O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

wtorek, 30 lipca 2013

Ja już kozę mam.

Gorąco jest, prawda? Wytrzymać trudno.

Pyton w ciągu dnia jest na zajęciach, ale po powrocie sie nudzi w domu - a nie puszczę go na piłkę przy ponad trzydziestu stopniach. Zresztą nadwyrężyl sobie nogę i kostka go boli.

Remont pytoniej nory utrudnia życie. Co prawda widać już koniec, zaczęłam sprzątanie, ale wolno idzie - Grzechot.

No właśnie, Grzechot. Wczoraj miał prawie 39 stopni. Dzisiaj powyżej 38. Nie wiadomo co, trzydniówka, ząbki czy cholerawieco. Byłam z nim u lekarza - i tak przechodzę obok przychodni odprowadzając Pytona na zajęcia, to wdepnęliśmy. Pokłuli mi mojego malutkiego Grzechotka, wyniki na cito - CRP lekko przekroczone, płytki lekko obniżone - wirusówka jakaś niewielka. 

W rezultacie dzieć młodszy jest na lekach zbijających gorączkę i tyle. 

Co mi się udało go dziś uśpić - marudził, przypinał sie do piersi, modyfikowanego nie chciał - to któryś z remontujących się sąsiadów (mam dwójkę takich) włączał wiertarę. I młody sie budził......

Do tego wczoraj ktoś zakosił żarówki na schodach (albo sie po prostu przepaliły, w każdym razie ciemno) i nerwowy Skorupiak uznał, ze jest to przygotowanie do włamu. I zażądał zabrania wózka ze schodów do mieszkania. No w sumie co ja sie czepiam, mam w salonie oprócz standardowego zestawu mebli dodatkowy stół kolegi - kolega miał go zabrać, ale jakoś zapomniał, biureczko Pytona, zawalone jego książkami, szafę ubraniową dla Pytona, taką wiszącą półko-szafkę do naszej sypialni, dwa wiaderka z farbą, stertę ciuchów upranych, których nie ma jak pochować - albo mały śpi w tym pokoju i nie wchodzę, żeby nie budzić, albo rezyduje u mnie na ręku. Jeszcze trochę drobnych akcesoriów malarskich, ten nieszczęsny wózek... A, i dziś przez parę godzin jeszcze była balkonowa suszarka z ciuchami, wyglądało mi na to, że lunie, więc ją ściągnęłam. Pozdejmowałam w końcu te ciuchy i schowałam suszarkę, od razu przestrzeń życiowa jakaś wielka sie zrobiła!

Jak skończymy z  remontem i posprzątamy bałagan, to nie będę wiedziała, co mam zrobić z taką przestrzenią. Sprzedam kozę.

piątek, 26 lipca 2013

Kłębi sie wokół mnie cały czas temat relacji moich Węży. 

Z radością wielką patrzę na nich razem. Co rano albo Pyton przychodzi do nas i szczerzy sie do Grzechota, albo ja zabieram Grześka i idziemy budzić Pytona - który jak tylko sie zorientuje, że bratek jest obok, od razu przytula, uśmiecha się i zaczyna z nim bawić. Ja w takim momencie nie jestem im potrzebna - mają siebie i to wystarcza.

Na spacerach Piotrek prowadzi wózek - nie dlatego, zę mi sie nie chce. Wręcz przeciwnie, zabiera mi i protestuje jak czasem z jakiegoś powodu chcę przejąć.

I tak sobie myślę, jaką krzywdę robią rodzice swoim dzieciom nie dbając o te pierwsze kontakty, nastawienie do siebie. Myślą - tak musi być, przejdzie mu, jest starszy, to zrozumie... Nie widzą, że to nie zadziała tak samo z siebie, że aby ta miłość zaistniała, aby przemogła poczucie odsunięcia i detronizacji, potrzebna jest wielka praca rodziców. I jeszcze większa ich miłość do dzieci. Wszystkich dzieci, nie tylko tego najmłodszego . I umiejętność okazania tej miłości, często w sposób nawet nieco przesadny - bo ten starszak będzie bardzo sprawnie wychwytywał wszystkie, nawet najmniejsze sygnały świadczące o odtrąceniu. Trzeba więc mu podetknąć pod nos ogromny, bijący po oczach komunikat: KOCHAMY CIĘ BARDZO, NADAL JESTEŚ DLA NAS BARDZO WAŻNY. Nadal jesteś naszym najstarszym synkiem, naszą jedyną córeczką, naszym jedynym Adasiem, Krzysiem, Asią, przecież nie ma drugiego takiego jak Ty. 

Oczywiście, można powiedzieć, że mieliśmy ułatwioną sprawę, bo Piotrek bardzo chciał mieć rodzeństwo, nudzil o nie od lat. Ale.... czy przypadkiem to, że mu tak na tym zależało, że to rodzeństwo poczytywał za wartość, a nie tylko  konkurencję, to też nie jest coś, co da sie wypracować? Rozmawialiśmy niejednokrotnie, podsuwałam właściwe książeczki - o Franklinie, któy mial siostrzyczkę, różne inne, gdzie występowało rodzeństwo, opowiadałam o braciach mojego Taty - różne wesołe historyjki rodzinne. 

Gdy mogliśmy juz go poinformować, co sie dzieje, też staraliśmy sie podkreślić, przypomnieć, że oto spełni sie jego wielkie marzenie.  Tak, żeby tamten moment kojarzył mu sie jak najlepiej - oprócz wyjaśnienia, co sie ze mną dzieje, czemu leżę w łóżku, czemu byłam w szpitalu - że to wszystko jest po coś. Po to, żeby wreszcie mógł być Starszym Bratem. W ten sposób załatwiliśmy kilka spraw naraz - uspokojenie obaw związanych z moim stanem - wytłumaczenie, że z malutkiem było marnie, ale już jest dobrze, bo przecież nie wypuściliby mnie ze szpitala, gdyby było źle, wielka radość, że wreszcie.... I duma z bycia tym starszym, doroślejszym. Jak Piotrek sie fantastycznie mną opiekował w  tamtym okresie. Pomagał, przynosił, głaskał, dbał... 

Potem jeszcze trzeba było dopilnowac paru ważnych momentów - rodziny i przyjaciół, którzy przychodzili poznać Grzesia, żeby pamiętali również o Pytonie. Grześkowi prezenty są jeszcze obojętne, milion któraś tam przytulanka jest nam na plaster, jeśli ktoś chce coś przynieść - to dla Piotrka poprosimy. 

Przy chrzcie - to samo, i widać było, że to sie sprawdziło. Piotr wiedział, że to nie jego święto i tym bardziej docenił to, że jednak i o nim pamiętało dużo osób.

 I przez cały czas - włączanie Pytona w opiekę nad Grzechotkiem. Od samego początku mógł pomagać, podać pieluszkę, spłukać główkę przygotowaną wcześniej wodą z kubeczka, przykryć kocykiem....  Podczas karmienia często siedział przytulony, a ja czytałam mu to, co przyniósł.

Wniosek - może niezbyt odkrywczy. Wychowywanie dzieci to praca na cały etat z nadgodzinami, i to nie byle etacik małego trybika w korporacji czy urzędnika przekładającego papiery z jednego końca biurka na drugi.

O nie, proszę państwa, Rodzic to Project Manager pełną gębą!

czwartek, 25 lipca 2013

Potomek przy okazji szczpeień został dziś zważony. 

8,68 kg. 

Pociesza mnie tylko świadomość, że Pyton półroczny ważył juz 9,2 kg. 


Zawsze nieco lżej. 

W ostatnim czasie nie sposób było nie nadziać sie na jakieś wieści na temat następcy następcy następcy tronu brytyjskiego. Nie będę sie wypierać, rzucilam okiem, chociaż pewnie pod innym kątem, niż większość świata. Ot, z przyjemnością patrzyłam na młodych, szczęśliwych rodziców z niemowlakiem, ich tytuły nie miały znaczenia. Byli RODZICAMI - I to było najważniejsze w tamtej chwili.

Jedna rzecz rzuciła mi sie w oczy i spowodowała szeroki uśmich okraszony nutką zazdrości.

Kate wyszła ze szpitala dzień po porodzie. 

Maluch był zawinięty w pieluszkę (owszem, koronkową i śliczną, a co). I nie miał na głowie czapeczki. I nikt o to nie robił rabanu, nie labiedził, że sie biedactwo przeziębi. Nikt nie domagał się trzech dni leżenia w szpitalu.

Nie do pomyślenia w Polsce, tu pokutuje mit nie do zdarcia, dziecko ma być przegrzane i już. Sama co i rusz słysze uwagi, żę dziecko powinno byc cieplej ubrane, żebym mu włożyla spodenki zanim zacznie wrzeszczeć (wrzeszczeć to by dopiero wtedy zaczął...), otulić kocykiem. No i gdzie ta nieszczęsna czapeczka?????

Czapeczka zwykle jest w torbie albo u mnie w kieszeni.  I wystarczy, jak będzie potrzebna, to włożę. 

wtorek, 23 lipca 2013

Dyskusja na temat ścian w pytonim gnieździe. Skorupiak preferuje błękitny, ja - zielony. Stanęło na tym, że młody też musi się wypowiedzieć, w końcu to jego pokój.

- Mamo, ja bym chciał taki żółto-zielony pokój

- W paski??? - zapytałam ze zgrozą w oczach, głosie i wszystkim innym.

- Nie. Taki limonkowy - odparł syn faceta, który rozróżna cztery do szesciu podstawowych kolorów.

Wczoraj rano Pyton zadał mi treściwe i jakże słuszne pytanie:

- Mama, a kiedy robimy imprezę dla Grzechota?

Nie całkiem prrzytomna jeszcze wymamrotałam spod poduszki:

- Jaką imprezę? - faktycznie, w domu pobojowisko, meble poprzestawiane, malowanie w toku, a temu sie zachciewa gości zapraszać.

 - No bo Grzechot ddziś kończy pół roku - przypomniał mi kochany synek. Ma rację, kurza jego twarz. Ale że pamiętał przez cały obóz i skojarzył we właściwym momencie, gdy sam jest rozemocjonowany opowieściami? 

Chapeau bas!

 

PS. Imprezy nie będzie. Najpierw muszę skończyć malowanie, potem posprzątać po nim. A potem przypomnieć sobie, jak sie nazywam....

Widok Grzechota, który się szczerzył i łapki wyciągał do Pytona na parkingu to było coś!

Dla wszystkich patrzących było oczywiste, że maluch się stęsknił za bratem i bardzo cieszy na jego widok. Pyton za Grzechotem zresztą też - widać było, że są szczęśliwi. 

A ja się tak zaczęłam zastanawiać nad tym, jak to jest z powstawaniem więzi u tak małych dzieci - w końcu nie chodziło tu o więź z matką - na tym etapie jest to relacja najważniejsza, tylko z bratem. Czyli bardzo ważna, ale nie niezbędna do fizycznego przetrwania. Niektórzy twierdzą, że takie małe dziecko to jeszcze nie rozróżnia, nie rozumie - tu miałam ooczywisty dowód, że takie twierdzenia to bzdura. 

Jak patrzyłam na te dwie rozradowane mordki, to przypomniał mi sie artykuł sprzed paru dni, w którym pisano o decyzji sądu - wezwał matkę roczniaka do odbycia kary więzienia - prawomocnej już, uzasadniając to tym, że teraz takie małe dziecko to nie zauważy nieobecności matki, a za dwa lata byłoby to dla niego znacznie trudniejsze. Nie wnikam w słuszność kary, nie pamiętam, co ta kobieta zrobiła, nieważne w tym kontekście. Zagotowałam sie na bezduszność sądu i kompletną nieznajomośc psychiki ludzkiej - w tym dziecięcej. Nie zauważy nieobecności matki!!!! nie powtórzę, co mi się na usta cisneło, bo mogłabym sama trafić do kicia za obrazę sądu. 

Swoją drogą uczucie między naszymi Wężami pokazuje jasno, jak ważna jest ta początkowa relacja - i ile może kosztować zlekceważenie niechęci do młodszego brata/siostry. My nad relacją chłopaków pracujemy, uważnie sie przyglądamy, wzmacniamy starannie zachowania pożądane, reagujemy na niepożądane, szukamy ich przyczyn. Piotrek czuje sie bardzo kochany, nie został zdetronizowanym jedynakiem odsuniętym w kąt przez młodszego brata - i to daje efekty. 

poniedziałek, 22 lipca 2013

... trochę nam nie wyszła.

Pyton wrócił, a tu remont jego pokoju osiagnał szczyty - nie da sie przerwać, trzeba skończyć, wszystkie meble wystawione na salony, dostać się do niczego nie można, bałagan potworny.

Nie zdążyliśmy, krótko mówiac. Skorupiak wracał późno z pracy, młodszy Wąż domagał sie uwagi, pewnych rzeczy nie dało się zrobić jednoosobowo. 

cóż, remont ma to do siebie, że zaróno przewidziany czas jak i budżet zawsze są niedoszacowane. Najlepiej policzyć z solidnym zapasem, następnie pomnożyć przez dwa i podnieść o rząd wielkości. Nie zrobiliśmy tego i to był błąd....

Wczoraj wieczorem dotarł wreszcie do domu.

Stęskniony, brudny jak święta ziemia, wyższy o pół głowy, zadowolony.

Udało mu się zgubić jedne nowe bojówki, za to wróciły w komplecie menażki i sztućce. I koszulki też. 

Wreszcie mamy dzieci w komplecie.

sobota, 20 lipca 2013

Jutro wraca Pyton.

Nie mogę sie doczekać. 

Dzielny facet , zgodnie z zapowiedzią nie zadzwonil ani razu przez dwa tygodnie.

środa, 17 lipca 2013

W związku z uczuleniem na maliny i dodatkowo moim dzisiejszym CT z kontrastem  młody ma przerwę w karmieniu piersią. 

Przy okazji zorientowałam sie, dlaczego on wieczorami tak się ciska - po prostu jest głodny. Teraz na modyfikowanym obala jednorazowo ponad 200 ml, a z jednej piersi naraz jestem w stanie odciągnąć maksymalnie do 150. Po trzygodzinnej przerwie, a  on sobie życzy jeść częściej. 

Karmię więc teraz słoiczkami, poję modyfikowanym i doję się laktatorem, żey było do czego wrócić - karmienie piersią, poza tym, że zdrowsze, jest po prostu fajne. Mimo swoich oczywistych niedogodności, jak Gad puszcza mi uśmieszzek spod piersi, to nie sposób sie nie uśmiechnąć do niego. Cudny jest wtedy i tyle.

I coś z tym mlekiem wypaałoby zrobić. Kotu nie dam - jakby nie było, prosukt pochodzenia zwierzęcego (he he:), a mu nie wolno - dietka bezbiałkowa z powodu nerek, pies ostatnio też mial sensacje po tym - może dam Skorupiakowi do porannej kawy? Albo zapasik do pracy? 

Bedzie mógł opowiadać, że ma świeże mleko z porannego udoju.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Grzesiek sie ciskał. W sumie nie dziwię mu się, kuper go boli po tych nieszczęsnych malinach. W związku z tym na kolację dostał pół słoiczka (nie chciał więcej), po czym obalił flache modyfikowanego. Ja muszę odczekać, zanim znowu pozwolę mu sie mlaskać, niech te nieszczęsne maliny zejdą.

W związku z tym wszystkim postanowiliśy tradycyjnie pójść na wieczorny spacerek usypiający. GOścia w chustę i jazda. 

Zaraz za drzwiami okazało sie, zę nie ma tak dobrze. Słychac było mianowicie bojowe warczenie koteczka naszego. 

Kot czarny, ciemno - nic nie widać. No to szukamy na słuch, przyświecając jeno komóreczką.

W pewnym momencie zaktołowało sie przede mną, zobaczyłam wielką czarną kulę, która wściekle sie miotała po trawniku sycząc, warcząc i prychając. 

W pierwszej chwili pomyśłałam przerażona, ze coś małego zaatakowało Czorta, wyglądało, jakby nie mógł sie uwolnić. Albo jakby mu sie coś wbiło...

Okazało sie jednak, że ta kula to ccałkiem po prostu były dwa koty. Oba czarne. Tłukące sie niemiłosiernie. Przeskoczyły przez płot szkolny, wlazły na drzewo i dalej sycały.

Cofnęłam sie do domu po najstarszy patent na kocie walki - spryskiwacz do kwiatków, a dodatkowo kocia miseczkę. Skorupiak przelazł prze zpłot - ja zostałam po naszej stronie, bo fikołki z Grześkiem na brzuchu jakoś mnie nie bawiły, i poszedł podlewać towarzystwo. Po chwili Czorrt już był na dole, a pan go ochrzaniał tłuamcząc, ze sie idiotycznie zachowuje, a do tego obudził Grześka. MOże nie obudził, bo Grzesiek nie spał, ale faktycznie, zaczął sie bardziej ciskać podczas tej awantury.

W rezultacie mokry koteczek został mi podany przez płot, zaniosłam go do domu (mając Grzechotnika w chuście, miałam stracha, czy nie będzie sie wyrywał i drapał, bo grześkowy pyszczek byl tuż obok...). Kotek byl idealnie spokojny już, tylko mokry po niespodziewanym prysznicu.

A my wreszcie mogliśmy pójść na spacerek, w trakcie którego Grzechotek zasnął na ojcowskiej szerokiej piersi...

Malin też nie mogę. Po dżemie grzechoci kuper wygląda niczym maliny.

Do bani. 

Dobrze, zę przynajmniej po czereśniach nie miał parchów. Chyba nie miał....

Nawet ponad tydzień już. Od wyjazdu Pytona oczywiście. 

Dzieć stanowczo zapowiedział, zę nie będzie w tym roku dzwonił z obozu wcale (w zeszłym zadzwonil po tygodniu, stęskniony okrutnie, z płaczem, żeby go zabrać. Nie zabrałam, i dobrze uczyniłam, ale to tak na marginesie). 

My też nie dzwonimy, po pierwsze dlatego, że nie daliśmy mu (celowo) komórki, więc kontakt w razie potrzeby tylko przez komórki druhen, a one są zaganiane i maja co robić nawet bez rodziców zawracających głowę. Po drugie - jeśli dzieć sobie radzi z tęsknotą sam, to nie należy mu tego wysiłku sabotować, tylko docenić i wspomóc. Jakby sie coś złego dzialo, to sie dowiem natychmiast, na dobre wiadomości mogę poczekać. 

Powyższe nie zmienia faktu, że tęsknię za moim Pytonkiem, za wkurzającymi pytaniami, za wykręcaniem sie od roboty (no nie, rozpędziłam się. Za tym nie tęsknię, wolałabym, żeby robił to, co do niego należy). Po prostu mi go brakuje, ale jak on może być dzielny, to ja też, prawda?

W związku z tym, żeby mu nie sabotować i tak dalej, zadzwonilam sobie wczoraj do kuzynki, będącej - przypadkiem zupełnym - matką komendantki obozu. Mamy w planach wspólny wyjazd, więc chciałam pogadać o tym, pytanie o Pytona... padło oczywiście tylko przy okazji, prawda?  Ściema dla naiwnych, sama w to nie wierzę, ale ładnie brzmi. 

NIestety nie dowiedzialam sie za wiele, bo okazało sie, że kuzynka wojażuje po Europie i wraca dziś w nocy, więc obiecała zadzwonić jutro. Dowiedziałam sie tylko, że syneczek kochany miga sie od sprzątania i jego szóstka zarabia karne punkty za bałagan. Cóż, ja z tym walczę, ale jak widać bezskutecznie, może go koledzy wyprostują.

My za to wykorzystujemy nieobecność syneczka do zrobienia mu niewielkiego remontu pokoju, który to remont chwilowo zawiesil sie z powodu braku stosownych śrub do mebli. Skorupiak myślał, ze je ma, ale niestety wyszły. Dzisiaj zanabędzie i robota ruszy dalej. Ciekawa jestem, co Pyton powie, jak zobaczy swoją norkę, odmienioną cokolwiek. Na szczęście wie, że mieliśmy takie plany, więc nie będzie - mam nadzieję - wrzasku, że mu zdemolowaliśmy najukochańszy bałagan. Za to będzie miał dużo więcej miejsca na swoje skarby i przydasie, oraz - co najważniejsze - na książki. Zamiast dotychczasowych dwóch półek  (pękających już w szwach) będzie miał czteropółkową witrynkę, regalik przy biurku na szkolne (i nie tylko, tam jest sporo miejsca), i przy łóżku podręczne dwie półeczki na czytadła aktualne. Oraz lepszą lampkę nad łóżkiem, żeby mu sie dobrze czytało do poduszki. 

Byle do niedzieli. Wtedy Pyton wróci i będę mogła go wreszcie przytulić...  

Trudne jest życie matki dorastającego stwora. Cieszę sie bardzo, że rośnie, usamodzielnia się, ale z drugiej strony.... To jest cały czas mój mały, sześcioletni (no dobrze, prawie siedmioletni - w październiku) syneczek, któego bym chętnie wzięła na kolana i poprzytulała.  

środa, 10 lipca 2013

Niestety. Nie da  się dłużej unikać smutnej prawdy, Grzechotkowi tyłek wypryszczyło przez moje truskawki. 

Zrobiliśmy dokiładną analizę chronologii wydarzeń i nie ma to tamto...

Będę sobie teraz śpiewać razem z Michnikowskim, zmieniając lekko tekst.

 Dobrze, że pomidory mogę....

wtorek, 09 lipca 2013

No nie mogę.

Znowu.

Tyłek młodego od paru godzin znowu wygląda jak u pawiana.

Czerwony, pryszczaty, gorący. A jeszcze rano był  śliczny, gładki i różowy.

Przeanalizowaliśmy ze Skorupiakiem dane i wyszło, że być może przyczyną całego zamieszania (poprzedniego też) wcale nie sa pieluszki, tylko truskawki.

Wczoraj wieczorem zjadłam sobie miseczkę na kolację.

Młody sie co prawda nie skupił  od tego czasu, ale wypryszczyło mu ten tyłek strasznie, a nie widzę innych możliwości.

Poleżał sobie trochę wietrząc odwrotną stronę. Ja wyciągnęłam pudełeczko zamrożonego (i przeterminowanego) mojego mleka, jak sie rozmrozi, to mu tym przemyje kuperek, podobno pomaga. A przynajmniej nie powinno zaszkodzić.

Cóż, plusem jest to , że być może jednak będę mogła mu zakładać na kuper te nieszczęsne rossmanówki, które już spisałam na straty. Gwoli przypomnienia - mam ich 9 i pół paczki. takich po 58 szt.

Minusem  to, że sezon truskawkowy dla mnie się już skończył. A jeszcze mam trochę w lodówce... Chlip....

kolejna powtórka z rozrywki.

Pisałam, że nie chcę trzeciej odsłony? Pisałam.

Widocznie ktoś uznał, że samo chcę/nie chcę to za mało i niezbyt uprzejmie i należy mnie wychować.

Dwie noce temu Grzechot, zamiast spać porządnie do rana, gdzieś około pierwszej zaczął marudzić. Wstałam więc, kompletnie nieprzytomna, na macanego znalazłam drogę do jego łóżeczka. (Nie żeby było daleko, pół metra w linii prostej, ale byłam kompletnie nieprzytomna).

Nakarmiłam, odbiłam, odłożyłam.

Wszystko na bosaka. I to był błąd.

W pewnym momencie trafiłam stopą w nogę od stołka. KTÓREGO NIE POWINNO W TYM MIEJSCU BYĆ!!!

Powinno, nie powinno, grunt, że był. 

Trafiłam tym samym palcem, co zwykle, mały na prawej nodze. Paznokieć w drzazgi.

Rano obcięłam smętne szczątki, bo nic innego mmi nie pozostało.

Już teraz będę uprzejma, BARDZO PROSZĘ o zakończenie tego cyklu rozrywek!!!!! I nie stawianie mi w tym miejscu stołka (Właściwa Osoba wie, że to do niej...)

 

A w planach miałam pomalowanie sobie paznokci u nóg w mój ulubiony letni wzorek - zielony, żółty, czerwony, żółty, zielony. I jak to zrobić przy czterech paznokciach?

poniedziałek, 08 lipca 2013

Skorupiakowe pełnolecie obchodzi dziś osiemnaste urodziny.

W sumie - tak naprawdę to trochę łyso, tak bez Pytonka... Sam zainteresowany siedzi w pracy i nie zapowiada się, zęby miał wcześnie wrócić, w domu pobojowisko powyjazdowe - zaczynam teraz to jakoś ogarniać.

Skorupiaku kochany - najlepszego wszystkiego, pociechy ze zwierzyńca i  przespanych nocy (bo dzisiejsza to tak... nie bardzo. Nie wiem, czemu Grzechot sie co chwila budził, może tęsknił za Pytonem, ale nie dał spać. Bo dziąsła na razie nie wyglądają jakby tam sie coś działo).

niedziela, 07 lipca 2013

Pyton pojechał dzisiaj na obóz.

Podekscytowany był ogromnie, nie mógł sie doczekać już od paru dni - co chwilę pytał, ile jeszcze do wyjazdu i prosił o przyspieszenie biegu czasu :).

Gdy zadzwonił budzik - o dzikiej porze, 5.45 - w końcu musiałam mieć czas na nakarmienie Grzechotnika - w sąsiednim pokoju rozległ sie łomot. To Piotrek rzucił się do szuflady z majtkami i zaczął sie ubierać. Wytłumaczyłam mu, że może na razie przyjść sie przytulić - a ja sie zdrzemnę jeszcze na chwileczkę... W końcu i tak w tym czasie nie zrobię nic innego, to czemu nie, prawda?

Otóż nie, bo o przejętym Pytonie można powiedzieć wiele rzeczy, ale na pewno nie to, zę odbiera mu z wrażenia głos.

W rezultacie gotowy był sporo wcześniej niż my. Zapakowaliśmy sie do samochodu  i pojechaliśmy do Wołomina. Skorupiak trochę marudził, zę sie spóźnimy - faktycznie, dojechaliśmy 5 minut po czasie, gdy już większość harcerzy i zuchów była na miejscu i czekała na autokar, ale jeszcze przed zbiórką.

Czyli nie było źle.

Pyton od razu znalazł ulubionego kuzyna i paru znajomych z zeszłorocznego obozu. Zdaje sie, że nadal jest najmłodszy - chyba jedyny sześciolatek. Po chwili stado małych pcheł ganiało po parkingu w berka, zbijaka czy inne takie. 

Dorośli omówili pogodę - ze szczególnym uwzględnieniem tej zapowiadanej na najbliższe dwa tygodnie, kwestię tęsknoty za dziećmi/ulgi, zę przez dwa tygodnie będzie spokój i parę pokrewnych, po czym zaczęli nerwowo spoglądać na zegarki.

Autokar miał być o 8.30. 

Przyjechał z niewielkim opóźnieniem, po czym okazało sie, ze będą dwa, do pierwszego zapakowaliśmy część gratów i pojechał sobie w siną dal. 

Czekamy dalej. 

Dzieciaki zaczynają dostawać małpiego rozumu.

Dorośli zaczynają tupać.

Druhna oboźna zaczyna tęsknić za wyświetlaczem z napisem "Autokar powinien być niedługo".

W końcu udało jej sie dodzwonić gdzie trzeba i dowiedzieć, co sie dzieje. 

Otóż pan kierowca jadący ze Stegien do Wołomina (czyli dokładnie tą samą trasą, co my, tylko my startowaliśmy nieco wcześniej, na Ursynowie) jakimś niezbadanym sposobem zabłądził do Nieporętu. NIkt nie wie, jak mu sie to udało - widocznie taki zdolny.

Miło mieć zdolnego kierowcę, nieprawdaż? 

Ten był bardzo zdolny, bo potem z tego Nieporętu do Wołomina jechał dwie godziny.  

W rezultacie dzieci kochane odjechały o godzinie 10.20. 

Ktoś stwierdził, że jakby sam zawiózł, to już byłby na miejscu.

Mój ulubiony Kuzyn (a tak, tam też mam rodzinę :)) pocieszał wkurzone mamusie, że to chyba lepiej, że kierowca jechał te 20 km 2 godziny, niż gdyby miał jechać 5 minut - wtedy dopiero byłoby o co sie martwić....

Jeszcze tylko krótki wyskok do Lidla - akurat był obok - i można wracać do domu.

A w domu....

Skorupiak chodzi i tęskni. Co chwila wyrywa mu sie wołanie: "Pyton, obiad!" albo podobne. I psa trzeba nakarmić - zwykle jest to obowiązek dziecia.  

Na szczęście kolejny kuzyn mieszkający przez ulicę wyciągnął nas na spacer do piaskownicy i na plac zabaw - wzięliśmy Grzechotka w chustę i poszliśmy pogadać.

Ale jest nieźle, Skorupiak ani razu nie zadał pytania "Jak myślisz, co Pyton teraz robi?"  - obowiązkowego w zeszłym roku. 

Ja wychodzę z założenia, zę brak wiadomości to dobra wiadomość. Zwłaszcza w dobie komórek wszystkie złe wiadomości przekazywane są natychmiast, więc jeśli nie ma sygnału że jest źle, to jest dobrze. Znam druhnę komendantkę, wiem, ze Piotrek ją bardzo lubi. Poza tym on już przecież był na obozie, więc jest stary wyjadacz.

Będzie trudno odzyskać dziecko za dwa tygodnie.

sobota, 06 lipca 2013

Dzieć spakowany.

Rodzice z lekkim obłędem w oku - jak to zrobić, żeby miał wszystko, co potrzebne, nie miał rzeczy zbędnych - plecak i tak waży pewnie połowę Pytona,  i zmieścił sie w plecaku ze wszystkimi klamotami.

Mundur przygotowany.

Innymi słowy - nasze kochane maleństwo jutro o świcie wyjeżdża na obóz zuchowy. Ten sam, co w zeszłym roku, pod komendą kuzynki. 

Dwa tygodnie z jednym dzieckiem tylko!!! Co prawda nie powiem, żeby to było to łatwiejsze w obsłudze dziecko - wręcz przeciwnie, Grzechot życzy sobie  być na ręku, a przynajmniej w centrum zainteresowania. W ostateczności toleruje, jeśli siedzi w foteliku, leży na macie czy gdzieś, ale jeśli ktoś sie nim zajmuje. 

W związku z tym sprzątanie czegokolwiek urasta do rangi wyczynu równego co najmniej zdobyciu Everestu. A pakowanie Pytona w tym pobojowisku to była lepsza zabawa. Ale sie udało.

I teraz mamie pozostało  tylko starannie ukrywać, że jest jej strasznie smutno - przecież przez całe dwa tygodnie nie będzie mogła przytulić Pytonka.... A ten już zapowiada, że w tym roku nie będzie dzwonił wcale, bo przecież to już jest jego drugi obóz, więc nie będzie płakał mamie w telefoniczny rękaw, zeby go zabrała do domu. 

Tylko co ma w takim razie zrobić stęskniona mama?

... to sformułowanie słyszeliśmy dzisiaj chyba z dziesięć razy. Podobne - zawsze negatywne - jeszcze kilka.

Odnosiło sie do naszego Wężą Młodszego, jakby ktoś nie wiedział.

Dziecku otóż działa sie straszna krzywda, znęcamy się wszak nad nim regularnie. 

Znęcanie owo polega mianowicie na noszeniu dziecia w chuście. Na ojcowskiej szerokiej klacie. 

Dzieć w chuście nie ma przecież powietrza, nie może sie ruszać, niewygodnie mu i w ogólności źle. Taki drobiazg, jak to, że ten ciemiężony osobnik słodko śpi i nie protestuje jakoś umknął uwadze szerokiej publiczności. A zapewniam, że jak mu coś nie odpowiada, to nie da się tego faktu przeoczyć, chyba, że ktoś jest kompletnie głuchy. I ślepy, bo nie widzi czerwonego, zapłakanego, spoconego i szarpiącego sie malucha. Takiż właśnie repertuar zaprezentowałby nasz Potomek Młodszy, gdyby byłu mu w tej chuście niekomfortowo.

Skorupiak po którymś pytaniu, czy mały się nie udusi,  zaczął udzielać treściwej odpowiedzi:

- Nie, jeszcze nie. Na razie natarłem go ziółkami i maceruję, dusić będę później.

czwartek, 04 lipca 2013

Moje chłopaki dostały zabawki. Kolorowe, pierne i szybkoschnące, dające się wykorzystać na wiele sposobów, ukochane przez obu.

Kawałki linki. Takiej zwykłej, kolorowej szotówki (na cumowniczą trochę za cienkie). Niebieska i żółta, po około półtora metra.

Pełnia szczęścia. Linkę można miamlać w bezzębnej paszczy, miętosić łapkami, oglądać na wszystkie strony. Wiązać liczne węzły typu spaghetti, albo dla odmiany prawdziwe żeglarskie.

I o ileż ciekawsze niż kosztowne zabawki Fisher Price. A kosztowały jakieś 10 zł....

Tata pojechał wczoraj do mojego brata i też kupił jego córce linkę. Ale... okazało się, że Marysia już to ma:).

poniedziałek, 01 lipca 2013

W związku z wakacjami zawiesiłam Pytonowi obowiązkowe dotychczas ćwiczenia z kaligrafii.

W końcu bez przesady, pisze już coraz lepiej, widać postęp, lewa łapka coraz mocniejsza - nie dajmy sie zwariować, nie chodzi przecież o ty, żeby znienawidził pisanie. 

Jednakowoż matka perfidną istotą jest i wymyśliła sposób na Potomka.

Potomek dostał zeszycik. Taki zwykły, w trzy linie. A Matka Perfidna zaproponowała mu, żeby może czasem napisał dla niej jakąś historyjkę... Nie ćwiczenia z kaligrafii, broń Boże. Opowiadanie. Ciągłe, z bohaterami, jakimś wątkiem fabularnym. O czym chce.

I Pyton pisze. Przychodzi potem, żeby mu poprawić błędy - czasem coś zgubi, połknie jakąś literę czy ogonek od niej, czasem zdarzy mu sie ortograf - chociaż rzadko, przeważnie pyta na bieżąco, a ja mu od razu tłumaczę, dlaczego tak sie pisze. I powstaje książka - którą zamierza wręczyć we wrześniu pani Kasi - wychowawczyni. 

A jak podskakuję z radości. Bez żadnego przymusu ćwiczy kaligrafię, ortografię, umiejętność pisania dłuższych tekstów, poprawność gramatyczną, mnóstwo dodatkowych reguł, takich jak np. zasady przenoszenia wyrazów, wielkie/małe litery itp. I jeszcze ma z tego radochę.

Nie ma jak wziąć dziecko sposobem. Niejednokrotnie już przekonaliśmy się, zę to najlepsza metoda...

Pisałam już, że Grzechotek w prezencie dostał obłędną ilość pieluszek, prawda? Pisałam.

Cieszyłam się jak głupia, że mam ten wątek zakupowy z głowy na długo.

Już mi przeszło.

Okazało się, że młody na akurat te pieluszki zareagował zapaleniem skóry i tyłek miał jak młody pawian... Nie wiem, czemu, używał rossmanowych i było ok, chociaż był to mniejszy rozmiar i chyba ta druga seria (mają dwie)

W rezultacie mam 9 i pół paczki pieluch do oddania. Rossman, rozm. 4, fit &fun, 9 *58 szt w paczce (plus trochę luzem). Chętnie wymienię na pieluchy z Lidla - Toujours, też 4. Te jaśniepański tyłeczek toleruje.