O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

wtorek, 31 sierpnia 2010

Innymi słowy braciszek (maleństwo.... :) po latach różnistych perturbacji ożeniony.

oczywiście nie obylo sie bez głupich niespodzianek, bo jakże by inaczej.

Opłacilo mu sie zostawianie na ostatnią sekunde pewnych spraw. Pojechał w sobotę rano odebrać koszulę z pralni i umyć samochód i zupełnym przypadkiem dowiedział sie, że właśnie w tą sobotę wokół jego dzielnicy będzie maraton rolkarski, ulice zamknięte, dzielnica odcięta.  Szybki telefon do taty, który coś mu pomagał w domu - łap garnitur, buty, dokumenty, do mojego Małża, który z Pietruszkiem siedział w jakiejś galerii handlowej - Piotrek został wysłany do Kids Playa (czy czegoś w tym guście), żeby sie nie plątał pod nogami matce, która usiłowała poprawić urodę. Wyrywać Piotrka, ubierać go będziesz na ulicy, stąd trzeba wiać!

obrugał jeszcze jakiegos policjanta, ktory nie bardzo chciał przepuścić i wciskał kity na temat tego, którędy da sie jeszcze jechać - ale sie udało, przedarł sie przez kordon.

potem jeszcze nerwowe spoglądanie za okno - lało od czwartku w sobotę też, ale tak okoo 11 zrobiło sie wreszcie ładnie i tak im zostało.

Pod kościołem kolejna nerwówka - panna młoda jechała osobno, z domu rodziców, jakieś 60 kilometrów dalej - i ugrzężli w korku. Mieli być 12.30, a tu za pięć pierwsza, a jej nie ma...

Ale dotarła.

Ślub sie odbył, kościół piękny, gotycki (Młodszy ma fioła na punkcie średniowiecza, gotyku i okolic), zaprzyjaźnieni księża... Bezproblemowo.

Tylko na weselu jeszcze obsługa pomieszała przy stolikach i zamiast rozłożyć karteczki z nazwiskami według starannie opracowanego planu, porozkładali je jak leciało. Ale poprzesadzaliśmy sie jakoś i było dobrze.

Jest mnóstwo zdjęć - oprócz profesjonalnej fotografki z aparatem latał mój Małż i jeszcze jakiś wujek mojej (już) szwagierki.

Jeszcze na koniec, żeby nie było za dobrze, samochód nam spłatał figla.

Ponieważ cała impreza była na drugim końu Polski (brat wyniósł sie z Warszawy parę lat temu, twierdząc, że to miasto nie nadaje sie do życia), więc trzeba było dojechać. Wynajęliśmy z rodzicami mieszkanko na dwa dni i oni jechali tam w piątek z domu, a my - z urlopu pod Poznaniem. Potem nasz samochód - jako najmniejszy - stał nieużywany, kursy wszelakie były dwoma większymi - rodziców i brata. A w niedzielę  po spakowaniu betów okazało sie, ze akumulator sie rozładował i nie chce zapalić... Telefon po tatę (na szczęście był w okolicy), odpaliłam na kable, rodzice pojechali oddać klucze od mieszkania. Ruszyłam, dojechałam do skrzyżowania (czyli jakieś 50 metrów) i ... znowu zgasł.  Małż zepchnął na boczek, kolejny telefon... trzeba było poczekać, aż rodzice dojadą, potem kwadrans ładowania na kablach, ustalenie trasy - żeby wracali tą samą drogą po obiedzie z młodymi i teściami i w razie czego mogli poratować, albo chociaż zabrać Piotrka, gdyby kłopot był poważniejszy.

Na szczęście obyło sie bez dalszych niespodzianek. Pierwszy kawałek na autostradzie bardzo pomógł - bez hamowania, świateł, skrzyżowań, na wysokich obrotach akumulator przypomniał sobie do czego służy i juz dalej nie grymasił. Ale pietra miałam do samego domu....

Dzieciaki, dużo szczęścia wam życzę!

 

Korekta dwa dni później:

Doinformowane mnie, zę Panna młoda wcale nie ugrzęzła z takim zwykłym korku, nie to byłoby zbyt trywialne. Zostali zatrzymani  przez... czołgi.

Lekko przedwczesne rekonstrukcje z okazji pierwszego września akurat na trasie się odbywaly....

 

 

Młody ostatnio ogląda "Było sobie życie" na komputerze.

Efekty widać.

Dzisiejsza zabawa polegała na mobilizowaniu  zwierzątek do walki z bakteriami, paciorkowcami, wzywaniu limfocytów do obrony i makrofagów do posprzątania, podawaniu antybiotyków, jesli walka była ostra....

Używa tej terminologii całkiem sprawnie.

A, jeszcze jedno - ostatnio stwierdził, ze mu przybywa zwierząątek bardzo szybko, bo się dzielą. No to zapytałam, jak sie dzielą,o co chodzi. a on na mnie popatrzył i mówi:

- No jak to? o tak! - Machnął ręką i wydał komendę- Mitoza!

Musze poprosić mamę, żeby mu wytłumaczyła dokładnie mitozę, za jakiś czas sie dołoży mejozę i przed końcem przedszkola będzie miał przerobiony program biologii z podstawówki. (zwalam na mamę, bo ona biologii uczyła przez lata, a ja, wstyd sie przyznać, średnio to pamiętam....)

Biedni nauczyciele....

 

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

No dobra, czas sie zabrać za raportowanie ostatniego tygodnia, bo tyle tego, ze sie poplącze.

To znaczy, poplącze sie i tak, ale może trochę mniej.

Wątki główne są dwa:

  • wakacje pod Poznaniem
  • ślub mojego brata.

Wątek pierwszy:

Częściowo juz odnotowany, migawki wakacyjne były, aczkolwiek nie zawsze mi sie chciało wyciągać lapka. W końcu to były wakacje.

Do sukcesów należy zaliczyć kolejne dwie pary kolczyków (w tym jedna specjalnie na ślub młodszego), oraz wypad na basen, po którym Piotrek NIE DOSTAŁ gorączki. Czyli to jednak była kwestia placówki a nie pływania w ogólności, co nas niezmiernie cieszy.

Jako sie rzekło już wcześniej, mieliśmy w planach koncert Jacka Kowalskiego. Postanowiłam powkurzać braciszka, który Jacka zna i lubi, i powiedzieć mu o koncercie, na którym na pewno nie będzie. A ten drań, zamiast sie zdenerwować, stwierdził, że umówił się z Jackiem na kolację!!!! Ale zostało mu wybaczone, bo zabrał na ze sobą....

POza tym - piękna puszcza, cisza, spokój, sympatyczni gospodarze. Czyli wszystko, czego nam było trzeba.

Wątek drugi  - rozrywkowy nieco, ale zakończony pomyślnym finałem, który moża podsumować krótko:

Wydano z magazynu!

Ale o tym następnym razem, bo chwilowo muszę sie zająć czymś innym, a niestety nie potrafie sie rozdwoić. Jakby ktoś posiadł tę sztukę, to poprosze o informację, bardzo ułatwiłoby mi to życie :)

 

niedziela, 29 sierpnia 2010

zmęczeni, pełni wrażeń - bedzie co opisywac.

Ale nie dziś. Na razie sygnał, ze wróciłam do świata, a teraz prysznic i spać - nareszcie we własnym łóżku....

wtorek, 24 sierpnia 2010

urlop był nam potrzebny.

Zmęczeni byliśmy solidnie, zwłaszcza Małż.

postanowiliśmy sie pobratać z naturą - wyjechaliśmy do lasu, gdzie cywilizacja zbytnio nie przeszkadza. Jest w stopniu wystarczająym (prysznic z ciepłą wodą), ale nie nachalnym.

Co ułatwia Małżowi relaks :

 

W sumie jak psu nie przeszkadza takie wykorzystanie miski, to mi tym bardziej....

jestem sfrustrowana i zła. Coraz bardziej zła.

Wyjechałam na wakacje. Jestem w lesie. Przepięknej puszczy zresztą. Pogoda super - ciepło, mokro. Grzybów od cholery.

Głównie muchomory, surojadki i inne, ogólnie zwane przez nas psiankami albo betkami.

trafiaja sie też takie :

 

Wygląda pięknie, jest ich dużo.

I ma jedną drobną wadę. To jest borowik szatan.

 

Z jadalnych mamy na koncie dwa prawdziwki i trzy podgrzybki, oraz garsteczkę kurek.

 

Rozmowa wychowawcza z potomkiem na temat szeptania w towarzystwie, przerywania i pokrzykiwania. Spokojnie, ciepło, bez stresu.

Młody wysłuchał, zawinął się na pięcie i poszedł do łazienki. Zamykając za sobą drzwi odwrócił sie na pięcie i gorzko powiedział:

- Zraniliście mnie.

Hm.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Wczoraj zgodnie z zapowiedzią w planie był zamek w Kórniku i koncert Jacka Kowalskiego.

W Kórniku przemyślnie ustalona kolejność zwiedzania była następująca: najpierw arboretum – tam jest dużo przestrzeni, samolot Piotrek może  solidnie polatać. Potem zamek – ciekawszy dla nas niż dla niego, więc może wytrzyma, jeśli się wcześniej upuści nadmiar energii. Na koniec znowu arboretum i plac zabaw – niech ma w nagrodę za nudy zamkowe.

Generalnie zadziałało. Co prawda w zamku zaczął marudzić wcześniej, niż się spodziewałam, ale jakoś się go udało upilnować, pokazując czasem jakiś ciekawy drobiazg – a to kolekcje muszli (ja mam większą, chociaż tam jest parę takich rzeczy, które bym z chęcią gwizdnęła – na przykład tridacna gigas) a to świetlik w wejściu głównym, który kiedyś pełnił rolę judasza – wjeżdżały ta powozy i jak się goście nie spodobali, to gospodarze mogli sprawić im gorące przyjęcie całkiem dosłownie – albo inną niespodziankę.

 

Po Kórniku pojechaliśmy do Poznania na koncert. Po drodze postanowiliśmy coś zjeść na rynku się trafiło miejsce, które nie zwalało cenami z nóg. Zamówiliśmy sobie po porcji i po chwili Piotrek był już cały w czerwonym sosie. Małż zaczął go szorować przy pomocy chustki i wody z butelki. Butelka niestety stała sobie na stole niezakręcona….

W efekcie po chwili byłam mokra jak szczur. A za godzinę mieliśmy być na koncercie .Na szczęcie miałam spódnicę w samochodzie  - uznaliśmy, ze do fary to niekoniecznie w krótkich portkach i zabraliśmy zestaw przebieralny – czyli długie spodnie dla panów i kiecka dla mnie. Tylko jeszcze ta mokra bluzka…

W efekcie zarobiłam nową bluzkę przebrałam się  i zaczęło mi być nieco mniej zimno….

Koncert był fajny, Piotrek poszedł się pobawić z dziećmi Jacka a my mogliśmy posłuchać i pośpiewać.

Dzisiaj w ramach atrakcji popatrzył z góry na katedrę poznańską, zamek w Rogalinie, katedrę gnieźnieńską,  dwór w Koszutach, operę poznańską, rynek w Pobiedziskach i parę innych ciekawostek.

Potem pojechaliśmy do Poznania – ponieważ tu w nocy lało jak z cebra, łażenie po lesie było jakby niezbyt przyjemne, wszystko mokre i trzeba było zmienić plany.

A tam dokonałam miłego odkrycia – sandały, które w Warszawie kupiłam na wyprzedaży za 95 złociszy,  w Poznaniu, również w ramach wyprzedaży, kosztowały 149. A mówią, ze Warszawa to najdroższe miasto w Polsce.

 

Z ostatniej chwili:

Siedzimy sobie w domku, mały bryka na dworze. Nagle wpada z rozpromienioną mordką, po prostu pełnia szczęścia.

- Rodzice, pani Lidka (nasza gospodyni) się do mnie uśmiechnęła!!! Z daleka!!!

Kurczę, spodziewałabym się takiej reakcji u podrastającego nastolatka, a Piotrek nie ma czterech!!!!

 

niedziela, 22 sierpnia 2010

Śpimy na wakacjach jak susły. Po 10-11 godzin.

Problem w tym, że Piotrek sie budzi natychmiast, a my nieco wolniej.

Dziś też - młody wyskoczył z łóżka, zawrzasnął:

- Wstawać, leniuchy!!!

My nie byliśmy tak szybcy, synek dostał zestaw gardwroby i sio na dwór, zwłaszcza, ze w pokoju za ścianą mieszka chłopiec niewiele starszy.

pozbywszy sie potomka chcieliśmy wykorzystac chwikę i sie jeszcze przytulić, bo inaczej nie ma możliwości - pokoik malęńki, a wieczorem jak dzieć zaśnie, to nas też scina z nóg.

Nic z teo. Po chwili rozległ się z dworu ryk:

- Rodzice, wstawajcie!!!!

i po chwili, bo nie było widać efektu:

- Jasiu, choc pomóc obudzić moich rodziców!!!!!!

No nie, tego to już za wiele. Wylazłam z łóżka, wytlumaczyłam dzieciom, zę wstaniemy bez ich pomocy i na wszelki wypadek zamknęłam za nimi drzwi na klucz. Jeszcze by Piotrek wlazł (oczywiście nie zamykając drzwi, bo po co) w trakcie moich kursów do łazieki. Kursy liczne, bo łazeinka malutka, wiec większość utensyliów trzymam poza nią - i stale o czymś zapominam.

Dzieci zajęły sie sobą. Piotrek postanowił sie pochwalić Jasiowi i za oknem rozbrzmiała triumfalna pieśń:

- mam pięknego pająka na oknie, mam pięknego pająka na oknie!- Zdaje się, zę lekko szokująca dla Jasia, który najwyraźniej pająków sie boi.

 

To dopiero początek dnia, zobaczymy, co dalej :)

 

sobota, 21 sierpnia 2010

Nareszice udało sie wyrwać. na tydzień (taki przedłużony  o weekend), ale zawsze coś.

Psa zabraliśmy, kot został - czyli menażeria ma to, co lubi. Dzieć zmachany - i o to chodziło. Przed chwilą zapakowany do łóżka zapowiedział twardo, ze nie będzie spać, dopóki my nie będziemy w piżamkach - nie ma sprawy. Przerabiałam to juz nie raz - prosze bardzo, ale jeden warunek - nie wolno gadać. Po dwóch minutach leżenia i nie gadania oczka sie zamykają.....

Dzisiaj pojechaliśmy do Poznania - panowie przejechali sie Maltanką, a ja przestawiłam samochód i zebrałam ich na drugim końcu. Mieliśmy jeszcze chęć na Termy, ale okazało się, ze na razie pęknie prezentują sie w interncie, a całykompleks zostanie zbudowany dopiero za rok (jesli nie będzie obsuwu). Więc nie poszliśmy na basen.

Pies też zmęczony, poszliśmy z nią na długi spacer do lasu. Widać, zę to miejskie zwierzę, taka mnogość nowych zapachów połączona z ograniczoną widocznością i pies głupieje.

Jutro koncert Jacka Kowalskiego i  - przynajmniej na razie - wycieczka do Kórnika.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

mama wyjechała na babski sabat do kuzynki. W sumie miały tam byc we trzy, polazić po sklepach , poplotkowć i tak dalej.

Dziś rano zadzonił tata z prośbą, żeby wyprowadzić Gardę w ciągu dnia, jak on bedzie w pracy. Nie ma sprawy. Zabrałam Piotrka i Agrafkę (czyli nasza psicę), pojechaliśmy.

Na spacerze było trochę niewygodnie, ruchliwy dzieciak, dwa psy, z czego jeden duży stosujący bierny opór, bo nie ma ukochanej pani, a drugi ciągnący we wszystkich możliwych kierunkach. Jakoś sobie poradziłam.

W drodze powrotnej pozbieraliśmy jeszcze Małża z przystanku.

Wracamy do domu, ja narzekam na temperaturę, rozmawiamy o terminie powrotu mamy i szczególach technicznych zebrania jej z dworca.

Małżon  pyta:

- Baby pewnie też nie chciały chodzić?

Trochę sie zdziwiłam, co on tak nieuprzejmie o teściowej i jej stryjecznych siostrach, ale nic.

- nie, odpuściły zwiedzanie i sklepy, plotkują sobie. U Kuki są bardzo wygodne fotele, to im dobrze.

Skorupiak popatrzył na mnie ze zdumieniem:

- Ale ja miałem na myśli psy!!!!!

Ups.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Wcięło mi pół wpisu, szlag by to trafił.

Skołowani upałem próbowaliśmy jakoś przetrwać - i trafiliśmy w TV na Lassie. Zawsze bardzo lubiłam tę książkę. Tu załapaliśmy sie gdzieś od środka - ale widok collie równym truchtem przemirzającego wrzosowiska, wzgórza, rzeki i miasta jest nie do pomylenia z czymkolwiek innym.

Zalegliśmy sobie więc we trójkę racząc sie tym kinem familijnym.

Ja sie troche martwilam, bo pamiętała, że był jakiś taki wątek o tym, jak wilk czy inny drapieżnik poturbował Lassie - nie wiedziałam, jak Piotrek to zniesie.

Okazało sie, ze jak zwykle martwiłam się nie o to, o co było trzeba.

Kompletnie zapomniałam o innym watku - wedrownego kuglarza (w książce to chyba był sprzedawca garnków i innej starzyzny) podróżującego w towarzystwie niewielkiego psiaka. Lassie przyłączyła sie do nich. Którejś nocy dwóch bandziorów postanowiło uwolnić go od ciężaru pieniędzy. Celu nie osiągnęłi, ale zabili tego pieska. I tu sie zaczął problem.

Piotrek juz do końca filmu popłakiwał, że to nie do zniesienia, że pieska zabili. Małż usiłował odwrócić jego uwagę, pokazać, ze Lassie dotarła do domu, że udało jej sie odnaleźć swojego kochanego Joego - na nic.

Zasnął spłakany, spocony, wtulony we mnie.

To było dla mnie trudne. Pozwolić mu przepłakać ten ból, wyrzucić go z siebie -  w końcu i tak zobaczył tę scenę, tego już nie mogłam cofnąć. Więc mogłam tylko być przy nim, tulić, głaskać... Pozwolić wypłakać ten ból, strach, żal i bunt.

Ale uważam, że to było ważne. W końcu kiedyś się zetknie ze śmiercią - nasze zwierzaki nie będą żyć wiecznie, podobnie jak nasi bliscy. Mogę sie przeciwko temu buntować, mogę sie z tym pogodzić i jak najlepiej przygotować Piotrka, żeby  - jak już ten czas nadejdzie - umiał sobie poradzić z własnymi uczuciami.

Piotrek mógł zobaczyć, że ból nie trwa wiecznie. Że z kimś bliskim łatwiej go przejść. Że jest w stanie go przetrwać. Że to go nie załamie.

Oczywiście żadnej z tych rzeczy sobie nie uświadamia - bo też nie ma takiej potrzeby. Ale one gdzieś tam głęboko są.

Czekają na odpowedni moment, żeby wykiełkowac.

 

 

Mózg mi sie lasuje, myslenie wysiadło juz dawno, najchętniej bym po prostu przestawiła sie na nocny tryb życia. Niestety sie nie da. Piotrek zdecydowanie domaga sie mojej uwagi, czasu, towarzystwa. I jakoś nie uwzględnia tego, że matka padnięta jest i rozcieknięta w tym upale. Co chwila pada pytanie "mama, c robimy?" albo  "mama, chodźmy sie poruszać" albo wreszcie, najbardziej znienawidzone "No wstawajcie leniuszki, ruchy, ruchy!"

Mam ochotę go wtedy zamordować.

A jutro bedzie gorzej - już nie ma przedszkola, do którego matka mogłaby wysłać potomka i spokojnie dogorywać. trzeba będzie sie nim zająć samodzielnie.... W planach była wyprawa do ZOO, ale jakoś sie obawiam przy tej pogodzie.

Chyba pozostanie nam zrobienie porządków w piwnicy. Robota  czeka, a tam przynajmniej chłodno......

Byle do wyjazdu....

czwartek, 12 sierpnia 2010

Wracaliśmy wczoraj z placu zabaw. Piotrek, jak to on, pobiegł. Ponieważ juz było blisko i bez samochodów po drodze, pozwoliłam mu popędzić pod klatkę schodową nie czekając na mamę, która jeszcze gadała.

Spotkaliśmy sie na miejscu, wszystko w porządku.

A dziś spotykam sasiadkę. Pani Ania mówi, ze widziała wczoraj Piotrka pod klatką samego, więc sie zaniepokoiła i zapytała, gdzie mama. A ten mały huncwot odpowiedział:

- Mama się tam ślimaczy jak ślimak!

ja ci dam ślimaka, synu, zwłaszcza, jak czegoś będziesz ode mnie chciał :)

Fanatycy domagali sie upamiętnienia - dostali. Jest tablica. Pani Gosiewska nr 2 nazywa ją "jakąś tam tablicą"

Mało im. Ma byc pomnik. Im większy, tym lepszy.Najlepiej piramida, koniecznie większa od Piramidy Cheopsa.

Terroryści pod Pałacu żądają "godnego upamiętnienia", coś tam było o "osobach z cywilizacji i kultury łacińskiej", i inne takie. Pultają sie o brak poszanowania dla pracy ludzi, którzy szykowali projekt pomnika, o, ktoś właśnie wspomniał, że powinny sie wypowiedzieć rodziny ofiar. Czyli sami przyznają, ze rodziny nie mają z nimi  nic wspólnego.

Żenada, kompromitacja i dno.

 

"Bo żywy student  to jest kłopot dziki.

A my Polacy - my lubim pomniki..."

KIG miał rację.

środa, 11 sierpnia 2010

Awantura pod krzyżem sie dalej kręci. Manifestacje, kontrmanifestacje, pewien prawnik zamierza pozwać Kancelarie Prezydenta żeby sąd zadecydowął, co ma sie stać z krzyżem. Kancelara mówi o przeniesieniu pod koniec września, HGW jest na urlope i sie nie wypowiada, hierarchia kościelna umywa ręce.

A mnie nadal krew zalewa.

Nie znosze głupoty i bezmyslności, zawsze sie wkurzam, jak widzę, zę ktoś, kto chce osiągnąć cel X podejmuje działania, które najkrócej można określić jako strzał w stopę. Nawet, jeśli ten cel X uważam za absurdalny, szkodliwy i tak dalej. Mogę sie wtedy cieszyć, że nie uda im sie tego celu zrealizować i nie zaszkodzą komuś czy czemuś, ale i tak mnie to drażni. Tak mam i już.

Tutaj jest to samo.

Osobiście uważam, ze krzyż powinien zniknąć z Krakowskiego tak szybko,  jak sie da.

"Obrońcy" uważają, ze broniąc krzyża bronią wiary, Kościoła, Chrystusa i pamięci Lecha Kaczyńskiego.

Zaczynając od końca. Pamięć LK - owszem, upamiętniają go. Światowe media też informują o tym cyrku pod Pałacem - siłą rzeczy wspominając o LK, ale podają to jako kuriozum, kabaret i dowód na głupotę Polaków. Powstaje coraz więcej kawałów na jego temat, krążą wysyłane smsami, w sieci, opowiadane przy piwie. Nie wiem, czy o taką pamięć chodziło....

Obrona Chrystusa? Cóż, Patrząc na pełne nienawiści twarze, słuchając gniewnych, agresywnych słów ja tego Chrystusa tam nie widzę. Przykazanie miłości jest tym ludziom obce.

Obrona Kościoła i wiary? Przecież to przedstawiciele Kościoła brali udział w ustaleniach, co zrobić z tym krzyżem, mieli brać udział w przeniesieniu - i zostali zwyzywani od ubeków. Jakaś już kompletnie nawiedzona kobieta wywrzeszczała wręcz, że "kościół to nie jest miejsce dla krzyża". Co więcej, ci ludzie chyba nie zdają sobie sprawy, ze swoimi działaniami przyspieszają o wiele lat proces odchodzenia ludzi od Kościoła. Bo jest coraz więcej osób, którym zwyczajnie wstyd przynależeć do tej samej instytucji co ci fanatycy. Coraz więcej takich, którzy sie wkurzą na tyle, że dokonają aktu apostazji. Takich, którzy cały ten cyrk potraktują jako kolejny dowód na to, co od dawna mówili - że Kościół to banda nawiedzonych psychopatów, fanatyków, albo przynajmniej świrów, którzy wierzą w to, że dwie deski mają jakiekolwiek znaczenie, a kiedyś dawno temu jakiś czubek chodził po wodzie. Brzmi nieprzyjemnie, prawda? Ale takie właśnie opinie krążą a histeria pod Pałacem je umacnia.

Ogólnie szlag mnie już trafia na to wszystko. Przykro mi, ale tu należałoby zadziałać stanowczo, zwłaszcza, ze polityka stosowana przez Kancelarię Prezydenta - szukanie kompromisu - nie ma szans w starciu z fanatykami. Dla nich jedyny kompromis polega na całkowitym dostosowaniu sie do ich wymagań, nic poniżej ich nie usatysfakcjonuje.

Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy negocjować z terrorystami. A tym bardziej stosować sie do ich żądań. Państwo jest dla wszystkich, nie tylko katolików. A ci ludzie przypominają mi faryzeuszy - bardzo dużo krzyczą o Bogu, ale w ich postawach Go jakoś nie widać....

 

niedziela, 08 sierpnia 2010

Uczenia matki porządku ciąg dalszy.

Posprzątałam (prawie) biurko. Małż popatrzył na biurko, popatrzył na mnie. Siegnął do szuflady po suszarke do włosów. NIc z tego, zaklinowała sie. Warknął coś gniewnie, po czym zerknął na Pietruszka i mało wychowawczo pyta:

- Piotrek, mama tak ładnie posprzatała biurko, co jej kupimy, jak posprząta szuflady w szafce?

A mały szybciutko odpowiedział:

- Mama, ty sobie sama wybierz, co chcesz, żebyśmy ci kupili jak posprzątasz szuflady!!!!

To ja chcę domek w Prowansji.

 

 

Piotrek bawi się bawi na balkonie.

Nagle słychać rozpaczliwe wołanie:

- Mama, chodź!

Brzmiało groźnie, wiec popędziłam, depcząc po drodze psa.

- Co się stało, Pietruszko?

- Zobacz, nie ma mojego pająka z pajęczyny! A on jest taki śliczny!....

Zdębiałam. Po pierwsze, Piotrek dotąd raczej na widok pająka sie wzdrygał i otrząsał niczym mokry kot. Po drugie, nie liczyłam na to, że udało mi sie nie przekazać mu mojej awersji do tych kosmatonogich stworzeń. Nie lubię ich i tyle. Co nie znaczy, ze wrzeszczę, jak takiego zobaczę i wzywam męża na pomoc. Przeciwnie, u nas to ja eksmituję tego typu dzikich lokatorów (no, do pewnych granic, do takiego powyżej 4-5 cm to już sie nie zbliżę).

W każdym razie, starałam sie nauczyć Piotrka, ze wszystkie zwierzaki mają prawo do życia, że nie należy ich zabijać tylko dlatego, ze dla mnie są brzydkie. (Nie dotyczy komarów).

I chyba mi sie to udało.

sobota, 07 sierpnia 2010

jedziemy z Pietruszką samochodem.

Przed nami na pasach przechodzi dziewczyna w ładnej sukience. Młody popatrzyl na nią, popatrzył na mnie i zaproponpwał:

- Mama, zobacz, jaka ładna sukienka. Jak chcesz, to ci taką kupimy z tatą.

Mama sie ucieszyła, bo sukienka jej się bardzo podobała. Ale okazało się, ze nic darmo.

- Ale musisz najpierw posprzatac bałagan na biurku - powiedziało wyrodne dzieko.

Mamę zatchnło. Jak odzyskała dech, zadzwoniła do taty, poinformować go o obietnicy uczynionej - jakby nie było - rónież w jego imieniu. Poza tym, dlaczego tylko mnie ma zatykać, nie będę Małżowi żałować takich atrakcji.

A teraz biorę się za sprzątanie biurka.

 

piątek, 06 sierpnia 2010

Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.

Tak mi sie przypomniał ten cytat z wieszcza w kontekście nieobecności Jarkacza podczas zaprzysiężęnia prezydenta, demonstracyjnego zachowania Kempy podczas orędzia i równie demonstracyjnej żałoby obecnych posłów PISu. Jak mieli odwagę zrobić coś takiego, to mogliby juz sie nie tłumaczyć w sposób tak żenujący, ze to po ofiarach katasrofy. Jakby nosili tę żałobę tak samo przez ostatnie cztery miesiące, to może bym uwierzyła...

I jeszcze jeden cytat, tym razem chybaOscar  Wilde:

Dobre maniery to umiejętność znoszenia złych manier innych.


czwartek, 05 sierpnia 2010

Wieczorne rytuały.

Podział ról, mama umyła i utuliła na kolankach, to tata powinien czytać. Piotrek usiłuje wynegocjować, zeby mama jeszcze została:

- To może mama troche poczyta i tata trochę - próbuje.

Mama jest oporna.

- Tata będzie czytał, a mama posłucha - szuka mozliwości.

Nic z tego.

- Mama poczyta, a tata bedzie przewracał kartki - wymyślil w końcu nasz synek.

Cóż... czy to oznacza, ze tylko na tyle ocenia umiejętność czytania tatusia?

Naszło mnie i postanowiłam sobie polakierować paznokcie.

Rzadko mi sie zdarza, bo jestem niecierpliwa i zanim mi lakier dobrze zaschnie, to zwykle wsadzę w coś rękę i wszystko rozmażę.

W drodze powrotenj z przedszkola mlody popatrzył namnie z uznaniem:

- Mama, jak ty ładnie wyglądasz, pmalowałaś ręce! Szkoda, zę nie na kolorowo.

- Jak to nie na kolorowo? - lakier był błękitny.

- To nie jest kolorowo, ja ci wybiorę w domu lakier.

No dobra, zwłaszcza ze ten miał sliczny kolor, ale po dwóch godzinach nadal sie mazał.

Piotrek wybrał mi lakier w kolorze fuksji. Małż zawył boleściwie, bo on na różowe ma uczulenie. Ale trudno Bedzie fuksja.

Konwersacja się toczy niczym górski potok, synek w pewnym momencie pouczył rodziciela:

- Tata, ty nie malujesz paznokci, panowie tego nie robią, bo byś wyglądał jak kobieta!!!

Święta prawda, aczkolwiek trochę nas zatchnęło.

A Synek popatrzył i rzekł z potępieniem:

- Czy wy jesteście żaby w occie, żeby się tak śmiać????

Nie ma co, fantazję facet ma. tylko skąd on wziął te żaby w occie?

 

 

wtorek, 03 sierpnia 2010

"młoda goła pani pije ze sedesu filmy"

"kot jadł i zaczłął toczyc pianę z pyska"

"zła czarownica z północy kreskówka"

 

Ja nie bredzę, ani sie nie schlałam.

To są najlepsze kwiatki z listy słów kluczowych, po których ktoś trafił do mnie na bloga.

Czy ktoś z tego coś rozumie? Bo ja na pewno nie.

Jak patrzyłam na to, co działo sie przed Pałacem Prezydenckim, to zrobiło mi sie strasznie smutno. A potem, po informacji, źe krzyż dziś nie zostanie przeniesiony, przypomniał mi sie taki kawałek literacki, być może znany niektórym z tych "obrońców":

Potem dwie nierządnice przyszły do króla i stanęły przed nim.  Jedna z kobiet powiedziała: Litości, panie mój! Ja i ta kobieta mieszkamy w jednym domu. Ja porodziłam, kiedy ona była w domu. A trzeciego dnia po moim porodzie ta kobieta również porodziła. Byłyśmy razem. Nikogo innego z nami w domu nie było, tylko my obydwie.  Syn tej kobiety zmarł w nocy, bo położyła się na nim. Wtedy pośród nocy wstała i zabrała mojego syna od mego boku, kiedy twoja służebnica spała, i przyłożyła go do swoich piersi, położywszy przy mnie swego syna zmarłego. Kiedy rano wstałam, aby nakarmić mojego syna, patrzę, a oto on martwy! Gdy mu się przyjrzałam przy świetle, rozpoznałam, że to nie był mój syn, którego urodziłam. Na to odparła druga kobieta: Wcale nie, bo mój syn żyje, a twój syn zmarł. Tamta zaś mówi: Właśnie że nie, bo twój syn zmarł, a mój syn żyje. I tak wykrzykiwały wobec króla.  Wówczas król powiedział: Ta mówi: To mój syn żyje, a twój syn zmarł; tamta zaś mówi: Nie, bo twój syn zmarł, a mój syn żyje. Następnie król rzekł: Przynieście mi miecz! Niebawem przyniesiono miecz królowi. A wtedy król rozkazał: Rozetnijcie to żywe dziecko na dwoje i dajcie połowę jednej i połowę drugiej!  Wówczas kobietę, której syn był żywy, zdjęła litość nad swoim synem i zawołała: Litości, panie mój! Niech dadzą jej dziecko żywe, abyście tylko go nie zabijali! Tamta zaś mówiła: Niech nie będzie ani moje, ani twoje! Rozetnijcie!  Na to król zabrał głos i powiedział: Dajcie tamtej to żywe dziecko i nie zabijajcie go! Ona jest jego matką.

Ciekawe, czemu mi sie tak skojarzyło....

To jeszcze jeden kwiatek studencki.

Egzamin z psychometrii. Miał być testowy, jak co roku.

Oczywiście materiały krążą, również testy z poprzedniego roku, które jakoś "wyciekły".

jakiś geniusz nie umiejąc samodzielnie rozwiązać zadań ( w domu z zeszytem, podręcznikami i wszelkimi pomocami) poszedł do profesora po pomoc z testem w łapce.

No i tu sie zaczęło...

Profesor Sosnowski załatwiał sprawę "na leniwca" - co roku dawał ten sam test...

Nieświadomi rzeczy przyszliśmy na egzamin, a profesor zebrał nas w auli i poinformował o w/w faktach. I zapowiedział, że w związku z tym nas wszystkich przepyta. 150 osób...

Jak tylko skończyl to zdanie, to wymierzyłam sójkę w żebra koleżanek i popędziłyśmy pod gabinet.

Dzięki temu weszłyśmy jako pierwsze. Zdałyśmy bez problemu.

Obawiam sie, zę po paru godzinach nerwówki w ciasnym i dusznym korytarzu mogloby byc inaczej....

 

 

 
1 , 2