O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

sobota, 31 sierpnia 2013

notka z 17 sierpnia 

Jednym z moich wieloletnich marzeń były kajaki. Jakoś tak stale wychodziło, że jak były dostępne, to ja nie mogłam, a jak mogłam, to nie było kajaków. 

A w Grodzisku - niespodzianka - w ramach promocji ziem okolicznych akurat w dniu naszego przyjazdu spływ rzeką płynącą przy grodzisku. Wywożą chętnych do pobliskiego miasta razem z kajakami i ekipa wesoło wraca wiosłując po 5,5 km odcinku spokojnej rzeczki. 

Oczywiście sie rzuciłam - Mama została z Grzesiem, który uprzejmie przespał większość naszej nieobecności, a my z Pytonem - za wiosła. 

Oj, widac było, że przez ostatnie 25 lat wodę oglądałam głównie w kranie lub basenie. A w kajaku siedziała wszystkiego trzy razy w życiu. 

Do tego w pozostąłych przeważnie były po dwie osoby dorosłe, lub jedna z dzieckiem, ale doświadczona kajakowo. 

A my - cóż, o doświadczeniu nie ma co mówić, a zmiennika tez nie miałam. Wiosłowało sie bardzo fajnie, ale ostatni odcinek to już płynęłam wyłącznie pchana siłą woli i godnościa osobistą, bo ręce mi mdlały. Nie wspominając o bąblu na kciuku. Nie miałam wyjścia, nie było kogo poprosić , żeby powiosłował, a ja chwilkę odpocznę, wiec ciągnęłam do przodu i było mi bardzo dobrze - mimo, zę mięśnie bolały. 

Fajne są takie stare marzenia. Warto je mieć, takie długo niezrealizowane, wyczekane. Jak sie wreszcie spęłnią, to cżłowiek aż sie nad ziemię unosi z radości...

Dotarłam wreszcie do Grodziska. Od dawna chciałam zobaczyć, czym włada młodszy brat, ale jakoś nie było okazji.  

Na wstępie usłyszałam coś, co mnie mocno zirytowało:

- Czy pani przypadkiem nie jest siostrą pana dyrektora? Bo taka pani podobna...

Zatchnęło mnie, pani widziała mnie po raz ppierwszy w życiu.

- Przypadkiem jestem, ale żebym była aż tak podobna? Do tego łysielca?!?

- Najbardziej z brody - dołożyła złośliwie stojąca obok mama. 

Foch. No po prostu foch. 

Żeby było jasne - braciszek tez uznał, że to obelga. Bezczelny smarkacz.

Skorupiak przed wyjazdem robił porządki w lodówce.

Zamienił sie z Moim Tatą - oddał ogóreczki małosolne, które jakoś nam w tym sezonie kiepsko szły, zapewne ze względu na spore zużycie kefirów, jogurtów i zsiadłego mleka, na kiszony czosnek z tychże ogórków.

Obaj byli zachwyceni.

Nie ma jak Samopomoc Chłopska

 

 

 

Jak zawsze podczas pobytu w krzakach co i rusz kłębiły mmi sie notki pod czaszką - ale przez tydzień byłam Szczęśliwym Człowiekiem Całkiem Bez Netu. Przez następne pare dni net już był - Skorupiak nie chce/nie umie/nie może, niewłaściwe skreślić, wykjechać bez jakiegoś, choćby malutkiego kompa. Ale nie chciało mi sie za bardzo z niego korzystać.

Zamiast tego zanabyłam sobie zielony zeszycik i tam skrobałam. Miałam tych notek juz ładnych kilka, chciałam je dziś przenieść w rzeczywistość wirtualną.

I co? 

I guzik. Zeszycik wsiąkł. 

Nie ma, przekopaliśmy wszystko.

Jedyna szansa, że został w miejscu ostatniego pobytu - mieszkanie kuzynów, jadą tam za jakieś dwa tygodnie, jeśli zostało na wierzchu, to znajdą. Jak gdzieś wypadło po drodze do samochodu to kicha.

Będe próbowała odtworzyć, ale to nie to. Zawsze powtórki sa słabsze.

 

PS. Znalazłam. We własnej torebce. Cała ta sytuacja uświadomiła mi, że ja chyba zapomniałam, co to znaczy być kobietą. Nie pamiętam, że mam takie coś, jak torebka, jedyne skojarzenie w tej materii - wielka torba (taka od laptopa, bo orginalną wózkową juz szlag trafił), wypełniona pieluchami, kremem, przewijakiem turystycznym, słoiczkiem, zapasowym ubrankiem...  Chyba pora pójśc do jakiegoś SPA, na kurs makijażu albo inne wybitnie babskie zajęcia, żeby sobie przypomnieć.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

wpadłam w siec na moment - jestem na waacjach, od tygodnia bez netu, kompa i telewizora (ten ostatni był, ale go lekceważyłam).

Skorupiak dojechał, wi\ec narzędzia pracy zabrał, co wykorzystalam teraz, sprawdzić, co na blogach i w poczcie. Ponieważ nie dzieje się nic, wypadam. Wrócę za parę dni, już z domu. 

Życie bez elektroniki jest piękne.... ale cóż ja bym poczęła bez bloga? Mam już parę notek w wersji papierowej, może po powrocie je przepiszę.

A może i nie.

piątek, 09 sierpnia 2013

Szliśmy sobie całą czwórką na wieczorny spacerek i śpiewaliśmy. Szanty były na tapecie, całkiem stosownie, zwazywszy pytonie półkolonie żeglarskie, które właśnie dziś sie skończyły, ku jego wielkiemu żalowi.

Śpiewaliśy sobie różne, Fiddlers Green, Samanthę, Jasnowłosą, Bitwę, Pod jodłą....

Wesoło było, do czasu tej ostatniej. popatrzyłam ja w pewnej chwili na mojego synka (jakby nie było kończy sie nieco poniżej poziomu mojego wzroku, więc nie patrzę na niego cały czas podczas spaceru), i zamarłam. Pytoni pyszczek był zalany łzami.

Zatkało nas, przytuliłam od razu, po czym jak juz się nieco uspokoił, zapytałam - co sie stało?

Odpowiedź spowodowała u mnie wytrzeszcz i osłupienie. 

- Bo to takie straszne było w tej piosence, czemu ktoś stale dawał w nos?

No tak. Pyton nie jest przyzwyczajony do przemocy fizycznej, bicia i agresji. Ale...

- Kochanie, a w innych szantach  brutalność ci nie przeszkadzała?

- Ale inne nie były takie brutalne...

nie powiedziałabym...

Młody nie zdzierżył przy tekście "a dajcie jemu w nos, co mysli sobie", a wcześniej wielokrotnie śpiewał radośnie "ciepła krew poleje sie strugami, wygra ten, co utrzyma ship." albo "Nie pomogło to psubratom, reszta z rei zwisa za to."

Pogadaliśmy sobie o tym, jak to było, że piraci sie nie patyczkowali, że marynarze to nie było towarzystwo wzajemniej adoracji i klub ciotek kanapowych, tylko twarde, brutalne chłopy - bo mięczaki nie dałyby rady na morzu....

Potem juz bardzo uważałam co proponuję i za każdym razem zastanawiałam się, jakie pułapki może kryć dany tekst. Nie dlatego, że chcę go chronić przed całym okrucieństwem tego świata. To i tak by  nic nie dało. Chodziło o to, ze Grzechotek właśnie uprzejmie zasnął i nie chciałam go obudzić ... Ale Pytona trzeba będzie jakoś przygotować na to, zę świat nie zawsze jest miły, uprzejmy i przyjazny.

Tylko, u licha ciężkiego, jak to zrobić? Ma ktoś jakiś pomysł? Bo normalnie dzieciaki przekonuja sie o tym na własnej skórze, jak dostają łomot od kogoś, okazuje sie, zę są zbyt słabe i przeciwnik jak chce, to może zrobić z nich marmoladę - a zdecydowanie nie jest to metoda, która by mi odpowiadała...

środa, 07 sierpnia 2013

Idę sobie spacerkiem z wóżkiem. 

Obok po ścieżce rowerowej zasuwa mamusia. Też z wózkiem.

Grzecznie zasugerowałam jej, żeby może zeszła  na chodnik,  ścieżka jest przeznaczona dla rowerów, a jak jej ktoś wjedzie z impetem w dziecko, to będzie dramat.

Odpowiedź mnie zamurowała kompletnie.

- Od tego mają dzwonek. 

Po czym dalej wędrowała ścieżką...

Rozum kupię. I sprezentuję tej pani.

wtorek, 06 sierpnia 2013

czy ktoś wie, od czego mnie tak rąbie szyja??? Nie mogę ruszyc głową, a podniesienie Grześka to masakra. 

A jakby ktoś jeszcze znał sposób na pozbycie sie tego....

niedziela, 04 sierpnia 2013

...w tym  jeden inżynier

W Lidlu znaleźliśmy dzisiaj temperówkę elektryczną. Ucieszyło nas niezmiernie, gdyż była przystosowana do obu rozmiarów, kredek zwykłych i grubych. A Piotrek używa grubych trójkątnych. I niejednokrotnie już nabawiliśy sie odcisków temperując je takimi małymi zwykłymi - nawet, jeśli miały otwór do grubych, to trójkątne czasem nie wchodziły.

W domu pudełeczko zostało odpakowane i sprzet od razu przetestowany.

Kredki zwykłe ostrzy jak ta lala. Szybciutko i dokładnie.

Przy grubych - jest jakiś problem, coś tam gdzieś tam wystaje, blokuje - licho wie, co, ale nie dziąła. 

Obejrzał Skorupiak. Po chwili zabrał mu Tata i tez zaczął oglądać. 

Werdykt - trefny egzemplarz, trzeba pojechac wymienić.

Biedny Skorupiak zaudał się więc do Lidla. Nie chciało mu sie, bo żar sie z nieba leje, ale jak zagapi, to po prostu temerówek  nie będzie.

Wrócił wściekły.

Po pierwsze, zapomniał, ze koło nas zamknęłi kawałek ulicy i w związku z tym puścili inaczej autobusy - przesiedzxiał kwadrans na ławeczce, zanim sobie przypomniał, a po drugie okazało sie, żę temperóka jest całkiem sprawna. To wystajęce, co blokowało było , owszem, blokadą. Całkiem celowo zamontowaną, żęby jakiś inteligentny inaczej nie postanowił zatemperować sobie palca. Na wieczku widnieje instrukcja w obrazkach dla narodu.

Tylko trzeba jeszcze się z nią zapoznać.

Będzie z lekka ekshibisjonistycznie, więc jak ktoś wrażliwy albo ma alergię na tematy związane z karmieniem piersią (zwane popularnie "szczuciem cycem"), to niech dalej nie czyta.

Po obiedzie postanowiłam nakarmić Grzechotka leżąc sobie wygodnie w łóżku - z nadzieją, zę mały zaśnie (co tez sie w końcu stało, ku mojej radości). 

Leżę sobie ci ja na łóżku z wystawionym dystrybutorem. Obok leży na plecach Grzechot i czegoś się chicholi. Wesoło mu było, i dobrze. Wyciągnęłam sie i ja wygodniej na plecach. I nagle... AUuuuuuu!!!!!

Kochany syneczek uznał, że dosyć tych śmiechów, pora jeść. Skorupiak leżący kawałek dalej przyznał sie póżźniej, zę zastanawiał się, jak Grzechot ten problem rozwiąże - obstawiał, że młody sie przeturla na boczek i sygnałami dźwiękowymi da znać, zępowinnam zrobić to samo.

Nic z tego. Młody wybrał łatwiejszą drogę - wyciągnął łapkę, złapał końcówkę dystrybutora i szarpnął w kierunku paszczy.....

Trzeba mu przyznać, zę metoda była skuteczna. 

Ale czy ta reszta musiała sie potem tak ze mnie śmiać? Wstrętni faceci.

A po Grzechocie nie spodziewałam sie takiej operatywności w tak młodym wieku.

sobota, 03 sierpnia 2013

Koza sprzedana.

Remont pytoniej nory dobiega końca. Pomalowane, meble ustawione. Czyli zniknęły z salonu i korytarza - chwała Bogu, miałam już serdecznie dość obijania sie o szafę, kłopotów z otwieraniem drzwi do łazienki - dotkliwych zwłaszcza w sytuacji, gdy na ręku mialam wymagającego natychmiastowego prania Grzesia. 

Teraz przed nami jeszcze etap, którego najbardziej nie lubię - niby już koniec, a jeszcze zostało tysiąc drobiazgów, tu listwa, żeby nic nie spadało pomiędzy komódkę a szafę, tu przykręcić haczyk, tu okleić coś tam, przymocować listwę elektryczną.... I oczywiście posprzątać.

Tak czy inaczej - zrobiliśmy. Z wrzeszczącym, chorym Grzechotem na ręku, ale sie udało. 

Piotrek ma naprawdę fajny pokój (jemu też sie podoba, nie tylko ja sie tak zachwycam ;)

Rozmawiałam wreszcie z panią psycholog na temat pytonich testów.

I teraz mam zagwozdkę, co z tym fantem zrobić.

Do tej pory mogłam mieć nadzieję, zę to tylko moja macierzyńska miłość i duma z potomka każe mi widzieć jego wysoki intelekt i inne takie. Teraz mam  czarno na białym - w połowie skal testu Wechslera po prostu skala punktowa sie skończyła, a możliwości potomka nie... Najniższa jest na poziomie wysokim.

I co dalej?

Ścięło nas. Upał połączony z zasuwem do późnej nocy przy wykańczaniu pokoju Pytona zrobił swoje i dzisiaj po obiedzie padliśmy spać - karmienie Grzechotka jest bardzo usypiające....

Pyton okazał sie odporny na upał.

Sytuację, w której wszyscy w domu śpią, uznał za niekomfortową i zadzwonił sobie do Dziadków. 

W efekcie gdy obudziliśmy sie jakies półtorej godziny później, w domu było podejrzanie cicho. Drzwi zamknięte na zamek, Pytona brak. W końcu po dłuższych poszukiwaniach odkryliśmy na lustrze w korytarzu karteluszkę wielkości znaczka pocztowego z informacją: "Pojechałem z Mi i Dużym na działkę".

Bardzo operatywne dziecko, tylko następnym razem proszę o nieco większy format informacji, ciężko było znaleźć.... 

Inna sprawa, ze on już to w ten sposób nie pierwszy raz rozegrał, więc sie nawet nie zdenerwowałam - spodziewałam sie czegoś takiego.

czwartek, 01 sierpnia 2013

Wieczorny spacerek. NIby wszystko w porządku, Grzechotek w chuście, wieczorna pora, półtorej godziny łażenia. 

W końcu zasnął, aczkolwiek długo trwało. 

I co? I psińco. Po powrocie był żywiutki i przytomny niczym prosię w deszcz.

Wszystko dlatego, że noszenie odbywało sie na niewłaściwej  piersi , matczynej a nie ojcowskiej. Ojcowska klata z przyległościami wróciła późno z pracy - spotkaliśmy sie podczas spaceru, gdy Skorupiak wracał wreszcie z kieratu.

Cóż było robić, poszliśy znowu, tym razem omotał się Skorupiak. I Gadzina zasnęła.

Paskud jeden, wzgardził mną.

już wiadomo, czemu Grzechot taki marudny. Na szczęście to już końcówka, dziś go obsypało i jest w kropeczki, co pani dr skwitowała krótko - to nie będzie już gorączkował.

oby, bo mi ręce opadają od noszenia mojej małej Zrzędy...