O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

środa, 31 sierpnia 2011

Ponieważ ostatnio były niejakie problemy z porannym wstawaniem, Piotrek usłyszał, ze o godzinie 20.00 ma byc w łóżku, po przytulaniu i czytaniu - to jest pora, o jakiej wychodzimy od niego.

Dziś zapakował sie pod kołdrę, ja sie ułożyłam obok, kot leżał sobie z boku - i obaj słuchali jak czytam. Piotrek sie troszke kręcił, jak zwykle - do czasu, aż Czort postanowil zmienić lokalizację.

Ułożył mu sie na brzuchu i zaczął mruczeć  - i w ciągu dwóch minut Piotrek spał jak suseł. 

Po co ja sie tak produkuje wieczorami? Muszę zawrzeć spółkę z kotem i będzie o wiele łatwiej. 

Tak czy inaczej o godzinie 19.53 już mialam młodego z głowy - aż do jutra rano.

Tak to my lubimy.

Antyklerykalizm - zwłaszcza wojujący, agresywny - staje się coraz bardziej widoczny.

W sumie nie ma co się dziwić, jak ktoś chce, żeby go zauważyli, to musi powiedzieć coś kontrowersyjnego, niepopularnego, albo chociaż obrzydliwego - zgodnie ze starą zasadą rządzącą światem reklamy (i nie tylko) - nie jest ważne jak mówią, byle mówili.

I coraz więcej osób usiłuje robić karierę medialną poprzez wieszanie psów na instytucji Kościoła, księżach jako takich i poszczególnych osobach. 

Oczywiście podając przykłady - często prawdziwe.

Bo tu ksiądz odprawiał mszę pijany. A tam ma słony cennik za sakramenty, mimo, że zalecenia kanoniczne są całkiem inne. A jeszcze gdzie indziej ma kochankę i dziecko. I....

Przykłady można mnożyć. Bo faktycznie są takie sytuacje, zdarzają się księża robiący różne rzeczy niekiedy naprawde straszne. 

Ale... Czy akurat ta grupa, nazwijmy ją "zawodowa", tak bardzo odbiega od średniej krajowej? Czy nie ma, dajmy na to, lekarzy, którzy w szpitalu nie usuną ciąży, zasłaniając się klauzulą sumienia, ale już w prywatnym gabinecie, za stosowną opłatą - jak najbardziej? Albo polityków, którzy zamiast dbać o szeroko pojęty interes państwa, dbają wyłącznie o własni interes - finansowy, emocjonalny, jakikolwiek? Nauczycieli, którzy w szkole pracują byle jak, a dobre oceny stawiają tym, którzy przychodzą do nich na korepetycje? Pracodawców nie płacących należnych pensji, nie odprowadzających ZUSów za pracowników, wymagających bezpłatnych nadgodzin?

Takie sprawy najbardziej widać, a ci, którzy po prostu znakomicie wykonują swoją robotę, są niemedialni. W zupie też szumowiny wypłyną na wierzch. Co wcale nie oznacza, ze cały rosół jest do wylania.

I czy to, zę kilku księży nie udźwignęło swego powołania, oznacza, ze cały Kościół jest bandą pasożytów? 

Mam poczucie, że antyklerykałowie, chyba nie do końca świadomie, uważają księży za nadludzi. I stawiają im stosowne do tego wymagania, nie dopuszczając  żadnych potknięć. 

Nieraz spotykałam się z twierdzeniem, że proszę, zalecają to i tamto, a sami nie potrafią tego przestrzegać. Ale przecież Kościół pokazuje nam, do czego należy dążyć. Z pełną świadomością tego, że człowiek nigdy tego boskiego ideału nie osiągnie, ale ważne jest to, że próbuje. Że się stara. Że się potyka, ale za każdym razem podnosi.

Tak przewrotnie skojarzyła mi się książka pożyczona latem od fiony. Tam też mamuśka miała nieprawdopodobnie wysokie wymagania wobec dzieci i egzekwowała je twardą rką, twierdząc, że to jest wyraz jej wiary w możliwości córek. że jakby od nich nie wymagała, to by znaczyło, zę uważa, iż nie dadzą rady.

Czy przypadkiem wymagania takiej pani Kingi Dunin na przykład nie przypominają tego mechanizmu? Bo przecież ksiadz powinien być idealny. Czyli - lepszy od niej....

 

 

wtorek, 30 sierpnia 2011

Jak juz pisałam, koło nas remontują drogę.

I chwała wszystkim instancjom zamieszanym w ten proces.

Dla Piotrka jest to atrakcja wprost niezwykła. Jak już pisałam, wczoraj staliśmy półtorej godziny i patrzyliśmy, jak panowie kładą kolejne warstwy - sama nie wiem, czego, jakieś podkładowe. No, tego, grunt pod farbę, czy jak to tam zwał. Nie znam sie, nie moja branża.

Dzisiaj  droga powrotna z przedszkola też nam się mocno wydłużyła - jak go odebrałam około 17, to w domu byliśmy około 20.30 (normalnym tempem droga zajmuje nam 7-10 minut).

Wszystko przez tę budowę, oczywiście.

Po pierwsze, spotkailśmy sąsiadkę z synkiem i obaj panowie wykazali zainteresowanie pracami budowlanymi. Nie ma sprawy, my pogadamy przy okazji.

Po drugie, jeden z panów budowniczych powiedział nam, że możemy sobie pójść na drugi koniec ulicy, tam są walce drogowe. I możemy wleźć i popatrzeć. 

No tośmy poszli. Chłopaki bardzo zainteresowane, powspinali sie, ale że w okolicy nie bylo nikogo, to wolałam do środka nie wpuszczać - nie mam pojęcia, na ile taki sprzęt jest dziecioszczelny, wolałabym potem nie gonić Piotrka jadącego walcem.

A potem stał się cud. Przyszedł ten sam pan - jak się okazało, operator walca - i zaprosil Piotrka do środka!

Dalej nie ma co pisać, popatrzcie sami:

 

 

 

Piotrek już wie, co będzie robił w przyszłości. Będzie budownikiem.

Staram sie zazwyczaj unikać polityki w tym miejscu, ale czasem nie wytrzymuję. Zwłaszcza, jak widzę takie zagrania, jak ostatnio pana Hofmana.

Najpierw po chamsku obraził część wyborców. Co z tego, ze nie był to raczej elektorat PiSu. To nie ma znaczenia, człowiek zajmujący sie polityką ma psi obowiązek panować nad swoim językiem i emocjami i takie kwiatki nie mogą sie zdarzać.

Stwierdzenie " Z PSL-em to jest tak, że te chłopy wyjechali ze swoich miasteczek, wsi, trafili do Warszawy - zdziczeli, zbaranieli: tańczą, śpiewają, głosują za ustawami np. (...) za związkami partnerskimi. Chłopy wyjechały ze wsi i kompletnie im odbiło." świadczy nie o tych "chłopach" - jest wyłącznie dowodem na poziom pana Hofmana. Niski poziom, dodajmy.

Następny numer PiSowsko-Hofmanwski - wymyślone poparcie dwóch biskupów. Sami zainteresowani nic o tym nie wiedzą, ale Jarkacz na konwencji we Wrocławiu sie pochwalił. Hofman odmawia komentarza. W sumie słusznie, bo co może powiedzieć. Przepraszam, prezes skłamał? 

A w ogóle, to "na prowokacjonnyje woprosy radio Erewań nie atwieczaet". (przepraszam, w alfabecie łacińskim wygląda to idiotycznie, ale jak wrzucę w bukwach, to połowa czytających moze mieć problem ze zrozumieniem).

 

Kolejny kwiatek. Limuzyna Jarkaczowa została nagrana jak piraci na drodze - 140, na terenie  zabudowany, kilkukrotne wyprzedzanie na podwójnej ciągłej, ale dla pana H. to nie ma znaczenia. Uważa, że dziennikarze czepiają sie nie wiadomo czego. Bo "Zakłada pan, że to prezes, a ja nie wiem czyje to auto." Jasne, samochodem prezesa jeżdżą różne osoby, on grzecznie czeka w kolejce, czy komuś przypadkiem nie potrzeba pojazdu bardziej niż jemu.

Nie ma jak Prawo i Sprawiedliwość. Nasze prawo i nasza sprawiedliwość.

 

jesień, wrzesień, początek roku szkolno-przedszkolnego - i Festiwal Nauki.

Coroczna impreza, która jednocześnie mnie zachwyca i wpędza w głęboką frustrację.

No bo jak mam wybrać pomiędzy warsztatami dialogu społecznego, wykładzie o wachlarzach, ich historii i sztuce używania, czy malowaniu zwoju Tory z Piotrkiem? Albo między fizyką dla przedszkolaków, czy warsztatami dla dzieci o otaczającym nas powietrzu? Jedno i drugie Piotrka by zainteresowało bardzo, a odbywa sie o tej samej porze w oddalonych od siebie częściach miasta?

Nic tylko teleportować sie, zaopatrzywszy wcześniej w zmieniacz czasu. 

Jeszcze gorzej, jeśli musze wybrać między czymś, na co sama bym poszła, a czymś, na co poszedłby Piotrek. Czasem sie da zrobić tak, ze wtedy idzie Skorupiak, a czasem nie. 

Poproszę o informację, jak mam sie multiplikować!!!!. Może na tym festiwalu ktoś będzie wiedział, w końcu tam tylu mądrych ludzi....

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

ano właśnie. Co jednemu rozrywką przednią, to drugiemu... tak jakby niekoniecznie.

Koło nas robią nawierzchnie ulicy. Niedługi kawałek, ale dla mnie ważny - często nim jeżdżę, a po każdej zimie wyrwy w asfalcie pojawiały sie z podziwu godną systematycznością.

Już w sobotę Piotrek dłuższy czas przyglądał sie frezowaniu. Uważnie oglądał frezarkę, dopytywał się, po co do koparki przyczepiona jest szczotka, wpatrywał sie w taśmociąg przenoszący urobek do ciężarówki.

Dziś, gdy szliśmy rano do przedszkola, z trudem go wywlokłam stamtąd. Pomogła jedynie obietnica, że jak bedziemy wracać, to wtedy się zatrzymamy na dłużej i popatrzymy, ale to pod warunkiem, ze teraz pędzimy na śniadanie przedszkolne.

Słowo sie rzekło, kobyłka u płotu - trzeba było zrealizować. To jedna z naszych świętych zasad. Wszystkie inne dotyczące konsekwencji, pory kładzenia sie spać, ni innych takich można elastycznie dostosować do rzeczywistości, ale słowo dane musi byc dotrzymane bezwzględnie i już.

Po półtorej godzinie przyglądania sie, jak panowie wylewają pierwszą warstwę asfaltu byłam już całkowicie ugotowana. 

Z drugiej strony - byłabym skończoną kretynką, gdybym przepuściła tak fajną lekcję poglądową. I inżynieria drogowa, i konstrukcje maszyn, i ćwiczenie umiejętności społecznych - jak ja nie umiałam czegoś wyjaśnić, to Piotrek wedrował do panów pracujących  i zadawał stosowne pytanie. A oni mieli chyba satysfakcję, ze w jego oczach są tak wspaniali i interesujący.  Odpowiadali życzliwie, i akurat na takim poziomie, jak trzeba. 

przestaliśmy w ten sposób półtorej godziny, następne pół zeszło nam na spacerowaniu wzdłuż dalszego odcinka remontowanej ulicy - i w końcu trafiliśmy na pana, który mieszał chyba jakąś zaprawę cementową w taczce, jeszcze bez wody. W każdym razie okropnie pyliło i to spowodowało, ze Piotrek dał sie wreszcie zabrać do domu.

Jak na mnie nie było to ani o sekundę za wcześnie. Ale on sie świetnie bawił, i o to chodziło.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Od jakiegoś czasu lekturą wybraną przez Piotrka jest Biblia dla dzieci. Czytamy, tłumaczę mu trudniejsze słowa, oglądamy na globusie, gdzie to wszystko sie działo.

Dzisiaj zapytał, czy to wszystko było naprawdę.

- Tak, synku, naprawdę. Masz podane daty, nazwy państw, które były zamieszane, królów.... 

- A dawno to było?

- Bardzo dawno, to jest jedna z najstarszych książek na świecie (dobra, trochę naciągnęłam, ale nie bardzo, a za skomplikowane to na przysypiającego dzieciaka, jeszcze by mi sie wybudził i zażądał dokładniejszych wyjaśnień :).

- to bardzo dobrze, że nadal sie robi takie pouczające książki. Można sie z nich dużo dowiedzieć o historii.

Padłam. Pod pretekstem odniesienia słuchawki telefonicznej poleciałam odraportować ten tekst Skorupiakowi, który najpierw fukał, że sie nie moge wysłowić (bo sie krztusiłam ze śmiechu), a potem sam też stracił mowę na dłuższy czas.

Przy okazji doszliśmy jeszcze do typowo dziecinnych tematów, takich jak Przejście Północno - Zachodnie, aksjomat Archimedesa dotyczący dźwigni (dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Ziemię) i ogólnie zasada działania tejże, oraz sposób liczenia dat - przed i po narodzeniu Chrystusa. Ponieważ problem temperatur ujemnych był przerabiany już dawno, teraz przez porównanie załapał błyskawicznie. A, i jeszcze różne skale termiczne - Celsjusza, Farenhaita, Kelvina....

Ciekawe, co będzie w szkole.

sobota, 27 sierpnia 2011

Tyle sie mówi o zgubnym wpływie telewizji na dzieci. O konieczności kontrolowania, co też potomstwo ogląda, o związku pomiędzy agresywnymi grami/filmami a agresywnym zachowaniem progenitury.

Nie da sie ukryć, zę problem - i związek pomiędzy jednym a drugim - istnieje.

Na Piotrku też to widać.

Ostatnio parę razy został przyłapany na tym, że zaiast oglądać Minimini albo Discovery - na co miął zgodę, cichcem przeskakiwał na Cartoon Network. Na co zgody nie miał, a wręcz przeciwnie.

I za każdym razem, jak oglądał te różne okropieństa na CN, to potem były zabawy w zabijanie, krzyki, bicie, wyzwiska.

A potem budził sie w środku nocy z płaczem, ze sie boi.

Dziwnym trafem jakoś sie jedno z drugim zbiegło. Raz - może przypadek, drugi - no, niech tam. Ale kilka? NIe wierzę.

 

Przegadałam z Piotrkiem. Wytłumaczyłam mu, dlaczego nie lubię, jak ogląda CN. Że potem sie robi bardziej agresywny, ja sie denerwuję, on nie słucha, ja w końcu zaczynam wyciągać konsekwencje... Że nie lubię mu czegoś zabraniać, wolę, jak sam rozumie, czemu nie odpowiada mi jakieś jego postepowanie. I że dla niego też w sumie jest to lepsze - w końcu dużo fajniej, jak mama jest zadowolona i dumna z synka i chwali go za zachowanie, niż jak sie wścieka. 

Przyznał mi rację. Oczywiście wiem, ze jeszcze będzie próbował tam oglądać, bo to z jego punktu widzenia wygląda atrakcyjnie, a nie łączy zupełnie zmian w swoim zachowaniu  z repertuarem w TV. Nocnego płaczu tym bardziej - rano zwykle w ogóle nie pamięta, zę coś takiego mialo miejsce.

I tylko szlag mnie trafia na tych, którzy tworzą te filmy i układają ramówkę. Jakoś kompletnie nie zdają sobie sprawy z konsekwencji zarówno dla pojedynczych dzieciaów, jak i ogólnospołecznych. Przecież jesli w ten sposób nakręcają agresje w dużej grupie dzieci i młodzieży, to niech sie potem nie dziwią, że im ktoś demoluje stadiony, pyskuje pod blokie, ze młodzież jest taka i owaka.

Młodzież, proszę państwa, jest dokładnie taka, jaką ją sobie wychowamy.

To tak jak w sejfie, co włożysz, to wyjmiesz. I nie ma co mieć pretensji, ze jak sie włożyło 15 złotych - albo minimalnż ilość uwagi i troski o dziecko - to potem nie ma sie milionów. I fajnego, uprzejmego, inteligentnego i kulturalnego potomka. Bo skąd?

piątek, 26 sierpnia 2011

czasem sie zastanawiam, czego my właściwie wymagamy od dzieci. 

Mają być grzeczne. 

mają sie dobrze uczyć.

Mają słuchać starszych.

Mają się dzielić z innymi.

Mają pomagać.

Mają.....

 

Równocześnie, gdzie nie popatrzeć, tam dorośli jakoś tych  - wymaganych od dzieci - cech ani sami nie prezentują, ani nie szanują ich zbytnio u innych.

Bo bycie grzecznym jest uznawane za bycie mięczakiem, któremu każdy może nawrzucać.

Jak ktoś sie dobrze uczy - kujon.

Jak słucha starszych - również mięczak, zero asertywności chłopie!!!!!

Jak sie dzieli z innymi? Frajer. A w najgoszym układzie to go fiskus wyprostuje. W życiu twardym trza być, nie miętkim i jak ktoś nie umie, to jego problem.

Pomagać? A ktoś mi pomagał????

 

Tak naszło mnie na te niewesołe refleksje, gdy razu pewnego wracałam z Piotrkiem z okolicznego, nowootwartego placu zabaw.

Placyk śliczny był, nowiutki, kolorowe miał obwódki.... Wytartanowany, zabawki fajne, różnorodne - słowem - ideał. Dobra, do  pełni szczęścia brakuje mi jeszcze toalety w okolicy - w końcu maluchy jak muszą, to już, od razu, a nie za pół godziny. I skutkiem tego jest pobliski lasek... hm, pomińmy ten temat.. 

Na placyku tłum.

A obok - dosłownie pięćdziesiąt metrów dalej - drugi placyk. Starszy, ale też fajny. Należący do spółdzielni mieszkaniowej, urządzony przez nią i na jej koszt. 

Zamykany. Kluczem dysponują wyłącznie mieszkańcy budynku.

I pusty. Przechodze koło niego czasem, czasem przejeżdżam. I rzadko widzę tam dzieciaki. 

Nie dziwię sie za bardzo. W końcu co za przyjemnośc bawić sie samemu, co z tego, ze elitarnie. 

I w ten sposób kosztowna (bo jakże by inaczej) inwestycja zadłużonej spółdzielni stoi pusta.

Ciekaw, kiedy ktoś sie zorientuje, ze nie tędy droga. Że dzieci chętnie bawią sie wspólnie i podzielą. I zabawkami i placykiem. To tylko dorośli mają takie dziecinne odruchy...

 

Nie ma jak lekarstwo.

Co prawda ciocia Pol (czarodziejka Polgara z Belgariady D. Eddingsa) twierdzila zawsze, ze lekarstwo nie może byc smaczne, jesli ma byc skuteczne, ale to było znakomite.

Znalazłam dziś w sklepie, rzuciłam sie niczym drapieżnik na uciekający obiad. Co prawda, jako żywo nic mi nie uciekało, ale i tak sie rzuciłam. Na wszelki wypadek, jakby ktoś chciał mi zabrać. Przytuliłam potem czule buteleczki (dwie, druga dla Skorupiaka - nie będę wredna) i aż zamruczałam, niczym kot.

Sok z kapusty kiszonej.

I wcale nie było to lekarstwo na kaca, tylko zwyczajnie końska dawka witaminy c w przepysznej formie.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Zasmarkana jestem. 

NIe nadaję sie do niczego.

Katar, jak wiadomo, ma to do siebie, ze sie przez niego nie umrze, alę żyć z nim też raczej trudno. Udało mi sie zużyć dzisiaj całe pudełko (90szt) chusteczek. Pewnie trochę więcej, bo są strategicznie porozstawiane w każdym pomieszczeniu, wiec nie tylko z tego jednego bralam.

Piotrek za to starał sie ulżyć mi, jak tylko mógł.

Zapowiedział, ze mam nie przychodzić za wcześnie do przedszkola (normalnie byłam tak troche po 16). Co prawda to raczej nie wynikało z troski o rodzicielkę, tylko z faktu, ze sie tam po prostu dobrze bawi, ale i tak z mojego punktu widzenia - plus.

Jak wrócił - wrąbał serek ze szczypiorkiem, koperkiem i rzodkiewką, pozmywał, poustawiał buty, poskładał swoje ubranka z prania do szuflady... I co chwila przylatywał z prośbą o nowe zadanie, aż mi sie fantazja kończyła. POtem idealnie zajął sie sobą, a matka dogorywała czekając na powrót Skorupiaka.

Ogólnie elokwencja mi siadła. 

Stąd tytułowe eeee.... Na wiele wiecej mnie w tym momencie nie stać. Bedzie lepiej, jak mi katar przejdzie.

środa, 24 sierpnia 2011

zdechła jestem. Zakatarzona, chrypiąca. Słaba jak nowonarodzony kociak.

Po obiedzie kiwam sie nad talerzem i  zastanawiam nad losami sterty garów w zlewie. Może nie jest duża w sensie ilościowym, ale za to jej podstawę stanowi przypalony garnek. I psia miska. Na szczęście już nie przypalona, tylko zwyczajnie używana.

Piotrek skończył wcinać twarożek z dodatkami (szczypiorkiem, koperkiem i rzodkiewką, ulubiony przysmak ostatnio) i popatrzył na gary i na mnie, gmerającą niemrawo widelcem w talerzu.

- Mamo, pamiętasz jak ostatnio zmywałem naczynia?

- Pamiętam, synku.

- To ja dziś też pozmywam, mogę?

Nie zwariowałam, zeby na takie pytanie odpowiadać "nie". 

- Oczywiście, że możesz, kochanie. 

- A dotrzymasz mi towarzystwa? Będzie mi przyjemniej, jeśli będziesz tu ze mną.

- Jasne, kochanie.

Tą metodą mam czysty zlew (z wyjątkiem tego gara, solidnie go przypaliłam, niech jeszcze poodmaka), szczęśliwe i dumne z siebie dziecko, lepszy nastrój i do tego nie musialam w tym celu kiwnąć palcem. 

Tak dalej poproszę :).

 

Kochany facecik. Jest tak uczynny i pomocny, żę aż wytrzeszczu ze zdumienia dostaję. Mam wspaniałego synka i tyle.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Poganiam młodego, zeby sie juz przebierał w piżamkę. 

On ma jeszcze tysiąc różnych zajęć, ogania sie jak od upryzkrzonej muchy. W pewnym momencie rzuca:

- A idź do diaska!

- Coś ty powiedział, synu??? - zagrzmiał groźnie rodziciel.

- No co, trzeba było mi nie czytać Ronji - odpaliło nasze pyskate dziecko.

Fakt, nie reklama, w "Ronji, córce zbójnika" ten zwrot pojawia sie wielokrotnie.

 

Chyba nie bedzie miał kłopotów z czytaniem ze zrozumieniem.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

... nie ma narady na to.

Tak mi sie przypomniała ta piosenka. 

Siedziałam i zajmowałam sie koperkiem. Roztrząsałam delikatne gałązki - z kropelkami wody zatrzymującymi sie pomiędzy listkami.

Obcinałam korzonki - jędrne łodyżki chrupały mi pod nożem. ten dźwięk jest jedyny w swoim rodzaju. 

Świeża, soczysta zieleń - mój ulubiony kolor - biła po oczach. 

Zapach roznosił sie po całej kuchni. 

Robilam zapasy na zimę.

To, co zimą można kupić w sklepach jako koperek woła o pomstę do nieba. 

Ani smaku to nie ma. Ani tej jędrności. Kolor też nie do końca ten, a o zapachu mozna tylko pomarzyć. Całkiem plastikowy, jak ta sałata produkowana w filmie "Skrzydełko czy nóżka". Nie mówiąc juz o tym, ze za trzy smętne gałązki żądają jakichś wariackich zupełnie pieniędzy.

Więc co roku szykuję sobie ze dwa pudełka mrożonego koperku. I mam potem do ziemniaków, sosów,zupy, kotletów - do wszystkiego, co mi przyjdzie do głowy.

A piosenka skojarzyla mi sie nie bez powodu. Jak już mrożę koperek - to znaczy, ze powoli zbliża sie jesień....

 

 

Znalazłam dziś tego demota i sie ucieszyłam - dokładnie takie pudełko mam w zamrażalniku. Z koperkiem :)

niedziela, 21 sierpnia 2011

Byłam dziś na ślubie dalekiego kuzyna. Oczywiście tabun ludzi, ale nie o to chodzi.

Do dzikiej radości doprowadziło mnie jedno zdanie na koniec - zaprzjaźnionego z młodymi księdza:

"Kogo Pan Bóg kocha, temu daje krzyż. Kogo nie kocha, temu daje żonę".

 

 

piątek, 19 sierpnia 2011

Zamontowaliśmy sobie w oknach moskitiery. Nie we wszystkich, muszę jeszcze dokupić, ale w sypialniach - i  naszej i Piotrka są.

Wszystko przez komary, jak sie łatwo domyslić. I meszki. gryzło cholerstwo na potęgę, Skorupiaka najbardziej - nogi ma już całe powygryzane w dziury co sugreuje nalot meszek, bo one tak żrą. 

W związku z powyższym uznaliśmy, ze najwyższa pora coś z tym zrobić. 

i są . Estetyczne siatki w oknach, przez które te paskudy nie wlatują. 

W nocy już nie budzi mnie cieniutkie bzyczenie spragnionej mojej krwi komarzycy.  Może sobie bzyczeć, ile sie jej tylko podoba, na drugim końcu tej ławki*. To znaczy, przepraszam, po drugiej stronie moskitiery.

A przy okazji rozwiązał sie jeszcze jeden problem - kocich nocnych wycieczek.

Skorupiak przed spaniem lubi otwierać okno na oścież, żeby sie solidnie przewietrzyło. A Czort, paskud jeden, regularnie zeskakiwał z okna i szedł w Polskę. Niestety zwierzątko moje najdroższe już nie jest pierwszej młodości i wolę go nie zostawiać na noc na dworze (nie wspominając o tym, że wówczas sroki od czwartej rano wrzeszczą usiłując go przegonić - nie lubią sie wzajemnie, oj nie lubią....). I sasiad protestował, ze mu spać nie dają.

W związku z czym, w momencie, kiedy już byłam całkiem padnięta, małżonek szanowny stwierdzał z rozbrajającym uśmiechem (i absolutną słusznością, co gorsza):

- Kot jest na dworze, a sama wiesz, że on lepiej przychodzi na twoje gwizdanie... To wiesz, wyprowadź przy okazji psa. 

A teraz kot nie wyłazi juz przez okno w sypialni.

Skorupiak może sobie sam pójść z psem.

A komary mogą sie dowolnie wkurzać - za oknem...

 

*"I możesz być tak prywatny jak tylko ci sie podoba, na drugim końcu tej ławki". Cytat z jednej z moich ulubionych książek R. Kiplinga - Stalky i spółka.

czwartek, 18 sierpnia 2011

zwijam sie jak w ukropie - równocześnie robię obiad w kuchni i wieszam pranie na balkonie. Wymaga to pewnej ekwilibrystyki i niezłego biegania, ale sie da, nawet, jesli na patelni smaży sie rybka. 

Dzwoni telefon. Oczywiście w najgorszym momencie, kiedy właśnie wygospodarowałam sobie pół minutki, zeby pobiec do łazienki na siusiu. Trudno, łapię słuchawkę, w końcu rzadko ktoś do mnie dzwoni, jeśli już, to może byc coś ważnego.

I słyszę... automat:

- Dzień dobry. Witamy w serwisie Twój Tygodniowy Horoskop....

Nie wiem, co dalej, rzuciłam słuchawka i popędziłam do łazienki. Ale mnie zezłościli. I rozbawili równocześnie. 

Że też ktoś jeszcze w XXI wieku wierzy w takie bzdury...

nosz zeżarło mi wpis. A sobie tylko krótką przerwę w pracy zrobiłam, żeby nie uciekło. Opatrzność nie daje pisać tego, co powinnam, złośliwa jakaś.

A było o kierowcach. 

Chodzimy sobie ostatnio z Pietruszkiem do przedszkola dyżurującego, które znajduje się w sympatycznej (o tej porze roku) odległości spacerowej. W sezonie deszczowo-błotnisto-śnieżnym byłoby nieco gorzej, ale wtedy mamy nasze przedszkole pod oknem. 

Chodzimy sobie więc co rano na spacerek w towarzystwie psa. Pogadujemy o tym i owym. czasem samolot - Piotruś stanie, zęby mu śrubki podokręcać. Ogólnie miło i przyjemnie. 

A mnie sie nóż w kieszeni otwiera. I zaraz będę miała tam dziurę.

Wzdłuż chodników są zatoki parkingowe. I dobrze, miejsc na pojazdy mało, a jeszcze nikt nie wymyślił takiego, który dałby sie po użyciu złożyć w zgrabny pakiecik i wsunąć do teczki.  

Tylko niech mi ktoś mądrzejszy ode mnie wytłumaczy, dlaczego tak wielu kierowców za punkt honoru stawia sobie dojechać kołami do samego krawężnika, wysuwając tym samy czasem do pół metra samochodu na chodnik?

Pół biedy, jesli ten chodnik ma dwa metr, ale jeśli ma metr, z czego połowa jest zajęta przez parkujący samochód, to robi sie naprawdę nieprzyjemnie. W końcu poruszają się tam czasem obiekty szerokie i niezbyt zwrotne, jak na przykład matki z wózkiem - jeszcze do tego z wózkiem na bliźniaki. Albo maluch na rowerze. Albo babcia z wózeczkiem zakupowym. Albo dwa takie obiekty z dwóch stron i chcą sie jakoś minąć.... 

Jak widzę takie coś, to korci mnie coraz bardziej, zeby wybrać sie na spacer z wiaderkiem żółtej farby. Takiej, jaką czasem zaznaczany jest krawężnik w mniej widocznych miejscach. I namalować na maskach tych pojazdów pas w miejscu krawężnika. A na mokrej jeszcze farbie przykleić kartkę z tekstem "W tym miejscu jest juz chodnik". I niech sobie czyszczą potem....

wtorek, 16 sierpnia 2011

Wieczorne mycie Pietruszki. Tym razem dla odmiany pod prysznicem - tak zarządził, w ramach kolejnego napadu oszczędzania wody. W pewnym momencie coś mu powiedziałam - nie spodobało mu sie wyraźnie, bo swoją dezaprobatę wyraził bardzo dosadnie:

- Mama, jesteś głupia!

- Słucham, synu? - zapytałam lodowatym tonem, ostatecznie nie jest to słownictwo, do jakiego przywykłam, a już własne dziecko na pewno nie będzie mnie wyzywać. Pijaczka pod sklepem wychowywać nie będę, ale Piotrka tak.

- Przepraszam , mamo, ja tylko chciałem zapytać, czy mi poczytasz, ale mi sie słowa pomyliły... - zaczął sie plątać bezładnie Piotrek. Widocznie moja mina i ton były wystarczająco zbliżone temperaturą do Bieguna Południowego, żeby załapał, ze przegiął. Chwilę jeszcze sie tłumaczył, przepraszał, w końcu przytulił i zaczął cicho posapywać z nosem wetkniętym w moją szyję. 

Zaniosłam go do łóżka - znowu zapomniał wziąć klapki do łazienki, a ja korzystam z ostatnich okazji do wzięcia go na ręce:). Chłopisko waży już dwadzieścia kilo, niedługo po prostu nie dam rady go nosić, a to takie fajne uczucie - pod warunkiem, ze trasa krótka. Potem już tradycyjnie - przytulanko, czytanko i po chwili młody spał jak susełek :)

Kiedyś był taki kawał, nie pamiętam dokładnie, ale jakoś podobnie to szło - mąż tłumaczy kolegom, czemu przyszedł do pracy z gębą obitą i spuchnętą.

- A bo mi sie słowa pomyliły...

- Jak to?

- Chciałem powiedzieć "dzień dobry, kochanie, ślicznie wyglądasz", a powiedziałem "Ty stara krowo, znowu sie upasłaś"....

Mogłam coś pokręcić, ale idea mniej więcej taka właśnie :)

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Moje niezwykłe dziecko wstało dziś - zgodnie z wczorajszą zapowiedzią - wcześnie. czyli przed ósmą.  obudziło nas szuranie i chlupanie w łazience - młody człowiek sam sie umył, ubrał, następnie  nakarmił zwierzaki i sam zjadł śniadanie. po czym po nim posprzątał i poszedł pochwalić sie rodzicom.

Ponieważ najlepszym sposobem na porządki w mieszkaniu są goście, zaprosiliśmy sobie dziś chrzestną Pietruszka. I musze powiedzieć, zę Piotrek pomagał jak szalony - odkurzał podłogi, odkładał na miejsce różne rzeczy, sprzątal swój pokój, zmiatał śmieci a na koniec pozmywał to, co nie zmieściło sie do zmywarki. 

sam z siebie, słowo daję, ze nie stałam mu z batem nad głową.

Zamiast stać z batem, stałam z wytrzeszczem - on za mały jeszcze na kombinowanie w rodzaju "jak będę bardzo grzeczny przez cały dzień, to mama mi kupi....", wiec to nie to. Po prostu sprawia mu przyjemność bycie docenionym, chwalonym. Miał z tego znacznie większą frajdę, niż gdybym mu kupiła kolejną zabawkę, którą bawiłby sie przez dwa dni. A tak - uczy się wartości pracy, satysfakcji z dobrej roboty, wspólnego działania, tego, zę jak sie odkłada na miejsce od razu, to potem nie trzeba tuptać tam i z powrotem odkładając mnóstwo rzeczy, co zajmuje w sumie znacznie więcej czasu....

Nie mam zludzęń, żę mu tak zostanie na zawsze. Będzie miał jeszcze bałagan w pokoju, będzie sie kłócił, że nie ma ochoty sprzątać to robi znacznie częściej, takie akcje jak dziś są jednak rzadkością. Ale się zdarzają - i wtedy zawsze bardzo podkreślam, jak ważna jest dla mnie jego praca. Nawet, jeśli pozmywane sztućce musze umyć jeszcze raz. To nie jest ważne, ważne, żę próbuje, technika przyjdzie później.

Jak pozbieram szczękę z podłogi i to będe sie cieszyć dalej. Na razie jestem jeszcze w szoku.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Chciałam zgłosić skargę do Wszelakich Instancji Pogodowych. 

Dlaczego dwa dni temu (w nocy z piątku 12 sierpnia na sobotę 13 sierpnia) niebo nie mogło wygladac tak jak dzisiaj????

Od paru lat próbuje obejrzeć Perseidy,  i zawsze jest coś, co mi to uniemożliwia. Tym razem niebo zasnute chmurami. 

Dzisiaj - kiedy jest już po herbacie - niebo bez jednej chmurki, pełnia, wszystko widać.

Ktoś tam chyba po prostu robi społeczeństwu na złość.

Piotrek przyszedł wściekły i zapłakany.

- Co sie stało?

- Boli mnie noga. I to wasza wina!!!!!

Zbaranieliśmy cokolwiek, jako że oboje w tym momencie siedzieliśmy grzecznie na odwłokach w salonie i omawialiśmy plany na dziś.

- Mógłbyś to wytłumaczyć?

- Tak!!! Bo wy kupiliście zbyt rogate łóżko!!!!! I ono mnie uderzyło!!!!

Nostra culpa. Wstrętne łóżko, rzuca sie nam na dziecko i bierze na rogi. I do tego, cholerstwo jedne, maskuje sie niczym kameleon, bo ile razy ja na nie patrzyłam, to narożniki miało pięknie zaokrąglone - to było jedno z kryteriów wyboru te dwanaście lat temu, bo przewidywałam takie właśnie obijanie kolan.....

\tak czy inaczej, trzeba będzie przeprowadzić z łóżkiem rozmowę wychowawczą.

sobota, 13 sierpnia 2011

kolejna dobra książka. Niezwykła, tak jak niezwykły jest jej bohater - kot. 

Oskar - i parę innych kotów - mieszka w domu opieki. Juz samo to jest dla mnie niezwykłe - u nas natychmiast wrzask by podniosły różne Sanepidy i inne urzędowe złe duchy - że niehigienicznie, ze zwierzaki brudzą, że mogą jakąś zarazę przynieść, że kłaki w powietrzu fruwają i w kuchni nie będzie idealnie sterylnie... 

Na szczęście tam trafiło na nieco mądrzejszych ludzi. koty mieszkają i dobrze sie mają, a pacjenci są zachwyceni. Jest ktoś, z kim można porozmawiać, kto powoduje, ze jest tam nieco bardzej domowo...

Oskar nie lubi sie spoufalać z ludźmi. Czasem pozwala sie pogłaskać, ale ogólnie to uprzejmie pozwala korzystać personelowi ze swojego gabinetu - i dba, zeby nikt o tym nie zapomniał. Spojrzeniem potrafi doprowadzić do pionu lekarza, który zapomniał, kto tu rzadzi. 

Niezwykłośc Oskara polega jednak na czym innym. Bezbłędęnie wyczuwa, gdy któryś z pacjentów ma umrzeć  - i wtedy pojawia sie u niego w pokoju i odprowadza w wieczność. Pomaga również ich bliskim -  podczas ostatnich godzin spędzonych przy łóżku matki czy ojca czują się dzięki niemu mniej opuszczeni.

Skąd to wynika? Na jakiej podstawie zwykły kot tak bezbłędnie przeczuwa zbliżającą sie śmierć?

I dlaczego w Polsce kot nie może mieszkać w takim miejscu - by pomagać odchodzącym?

Piękna książka o trudnym miejscu - domu opieki - w którym zamieszkał dobry duch....

 

 

"Oskar - kot, który przeczuwa śmierć", David Dossa

Piotrek dziś dla odmiany zażyczył sobie grania na dobranoc. 

To znaczy, trudno mówić o odmianie, miała byc wersja rozszerzona - i czytanie i granie całkiem jak powiekszony zestaw w McDonaldzie.  W związku z pomysłem młodego powększyłam zestaw, nastroiłam gitarę, wyciągnęłam śpiewnik... i Piotrek nieuprzejmie zasnął w połowie pierwszej piosenki.

O żadnym czytaniu oczywiście mowy nie było.

Może to i lepiej - sama już ziewam jak krokodyl.....

Oczywiście komary. Sa wszędzie, wlezą w każdą szparę. W nocy słyszę ten cholerny cieniutki bzyk i skóra mi cierpnie. Nienawidzę tego. 

Nie chce używac odstraszaczy, bo to jednak chemia, trutka - nie tylko na komary, również na pająki, żuczki, biedronki, motyle i całą tę latającą drobnicę. Oraz psa, kota, dziecko... Niestety, nie ma siły, te paskudztwa wpływają również na ludzi. Więc nie kupuję. 

Jutro zamontuję sobie siatki w oknach.

 
1 , 2