O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

środa, 30 lipca 2014

Skorupiak pracowicie uśpił Potomka Mniejszego.

Na palcach zbliżył sie do drzwi. gdy usłyszał jakiś szmer za plecami.

Obejrzał się - a tu z łóżeczka wyłazi jedna noga, potem druga...

Zazgrzytał zębami, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, Minor wlazł na nasze łóżko, padł plackiem, chrapnął i zasnął z powrotem.

Sprytna bestia. Wie, gdzie sie dobrze śpi.

 

Jest źle.

NIe radzę sobie sama ze sobą. Jestrem wykończona upałami, siedzeniem w Grześkiem w domu, samotnością. Przez wiele godzin nie mam z kim zagadać, bo Grzechot, przy całym swoim uroku, jednak nie jest w stanie podyskutować na żaden temat. A jego wrzaski powodują, ze mam ochotę uciec. Nie dziwię mu się, gorąco jest i tez ma tego dość.

Wychodzę z nim rano, a jesli nie zdążę  albo mam coś innego do załatwienia - dopiero wieczorem. A raczej wychodzi zazwyczaj z nim Skorupiak po powrocie z pracy. PO zesżłotygodniowym przegrzaniu boję sie zwyczajnie powtórki i nie odważę sie pójść z nim na plac zabaw o 16. Poprzednio kosztowało nas to temperaturę powyżej 40 stopni przez parę dni.

Siedzę z nim w domu i świruję. Nikt do mnie nie dzwoni, nikt nie pisze. Koleżanki, z którymi mogłabym jakoś się spotkać  - z dziećmi w podobnym wieku, żeby Grzechot też miał jakieś zajęcie - albo pracują, albo wyjechały. 

Do tego na zewnątrz nie widać tak bardzo, jak jest źle. Jak coś się dzieje, mogę z komś porozmawiać, mam coś zrobić, załatwić - dostaję kopa na rozpęd i wygląda , zę jest ok. Źle zaczyna być, gdy siedzę sama w domu, w czterech ścianach i modlę się, żeby zadzwonił telefon, nawet jakiś idiotyczny marketing, cokolwiek. Żebym choć przez chwilę miała poczucie, że ktoś chce ze mną porozmawiać, zauważa moje istnienie.  Że jestem warta cokolwiek więcej niż opieka do własnego dziecka.

Znowu zaczynam zażerać stresy. Jeszcze jako tako sie pilnuję, zęby nie zjeść pół kilo krówek na raz - staram się, żeby ich po prostu nie było w domu, ale za to poprawię kilkoma kanapkami... Efekt pewnie widać, zresztą różnica od zeszłego roku jest przerażająca.

Zaczęłam już badania, które miałam zrobić, w poniedziałek idę z wynikami do lekarza i zobaczymy co dalej. Zdecydowanie potrzebuiję wsparcia, bo jeśli tak dalej będzie, to nie wyobrażam sobie jesieni i listopadowej szarówki. To zawsze jest najgorszy okres w roku, a jak ja już teraz się rozsypuję, to do listopada będzie koszmar.

Mam dość.

wtorek, 29 lipca 2014

Mam pewien niewielki problem.

Zużycie pieluch, zamiast sie zmniejszać, wzrosło mi ostatnio całkiem nieprzyjemnie.

A do tego w pewnym sensie sama się w to wpakowałam. 

Pokazałam Grzechotowi owoce. A ten drań, inteligentne dziecko, skorzystał z nabytej wiedzy i rąbie je jak karabin amszynowy.

Banany, morele, jabłka, śliwki, czereśnie, nektarynki - jak leci. Przegryzie pomidorkiem albo innym kiszeniakiem.

Nie powinno mnie zatem dziwić, zę przy takiej iliości pochłanianego błonnika jelitka pracująjakby im płacili za nocną zmianę. I młody człowiek wywala kupę za kupą - wybaczcie dosłowność. 

dzisiaj pobił chyba rekord, bo udało mu sie wyprodukować kolejny ładunek tuż przed zapakowaniem do samochodu. Niestety nie w domu, za łatwo by było. Na działce. Ból polegał na tym, że on zawsze zasypia w drodze powrotnej, zostaje przełożony do łóżeczka i mam gościa z głowy na dwie godziny. A tu po przyniesieniu do domu musiałam wstawić faceta pod prysznic...

Efekt łatwy do przewidzenia, dziecko przytomne jak prosię o poranku. I już nie zasnął, paskud jeden. 

A ja chciałam posprzątać nieco, nie wspominając już o stale oddalającej sie wizji pomalowania paznokci....

 

Z drugiej strony - nie mam co narzekać, ileż dzieciaków zamiast owoców woli cukierki, chipsy i inne tuczące śmieci?

Zaczęło się coroczne szaleństwo mirabelkowe.

U rodziców na działce jest kilka starych drzewek - starych, ale jarych, sądząc po plonach. Dzisiaj pojechałam z mamą i Grzechotkiem po kolejną porcję - trzecią już, albo nawet czwartą, zgubiłam się. 

Mama robi z nich przepyszny dżem. Zwykle mam w tym swój udział, ale Grzesiek starannie uniemożliwia takie długotrwałe kuchenne dzialania, do tego z gorącym ulepem. Uwielbia stać przytulony do moich nóg - między mną a kuchenką. 

W związku z tym mój wkład polega teraz na usługach transportowo-zbierackich. Oraz na cięciu suchych badyli, które wydatnie utrudniają zbiory. PO paru podejściach do tematu zdecydowanie widać różnicę.

Dzisiaj przywieźliśmy dwie łubianki, normalną i taką wielką, podwójną. Ja swoją część zamroziłam - będę robić kompoty zimą, też pyszna sprawa, takie kwaskowate. A mama pewnie siedzi i dryluje...

Tak czy inaczej - gdzie sie nie obejrzę, tam widzę małe, żółte śliweczki. Omamy mam :)

niedziela, 27 lipca 2014

...ranki i wieczory...

A  ściśle rzecz biorąc, tylko wieczory. Wczoraj szlajał sie do północy i biedny Skorupiak czekał na powrót kota marnotrawnego, dziś ta zaszczytna fucha przypadła mnie.

Poszłam przed chwilą poszukać drania i nawet znalazłam. Kotłował siepod oknem z drugim czarnym kotem - w stadium wściekłej kuli nie do rozróżnienia, jak siedziały i prychały  na siebie - już tak. Przeciwnik znacznie mniejszy - widać, zę młodszy, ale ciągle Czort jest panem podwórka. 

Za to ja nie jestem na tyle szalona, żeby brać na ręce wkurzonego kotka w trakcie walki, zwłaszcza w letnich ciuchach. W zimowych, a najlepiej w pełnej zbroi płytowej może bym sie zastanowiła, ale tak to nie. Dawno mu pazurów nie obcinałam.

W związku z czym podlałam tylko lejące sie koty - zimna woda dobrze robi na uspokojenie, pootwierałam wszystkie okna i siedzę sobie na blogu czekając, aż mu sie znudzi. Może potrwać, ale jednak czternastoletniego pana wolałabym nie zostawiać na noc na dworze...

Ale mam pretekst, żeby poczekać na dzisiejsze zdjęcia z piotrkowego obozu :)

Tagi: kot
22:30, agra1 , zwierzaki
Link Dodaj komentarz »

Wczoraj zostaliśmy zaproszeni na pierwsze urodziny najmłodszego syna Skorupiaka

Na szczęście niedaleko (normalnie młody mieszka jakieś 400 km dalej). 

Wyszłam stamtąd z oczami lekko w słup i pełna podziwu dla Grześka, W. (solenizanta) i Skorupiaka. 

Grzechot bywa zazdrosny i to mocno. Potrafi spychać Piotrka z moich kolan, przeganiać Skorupiaka, jeśli ten odważy sie do mnie przytulić - moja mama i koniec. A tu nic. SIedziałam z obydwoma chłopakami na kolanach - Grzechot  głaskał W. po pyszczku, podsuwał mu swoją butelkę. U Skorupiaka na kolanach - to samo. Bawili sie razem, bez żadnych zgrzytów grzechocich na tle "to mój tata, nie rusz!".

Skorupiak cały ten czas spędzil na podłodze, gwiżdżąc rozgłośnie na bardziej szacownych gości - on tu przyszedł do W., więc się z nim bawił. POzwalał po sobie łazić, nosił, puszczał samochodziki, piłeczkę i takie tam różne. Oczywiście nie znaczy to, że dla reszty był nieuprzejmy, ale zajmował sie głównie maluchami.

W. ponoć nie jest taki wyrywny do osób mało znanych, mnie widział drugi raz w życiu, Skorupiaka z racji odległości też nie widuje za często - a tu nic, zero strachu, żadnego marudzenia, ucieczki do mamy na ręce - mam parę fajnych fotek, jak mi siedzą obaj na kolanach, a Grzesiek głaszcze W. po pyszczku.

Dzieciaki potrafią zaskakiwać :)

Tata zabrał Grześka, akcesoria zapasowe do biegania pod podlewaczką ogrodową (czyli zestaw garderoby na zmianę) i pojechali.

Ciekawe, ile wytrzymają bez ryku "Mama, mama..."

 

wieczorem:

Mały jest dzielny. U rodziców wytrzymał całą godzinę, zanim po raz pierwszy wskazał łapką na samochód z sugestią powrotu. No to sie ząładowali do bryki i przyjkechali. ALe... nie dotarli do domu, a przynajmniej nie wszyscy i nie od razu. Grzechociński zabrał swój jeździk i powędrował do sadku, a tata razem z nim. I buszowali tam na zjeżdżalni, siłowni i takich tam prawie kolejną godzinę.

Koty kochane, dzięi wielkie. To była naprawde ogromna pomoc, udało sienam przez ten czas w domu przepchnąć parę rzeczy, które bezpieczniej i łatwiej było robić bez Grześka. A on sie przyzwyczaja, że może zostać z Wami i nie jest to koniec świata.

Może za jakiś czas nawet będziemy mogli sie wybrać ze Skorupiakiem na jakieś szanty bez wyrzutów sumienia?

czwartek, 24 lipca 2014

Zaczęłam się rozglądać - na razie informacyjnie - za jakimś prywatnym żłobkiem czy klubikiem dla Gada. 

I od strony finansowej to jest jedna wielka porażka, bez 2000 miesięcznie  (razem z wyżywieniem i innymi obowiązkowymi dodatkami) to nie ma co w ogóle startowac z pomysłem.

Innymi słowy - obawiam się, żę jeśli nie wygramy dziś tych 25 miliionów w totka, to mogę zapomniec o powrocie do pracy wcześniej niż za półtora roku. Bo na żłobek prywatny/nianię nas nie stać, a do państwowego nie mam szans sie dostać - kolejki są takie, że mały wyrośnie ze żłobka, zanim by sie dostał, nie mówiąc o tym, że jak nie mam pracy, to mam za mało punktów, żęby się  dostał kiedykolwiek. A nie mogę iść do pracy, bo nie zostawię Grześka samego w domu.

To sie nazywa polityka prorodzinna....

A potem za parę lat usłyszę, że to moja wina, że moja emerytura nie wystarczy na waciki, bo terzba było pracować a nie dzieci robić.

środa, 23 lipca 2014

Z tego wszystkiego nie zauważyłam, zę wczoraj stuknęło Grzechotkowi półtora roku. 

Strasznie szybko przeleciało. A on jest chyba jakoś przesadnie sprawny jak na ten wiek i rozmiar. Trzeba będzie popatrzyć na placu zabaw na jakichś rówieśników.

Dziś w ramach atrakcji pojechałam z mamą na działkę pozbierać mirabelki. Grzesiek został postawiony przy krzaku borówki amerykańskiej i poinstruowany co do kolorów - niebieskie jemy, zielone zostaje. A my runęłyśmy pod krzaki.

Potem udało mi sie dorwać sekator i zabrać za to, co tygryski kochają najbardziej - wycinanie suchych badyli. 

Nasze mirabelki stare są, one były stare, jak kupowaliśmy tę działkę. Czyli trzydzieści lat temu. Nie odmłodniały przez ten czas.

Mają w związku z tym mnóstwo suchych badyli, kolejne gałęzie obumierają. I wtedy wkraczam do akcji. Uzbrojona w duży i mały sekator tnę, siekam, obcinam... Rodzina podśpiewuje mi chórem piosenkę odpowiednią*, a ja sie dobrze bawię. 

Dziś mogłam nieco poszaleć, oczyściłam teren pod opadającymi gałęźmi, gdzie się zbiera żółte kulki wyjątkowo parszywie - właśnie ze względu na suche badyle mirabelkowe z góry i nieco mniej suche, ale rosnące całkiem bez sensu i jak popadnie badyle bzowe z dołu. Potraktowałam ostro jedne i drugie i teraz kolejne zbiory będą znacznie łatwiejsze :).

 

* ODpowiednia piosenka to "Żywopłot" ANdrzeja Waligórskiego, ale nie udało mi się znaleźć na tubce, więc nie zalinkuję. Właściwy kawałek, który cieszy rodzinę brzmi: "Trwa w okolicy popłoch i zamieszanie spore/ Tatko strzyżę żywopłot ogromnym sekatorem." Tu strzyże mama.

Grzechot budzi sie regularnie o 6.20. Z dziesięciominutowym odchyleniem w obie strony. 

Nie ma wówczas to tamto, należy sie dzieckiem zająć. Wycwaniłam się już na tyle, że mam przyszykowanego banana i zatykam wygłodniałą paszczę - skoro poprzedni system zatykania dzioba cycem już nie działa, to trzeba sobie jakoś radzić. Ale to pomaga na chwilę, dziecię me drugorodne posiliwszy się po prostu zaczyna dzień.

Zwykle zabieram go  i odizolowuję od Skorupiaka, żeby mógł jeszcze chwile pospać. Czasem Skorupiak też wstaje - żeby zatonąć w odmętach wanny na półtorej godziny. Tak czy inaczej, mam młodego na głowie. Ciurkiem przez cały dzień, bez chwili przerwy.

Dziś Skorupiak wrócił, pokręcił sie chwilę i oznajmił, żę musi jeszcze napisać coś tam strasznie ważnego, zajmie mu to z półtorej godziny. I żeby mu Grzechot nie przeszkadzał w tym czasie.

Zainstalował się w pokoju Pytona i przepadł. Była godzina 17.30.

Przetrwaliśmy do 19 bawiąc się, czytając, zdejmując i rozkładając pranie... Zjedliśy kolację. Umyliśmy Grzesia - to znaczy, ja myłam, a on próbował zwiać, bo uparłam sie umyć również łepek. Wytarłam, ubrałam, pobrykaliśmy chwilę po łóżku. Niestety, próby uśpienia spełzły na niczym, spał o nietypowej porze - zasnął dopiero ok. 15, normalnie o tej porze to się budzi. I o 20.30 nastąiło wybawienie - Skorupiak wyhynął z nory i zapytał, czy chcę, zęby mnie zmienił przy usypianiu Minora.

Jasne, żę chcę, moja wachta trwa już ponad 14 godzin z jedną przerwą, kiedy to popędziłam dać sie pokłuć - musiałam zrobić badania. Obróciłam w poł godziny, ale i tak w drodze powrotnej był juz telefon, kiedy wrócę.

Mam dość. Ja wiem, zę Skorupiak też nie leży na biurku w pracy opalając sie pod żarówką, ale on ma jakies urozmaicenie, wychodzi na dwór BEZ stowra, którego należy pilnować, bo szybkie to a jeszcze głupie i nie rozumie, zę pod samochody sie nie wybiega... A ja mam cztery ściany i dziecia.

Zasiadłam sobie tam, gdzie król piechotą chadza. Ludzka rzecz, każdemu sie zdarzy.

Grzechot jednak uznał to za oburzające, gdyż mama powinna być do jego nieustającej dyspozycji i takie znikanie z horyzontu jest absolutnie nie do przyjęcia. Opinię swą wyraził wrzaskiem.

Tata zaczyna go uspokajać, tłumaczy, że mama nie ma pieluszki tak jak Grzechot i w związku z tym musi czasem zniknąć w wiadomym przybytku. 

Młody posłuchał, pomyślał chwilę. Zerwał się tacie z kolan, popędził do sypialni, a po chwili łomotał mi do drzwi łazienki. 

Jak je otworzyłam, to mi szczęka opadła.

Mała łapka podawała mi pieluchę.

 

Kochane dziecko. 

SIedzę jak na szpilkach. 

Co gorsza tych szpilek czeka mnie jeszcze dwa i pół miesiąca. Będę miała pokłuty i posiniaczony odwłok.

Wszystko przez dobre pomysły.

Postanowiliśmy zrobić Piotrkowi prezent na urodziny. A urodziny ma on w październiku, czyli jeszcze trochę... I tym samym wykopaliśmy sobie dołek, bo trzeba będzie trzymac jęzor za zębami. A dla mnie to zawsze był najtrudniejszy element wszystkich najlepiej trafionych prezentów. Jak wiedziałam, żę to jest strzał w punkt, idealnie trafiony, to wytrzymanie do właściwej daty było mordęgą. I właśnie znowu sobie zafundowałam to samo....

Prezent już przyklepany, zapłacony - tylko doczekać. Mina Piotrka, jak sie zorientuje, śni mi się po nocach, chyba będę musiała mieć aparat fotograficzny pod ręką, aczkolwiek obawiam się, że po pierwsze, będę wówczas ratować własne żebra przed połamaniem, a po drugie, cóż, ten tego, no - mogę mieć nieco zamazany obraz...

Cieszę się bardzo, w życiu nie dostał tak fajnego prezentu - a do tego tak nieoczekiwanego, bo tego mi nie rozgryzie, choćby miesiąc kombinował. ALe na wszelki wypadek mu tego nie powiem, bo zacznie próbować, a że bestia jest bystra i ma więcej niż miesiąc, to licho wie. 

tak czy inaczej - wielkie dzięki dla wszystkich zamieszanych w sprawę, którzy w jakikolwiek sposób przyłożyli sie do realizacji pomysłu. Relacja w październiku będzie, zwłaszcza, że raczej jak on się zorientuje, to poza mną będzie z nami jeszcze tylko mój Tata. 

Idę sobie dalej potupać z niecierpliwości...

wtorek, 22 lipca 2014

Wężowi Młodszemu wczoraj było już całkiem dobrze - bez gorączki, kropki na klacie zanikły, wesolutki jak szczygiłek. To odwołaliśmy wizytę u naszego nadwornego pana doktora.

Błąd.

Dziś rano miał 37,8, klatę w kropki i marudził znowu. Do pana doktora miejsc już nie ma, zaklepaliśmy do jakiegoś innego pediatry.

Gadzina na razie śpi - zasnęła godzinę temu, dwie godziny po standardowej porze na drzemkę. Wtedy zdrzemnął sie na kwadrans u mnie na ręku, ale przy pierwszej próbie odłożenia otworzył oczka i tak mu zostały.

Nie wiem, co mu jest. Objawy raz są, raz ich nie ma. Miałam zrobic analizę moczu, ale to też nie jest takie proste, juz cztery woreczki załatwił. Pierwsze podejście było najskuteczniejsze, nasiusiał, gdzie miał, ale przy okazji w pieluszce zaistniała dodatkowa zawartość i całość niespecjalnie nadawała się do badań... Potem było gorzej, po prostu tak długo sie kręcił, aż odkleił woreczek i siusiał w pieluchę. Czy mogę im wysłać pełną pieluchę do laboratorium?

Za to z zachwytem oglądam sobie zdjęcia Rysiów na obozie. Zachwyt nie z powodu mojego dziecka, tylko prostoty pomysłu, parę fotek codziennie i mają z głowy rodziców. Co prawda ja nie jestem specjalnie nerwowa, to już trzeci obóz Piotrka, z ludźmi, których zna i lubi - czym sie denerwować? Ale dla większości dzieciaków to pierwszy samodzielny wyjazd w życiu, więc i rodzice mogą obgryzać paznokcie.  tak czy inaczej - brawo za pomysłowość!

poniedziałek, 21 lipca 2014

Piotrek pojechał na obóz wczoraj. 

Dziś na stronie klubu pojawiły sie pierwsze zdjęcia.

Genialnie prosty sposób na utrzymanie rodziców z dala - mają jakieś wieści, dowód na to, ze dzieciaki żyją, dobrze sie bawią. Dostępne dla wszystkich (no dobra, wszystkich, którzy mają konta na fb). Bezkosztowe. 

Na zebraniu przedobozowym ustalono, że nie będzie odwiedzania dzieciaków - te odwiedziny są zwykle bardziej potrzebne rodzicom niż dzieciom i rozwalają dokładnie pracę zwłaszcza z maluchami, które po takim najeździe przypominają sobie, że przecież strasznie tęsknią za domem. Ciekawe, czy wszyscy sie dostosują. I ile osób zrezygnyje z wizyty właśnie dzięi tym zdjęciom.

Proste sposoby są najlepsze.

fakty są następujące:

  1.  Grześka przygrzało nieco w piątek i bardzo w sobotę
  2. Przez weekend miał temperaturę do 40 stopni, którą ciężko było zbić. 
  3. Powinien przez jakiś czas unikać słońca.
  4. Zaczyna się kolejna fala upałów.
  5. Grzechot jest osobnikiem bardzo aktywnym, z motorkiem w odwłoku.
  6. Siedzę z nim w domu sama - Skorupiak pracuje, Piotrek wyjechał na obóz. W rezultacie mam szychtę 24-godzinną, z jedną przerwą, jak Skorupiak kładzie go spać. Ja już wtedy zaliczam zgon, więc i tak nic dla siebie samej nie zrobię. Najwyżej na autopilocie ogarnę nieco kuchnię. Albo i nie.

I co ja mam zrobić? Na dwór nie pójdę, bo mi sie znowu przegrzeje. Siedzenie w wózku pod parasolem w przypadku tego osobnika nie wchodzi w grę. Koleżanki dzieciate albo pracują albo w rozjazdach. 

Trzymam tego malucha w domu, przesypiamy najgorsze upały (dopóki ktoś nie zadzwoni i nie obudzi, muszę wyciszać telefon. Ale jeszcze nie rozkminiłam do końca wszystkich funkcji tego cholernego smartfona). Turlamy piłkę. Czytam mu. Biegamy po domu. Tańczy przy ulubionej płycie (znienawidziłam ją!). Zamiata. 

Dostaję kota, żeby nie powiedzieć mniej elegancko. Chciałabym sie gdzieś wyrwać, ale nie ma jak, Skorupiak przecież wraca zmęczony z pracy a jak już poloży Grzechota to chciałby zażyć towarzystwa żony. Więc żona nadal karnie siedzi w domu. Zresztą wyjście inne niż na spacer wymaga funduszy, choćby minimalnych, a to też jest temat bolesny. Zwłaszcza, jeśłi się chce wyjechać gdziekolwiek albo puścić jeszcze dziecia choćby na półkolonie,żeby nie zwariować siedząc z nim przez miesiąc w domu.

Mam dość. Wariuję już od tych czterech ścian,  nie mam do kogo ust otworzyć, Grzesiek nie nadaje sie jeszcze do wielowymiarowej inteligentnej konwersacji, Skorupiak jak jest zmęczony to zwykle warczy. 

Czy to taka straszna fanaberia, zę chciałabym mieć chociaż godzinę dla siebie, tak, żebym mogła zrobić z nią to, co będe chciała, bez uwzględniania "Mamaaaaa!" albo "Jestem zmęczony, zasuwałem cały dzień." A ja to nie? Pewnie nie, czego dowodem jest niniejsza notka. Bo przecież nic tylko siedzę przy kompie z nosem w blogach i fb. To, że krzesło przy kompie ma najlepszą wysokość i przy wstawaniu co chwila najmniej bolą mnie plecy i inne kawałki nie ma znaczenia....

Drogie Bravo, i co ja mam zrobić?

niedziela, 20 lipca 2014

Ale leje... Dobrze, że Piotrek w tym roku na obozie ma zakwaterowanie w ośrodku a nie pod namiotem, jakby nasiąkli solidnie pierwsego dnia, to obawiam sie, żśe popowrocie można by pół zawartości plecaka wywalić, bo by zgniła - takie niewielkie osobniki jeszcze nie do końca rozumieją konieczność wysuszenia zawartości plecaka...

Gad Mniejszy w trakcie usypiania. Czuje sie nieźle, pani dr, którą ściągnęłiśmy w końcu do domu zasugerowała nam lek, ktrego nie znaliśmy - pedicetamol - ale faktycznie wreszcie zbił małemu temperaturę w znakomitym tempie. I Grzechot potem brykał, rzucał piłką, bawił sie w ucieczkę z więzienia - trzymany ojcowskimi nogami, a mama robiła za helikopter, wyfruwał do góry z kwikiem radości, zamiatał (jego ukochana rozrywka ostatnio, co powoduje, żę ciężko znaleźć szczotkę do zamiatania - nigdy nie wiem, gdzie ją porzucił) - po prostu szalał. I tańczył przy ulubionej płycie.

Mam  nadzieję, zę noc będzie spokojna. Trzymajcie kciuki.

PS. Źebyśmy sie za pewnie nie poczuli - młody ma parę podejrzanych kropek na klacie. Pani dr radośnie stwierdziła, że mogą to być potówki, może go użarło coś, a może ospa - cholera wie, w którą stronę sie rozwinie.

Piotrek pojechał.

Przywitał sie radośnie z T., odmeldowałam u trenera, wsiedli i tyle ich widziałam. Postałam jeszcze chwilkę, ale okna przyciemniane w autokarze, więc z dołu kompletnie nic nie widać. Pomna doświadczeń z poprzednich lat poszłam sobie, bo i tak już przestałam dla niego istnieć. 

teraz jego świat to obóz, przyjaciele i judo.

A młodszy przegrzany, wieczorem blisko 40 stopni, w nocy parę godzin spokoju, ale o 3.30 kot przeszedl mi po spiącym dziecku i dzeicko przestało być śpiące, zwłąszcza, ze miało już 38 z kreskami. Półtorej godziny polki galopki ze zbijaniem temperatury, ale potem spał do 8 rano. 

W związku z powyższym nawet nie bardzo am czas i warunki żeby tęsknić za Piotrkiem, bo Grzesiek jest mocno absorbujący :).

Czy oni sie umówili?

sobota, 19 lipca 2014

Starsza Gadzina spakowana na obóz.

Młodsza Gadzina miała  o siedemnastej 39,2. Objawów dodatkowyc brak.

Szlag. O co tu chodzi?

PS. Co prawda nasz termometr douszny miewa swoje szusy, ale jak mi pokazał 40,1 w jednym uchu, to mi się zrobiło gorąco. W drugim było 38,5, kilka następnych pomiarów dało uśredniony wynik 39,4. Za dużo. nawet z poprawką na to, że sprzęt zawyża.

czwartek, 17 lipca 2014

Omawiamy sprawy przedobozowez Piotrem.

- I pamiętaj, że masz się tam myć - dołożyłam  kolejne zalecenie.

- No dobrze.... - rozległo się ciężkie westchnienie z tylnego fotela.

Ach, cóż za entuzjazm w głosie. A kiedyś tak uwielbiał si\e k\apa\c...

środa, 16 lipca 2014

Piotrek wczoraj wpadł na pomysł urozmaicenia sobie wakacji i zapytał, czy może spać w nocy na balkonie.

Czemu nie, karimata, śpiwór, kocyk dodatkowy pod tyłek, poduszka i klamka w drzwiach balkonowych otwarta, żeby mógł wrócić w razie czego. 

I tylko lekka niepewność, czy mi policja rano nie zapuka do drzwi - bo to przecież narażenie zdrowia i życia, tak jak tego dzieciaka, któremu tatuś urządził obóz w szałasie w starych fortach, zakupy robili w sklepie, ryby łowili - i bylo super, póki nie przysżła policja i nie stwierdziła, że dziecko przestraszone i pogryzione, a do tego - o zgrozo - nie mają kocy. Też bym była przestraszona, gdyby mi sie nagle pojawiła policja z pretensjami, niezależnie o co. A komary tatuś powinien uprzejmie poprosić, żeby spadały gryźć kogoś innego. Dzieciak miał fajną przygodę, póki mu sie w to urzędnicy nie wchrzanili. Czyli jak zwykle...

Jak myślicie, na tym balkonie młody miał koc i śpiwór nawet, to może mi darują?

sobota, 12 lipca 2014

Poszliśmy sobie na spacer, nie przejmując sie zbytnio aurą - wilgotno jakoś dzisiaj było, z przerwami na bardziej konkretne lanie.

Co tam, zabraliśmy wózek, Grześka, kocyk i pedeszcza wózkowego na wypadek zlewy.

Jak sie okazało, zlewę przewidzieliśy całkiem słusznie, ale nic z tego nie wynikło, bo Grzechot zrobił zupełnie porządną awanturę przy pierwszej próbie nadziania na niego i wózek tego strasznego przedmiotu. Bo to hańba niebywała, jechać w takim plastiku, on sobie wyprasza i nie będzie. Zaczął wyłazić natychmiast bokiem spod plandeki, tak go gryzła w delikatne uczucia.

Nie to nie, na drzewo. Zmokniesz najwyżej, a potem wyschniesz, synku kochany.

A plastik nie będzie sie marnował, o nie. Matka nadziała go sobie na głowę i tak wędrowała przez dobry kilometr, pękając ze śmiechu na widok min ludzkości okolicznej. I żałując niezmiernie, że nie pojawiła sie  na horyzoncie żadna staruszka, bo tu już dyskusja mogłaby byc przecudnej urody. Cóż, nihil est ab omni parte beatum. Ale za to nie zmokłam. 

A oto Wyrodna w Pokrowcu:

 

 

Gwoli wyjaśnienia, czemu idę ścieżką rowerową - bo chodnik był po drugiej stronie, częściowo zalany, a tam, gdzie nie był zalany, to zastawiony samochodami. 

Grzechot lubi muzykę. Nie byle jaką, ma swoje ustalone preferencje i ulubione płyty. 

Ostatnio pokochał folk - zaczynam mieć dość Czeremszyny, którą uwielbiałam. Może mu puszczę Rokiczankę, ciekawe, co on an to, bo niby podobne, ale jednak inne. 

Na razie po kilka razyy dziennie staje pod regałem, pokazuje paluchem i wydaje stanowczą komendę "Gja!". Oznacza to, że matka ma natychmiast rzucić to, co aktualnie robi i natychmiast włączyć grajstwo z ukochaną piosenką.

Strasznie despotyczne to dziecko nam się robi, jeszcze trochę, a będziemy na gwizdek mu buty astować...

Wyhodowaliśmy chyba krowę. A przynajmniej Węża roślinożernego.

Ostatnio wcina zieleninę wszelaką w ilościach przemysłowych, pomidory (kupujemy u zaprzyjaźnionych sprzedawców takie malutkie, nie koktajkowe, ale rozmiar ten sam), ogórki kiszone, ogórki świeże, morele, nektarynki (wczoraj kupiłam koszyczerk kilogramowy i już są tylko resztki), czereśnie, banany.

Na obiad obowiązkowo sałatka pomidorowa z cebulką, a podana na łyżce porcja jedzenia bez kawałka pomidora po prostu nie istnieje.

W związku z powyższym nastawiłam właśnie ogóreczki do kiszenia.

Serek sie robi od dwóch dni.

Chyba powinnam przekopać ogródek i posadzić tam ziemniaki. Albo zainstalować krowę.

piątek, 11 lipca 2014

Dziś w nocy Grzechot nieco zmienił strategię.

Około 2  rozległo się cichutkie tup tup, po czym... zaległa cisza. Dziwne, normalnie jest wrzask.

Skorupiak obrócił się na drugi bok, żeby sprawdzić, co jest grane. 

Okazało się, że malutek wlazł na krawędź łóżka nie budząc się chyba, przytulił do poduszki i już.

Przeflancowaliśmy gościa na środek, żeby nie spadł - i spał do rana.

 
1 , 2