O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 31 lipca 2016

Pietruszek wrócił z obozu.

Jak ja się za nim stęskniłam! Ale nie robiłam obciachu wydzwaniając ani szlochając przy autokarze ;)

czwartek, 28 lipca 2016

Siedzę w poczekalni do lekarza. Długo, nudno - standard. 

Dialog obok:

-Ja to, proszę pani, trzy lata byłem w Grecji....

- To miał pan okazję obejrzeć piramidy i Kleopatrę -= wykrzyknęła z podziwem sąsiadka.

 

Kurtyna

piątek, 15 lipca 2016

Pojeździłam sobie dzisiaj na kółeczku!!!!

Po raz pierwszy jechałam GDZIEŚ a nie przed siebie, byle jechać, a jak nie dojadę to co z tego. Tym razem wybrałam się do rodziców - oczywiście z metrem po drodze, nie dałabym rady tej trasy w całości przejechać, a i nie wiem, czy starczyłoby mi baterii, w końcu ważę więcej niż Piotrek.

Zadowolona jestem bardzo, chyba przestanę już się tak opatulać przeciwwywrotnie, bo nieźle opanowałam zeskakiwanie z kółka, jak zaczyna mi uciekać. Nie będzie mi tak koszmarnie gorąco. Kask i ochraniacze na nadgarstki może jeszcze zostawię na jakiś czas, ale kurtka i owijki na nogi - do szuflady!!!!

Fajne, jak gapią się za mną faceci młodsi ode mnie o połowę. Mam co prawda pełną świadomość, że to nie z zachwytu nad mą delikatną i eteryczna urodą tylko zainteresowanie kółkiem, ale i tak fajnie jest :).

A jeszcze dostałam od taty wyciąganą rączkę, tak że nie musze nosić kółka w garści po schodach czy w metrze, tylko jedzie samo niczym walizka na kółkach.

Żyć nie umierać! I jeździć!

Kocham czereśnie. Mogę je jeść na wiadra.

Skorupiak od lat wieszczył ponuro, że mi w końcu zaszkodzą - pewnie sam chciał zjeść. Chociaż nie, on preferuje wiśnie, za którymi ja nie przepadam.

I wykrakał.

Wczoraj na pestce straciłam po raz kolejny ten sam ząb. Już był ileś razy łatany, po raz pierwszy dał o sobie znać na miesiąc przed urodzeniem Grzesia. Wizyta na fotelu dentystycznym  w dwupaku z wierzgającym Potomkiem w środku to atrakcja niezwykle specyficzna i raczej jej nie polecam.

Potem poleciało mi pół tego łatania poprzedniego tuż przed świętami  BN. Zaklajstrowane.

Teraz poszło właściwie wszystko, złamał się drań poniżej dziąsła. A do tego jest nadal żywy.  Podobno to się rzadko zdarza, żeby żywy ząb tak się złamał.

Chyba odziedziczyłam po Rodzicielce jej talent wo wyrafinowanych pomysłów medycznych...

niedziela, 10 lipca 2016

Grzechot wyzdrowiał, po pięciu dniach z temperaturą w okolicach 40 stopni. Jutro ma pójść do przedszkola.

 W związku z powyższym właśnie wylało się z niego sporo paskudnej brązowej brei. Nie mam pojęcia, po czym, bo żadnych odgrzewanych wczorajszych czy przedwczorajszych obiadków nie było.

Załamka.

wtorek, 05 lipca 2016

No właśnie.

Już się cieszyłam, że będę miała trochę wolności, Grzechotek w pracowym przedszkolu wakacyjnym u mojego taty, Piotrek na obozie, a ja będę mogła poszukać pracy, pójść na kijki czy na siłownię - zacząć jakoś żyć i robić cokolwiek poza kwoczeniem dzieciom.

Nic z tego. Grzesiek jest chory.

Zaczęło się w piątek, kiedy musiałam wrócić wcześniej z porządkowania cmentarza Żydowskiego, bo zaczął marudzić i skwierczeć. A potem już poszło, od tego czasu ma te prawie 40, trudno zbijalne i tylko na dwie -trzy godziny, potem znowu rośnie.

Jeśli potwierdzą się nasze podejrzenia, że to mononukleoza, to mam miesiąc z Grzesiem na karku jak w dziób dał. Albo więcej.

Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz Mu o swoich planach.

Musial się nieźle bawić.

Grzesiek ma obecnie 38,3. Celsjusza, czyli temperatura zdecydowanie za wysoka.

Brykał, robił brzuszki na moich kolanach, ganiał się z Piotrkiem, mieliśmy głupawkę potężną.

To była ta zdrowsza wersja Grzechotniczka.

Jak jest gorzej, to ma 39,7, siedzi albo leży wczepiony we mnie, skarży się, że boli go głowa. Nie je, dużo pije, nie chce się bawić, mimo że Pyton staje na głowie, żeby go rozweselić.

Najpierw podejrzewałam udar cieplny, ale to trwa już za długo, temperatura w okolicach czterdziestu stopni już piąty dzień.

Prawdopodobnie mononukleoza. Jutro badania i znowu do lekarza.

^%&^$$%^*#$%^#*#*#*. Cenzuralniej nie potrafię.

 

To już kiedyś było - to jak państwo z nim wytrzymujecie, jak jest zdrowy?

niedziela, 03 lipca 2016

Jarkacz znowu powiedział samą prawdę, chociaż chyba mu się wymsknęła nieco przypadkowo i natychmiast została skorygowana. Ale padło i poszło w eter:

- Nasze rządy będą przeciwieństwem rządów prawa! - ogłosił wszem i wobec.

Ja mam tylko jedną poprawkę, nie będą, ale już są. Poza tym wszystko się zgadza.

I tylko tak się zastanawiam, czemu on się tak tym chwali? No cóż, kiedyś już przyznał, że nikt mu nie wmówi, że czarne jest czarne a białe - białe. I konsekwentnie się tego trzyma. 

sobota, 02 lipca 2016

Postanowiłam wygospodarować parę godzin dla siebie. Akurat technicznie było to możliwe, chłopaki zaopiekowane (dzięki, tato!) - okazja jest, to łapać.

Warunkiem było to, żeby zajęcie nie istniało na żadnej liście spraw do załatwienia, zaległych, takich co to dobrze by było itp. Po prostu nigdzie.

Znalazłam.

Właśnie trwa akcja porządkowania Cmentarza Żydowskiego, potrzebują wolontariuszy. To poszłam. W piątek pół dnia robiłam za wyrwiklona, chociaż i parę samosiejek dębowych też wyrwałam. Jak coś już za żadne skarby nie dawało się wyrwać z korzeniami, to dostawało sekatorem w łeb. I na ognisko.

Wyglądało to niesamowicie: stary cmentarz - najstarsza część, z poprzewracanymi, zmurszałymi, zarośniętymi nagrobkami, a w środku tego ognisko. Coś trzeba było z tym zielskiem zrobić, ilość taka, że noszenie do bramy nie wchodziło w rachubę, a fajczyło się szybko. Jakiś taki ofiarny klimacik się zrobił :).

A przy okazji porcja gimnastyki i miłe poczucie, że zrobiłam coś dla innych. Nie dlatego, ze musiałam, ale WYŁĄCZNIE z własnej woli. Bardzo przyjemne zjawisko :)

 

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, tuż przed końcem roboty zadzwonił mi Piotrek - okazało się, że Grzegorz marudzi u Dużego w pracy i chyba najlepiej, jak ich zabiorę do domu. To zabrałam.

I słusznie, gdyż niestety Grzechota zwyczajnie znowu przygrzało. Nie dopilnowałam, żeby nosił czapkę (a on tego nie lubi i jak się gwoździkiem nie przybije, to nie nosi) i efekt wiadomy. Do tego on źle reaguje na wysoką temperaturę - widać było od samego początku, jak w lutym dwutygodniowy maluch darł mi się wniebogłosy, dopóki nie rozebrałam go do samego bodziaka - jeszcze skarpetki tolerował czasami, a tak poza tym- gołe nogi, krótki rękaw i dopiero wtedy da się żyć. W lutym!!!!

W rezultacie dziś Grzesiek ma przez cały dzień w okolicach 39 stopni, nie bardzo daje się to zbijać lekami, więc stale go przecieram wilgotną szmatką. Wczepiony w mamę, gorący jak piec - tylko o tym marzyłam, gdy na zewnątrz jest 35 stopni!!!

Na basen bym poszła.... Może się uda któregoś dnia...