O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

wtorek, 28 lipca 2015

Mam problem.

Nie mogę odróżnić spodni chłopaków. 

Czy to są długie portki Grześka czy bermudy Piotrka? Nie sądziłam, że tak wcześnie zaczną sie wymieniać ciuchami przy ponad sześcioletniej różnicy wieku....

poniedziałek, 27 lipca 2015

Kończą sie czereśnie. Kończy sie bób. Skończyły sie truskawki.

Do tego do resztek bobu i czereśni mam solidną konkurencję - zasmakowało Grześkowi....

I co ja teraz będę jeść?????

Udało mi sie wreszcie wyrwać wczoraj na kółko - w czasie tych wściekłych upałów nie ryzykowałam, zwłaszcza, że jednak jeżdżę w długich spodniach. Skuteczna a prosta ochrona przed podstawowymi obtarciami przy wywrotce, ale trochę za ciepło na to było.

Za to ostatnia jazda to była frajda - załapałam technikę zakręcania, już wiem, jak to się robi! Muszę jeszcze tylko nabrać wprawy, ale to pestka. 

Po raz pierwszy pojechałam na rundę po osiedlu, bez wspierającego płotu pod ręką. I działa! Jechałam sobie momentami nawet całkiem szybko i glebę zaliczyłam tylko raz, przy próbie podjazdu na krawężnik. Niski, ale i tak poleciałam solidnie, boli mnie kolano, nieco sobie nadciągnęłam ścięgna palców i mam dziś od rana eleganckie zawroty głowy. Potrząsnęłam sobie mózgiem, ani chybi, ale nie za bardzo. Przejdzie. Przynajmniej jest to sygnał, że mózg mam.

Do opanowania pozostaje jeszcze start bez płotu lub innego słupka podtrzymującego i ciasne zakręty - na razie mam jeszcze promień skrętu niedostosowany do ciasnych alejek. Nic to! Nauczę się :)

sobota, 25 lipca 2015

Grzechot kocha samoloty. Ogląda każdy lecący nad nami -  ale mamy szczęście mieszkając na Ursynowie w strefie podejścia! (czy jak tam to się mądrze nazywa.W każdym razie schodzą do lądowania nad nami.)

W związku z tym oczywistą oczywistością stały się systematyczne wizyty na tarasie widokowym na lotnisku. Parking za pół godziny - 4 PLN, więcej mały i tak nie wysiedzi. A frajdy nie da się wycenić.

Po remoncie jest o niebo lepiej - przede wszystkim są windy, nie trzeba się drapać po schodach. Do tego co kawałek na galerii schodki dla mniejszych, żeby też mogli coś widzieć, szyba lekko pochylona do przodu - można się wygodnie oprzeć, z głośników lecą odgłosy lotniska, ale jednak nie w pełnym natężeniu, więc słychać własne myśli i do tego nie ma możiwości, żeby jakieś bardziej przemyślne dziecię przelazło górą przez barierkę i zaczęło własną acz nieplanowaną karierę w lotnictwie.

W rezultacie  bywamy tam co drugi dzień. Mniej więcej na zmianę z wizytą w Łazienkach u wiewiórek.

środa, 22 lipca 2015

Poszliśmy sobie na wieczorny spacerek z psem. Trzeba było wyprowadzić psa i zmęczyć dziecko, żeby poszło spać bez dyskusji. 

Na fali wypraw do Łazienek ostatnio opowiadaliśmy małemu o jeżach, które można spotkać wieczorem. Zapalił się bardzo do tematu, pamiętał, że zwierzęta nie lubią jak  się krzyczy, więc szedł cichutko - et voila! spotkaliśmy jeża! Młody był, tegoroczny, jeszcze nieduży. Ale miał wszystko, co jeż mieć powinien, kolce, czarny nosek i w ogóle. 

Grzechot był zachwycony. My też - to, ile on zapamiętuje z naszych  pogaduszek o zwierzakach jest niesamowite. Jest to dużo lepsza lekcja przyrody niż nudne zakuwanie z podręcznika - porusza emocje, on to potem przeżywa tygodniami - tak jak spotkanie z sową.

Fajnie jest.

Zadzwonił mi telefon. Zbladłam, widząc numer osoby z kadry obozu Piotrka - coś sie stało? Pojechał nieco poharatany, bo sie wywalił na kółku, obtarty bok ma solidnie, coś jeszcze?

Okazało się, że nic. Po protu trenerzy mieli dość rodziców wydzwaniających co chwila i najpierw po obiedzie wydali telefony dzieciakom, żeby zadzwoniły do domu, a potem ci którzy telefonów w ogóle nie wzięli (jak Piotrek) kazali zadzwonić z ich numerów (umowa , ze rodzice oddzwaniają). 

Pyton co prawda tłumaczył, że jego  rodzice na pewno nie będą dzwonić i zawracać głowy, ale  trener się uparł - to czemu nie. Pogadaliśmy sobie, pośmialiśmy się nieco z trenerskiej zapobiegliwości i tyle. 

Fajnie było tak niespodziewanie usłyszeć głos Pytonka!

wtorek, 21 lipca 2015

Któryś z kolei już wypad do Łazienek. podstawowe wyposażenie - słoiczek łuskanego  słonecznika i trochę chleba dla kaczek. Niechętnie je tym karmię, bo nie jest to dla nich zdrowe, ale łatwiej skanalizować Grześka.

Wczoraj - wiewiórki żarły z ręki (Grzesia również) jak oszalałe, sikorek nieco mniej,kaczki - śladowo. Słonecznika wcinają mandarynki, a tych było niewiele, nie to co w zeszłym tygodniu. Krzyżówki wolą chleb i nie spoufalają sie tak bardzo.

Dzisiaj wiewiórek kilka i to już raczej najedzonych, za to na ukochanej grzesiowej górce - raj. Sikorki w ilościach hurtowych, małe brązowe myszki - również. Myszy siedziały pod naszą ławką i żarły słonecznika na wyścigi, potem dwie duże zaczęły się kotłować o coś, a malutkie mysie dziecko jadło dalej, starając się tylko schodzić z drogi wściekłej kulce z dwoma ogonami. Do tego dwie wiewióry również pod ławką - wszystko na wyciągnięcie ręki. Grzesiek co prawda połowę słonecznika zjadał sam, ale i tak całe to towarzystwo dzielnie  karmił. 

Przyjemny dzień i taki prosty sposób na oswajanie dzieciaka ze światem przyrody - uczenie, że nie wolno się drzeć, bo nie przyjdą, trzeba siedzieć nieruchomo - bo uciekną, one się boją, przecież jesteś wiele razy większe niż taka sikorka, prawda? Nagroda natychmiastowa, jeśli ptak siądzie na ręku, więc wiadomo, po co człowiek się stara. A te delikatne wiewiórcze łapki z długimi paluszkami i ostrymi pazurkami, ogonki, które czasem są tylko cieniutkim sznurkiem obrośniętym futerkiem, kitki na uszach, które czasem są, a czasem nie ma... Pole do obserwacji genialne, można zobaczyć, że każda jest inna, każda to osobny charakter, inne stworzenie. 

Szkoda tylko, że nie miałam jak robić zdjęć, ale musiałam jeszcze Grzesiowi pomagać - wyprostować paluszki, potrzymać łapkę, żeby nie zabierał za szybko, jak sikora usiądzie. Już umie się cicho zachować, ale nadal poziom emocji jest niesamowity.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Piotrek pojechał wczoraj na obóz. Wraca dopiero 30. Potem trzy dni na  przepranie i następne dwa tygodnie poza domem. 

Wkurzał mnie ostatnio potwornie swoim nicnieróbstwem i wykłócaniem sie o wszystko, ale i tak brakuje Węża Starszego.

Grzesiek już zaczął tęsknić i dopytuje sie o bratka średnio pięć razy na godzinę. Nie wiem, co gorsze....

niedziela, 19 lipca 2015

... bez Czorta. Smutno, boli nadal. Brakuje czarnego kłębka zwiniętego na kolanach. Czasem widzę jego rudego kumpla - boli jeszcze bardziej. 

On wróci... choć może w innym futerku...

sobota, 18 lipca 2015

Gadamy sobie przy kolacji i bitwie pod Grunwaldem - dzisiaj była rekonstrukcja, mój brat jak zwykle tam walczył, temat jest, 

Zeszło nam na to, co kto śpiewał przed bitwą - wojska polskie, wiadomo - Bogurodzicę. A Krzyżacy?

- Z tego co pamiętam, to chyba Salve Regina - mówi Skorupiak.

- A co to jest Salwa Rekina? - zdumiał się Potomek Starszy...

Dziecię Starsze spakowane na jutrzejszy wyjazd. Nie może się doczekać.

Mama cała w strachu.

Nie, nie chodzi o to, jak sobie kochane maleństwo poradzi przez prawie dwa tygodnie bez mamusi. Skądże znowu. Mama się boi, jak ONA da sobie radę z Grześkiem, gdy nie będzie możliwości poproszenia Piotrka o zajęcie się na chwile małym potworem....

czwartek, 16 lipca 2015

Ostatnio sporo jeżdżę na hulajnodze. 

Wiadomo, że to sport jednostronny - prawa noga stoi, lewa odpycha, albo odwrotnie, ale każdy ma swój stały układ. Ja się odpycham lewą. Zawsze.

I teraz się zastanawiam, co jest lepsze (a może gorsze): mieć obwisły i za duży tyłek z obu stron, czy zgodny z powyższym opisem z jednej a jędrny i umięśniony z drugiej?

Uprzedzając dobre rady - próbowałam zmienić stronę. Se ne da, to znaczy na upartego da, ale jadę powoli i chwiejnie, a tu szybkość jest mi niezbędna do ścigania Gada Młodszego. On pędzi jak wiatr i nie ma z tym żadnych problemów.

Chociaż jak się nad tym dobrze zastanowić, to chyba jeszcze mam sporo czasu, zanim stanę przed takim dylematem.....

środa, 15 lipca 2015

Pytanie usypiającego 2,5-latka:

- Mama, co to są planety?

Następny astronom mi rośnie. I weź tu człowieku wytłumacz tak żeby zrozumiał, a równocześnie, żeby nie rozwinęła sie z tego dłuższa pogawędka, bo jednak pora późna i mały powinien dawno spać....

wtorek, 14 lipca 2015

Zabrałam dzisiaj moje zoo (plus mamę) do Łazienek. Zaopatrzeni w chleb, orzeszki i nasiona słonecznika pojechaliśmy szukać zwierzątek.

Nie trzeba było szukać daleko, kaczki, wiewiórki i sikorki były jak zawsze na posterunku. Do tego głodne, dziś było bardzo przyjemnie, bez upałów, to i tłumów nie było. 

Grzesiek był zachwycony, szybko zrozumiał, ze nie powinien hałasować i sie kręcić, bo żaden zwierzak do niego nie podejdzie. trochę trudniej było z podawaniem ziarenek na otwartej dłoni - paluszki jakoś mu sie zawsze zwijały... Tak czy inaczej udało się, był bardzo podekscytowany przy pierwszej wiewiórce, nie mówiąc o kolejnych. A jak potem doszły jeszcze kaczki mandarynki przekomicznie kłócące sie o prawo do jedzenia, i sikorki delikatnie siadające na małej łapce, to ekstaza była pełna.

Bardzo udany dzień. Nawet do wody wpadł tylko trochę, ledwo łokcie od kurtki miał mokre, wystarczyło ją zdjąć... :)

Wczoraj po raz kolejny z zaskoczeniem stwierdziłam, że czasy sie jednak zmieniają i to niekoniecznie na lepsze. Właściwie nie wiem, czemu byłam zdziwiona, ale byłam. Ot, stara a naiwna.

Jeździłam na piotrkowym kółku i udało mi się wywinąć solidnego orła. Na szczęście jechałam po piaszczystej wydeptanej ścieżce a nie po chodniku, bo mimo ochraniaczy i rękawiczek rowerowych byłabym podrapana i posiniaczona jeszcze bardziej niż jestem. Ale nic to, padłam, otrzepałam się i wstałam.

Całej scenie przyglądało się dwóch młodych ludzi  - na oko tak ze dwadzieścia lat. Wywaliłam się w odległości może pięciu metrów od nich, nie mieli możliwości przegapić tego łomotu. Gdy się pozbierałam, zobaczyłam, że przeszli jeszcze kawałek dalej, po czym zatrzymali się i z zainteresowaniem patrzyli w moją stronę - wstanie czy nie? Ale oczywiście nie było mowy o żadnym pytaniu czy nie potrzebuję pomocy, skądże znowu.... Na moje szczęście nie potrzebowałam. Jak wstałam, to sobie poszli. 

Czy to  ja jestem taka głupia, że lecę na pomoc całemu światu, zamiast dbać o własne interesy, czy jednak coś się pozmieniało od czasów mojej młodości?

Nogi w siniakach. Ręce też, zwłaszcza w okolicach łokci. Obolałe różne inne miejsca. Siniaków przybywa.

Tak właśnie wyglądam ostatnio.

Zapalczywych czytelników proszę jednak o zaniechanie krucjaty, przynajmniej do końca notki, i NIE podawanie do sądu Skorupiaka o znęcanie się nad rodziną. 

To nie przemoc.

To efekty nauki jazdy na monocyklu. Piotrek dostał, ale mi też się bardzo spodobało i się uczę. Na razie nie dorastam mu do pięt nawet - on już umie na jednej nodze pojechać, a ja zaczynam opanowywać trudną sztukę zakrętów. Z naciskiem na "zaczynam" i "trudną". I jeszcze zdarza mi sie wylądować na płocie, przy którym zaczynam rozgrzewkę. 

Wczoraj urozmaiciłam jeszcze trening efektownym orłem.

Sport to zdrowie, póki mama się nie dowie.

 

poniedziałek, 13 lipca 2015

Grzechot się zmartwił, ujrzawszy w piaskownicy foremki i grabki,ale bez łopatek.

Następnie zamiast się mazać, postanowił rozwiązać problem. Podszedł do pani, której z plecaka wystawały dwie łopatki i zapytał grzecznie:

- Mogę pożyczyć? - Pani się zgodziła i wręczyła mu jedną z nich. 

Po chwili jednak rozległ sie protest syna tej pani - bo to jego łopatka. No to Wąż mu ją oddał bez dyskusji. Pani wytłumaczyła jednak potomkowi, że jego jest ta druga, ta należy do chwilowo nieobecnego brata i w związku z tym Grzesiek może sie nią pobawić. Grzechot podziękował i poszedł kopać.

Po jakimś czasie właścicielka łopatki zaczęła się zbierać i poszła szukać Grześka - ja akurat gadałam przez telefon, ale zanim dotarłam, żeby w razie czego wytłumaczyć synkowi co trzeba, on z uśmiechem wręczył sprzęt, podziękował i pognał dalej się bawić. 

Żeby mu te maniery pozostały na dłużej... Na razie nie ma 2,5 lat (kwestia tygodnia), ale zachowuje się fantastycznie. Oczywiście jeśli chce..... :)

Prasa prawicowa z upodobaniem obrzuca obelgami myślących inaczej i nie przyjmuje do wiadomości, ze również w Boga można wierzyć inaczej niż oni. Jak inaczej, to źle i koniec, bo „moja racja jest bardziej mojsza niż twojsza”. I już, bo tak.

Jednym ze słów   pojawiających się w prawicowych publikacjach są „kryptokatolicy”. Niestety zdaje się, że nikt z tych Prawdziwych Katolików nie rozumie znaczenia tego słowa, jak również nie ma zwyczaju zaglądać do słownika.  Przedrostek „krypto-” oznacza że coś jest ukryte, jest, ale go nie widać, bo dla kamuflażu udaje coś innego.

Szkoda, że ci tak zwani patrioci nawet własnego języka dobrze nie znają. Coś tam czasem bredzą o polskojęzycznych mediach – ciekawe, jaki język był ich pierwszym, bo polski to raczej nie, sądząc po nieznajomości zasad….

W programie szkół był kiedyś przewidziany blok zajęć z ratownictwa, pierwszej pomocy i takich tam drobiazgów.

Dziś miałam okazję uciąć sobie pogawędkę z lekarzem z pogotowia.  Dowiedziałam się, ze jak już zmodyfikowano rozsądnie program i zamiast opowiadać o zagrożeniu wybuchem radioaktywnym (koniku władz minionej epoki),  i wstawili tam pierwszą pomoc, postępowanie w najbardziej typowych przypadkach (zasłabnięcie, padaczka, śpiączka  insulinowa, urazy) oraz postępowanie w razie katastrof, to trzeba było zrobić miejsce na inne zajęcia i cały ten  temat poleciał w kosmos jako mniej potrzebny.

Zgadnijcie, na co zostały przeznaczone godziny uwolnione (między innymi) w ten sposób? Tak, macie rację. Na religię.

Życzę pomysłodawcom i orędownikom religii w szkołach, aby w razie jakiegoś wypadku pomagał im ktoś, kto będzie umiał się właściwie pomodlić. Zamiast rko.

- Bo jestem stara – parsknęłam w odpowiedzi Piotrka  na pytanie, czemu coś tam.

- Nie, mamo, ty nigdy nie będziesz stara! – zareagował natychmiast potomek, słusznie wyczuwając wkurzenie w moim głosie.

- O, tak sądzisz? – humor mi się nieco poprawił.

- Co najwyżej przeterminowana!

Węża na własnej piersi  wyhodowałam! 

czwartek, 09 lipca 2015

Kocham czereśnie. Nie udało mi się jeszcze sprawdzić, po jakiej ilości miałabym kłopoty żołądkowe (mimo, że Skorupiak kiedyś postawił mi przed nosem skrzynkę sześciokilową - po prostu przez dwa dni nie jadłam nic innego i tyle, ale nic mi nie dolegało). 

W ogóle jestem trawożerna, teraz ,jak jest gorąco, to mięso nie jest mi do niczego potrzebne. no, chyba, że do sałatki z kurczakiem, albo tuńczyk w puszce. Też do sałatki. Owoce kocham, ale to własnie przy czereśniach puszczają mi wszelkie hamulce - wciągnąć pół kilo to dla mnie nic. 

Szkoda, że ten sezon taki krótki, zwłaszcza, że one jednak naj- najlepsze są tylko świeże, żadne tam przetwory....

Wracam do mojej miski czereśniowej:)

środa, 08 lipca 2015

wczorajsza wycieczka do Zoo.

- Grzesiu, co ci sie najbardziej podobało?

- Traktor!

Piotrek za to wprawił w osłupienie panią z budki gofrowej, bo wygrał sobie gofra żytniego z białym serkiem i szczypiorkiem, a nie na słodko. Gofr był przepyszny, najlepszy, jakiego w życiu jadłam (podgryzłam mu trochę).

czwartek, 02 lipca 2015

- Piotrek, wstawaj, już ósma - zarządziłam dziś rano. Spod poduszki dobiegło mnie senne mruknięcie:

- To jeszcze wcześnie....

- Ja ci dam wcześnie, ciesz się, ze nie wstałeś razem ze mną, jestem na nogach od szóstej.

- Ale ja już dziś wstałem wcześniej od ciebie... o 4.18.

- Aha, słyszałam. Poszedłeś do toalety i wróciłeś spać, a ja jak wstałam to już się nie mogłam położyć tylko wzięłam do roboty.

- Ale jednak ja wstałem wcześniej od ciebie!

 

Niewątpliwie racja. gdzie ja się w ogóle tu pcham z porównaniami....