściance wspinaczkowej mu zdecydowanie zaszkodziło...

Grzechot rozgaduje sie coraz bardziej. Na razie są to słowa zrozumiałe tylko dla nas (albo i nie).

Tak więc:

  • bibu oznacza bicie zegara i wszsytkie dzwony i dzwonki
  • duji -  buty i skarpetki, wszystko, co sie wkłada na nogi
  • fijata - fiat
  • pejo - peugeot
  • dau - daewoo
  • kija - można sie domyślić
  • tojota - jak wyżej
  • pi - pić
  • am - jeść
  • orli - coś spadło, przewróciło się

Ostatnio zagadką było dla nas słowo "pijapa". Nie mogiśmy dojść za żadne skarby, o co mlodemu chodzi, ale chyba już wiem. Otóż jak widzę, ile on pije - a pije dużo, i bardzo dobrze, to pieszczotliwie mówię do niego, że jest pijawka. I chyba o to chodzi - ale długo mieliśmy z tym sowem zagwozdkę.... 

 

PS. Już rozgryzione. Skorupiak doszedł, że pijapa to butelka. Bo przecież koncepcja, że Grzechot uzna określenie "pijawka" za coś odnoszącego sie do siebie, to jednak zbyt wysoki poziom abstrakcji jak na faceta, który ma dopiero 19 miesięcy...

Dziecię me młodsze (starsze też) nijak nie przystaje do powszechnego portretu przedstawiającego osobnika nie trawiącego żadnej roślinności, poza ziemniakami. Wszelkie płacze, że nie je surówek w przedszkolu, żadnej sałaty czy pomidora do kanapki, są mi obce.

U ciotki wakacyjnej z radością patrzylam, jak Grzechot zmiata pomidory (a pyszne były, własnej hodowli), ze szczypiorkiem i bazylią (takoż). Po drugiej stronie stołu siedział wnuk tejże ciotki, rówieśnik Piotrka, który warzywa wszelakie omijał szerokim łukiem. Grzechociński potrafił rozkazująco fuknąć, pokazując na kolejnego pomidora - co z tego, że ma kanapki, serek - ale brakuje podstawy śniadania! Dziś też wrąbał pół takiego całkiem sporego.

Moje chłopaki od początku widzą nas jedzących zieleninę w każdej postaci i przy każdej okazji - i tu jest cała, calusieńka tajemnica. Nie namawiam ich, nie przekonuję, nie błagam. PO prostu sama się zajadam ze smakiem. Ot i wszystko....

Mama ma nową zabawkę.

Podczas wyjazdu u ciotki wypatrzyłam maszynkę do soków. Starą, żeliwną, typ jeszcze przedwojenny - w jakiejś książce kucharskiej  z tamtych czasów miała szkic takiejże właśnie. 

Na korbkę, żaden tam prąd, trzy rozmiary sitek (choć na oko to one wyglądają tak samo, ale nawet jeśli, to będzie na zmianę w przyszłosci). Regulacja stopnia wyciśnięcia, z jednego końca wyciska sie coś w rodzaju kiełbaski (nie wspomnę i innym, mniej eleganckim skojarzeniu) z wytłoków i skórek, z boku wylewa się czysty sok. 

Na działce dojrzewają jeżyny - inauguracja niedługo!

(u ciotki zrobiłam sobie tym ustrojstwem dżem jabłkowo-aroniowy - pycha!)

To bardzo proste. 

Wystarczy wyciągnąć mu wtyczkę zasilającą dysk, z którego kopiuje dane, zwłaszcza pod koniec roboty.

Piotrkowi udało sie to perfekcyjnie.

środa, 27 sierpnia 2014

Wróciliśmy do domu.

Wyjazd był krótki, ale fajny - do cudownej ciotki - z gatunku tych, co to nieba człowiekowi przychyli. Wuj też tego samego typu - a równocześnie z poczuciem humoru. Po prostu rodzina pierwszej klasy. Do tego po  paru dniach przyjechał ich wnuk - w wieku Piotrka, którego w ten sposób mieliśmy z głowy.

Grzesiek miał trochę trudniejszą sytuację, gdyż oprócz czterech kotów mieszkają tam od niedawna dwa psy. Od niedawna, bo same mają dopiero dwa i pół miesiąca. kotłują się, podgryzają, łapią za nogi, wskakują na człowieka - a ja jak człowiek ma raptem 80 cm wzrostu, to przewracają na glebę. I młody sie tego bał. W związku z tym nie mógł sam biegać po ogrodzie - bo biegały już psy.

Piotrek w ramach atrakcji zaliczyl ścianke wspinaczkową - fantastycznie wyglądało, jak sie piął do góry niczym małpa na nitce.

A ja sobie zafundowałam rozrywki innego typu - jakiś wredny stan zapalny na biuście. Boli jak cholera, czerwone, gorące. Na szczęście pani dr orzekła, że powinien wystarczyć antybiotyk wdziobny, bo ja już miałam jakieś czarne wizje lekarza-sadysty zmierzającego w moim kierunku ze skalpelem w dłoni.

Na poprawę humoru wydałam trochę forsy - takie większe trochę. najpierw pobuszowałam po wyprzedażach   i w ciuchlandzie - w rezultacie pierwszego dnia przywiozłam dwie bluzki i płaszczyk, które podobają mi sie niezmiernie, a jeszcze bardziej ich cena - w sumie poszło na to 20 zł... Potem znalazłam jeszcze parę rzeczy w różnych miejscach - w rezultacie przestałam cierpieć na niedobory stanikowe - po karmieniu potrzebowałam pewnego uzupełnienia asortymentu, przybyły mi trzy bluzki, dwie pary spodni i wzmiankowany wyżej płaszczyk. Część z tego nabyliśmy w gigantycznych halach targowych - podwarszawski Maximus wysiada, tam to jest monstrum dopiero. Ale wreszcie mam dopasowane dżinsy, ktore nie zjeżdżają mi z brzucha albo nie są za długie. Kupiłam tam spodnie dla Piotrka - o dziwo, były dla takich chudzielców, nawet jeszcze węższe mieli. A to już sztuka, bo Wąż Starszy ma 134 wzrostu, ale tylko 57 w obwodzie pasa. Już jak miał 122, to standardowe spodnie na ten rozmiar mialy 66 cm w pasie... I jeszcze mamy plecak szkolny, taki jak Piotrek chciał - Skorupiak widział dziś identyczny na Ursynowie, to kosztował dobre pięć dych więcej :)

 

Ogólnie wyjazd bardzo udany, odpoczęliśmy - mimo, żę Grzesiek przylaził do nas do łóżka i hałąsował po nocy - ale w domu robi to samo, a przynajmniej wstawał dwie godziny później. Przeważnie...

sobota, 16 sierpnia 2014

Przykro, jak ktoś, kto powinien być bliski, traktuje cię jak powietrze.

Jak kolejny raz oczekuje hołdów, dopasowania terminów, zachowuje się jak udzielny książę. Równocześnie nie dostrzegając twojego istnienia.

Nie to nie, mam ciekawsze zajęcia niż pozwalać sie obrażać i czekać, aż mnie łaskawie zauważy.

środa, 13 sierpnia 2014

Moja mama pojechała na jakies badania. Wyszło nienajgorzej, okazało się, ze serce jednak ma. Pan doktor stwierdził, że coś tam delikatnie szwankuje, ale można sie tego było spodziewać przy takiej liście chorób mamy. Rodzicielka radośnie skomentowała:

- No i nie mam już szesnastu lat.

Pan doktor podniósł nos znad klawiatury, obejrzał ją uważnie i stwierdził:

- A rzeczywiście...

Fajnie spotkać człowieka o podobnym poczuciu humoru, do tego w miejscu nieoczekiwanym.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Kiedy jest wieczór?

Wtedy, kiedy dzieci wreszcie pójdą spać. I nie ma to żadnego związku z godziną. 

U mnie jeszcze wczesne popołudnie, bo jedno śpi, a drugie usiłuje mnie wkurzyć. I jest coraz bliższe celu.

Grzechot ma zapalenie oskrzeli.

Kolejne.

Wrrrr.

PS. oboje z Piotrkiem też juz zaczynamy charczeć. 

niedziela, 10 sierpnia 2014

oto Grzechot:

 

 

ostatnio siadła mi wena kulinarna. Nie miałam pomysłów na nowe dania, a jedzenie w kółko tego samego obrzydło mi juz dokumentnie.

Przypadkiem trafiłam na przepis, który pasował mi idealnie, zwłaszcza,ze po lodówce pętała mi sie paczka kiszonej kapusty, którą kiedyś kupiłam do czegoś i tak została. Pora byłaby ją zjeść. 

Przepis był na schab duszony w kiszonej kapuście. Generalnie prosty jak konstrukcja młotka - jak większość dobrych przepisów, a efekt końcowy miał swój charakter.

Kotlety schabowe należy oprószyć mąką, posolić itd, po czym krótko obsmażyć. Kapustę odcisnąć (Skorupiak aż mlaskał, jak dostał kubek soku kapuścianego), pokroić/. Na patelnię wrzucić pokrojoną w kostkę cebulę, dodać kapustę, czosnek, pieprz i kminek. Nie pamiętam, czy w przepisie była jakaś ciecz do tego - skoro sok kazali odcisnąć, ale ja dolałam wody, żeby sie nie przypaliło (i tak się przypaliło, bo na chwilę sobie usiadłam...). Dusić kapustę 20 minut, potem wrzucuć schab, dusić jeszcze 10 minut, dodać trrochę śmietany i jeść. Nie dusiłam tych 20 minut, bo nie spojrzałam na zegarek, robiłam jak zwykle na oko. O śmietanie zapomniałam, za to dodałam jabłko - Grzesiek nadgryzł i zostawił mi taką smętną genewę, żal wyrzucić, a nie sądzę, żebuy sie znaleźxli chętni na nieco obgryzione jabłko po dziecku. Ja w każdym razie mam już serdecznie dość dojadania po nim resztek. 

W rezultacie efekt wyszedł przepyszny, z charakterkiem. 

Lubię takie przypadkowe przepisy, zwaszcza, jak są od razu poprawiane i uzupełniane tym, co sie nawinie pod rękę.

Kuchnia na winie rządzi!

sobota, 09 sierpnia 2014

W ramach dokopywania Putinowi i ratowania polskich rolników kupiliśmy sobie cydr do kolacji.

Na stole dumnie stanęła jedna mała butelka na nas dwoje. Tak, dokładnie to napisałam, 0,33 litra na dwie osoby, 4,5%.

Wypiłam połowę tego - czyli jeden kieliszek.

I już czuję w nogach mrowienie, jak również coś na kształt rozjechania konturów przy gwałtowniejszych ruchach głową.

Zastanawiam się, czy dałoby się mnie upić. Mam wrażenie, że mogłoby to być trudne - nawet przy takiej reakcji na alkohol prawdopodobnie wcześniej bym zasnęła. Nie bez powodu kaca w życiiu nie miałam i zamierzam ten stan utrzymać.

Tak czy inaczej - fucha kierowcy weselnego nadal moja, zwłaszcza, że mnie w ogóle nie boli, jak nie wypiję nawet tego symbolicznego szampana na wejście.

To co? Jakieś wesele, ktoś zaprasza?

 

piątek, 08 sierpnia 2014

- Czym ty go karmisz? Sterydy, dopalacze, amfetamina? - zapytała z zainteresowaniem koleżanka na placu zabaw. Siedziałyśmy we trzy z ósemką dzieciaków, z czego jedno uprzejmie śpiące w wózku. Grzechot wędrował niestrudzenie przez cały czas, włazil na zjeżdżalnie i zjeżdżał z nich, zwiedzał domek, wspinał się... NIe zatrzymał sie ani na chwilę.

Pozostałe dzieci młodsze roiły jakieś przerwy, przychodziły do mamy na kolana albo po picie, zwalniały tempo działań.

Tylko nie Grzechot.

Zasuwał, jakby miał motorek w... no, tam gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę, a do tego jeszcze zorientował się, że już sięgnie do klamki w furteczce zamykającej wejście (i wyjście) na plac zabaw. I natychmiast zaczął z tej wiedzy korzystać. Słowem, ganiałam za nim często. Jak zwykle.

Nie pogadałam za wiele z dziewczynami. 

Co u licha daje taki efekt, lepsze niż kawa. Trzeba będzie opatentować, majątek pewny.

Do Piotrka przyszedł T., jego najlepszy przyjaciel, mieszkający obecnie za granicą. Ostatnie spotkanie na najblizsze parę miesięcy.

Panowie szaleją róno, normalnie tornado, po czym pobiegli do pokoju Piotrka i zamknęłi małemu drzwi przed nosem.

Po jakims czasie Piotrka ruszyło sumienie, otworzył, zawołał. Grzesiek popędził, ale T, nie wyraża entuzjazmu, z tego co słychać, to by najchętniej  Grzechota stamtąd wygonił.

Piotrek sie postawił:

- Teraz nie będziemy sie bawić prymitywnie, to jest mój młodszy brat i ja chcę sie z nim pobawić!

wtorek, 05 sierpnia 2014

przybyło kolejne słowo - jaba. Czyli żaba.

Potwór nie dziecko. 

W nocy sie awanturuje, włazi do naszego łóżka i śpi w nim w poprzek. 

Po czym budzi sie o 5 rano i uwaza, ze to świetna pora na początek dnia. Zwlokłam się pół godziny później, bo i tak obudził mnie dookładnie - niech przynajmniej Skorupiak pośpi jeszcze trochę. 

Po południu będę nie do życia.

poniedziałek, 04 sierpnia 2014

Młody mnie gryzie. Jak popadnie, a już systematycznie, jak go wstawię do wanny z powodów wiadomych i zdejmuję z zadka pieluchę. Wtedy wbija mi zęby tam, gdzie sięgnie - czyli w biust.

Dzisiaj udało mi sie uchylić, więc nadrobił, jak gościa zawinęłam w ręcznik i wyjęłam z wanny - wgryzł mi sie w ramię, aż zakwiczałam niczym zarzynany prosiak.

Czy można dziecku obciąć zęby tak jak kotu pazury?

piątek, 01 sierpnia 2014

W związku z dzisiejszą rocznicą postanowiłam się wybrać na Plac Piłsudskiego na wspólne śpiewanie piosenek powstańczych. Uwielbiam śpiewać, okazji jest mało, więc mi zależało.

Pierwotna wersja pomysłu była taka, że idziemy kompletem zabierając jeszcze Mamę. Potem jednak okazało się, że Mama nie może, bo coś tam, dla Grzechotka to jednak trochę za późno, a poza tym, jak mi popędzi w ten tłum, to będzie pasztet. Jakby miał rok mniej to byłoby łatwiej, bo bym się nie obawiała, że mi wylezie z wózka.

W końcu pojechaliśmy we dwójkę z Piotrkiem. 

To był dobry czas, tylko on i ja. Mógł się poprzytulać, powygłupiać, pomiziać, znowu poprzytulać... 

Dosyć szybko wymiękł i poprosił o odwrót, na co się od razu zgodziłam - nie dość, że on był zmęczony, to jeszcze okropnie niewygodnie mi się siedziało na trawniku. Stara jestem i w parterze to już nie lubię, ja to bym sobie życzyła wygodny fotel. Do tego udało nam się wrócić moknąc tylko trochę, bo złapał nas deszcz dopiero po wyjściu  z metra na naszej wsi.

I tak sobie myślę, że takie wspólne śpiewanie to dużo lepsza metoda wychowania patriotycznego, niż to, co uskutecznia nam PIS i dyrektorka piotrkowej szkoły, która też uwielbia patriotyczne   przemówienia, zna je na pamięć i co roku serwuje te same gadki. Zapiłowując temat przy okazji dokładnie.

Teraz gadzina już śpi. A ja za chwilę zrobię to samo. Ale będzie mi się lepiej spało. Komplet dzieci w domu.

Piotrek wrócił z obozu.

Zadowolony, nieco brudny, przywiózł porcję kompletnie do niczego niepotrzebnych durnostojek dla turystów - między innymi ciupagę ze złotym łańcuchem, jak zeznawał mamie podekscytowany kolega. Masakra...

Zachwycony, bo wszyscy dzisiaj dostali firmowe koszulki klubu, do tego z nowym wzorem. A ja mam perfidne podejerzenie, że chodziło przede wszystkim o to, żeby dziatki wróciły przyodziane schludnie i czysto, a nie w uświnione tygodniowe koszulki.... :)

Po obiedzie nagle zaczął strasznie narzekać na obóz - gdybym wzięła to na poważnie, to powinnam chyba udać sie z kałaszem i wyjkaśnić sprawę definitywnie z organizatorami, ale zamiast tego po prostu wysłałam gościa, żeby  sie położył, poczytał, albo przespał jeśli będzie chciał. Metoda okazała sie skuteczna.

Bardzo brakowało mi tego chudzielca. Dobrze, że już jest. Ale tak juz bywa, wakacje są po to, żeby rodzice mogli odpocząć od dzieci, a dzieci od rodziców.

Dziecię me wraca dziś za parę godzin z obozu z plecakiem pełnym brudnych ciuchów.

W związku z tym pralka odmówiła współpracy.

Szlag.

 

poźniej:  Dzielny Skorupiak zreanimował złośliwy sprzęt.  Pranie poszło.