O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 31 sierpnia 2012

No i już wszystko jasne.

Noszę Grzechotnika.

To koncepcja Pytona, żeby pasowało do niego i mojej mamy, zwanej przez lata w niektórych kręgach Żmijówą.  Dziewczynka miała być Kobra. Herpetolog mi rośnie? W takim towarzystwie któryś powinien sie tym zająć.

Poza tym - wszystko ok, tylko Pisklak jeszcze mały, wiec za 4 tygodnie powtórka, bo nie wszystko jeszcze widać..

W ten sposób dołączam do sporego grona ciężarówek z facetami - w okolicy też sami chłopcy ostatnio sie rodzą. A nie, przepraszam, żona kuzyna w środę urodzila córeczkę. I bratowa trzy miesiące temu również.

Zaraz, zaraz, obie panienki maja tak samo na imię.... To ja już wiem, czemu nie mamy teraz dziewczynki!!! Wszystko przez to, że sie zarzekałam, ze moja córka nie będzie miała na imię Marysia!!!

 

PS. Komentarz Piotrka na moja uwagę, ze powinien zostać herpetologiem:

- Nie, mamo, to ty będziesz herpetologiem, bo ty się nami zajmujesz!!!!

Święta prawda. Musze zacząć się dokształcać w kompletnie nowym kierunku i kariera życiowa przede mną. 

A swoją drogą, logika tych małych typków jest powalająca...

czwartek, 30 sierpnia 2012

Znowu nie mogę spać. Od paru dni przewracam sie w łóżku od 3-4 rano, po czym zasypiam około 8. Akurat, gdy przychodzi roześmiany Pyton i melduje, że już sie ubrał, nakarmil zwierzaki, posłał łóżko i przygotował śniadanie. czyli nie mam żadnego zadania, które mogłabym mu wrzucić, a samej jeszcze chwilke pospać...

Wieści ze szkoły za to wczoraj przyniosłam. 

Otóż zebranie było, podział na klasy wreszcie, przydział wychowawców - ta informacja była chyba najpilniej strzeżoną tajemnica sezonu, nie bardzo wiem, czemu - pewnie z obawy przed napływem podań o zmianę nauczyciela. 

Pyton trafił nieźle. Co prawda nie jest to pani, o której marzyłam, ale tez nie miałam zbyt wielu informacji o innych - ot, jeden typ bardzo pozytywny i jeden bardzo negatywny. 

Wychowawczyni robi wrażenie sympatycznej, myślącej, życzliwej i komunikatywnej. Na początek wystarczy, co dalej - i tak wyjdzie w praniu. 

Za to w klasie jest 28 dzieci na liście. Zgroza jakaś, co prawda jedni rodzice sie wahają, czy nie cofnąć dziecka do zerówki - niech się zdecydują, proszę!!!! Zawsze to jeden łepek mniej, i tak będzie za dużo. Niestety, szanse na podział na dwie klasy są właściwie zerowe. Oczywiście padła propozycja pisma do burmistrza, ale czarno to widzę, kolejna klasa to nie tylko kolejny nauczyciel, również zmiana planu całej szkoły, która i tak pracuje na dwie zmiany, wygospodarowanie sali, boksu w szatni.... Ale kto nie próbuje, ten w kozie nie siedzi, prawda?

Po powrocie do domu zabrałam Pytona z psem na spacer i kogo zobaczyliśmy pod drzwiami klatki? Panią wychowawczynię! Wszystko przez to, zę w szkole jest remont, którego raczej nie skończą do poniedziałku, i wejście było tylnymi drzwiami, przez boisko. czyli pod naszym oknem. W ten sposób Piotrek mógł od razu panią poznać, odprowadziliśmy ją do metra, a Pyton przez ten czas trajkotał jak nakręcony. Oczywiście pierwszą informacją, jaką podał, była ta najważniejsza - o Pisklaku! Cieszę sie z tego, bo widać, ze on to bardzo przeżywa, jest szczęśliwy że wreszcie udało sie doprosić :).

Za to mamy w klasie koleżankę, której mieliśmy nadzieję uniknąć. Chodziła z Piotrkiem do jednej grupy w przedszkolu i miała być początkowo w klasie siedmiolatków, ale jednak trafiła do naszej. Może byc ciężko, kłopoty miała z nia prawie cała grupa, dziecko jest wyjątkowo głupio wychowywane. Cóż, nie może byc za dobrze, poradzimy sobie i z tym. Piotrek i tak jest w niezłej sytuacji, jako chłopak przynajmniej na razie nie będzie głównym obiektem uwagi tej panienki. W przedszkolu starał sie ona narzucić swoją wolę wszystkim dziewczynkom, przeprowadzała selekcję, kto z kim ma prawo sie bawić, usiłowała narzucić swoje zdanie i zmuszała do zabawy ze sobą dzieci,  które wcale nie miały na to ochoty. jedna z jej "ulubienic" tez chodzi do tej samej klasy - i wcale nie jest zachwycona ponownym spotkaniem....

Pożyjemy, zobaczymy. Na razie w poniedziałek rozpoczęcie roku - i jedziemy dalej!

wtorek, 28 sierpnia 2012

W czasie wakacji byliśmy w Bieszczadach u przyjaciół. 

Przyjaciele mają trójkę dzieci, w tym córeczkę mającą rok z kawałkiem. I tę właśnie pannę Piotrek upatrzył sobie na żonę.

Poinformował nas o tym od razu, na co któreś z nas parsknęło z radością, że będzie miał czas, żeby sobie wychować żonę.

Wczoraj byliśmy u nich znowu, coś tam mieliśmy do omówienia. Pyton nie zapomniał o swoich planach, przypomniał wszystkim (informując przy okazji przyszłego teścia, który akurat sie nie ząłapał na tę scenkę).

Po czym  uzasadnił:

- Bo taka wychowana żona jest najlepsza!

Coś w tym jest....

niedziela, 26 sierpnia 2012

Skorupiak został poproszony o pomoc przy rozładunku transportu kwatermistrzowskiego z obozu Pytona. Rzecz była o tyle skomplikowana, że Piotrek jechał z drużyną spod Warszawy, która tworzyła podobóz z inną drużyną warszawską. My mieszkamy stosunkowo blisko punktu rozładunkowego, a brakowało rąk do pracy (swoją drogą, dziwne, ale to inna sprawa).

Wcześniej mieliśmy rodzinną imprezę, spotkanie z masa ludzi dawno nie widzianych. Jedna z kuzynek w przyszłym tygodniu ma cesarkę,  od innej podpatrzyłam bardzo fajny patent - taka podstawka do sadzania sobie malucha na biodrze, pogadałam za wszystkie czasy. 

W związku z rozładunkiem trzeba było sie urwać wczesniej, a Skorupiak musiał sie jeszcze przebrać - nie pójdzie przecież tachać ns-ów czy kanadyjek w garniturze, prawda?

W trakcie imprezy dostął smsa z informacją o zmianie miejsca rozładunku. Niedużo dalej, nie ma sprawy. 
Sprawy zaczeły sie komplikować na miejscu. Okazało sie, że magazyn jest, klucz do magazynu takoż, są nawett harcerze do rozładunku - tylko nie ma tego obiecanego Tira. Nie sądzę, zęby to był aż Tir, prędzej star z przyczepą, ale tak czy inaczej sporo. Odsiedzieliśmy trochę, wspominając dawne czasy z kuzynem, który tez został zaproszony do roboty, po czym poszliśmy sprawdzić, co jest grane. Harcerze też nic nie wiedza. Minus.

Kolejny minus, wiedzą, zę jesteśmy, oni sobie siedzą wygodnie na kanapach w jakimś zakamarku przystosowanym nieco bardziej komfortowo, a my - jakby nie było trzy osoby lekko licząc dwa razy od nich  starsze, z czego ja w ciąży, czego powiedzmy, że mogli jeszcze nie zauważyć, niech tam - na krawężniku. 

Odsiedzieliśmy dwie godziny. Co prawda nie cały czas na krawężniku, przenieśliśmy sie do samochodu kuzyna - wygodniej było. Powspominaliśmy trochę dawne czasy, umówiliśmy sie na imprezę we wrześniu... W końcu stwierdziłąm, że mam dość. Poszłam do harcerzy i uprzejmie zapytałam, czy może już coś wiedzą. Nic nie wiedzą nadal, w związku z tym ja bardzo przepraszam, ale my się odmeldowujemy. Ja jestem w ciąży i już wymiękam, jeszcze trochę i będa mnei też transportować - do szpitala (no dobra, to było trochę na wyrost, ale już naprawdę byłam mocno zmęczona i chciałam się położyć). Oczywiście , nie ma sprawy, oni bardzo przepraszaja - faktycznie, ciała dali nie ci tu na miejscu, tylko ktoś, kto to wszystko organizował, bo w końcu wiedzieli gdzie mają magazyn, jaki tam jest dojazd, ile mają sprzętu i czym sie tam da wjechać, a czym nie. Starem z przyczepką na pewno nie. 

Jednak dzisiaj harcerstwo to już całkiem nie to samo, co dawniej... U nas na obozie to były własnoręcznie kopane latryny, a nie toitoie, komputer nikomu do głowy by nie przyszedł, nawet w celach edukacyjnych (do jakiejś sprawności dzieciaki film oglądały), odwiedziny rodziców? Komórki? zamawianie pizzy? Ja sobie zdaję sprawę, zę wielu z tych rzeczy po prostu w tamtych czasach nie było (co ja mówię, żadnej z wymienionych, gdzie ja bym zamówila pizzę na wsi w Beskidzie?), ale nawet, jak już sie zaczynały pojawiac - to był jednak pewien styl. obóz harcerski to było niedźwiedzie mięso, a nie wczasy dla wygodnickich. Umiejetności organizacyjne też były jakby deczko inne, przewidywanie, planowanie, koordynacja... a tu taka partanina.

Ech, staro sie poczułam....

sobota, 25 sierpnia 2012

Pan Piotr po raz pierwszy dziś zarobil coś własną pracą. I nie mam na myśli płacenia za wyniesienie śmieci - jestem przeciwna temu systemowi, dom jest wspólny i wszyscy mamy swój udział w tym, zęby funkcjonował i żeby było przyjemnie.

Tym razem praca została wykonana na zewnątrz, w obcym miejscu, rzeczywiście potrzebna, porządnie zrobiona.

Pojechaliśy do Feu Vert po żarówkę - stwierdziłam, żę jeżdżę jak Cyklop i jak mnie policja złapie, to nie ma przebacz, będą mieli stuprocentową rację wlepiając mandat. Skorupiak wymontował przepaloną i potuptał do sklepu, a my z Pytonem oglądaliśmy sobie podnośniki w warsztacie i samochód od spodu. 

Gdy przyszedł któryś z panów mechaników, zobaczył bystre oczka, to od razu zaproponował mu pracę. Wręczył szczotke i poprosił o pozamiatanie stanowiska, bo z samochodów się błoto sypie. Młody całkiem porządnie zamiótł, niezmiernie dumny z siebie, po czym dostał w nagrodę profesjonalny miernik do bieżników - z sugestią, ze może potem tacie wypożyczać za ciężkie pieniądze :).

Pooglądał jeszcze silnik naprawianego właśnie samochodu - pan tłumaczył, co jest co, odpowiedział na sto siedemdziesiąt trzy pytania - z trudem wyciągnęliśmy dziecko do samochodu.

Bardzo lubię, jak mały tak przypatruje sie czyjejś pracy, fachowcy przeważnie znakomicie reagują na takiego łepka wpatrzonego z podziwem i udzielają wyjaśnień, a czasem pozwolą sie przejechać walcem :)

piątek, 24 sierpnia 2012

... bezpłatna edukacja.

dzisiaj zabrałam Pytona na zakupy, czego z definicji nie robię, jeśli mam jakiekolwiek inne wyjscie. Tym razem jednak był niezbędny - wyprawka do szkoły. W końcu to jemu ma sie podobać plecak, piórnik i parę innych drobiazgów. Co prawda nie kupiłabym mu różowego czy z wzorkiem w barbie, ale jednak warto, żeby wyrabiał gust (pod dyskretnym nadzorem i kierunkiem rodzicielki).

Udało nam się znaleźć całkiem fajne, zachowując względnie przyzwoity stosunek jakości do ceny wypatrzyliśmy świetny plecak z tygrysem, całkiem przyjemny i funkcjonalny piórnik, kredki, ołówki, zeszyt do korespondencji zgodnie z zaleceniem szkoły. Do tego jeszcze złapałam mu dres (spodnie, bluza rozpinana i cienka z długim rękawem za niecałe 50 zł), spodenki na wf i jakąś drobnicę piśmienniczą. 

Plus nieduże - naprawdę nieduże zakupy spożywcze i poszło 300 zł... z tego dobrze ponad połowa to dziecię nasze ukochane i jego bezpłatna szkoła. Jeszcze będą kolejne trzy setki na podręczniki, do tego opłaty za ubezpieczenie, komitet rodzicielski, ochronę w szkole i papier do ksero, obiady w szkole, składka zuchowa i sama nie wiem, co jeszcze. A chciałam sobie kupić spodnie ciążowe, bo sie już w moich przestałam mieścić.... Dobrze, że przed ciążą schudłam sporo, to miałam jakiś zapas przestrzenny, bo już dawno byłby problem. nic, trzeba poczekać.

Chyba puszczę jutro tego totka, zainwestuję rtzy złocisze i może trafię te 15 melonów... Przydałoby sie, oj, przydało :)

środa, 22 sierpnia 2012

Notke o przesądach ciążowych juz machnęłam, ale to, co dziś znalazłam, powaliło mnie na kolana. Nie mogę, po prostu nie mogę tego nie zamieścić!!!!

Otóż, moje drogie, jeśli kobieta krzyczy w czasie porodu, to znaczy, że ojcem dziecka nie jest mąż!!!!

No to może jednak te cesarki są bezpieczniejsze, w razie czego sie nie wyda? Muszę jeszcze raz przemyśleć temat, czy na pewno wolę rodzić silami natury...

Po obozie tak na oko wydawało mi sie, ze Potomek jest jakby wiekszy. 

Przystawiłam go dzisiaj do szafy, sięgnęłam po centymetr...

122 cm.

Przed obozem było coś około 118....

Czym oni ich tam karmili, paszą dla kurczaków????

Znowu muszę chyba szukać spodni...

wtorek, 21 sierpnia 2012

znaleźliśmy sobie ostatnio ze Skorupiakiem rozrywkę.

Grzebiąc po nieprzebranych zasobach You Tube trafiliśmy na koncert Jacka kowalskiego, podczas którego wykorzystał pewien dowcip językowy. Był to koncert piesni polskich, patriotycznych, czy jakichś podobnych, i między innymi śpiewali (wszycy, bo Jacek stara sie włączać publiczność w śpiewy) "O mój rozmarynie". Powszechnie znane, melodia niezbyt skomplikowana, jak wiadomo. 

Ale żeby urozmaicić całość imprezy,  po odśpiewniu po polsku Jacek zapowiedział to samo... po łacinie. Wspomniał o profesorze Ryszardzie Gansińcu, który był filologiem i historykiem kultury. Onże profesor w ramach popularyzowania umiejętności śpiewania tudzież łaciny, znanej wówczas większości ludzi wykształconych, przygotował Śpiewnik filomaty - teksty piosenek, zarówno oryginalne łacińskie (sporo Horacego, Wergiliusza i innych takich), jak i tłumaczone polskie (i nie tylko) - w ramach zabaw językowych filologów klasycznych. 

Odsłuchawszy łącinę zaczęliśmy kopać nieprzytomnie po necie w poszukiwaniu pełnego tekstu, ale nic z tego. jak sie nie da w ten sposób, to próbujemy dalej, zadzwonilam do Jacka i poprosilam o tekst, względnie źródło, podał namiary - jeszcze chwila przy klawiaturze, potem telefon do koleżanki pracującej w Bibliotece Narodowej - i mam!

Zabawy mam mnóstwo z identyfikowaniem piosenek doskonale mi znanych, rozpracowywaniem, która zwrotka jest która i tak dalej. Co prawda przy każdej piosence są nuty, i to prosty zapis, z którym umiem sobie dać radę, ale zawzięłam sie, ze nie skorzystam. Ostatnio przez parę godzin się zastanawiałam nad jednym z tekstów, wiedziałam, ze ja to znam, słów zrozumiałych dla mnie było wystarczająco dużo, żebym wiedziała, ze ja to już słyszałam. Ale co to mogło być... Namieszało mi to, ze słowo"aurora" z uporem tłumaczyłam jako "Jutrzenka", a to było "kiedy ranne wstają zorze"...

A cały witz i urok sytuacji polega na tym, że ja sie w życiu łaciny nie uczyłam. Umiem tyle, ile podłapałam z różnych powiedzonek i cytatów (tu wielka zasługa pani Musierowicz i Jeżycjady, która jest solidnie naszpikowana klasykami), uzupełnione znajomością francuskiego....

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Dziecko wróciło wczoraj.

Materiału na notkę mam aż za dużo, obawiam się, ze będzie tak, jak z bieszczadzką - tyle pomysłów  zalewało mi zwoje mózgowe, że w końcu notki raportującej niet. Ale spróbuije sie jakoś z tym pozbierać.

Przede wszystkim było zamieszanie z godziną przyjazdu. Pierwsza informacja, jeszcze w materiałach przedobozowych, głosiła, że wracają ok. 18. nie ma sprawy.

W środę, jak rozmawiałam z małym, to zeznał, ze autokar mają na 13. Targeo z kolei podaje czas przejazdu  na poziomie dwóch i pół godziny, co nijak mni sie nie chciało złozyć w sensowną całość, więc zadzwonilam do ciotki - matki komendantki. Komendantce nie chciałam zawracać głowy, bo pamiętałam, jak sama byłam wykończona pod koniec prowadzonych obozów. Okazało sie, że ona też nic nie wie, ale po przekopaniu poczty obozowej córki znalazła info, zę  mają WRÓCIĆ ok 13, ale zaraz potem dotarły wieści z obozu, że już 12 prawie, a oni nadal nie zapakowali sie do autokaru. W końcu dostałam smsa, zę będą ok. 16. Było to o tyle istotne, ze odbieraliśmy Pytona w Wołominie, czyli dojazd chwilę trwa, nie ma sily. Nie to, co jak się mieszka przy sąsiedniej ulicy, można wydzwonić, "mama, ja już jestem!!!". 

Dziecię dojechało całe, szczęśliwe, zadowolone i brudne jak matka ziemia. Po wszystkich pożegnaniach, rozwiązaniu kręgu, obowiązkowym przytuleniu do druhen zapakowaliśmy stwora do samochodu i jazda do domu. 

A w domu.... Kierunek łazienka!!!!. Dziecię zostało wytrząśnięte z munduru i wlazł do wanny, a Skorupiak zabrał się za rozpakowywanie plecaka i sortowanie prania. Oj, bardzo było potrzebne... 

Okazało sie, ze Potomek nasz jedyny-po -tej-stronie-brzucha  (póki co) posiał sprzęty podstawowe, których sie zazwyczaj pilnuje bardzo - sztućce, kubek i szczotkę do zębów. Na szczęście ocalała mu mała łyżeczka, wiec miał czym jeść, kubek zrobil sobie z większej części menażki, a zęby mył paluchem zaopatrzonym w pastę. Dobrze, że dziś idziemy do dentysty...

Za to przybyła jedna nie znana nam bluzka, ale chyba nic istotnego z ciuchów nie przepadło.

Mimo, zę dziecię nasze samodzielne jest niezmiernie, tym razem zapowiedziałam nadzór kąpielowy i pomoc techniczną. Było to niezbędne, gdyż był w uroczo prosiaczkowym szarym odcieniu, który po ablucjach stał sie piękną opalenizną. Na szczęście rury odpływowe sienie zapchały....

Jak wyschnie mundur, mam do przyszycia dwie zdobyte sprawności (coś słyszałam i o trzeciej, ale nie wiem, czy dziewczyny nie miały plakietki, czy jak. Sprawa do wyjaśnienia.).

A poza tym....

Trajkotanie na okrągło. Od czasu do czasu pakował mi sie na kolana, i wtedy oczka zaczynały sie robić malutkie, ale po kilku minutach złazil pełen energii i gdy po kolacji mieliśmy nadzieję, ze pójdzie spać, poprosił o ... mecz piłki nożnej. Bynajmniej nie telewizyjny, tylko osobisty. No to poszliśmy na boisko, cóż było robić.... Te małe typki regenerują sie potwornie szybko, to chyba niezdrowe w ogóle. 

Za to po meczu było widać, ze jest zmęczony bardzo - to znaczy zaczął sie awanturować i wykłócać o wszystko. Uwzględniając specyficzne warunki nie zareagowałam na wrzaski (które normalnie by nie uszły na sucho), tylko kazałam sie zapakowac w piżamę, umyć zęby i łapy po meczu i do łóżka  na czytanko. potem sobie jeszcze chwilke pogadaliśmy (miedzy innymi wytłumaczyłam, dlaczego taryfa ulgowa), Wtulił sie we mnie i zasnął.

A my zostaliśmy z otwartymi dziobami. 

Nie było go dwa tygodnie, a zmiany są, jakby obóz trwał co najmniej trzy lata. Pomijam to, zę wyższy, pyszczek mu sie wyciągnął i wyszlachetniał. Ale zrobil sie bardziej wyszczekany  - odcina sie szybciej i sensowniej, na czym mi zawsze bardzo zależało. Umiejętność odpowiedzi na zaczepki, tak by zrobić to kulturalnie, inteligentnie i na tyle skutecznie, zęby przeciwnikowi w pięty poszło, wcale nie jest częsta, a bardzo cenna. Mnie wielokrotnie ratowała skórę, bo nagle zamiast ze mnie klasa zaczynała sie śmiać z agresora, co szybko nauczyło wszystkich nie zadzierać ze mną - mimo, zę byłam klasowym outsiderem i czarną owcą. Przynajmniej miałam spokój, bali sie zaczepiać otwarcie.

Bardziej myśli o działaniach porządkowo - ogólnodomowych, pomocowych. (co nie znaczy, ze rano jakoś rzucił sie do słania łóżka, bez przesady). Zaczyna planować czynności, czego wczesniej nie było. 

jest jeszcze dużo drobiazgów, takich, któe nawet trudno mi nazwać i sprecyzować, ale są widoczne. Skok rozwojowy potężny - a przecież on już wcześniej był bardzo dojrzały!!!

Do tego nauczył sie szeregu piosenek, które my też znamy - ku jego dużej radości, jak tylkok rzucał tytułem, to my zaczynaliśmy śpiewać. To jest dla mnie ogromna zaleta harcerstwa - właśnie rozśpiewanie. Ta umiejętność zanika, lekcje muzyki są różnej jakości, czasem jest to niestety zakuwanie życiorysów kompozytorów, co jest dla mnie kompletną pomyłką. A tu po prostu po staremu siadali z gitarą przy ognisku....

w sumie - to była świetna decyzja.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Czuję sie ostatnio jak wyżej wymieniona. Kaczka luzowana.

Kaczką byłam zwana od dawna, na długo  przed tym, zanim zaczęło byc głośno o pewnych bliźniakach, które zepsuły opinie tym pięknym ptakom. 

Luzowana - bo ostatnio ciśnienie mam w dolnych rejonach stanów niskich. Czyli przeważnie tak około 100/60. czasem powyżej, czasem poniżej.

Już sie zaczynałam martwić solidnie, bo myślałam, że moje przelewanie sie po ścianach wiąże sie z ciśnieniem wysokim, (zwłaszcza, że  - jakby to powiedzieć - elfa nie przypominam),  i miałam pietra, czy to sie gestozą nie skończy. Tym bardziej, że jak przychodziłam na badania, to miewałam albo normalne, albo górne w rejonach 140. 

W związku z powyzszym wygarnęłam od mamy ustrojstwo do mierzenia ciśnienia - na szczęście miała. Sama powinna mierzyć regularnie, ale jakoś jej to nie wychodziło, teraz już będzie - bo Skorupiak co i rusz szuka pretekstu, żeby sie na rowerze przejechać. Trasa do teściów, żeby dostarczyć sprzęt pomiarowy jest w sam raz. 

Ale to tak na marginesie.

Zaczęłam mierzyć i zapisywać - i co sie okazało? Nie mam nadciśnienia, nie mam podwyższonego ciśnienia, mam CHOLERNIE NISKIE CIŚNIENIE!!!!! I dlatego mam zawroty głowy, nie mogę myśleć (fajne usprawiedliwienie, co?), słaba jestem jak kot. i strasznie chce mi sie spać.

Przynajmniej lekarze są zadowoleni, bo ja jakoś mniej - mimo, żę dostrzegam pozytywne aspekty tego stanu rzeczy.

I tak sie czuję jak kaczka luzowana. tylko borówek albo żurawin brak.

środa, 15 sierpnia 2012

Na zaprzyjaźnionym forum ktoś ostatnio wrzucil obrazek. ktoś inny od razu dołozył komentarz - przecież to dla Agry, ona ma Pytona!!!

Faktycznie. 

Potomek Pytonem zwany, ja węże zasadniczo lubię (to znaczy nie wrzeszczę na ich widok, mogę pogłaskać, wziąć do ręki. W domu hodować nie będę, bo one jakoś z uporem maniaka nie dość, że nie chcą przejść na dietę wegetariańską, co jeszcze mogłabym wybaczyć (w końcu sama jestem mięsożerna), to na domiar złego domagają sie, by obiad był żywy. A to już przekracza znacznie granice mojej tolerancji, nie dam takiemu żywej myszy i koniec. 

A fotka jest piękna:

 

Pyton tygrysi w pełnej krasie. Sądząc po grubości - solidny osobnik, a to w ogóle są jedne z największych pytonów świata. Rekordzista miał ponad 8 metrów długości!!!

 

Jest tylko jedno drobniutkie "ale".

 

 

Śliczne, nieprawdaż?

niedziela, 12 sierpnia 2012

bałagan emocjonalny mi sie zrobił i jakoś nie moge tego wszystkiego ogarnąć. Co i rusz wypływa na wierzch inny temat, i zaczynam sie gubić. Jeszcze chwila i siądę sobie pochlipać nad własną głupotą, a Skorupiak jak wróci do domu, to wpadnie w histerię widzac mnie w takim stanie.

Może po kolei, jak rozpiszę, to będzie łatwiej.

  1. Mam moralniaka z powodu Pytona. Wczorajszy telefon z obozu dużo mnie kosztował, mimo, że wiem, iż byl to tylko przypadek tęsknoty obozowej i zapewne dziś już jest wszystko w w porządku. Ale słuchanie tego płaczu i błagania "mamo, proszę, zabierz mnie jutro do domu" było po prostu straszne. Koniecznośc powiedzenia NIE - jeszcze gorsza. Czułam się jak wyrodna matka, pozostawiająca dziecko na pastwę losu, mimo, że sprawdziłam, nic groźnego się nie dzieje, dziewczyny go tam utulą i zaopiekują sie tak, jak trzeba.  Mam świadomość, że na dłuższą metę, gdybym go zabrała, to byłoby znacznie gorsze, bo pozostałby mu schemat - nie dam rady, nie umiem, boję się. 
  2. Pisklak sie rusza, czuję to już całkiem wyraźnie. Co prawda nie cały czas, muszę mieć warunki - czyli nie w biegu, tylko chwila spokoju na wsłuchanie sie w siebie, ale zdecydowanie to jest Pisklęctwo, a nie ruchy robaczkowe. Fuj, co za ohydna nazwa, swoją drogą.
  3. Tesknię za Pytonem. Tak zwyczajnie i już.
  4. Rozczula mnie Czort - widać, zę on też tęskni za Pytonem. Znacznie częściej przychodzi, zeby go utulić i pogłaskać, przylepny sie zrobil. Ukochany pan zniknął gdzieś, podejrzana sprawa.
  5. Skorupiak sie denerwuje - stan normalny, ale jak słyszę po raz nie wiem który w ciągu dnia pytanie "czy wszystko w porządku", to mnie trafia. Wiem, zę sie o nas martwi, boi jak cholera - w końcu juz przeżyliśmy stratę dziecka i wiem, żę boi sie powtórki. Nie dociera, zę wtedy było zupełnie inaczej, ledwo zdążyłam sie dowiedzieć, zę jestem w ciąży. Boi sie i już. A jak on jest zdenerwowany, to w efekcie denerwują się wszyscy w koło....
  6. moje ciśnienie. Na zmianę, jak mierzę przed wizytami, to albo jest idealnie w normie, albo od razu 140/90 i położne już kręcą mocno nosem. A w domu mam zjazdy - dziś było 105/69. Ja przy takim ciśnieniu nie działam, prosze państwa, baterie mi sie rozładowują, głowa mnie boli, myślę dwa razy wolniej niż normalnie ( o ile w ogóle myślę), i przelewam sie po ścianach.  A   gin zaczyna przebąkiwać o lekach OBNIŻAJĄCYCH ciśnienie. mowy nie ma, z całym szacunkiem i sympatią, niech sie sama obniży. Ja wiem, zę to jest bezpieczniejsze ciśnienie dla ciężarówki, ale ja nie umiem żyć z takim czymś. Nic, posprawdzam regularnie, ponotuję, to może przestanie wysuwać takie propozycje....

No, jak to sobie spisałam, to nie wygląda tak źle. A miałam już poczucie, zę siedzę przed węzłem gordyjskim skrzyżowanym z najdłuższym spaghetti świata, powiązanym w supełki. ALe chyba jednak nie. 

Nie ma jak zorganizować sobie porządnie warsztat i nieco uporządkować wszystkie aspekty problemu. Mozę sie tego kiedyś nawet nauczę....

sobota, 11 sierpnia 2012

Żeby nie było za dobre, po tygodniu nieobecności Potomek wymiękł. 

nie jest to do końca jego wina - ostatecznie on nieduży jeszcze, a jak wszystkie dzieci dzwoniły do rodziców (w ustalonych godzinach było to mozliwe), to on tez poprosił. i jak mnie usłyszał, to sie biedaczek rozkleił.... Nieco sie wystraszyłam, bo najpierw był grobowy głosik, a potem juz całkiem pękł i tylko płakał - mamo, zabierz mnie jutro do domu....

Przepytałam komendantkę, co się dzieje, czy jakieś traumatyczne zdarzenia, czy tylko solidny przypadek tęsknoty obozowej. Okazało sie na szczęście, ze jednak to drugie, więc powiedziałam młodemu, żę go nie zabiorę, za to jak wróci, to pokażę mu na mapie, skąd dostałam informacje, jak on sobie radzi na obozie. Trochę go tym zagadałam, zainteresował sie, gdzie leży Luxemburg, potem jeszcze opowiedziałam o zaproszeniu do jednej z lubianych przez niego ciotek - w tydzień po jego powrocie. I jak kategorycznie oznajmiłam, że go nie zabiorę, to chyba sie  zebrał w kupę i jakby zmniejszył nieco poziom mazalności.

Przynajmniej taką mam nadzieję, strasznie sie czułam nie mogąc przytulić i mówiąc, że nie przyjadę po niego jutro i nie zabiorę do domu, a on na obozie zostanie jeszcze tydzień. 

Na szczęście druhny Zosie ( w kadrze są trzy dziewczyny o tym samym imieniu) go tam utulą, zwłaszcza, ze dotąd zachowywał sie wspaniale, bardzo dzielnie i bezproblemowo.

Podejrzewam, ze cały problem wziął sie stąd, że inni dzwonili, to on też. A nie daj Boże, jeśli - wbrew zakazowi - jacyś rodzice przyjechali jeszcze w odwiedziny.... Jest to całkiem prawdopodobne,  niestety tego typu zakazy są przez rodziców regularnie olewane sikiem falistym - nie rozumieją, ze to jest tylko ze szkodą dla dzieci. Ich własnych również, nie tylko dla tych pozostałych, do których nikt nie przyjechał. No ale cóż, niektórzy widzą nie dalej niż do czubka własnego nosa....

Pyton, kochanie, trzymaj sie ciepło, bardzo za tobą tęsknimy i mam nadzieję, ze mimo wszystko warto było jechać!!!!

piątek, 10 sierpnia 2012

Już wiem, czemu sie tak podle czuję.

Myśolałam, że ciśnienie mi skacze w górę i zaczynałam sie tym powaznie martwić, więc zajrzałam do zabiegowego zmierzyć. 

A tu niespodzianka.

100/60.

W życiiu takiego niskiego nie miałam. No dobrze, nie w życiu, kiedyś pewnie było, ale daaaawno...

Odpływam w niebyt. Dobranoc.

czwartek, 09 sierpnia 2012

znalazłam następny śliczny kawał  w sieci.

 

Mężczyzna około 40 pomykał szosą w swoim nowiutkim Porsche. Kiedy już dwukrotnie przekroczył dozwolona prędkość, we wstecznym lusterku zobaczył charakterystyczne migające  niebieskie światełka. pewien mocy swojego samochodu ostro przyspieszył, ale wóz policyjny nie dawał za wygraną. 

Po chwili zdał sobie jednak sprawę, zę w ten sposób może przysporzyć sobie wielu kłopotów i zjechał na pobocze. Policjant podszedł do niego, bez słowa sprawdził prawo jazdy, po czym powiedział:

- To był dla mnie długi dzień, zbliża się koniec zmiany, do tego jest piątek trzynastego. Mam dość papierkowej roboty, więc jeśli znajdzie pan jakieś dobre wytłumaczenie na swoja ucieczkę, pozwolę panu odjechać bez mandatu.

Mężczyzna pomyślał chwilę i mówi:

- W zeszłym tygodniu moja żona zostawiła mnie dla jakiegoś policjanta, obawiałem sie, ze chce mi ją pan oddać.

- Życzę miłego dnia - usłyszał w odpowiedzi....

 

wiem, zę to stare i krąży po sieci od dawna, ale spodobało mi sie bardzo. 

Nie ma jak duża rodzina.

Jak juz pisałam, Pyton został wysłany na obóz. Trochę miałam cykora - on w końcu nie ma jeszcze 6 lat, ale znając mojego synka i komendantkę, (a jak sie potem okazało i kilkoro rodziców dzieciaków z obozu), uznałam, że można go bezpiecznie puścić.

Od wyjazdu - czyli od soboty - mimo wiary we własne dziecko trochę sie denerwowałam. Ale ustaliliśmy z młodym, że nie będziemy dzwonić, odwiedzin i tak nie ma - urzędowo (i bardzo słusznie) zostało zakazane. To jednak strasznie rozwala pracę z grupą, dzieciak przypomina sobie, że miał przecież tęsknić, ci, do których nikt nie przyjechał - zazdroszczą... Bez sensu.

Piotrek ma opracowany system komunikacji z nami, gdyby bardzo zatęsknił, więc jest wyjście awaryjne, ale gdy nie było telefonu przez pierwsze dwa-trzy dni, uznaliśmy, że dobrze jest.

I  - jak sie okazuje - słusznie.

Zadzwoniła dziś do mnie babcia. Rozmawiała z własną siostrą (mieszkającą zresztą w Luxemburgu), ta rozmawiała z jedną z moich moich ciotek - matką komendantki, od której pochodzą wieści. Łańcuszek jak widać długi i międzynarodowy, ale co tam.

Pan Piotr radzi sobie otóż świetnie. Jest lubiany przez wszystkich, samodzielny, pomocny, uprzejmy, grzeczny... zadyszki dostałam od tych komplementów. Buduje różne rzeczy, bawi się, złapał kontakt ze wszystkimi, w ogóle ach i och. Zachwycam się własnym dzieckiem.  

W końcu to jest również nasz, rodzicielski, sukces - wychowawczy i nie tylko. Zwłaszcza na tle niektórych dzieci na obozie, Piotrek błyszczy jako ta gwiazda. 

 Będzie ciężko go odzyskać z powrotem.....

Na razie idę upuścić sobie nieco wody sodowej, bo mi bąbelki nosem idą z tego zadowolenia.

Synku, nie masz pojęcia, jaka jestem z Ciebie dumna!!!!

Mam z nim na pieńku. 

Nie lubię go ostatnio, i to bardzo.

Dokucza ze sprzecznych powodów, zdecydowanie wygląda, jakby chciał po prostu dokopać.

Mój żołądek.

Mdłości ciążowe - do przyjęcia, zwłaszcza, że, podobnie jak w ciąży pytoniej, były umiarkowane. Coś za coś, chcieliście ciąży, no to ją macie, mdłości w pakiecie.  Ale, do ciężkiej cholery, może już starczy? W tej chwili mdli mnie najczęściej z głodu - jak sie zasiedzę wieczorem (bo wreszcie są temperatury nadające sie do życia, a nie  chcę już jeść na noc). I nagle, z minuty na minutę - zonk! - bohater dnia stwierdza, że dziś jeszcze nie dał w kość. I wtedy nie ma przebacz, należy udać sie pełnym godności krokiem do toalety i złożyć pokłon Neptunowi. Całe szczęście, że mogę pójść, a nie muszę pędzić, tratując po drodze wszystkie plączące sie pod nogami zwierzaki (zawsze ich wtedy jakoś dziwnie przybywa).

Przepraszam za te niesmaczne wynurzenia, ale ostatnio staje sie to najbardziej dokuczliwym problemem związanym z ciążą. I mozę jeszcze to, zę jednak nie mam tyle sily, co normalnie - najlepiej to widać na spacerach. Ja zwykle chodzę (mówię, robię, jem...) szybko, a tu jak rusze swoim normalnym tempem, to nie dość, zę dostaję zadyszki, to jeszcze czuję, jak mi ciśnienie skacze.

WIec grzecznie zwalniam.

Pilnuję się.

Przez jakieś pół minuty. POtem zapominam, przyspieszam.... Po trzecim hamowaniu z zasapką już pamiętam, ale wkurza bardzo. W końcu nie jestem chora, zebym musiała sie poruszać w tempie paralityka! A tu jednak organizm ma swoje poglądy na tę kwestię i nie ma co z nim dyskutować. Podobnie jak z żołądkiem - chce jeść - nie ma bata, jazda do kuchni i tyle. Jak sie będę stawiać, to i tak tam trafię, tyle, że przez łazienkę...

Może przynajmniej nie utuczę się za bardzo w ciąży - na razie jestem dwa kilo lżejsza niż na poczatku... Wedle różnych mądrych źródeł, podobno powinnam mieć o 2 kg więcej, niż w momencie startu - czyli w sumie cztery do przodu!!! Oby tak dalej, przy Piotrku w momencie porodu byłam lżejsza niż na starcie. A co dopiero PO porodzie!!!!

poniedziałek, 06 sierpnia 2012

Znalazłam dziś sygnaturkę przecudnej urody. Sama prawda życiowa płynie z klawiatury autora tych pereł mądrości, wie co pisze. A właściwie, nie autora, a autorki - jestem pewna, że to była kobieta. 

Czytajcie i doceniajcie:

Kobiety i koty zawsze będą robić to, co chcą, a mężczyźni i psy powinni się zrelaksować i powoli oswajać z tą myślą.

 

Howgh!

niedziela, 05 sierpnia 2012

Piotrek wyjechał wczoraj rano. 

Pod dobrą opieką, z kuzynami, dziećmi moich dawnych znajomych - słowem, warunki kontrolowane.

Skorupiak sie denerwuje.

Bardzo się denerwuje. 

BARDZO BARDZO się denerwuje.

Każda rozmowa, niezależnie od tematu początkowego, i tak prędzej czy później (raczej prędzej) dryfuje w kierunku "ciekawe, co Pyton teraz robi", "Pewnie jest już po obiedzie", "jak sobie radzi" i tak dalej. 

W chwilowym napadzie samokrytycyzmu Skorupiak zaproponował, zebym zaznaczała karbami każdą jego wypowiedź na ten temat, ale nie mam pojecia, na czym miałabym zaznaczać, zęby mi miejsca starczyło. Jakaś solidna decha z tartaku, taka gruba, to po obu stronach, dwa brzegi - jakby miała ze trzy metry, to może by dało radę...

Tak w ogóle, to jakoś dziwnie, bo to przecież Mamuśka - czyli ja - powinna obgryzać paznokcie z nerwów, a Rodziciel powinien ją uspokajać. Ja mam jednak wbite z dzieciństwa hasło mojego taty - brak wiadomości to dobra wiadomość, i nie zamierzam sie stresować. Przeciwnie, cieszę sie, zę jest to kolejny krok na drodze do rozwijania skrzydeł przez Pytona (ciekawostka przyrodnicza, gdzie pytony mają skrzydła???). WIem, że to jest najlepsze, co mogę mu w życiu dać - wiarę we własne możliwości, zaufanie do siebie, ciekawość świata i odwagę do odkrywania go. A jedyna metoda na osiągniecie tego celu - to wypuszczanie spod macierzyńskich skrzydełek, zgoda na to, żeby leciał sam. 

Nie jest to - wbrew pozorom - takie trudne. Wystarczy dobrze sie zastanowić, co jest celem w wychowywaniu dziecka. Takim długodystansowym, a nie na dziś. Ogólnym.  Jeśli odpowiedź brzmi - tak jak u nas - wychowanie samodzielnego, myślącego, odpowiedzialnego, dobrego człowieka, który dostrzega innych ludzi i ich potrzeby, to dalej już z górki.

Podejrzewam, że największy problem będzie za dwa tygodnie. Z odzyskaniem dziecka z powrotem. Ale mozę da sie skusić perspektywą opowiadania nam o tym wszystkim, co przeżył....

sobota, 04 sierpnia 2012

Nareszcie!

Dziecię nasze pierworodne zostało zapakowane do autokaru i wyekspediowane w siną dal. Po odbiór przesyłki zgłosić sie w to samo miejsce za dwa tygodnie. A nawet o jeden dzień później, konkretnie 19 sierpnia o bliżej niesprecyzowanej porze. 

Młody miał do wyboru - czy wsiada na Stegnach, bliżej, ale z mniej znanymi ludźmi, czy woli, zęby go odstawić do Wołomina, gdzie dosiadała sie druga część ekipy, w tym ukochany kuzyn Staś, jego siostra - komendantka podobozu zuchowego i jeszcze jeden kuzyn. 

Wybrał Wołomin - niech mu będzie, nie jest to koniec świata, możemy pojechać. Okazało sie to świetnym pomysłem, bo udało mi sie spotkać pare osób nie widzianych od dwudziestu lat, a bardzo sympatycznych - też wysyłali dzieciaki na ten sam obóz.

Jeszcze tylko drobna akcja - jeden z młodych miał finkę (Piotrkowi od razu zapowiedziałam, zę nie dam), starszy z kuzynów poprosił o pokazanie, po czym nadział sie na nią w sposób artystyczny. łapę sobie nieco rozkrwawił, mama podniosła lekki jazgocik na temat nieodpowiedzialności, niebezpieczeństwa i w ogóle chciała od razu zabierać delikwenta z obozu. Na szczęście udało sie ją spacyfikować, rana została fachowo opatrzona przez Skorupiaka, któremu patrzyła na ręce moja koleżanka - lekarz, na miejscu obejrzy to obozowa Piguła - i wystarczy. 

Ja sie musiałam zająć właścicielem noża, bo był przerażony i nieszczęśliwy chyba bardziej niż ofiara. W końcu to głupio tak własnego kuzyna załatwić od razu na starcie.... Pocieszyłam dzieciaka, wytłumaczyłam, ze z takim sprzętem trzeba jednak uważać, a w ogóle to tu jest trochę za dużo małych dzieci, o których nie wie, czy umieją obchodzić sie a takim sprzętem.

Pożegnanie z dzieckiem było prawie na siłę - młody już był duchem  daleko, pomachał nam na odczepnego, rzucił w przelocie całuska i już go nie było.

I teraz wreszcie można sie zacząć byczyć - przynajmniej przez chwilkę, potem robota czeka, ale trochę relaksu w ciszy to piękna sprawa....

Obudziłam sie - jak zwykle ostatnio - o jakimś parszywym świcie. Niestety, jest gorąco, co przeszkadza w spaniu, do tego pęcherz ciężarówki ma swoje własne poglądy na zycie - słowem, taka pobudka jest każdej nocy. Pytanie tylko, o której, bywa 2 w nocy, bywa 6 rano. Dziś bbyła 5.45.

A że dziś odwozimy Pytona na zbiórkę, wystawiamy do autokaru i zaczynamy wakacje - czyli budzik nastawiłam na 6, to i tak ni ema sensu kłaść się spać ponownie.

Tym bardziej, że z powodu upału meczyły mnie idiotyczne sny. 

Mianowicie śnilo mi sie, że moja kochana rodzicielka uparła się, że zmusi mnie do ponownego zdania matury - uzasadnieniem było to, że ja zdawałam jeszcze w czasach, kiedy matma nie była obowiązkowa.... A powinnam mieć dobrą ocenę, bo to od razu podnosi szansę na dobrą pracę. Tylko że ja z matmy nie pamiętam za wiele, jak rozwiązywałyśmy zadania wspólnie z przyjaciółką, to nie było na nas mocnych, w pojedynke - głupiałyśmy obie :)

Nie wiem, skąd ten temat wrócił, już dawno nie miałam takich snów, a jeśli, to raczej musiałam sie zmagać z powtarzaniem matury z polskiego - polonista  i dyrektor w jednej osobie mocno, acz niekoniecznie pozytywnie zapadł mi w pamięć... Matematyczkę  lubiłam, fajna była, aczkolwiek jej entuzjazm do przedmiotu bywał nieco męczący. I dziś męczyła mnie prze zpół nocy jakimiś arkuszami zadań...

Brrrr...

Mamo, nie rób mi takich numerów, dobrze? Maturę zdałam, studia skończyłam. Etap zamknięty i nie zamierzam do niego wracać.