O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

wtorek, 31 lipca 2012

Pełny relaks. Cisza, spokój, błogie nieróbstwo, harmonia z naturą, podglądanie ptaków, góry - pełnia szczęścia.

to tak w teorii.

Do tych wszystkich uroczych elementów dodać należy:

  • piekielnie inteligentnego prawie sześciolatka
  • piekielnie inteligentnego i równie upartego pięciolatka
  • inteligentnego i emocjonalnego trzylatka
  • uroczą roczną panienkę, która uważa sen za niepotrzebną stratę czasu. Wszak świat jest taki piękny i można tyle ciekawych rzeczy zrobić, zamiast marnować czas w łóżku!!!!

Chwilowo młodzież starsza została spacyfikowana przed laptopem i niepedagogicznie (wszak kto widzia\l, żeby sadzać dzieci przed ekranem w taki piękny dzień) ogląda Auta 2. A ja dzięki temu mam spokój, zwłaszcza,że 2/3 starszyzny bardzo przytomnie poinformowalo dzieci przed wyjazdem, gdzie sie udaje i po co - mianowicie po ukochane deserki Monte.  Dodałam, że jak będą grzeczni, to je dostaną, jesli zaś będa sie naparzać, kłócić czy też zachowywać w sposób wymagający mojej interwencji, to Monte co prawda zostanie kupione, ale nie zostanie zjedzone. Przez nich, oczywiście. I natychmiast poziom umiejętności negocjacyjnych tudzież znajdowania satysfakcjonujących wszystkich rozwiązań spraw dotychczas spornych wzrósł im niebotycznie.a młodzież najmłodsza wraz z mamą i Skorupiakiem moim najdroższym popędzili do miasta przy okazji zaprowiantowania załatwić jakieś urzędowe papierki. I ze stanowczym zaleceniem, żeby nie wracali bez Rennie.

Niestety bowiem, z końcem pierwszego trymestru skończyły mi sie co prawda mdłości ciążowe - to znaczy, nie muli mnie, nie jest mi niedobrze, ale zaczęła się zgaga. A ja mam bardzo silny odruch wymiotny (excusez-le-mot, ale taka jest prawda) i niestety w sumie daje to efekt równie rozrywkowy.

Nic to, przynajmniej zwiększa mi to szanse na powtórkę z ciąży z Pytonem, kiedy chwilę przed porodem ważyłam mniej, niż na początku ciąży :). Zawszeć byłby to jakiś pożytek, nieprawdaż? I to znaczny, zważywszy - całkiem dosłownie ;) - moje zmagania w tym zakresie.

Mimo różnych akcji wychowawczych ze schodami i stoperem w roli głównej (miejsce kaźni w przypadku największych przestępstw) jest fajnie - dzieciaki są naprawdę bystre, kochane i w ogóle super. Tylko czasem marzy nam sie palik i łańcuch, taki jak dla krów. Razy cztery.

ALbo przynajmniej po knebelku.

Albo chociaż klatki dla królików - można by zamknąć każdego w osobnej, wystawić na podwórko, nich skubią sobie trawkę, a my mielibyśmy chwilę spokoju...

Wieczorami czasem nawet udaje nam sie posiedziec i pogadać. Tak ogólnie, filozoficznie, a nie tylko zastanawiając sie, co zrobić, żeby jeden czy drugi potwór dał sie jakoś opanować zanim wszyscy uciekniemy z wrzaskiem....

Szkoda, że już widać koniec pobytu. Mam ochotę powiedzieć groźnie:

Ja tu jeszcze wrócę!

 

 

 

 

poniedziałek, 23 lipca 2012

Gazeta w swej uprzejmości wrzuciła na główną artykuł o przesądach ciążowych. Zaczęłam czytać, otwierałam szeroko błękitne oczęta... i nie wierzyłam w to, co widziałam.

Wydaje mi sie nieprawdopodobne, żeby w XXI wieku ludzie mogli wierzyć w takie brednie, ale jednak. Nie ma to tamto, przesądy trzymają sie mocno. 

Jak uwierzyłam i wgryzam się w artykuł, to zaczęłam sie śmiać. 

Śmiałam sie, śmiałam, i nie mogłam przestać, Skorupiak już sie zaczął niepokoić, ze mi zaszkodzi i usiłował mnie spacyfikować.

Nic z tego, śmiałam sie coraz bardziej, aż mi łzy leciały.

No ale jak tu sie nie cieszyć, jak sie czyta takie brednie? 

Wiązanie czerwonej kokardki na łapce "od uroku" to małe miki.

Ucieszyłam sie niezmiernie, jak przeczytałam o odczynianiu czarów przy pomocy zasikanej pieluchy oraz niepranych kalesonów ojca dziecka.

A dalej to już poległam całkowicie. Ale nie daruję sobie, zrobię spis najlepszych bredni. Bede miała jak znalazł, gdy mnie trafi jakiś dół czy inna chandra.

A więc - lecimy. Aby odczynić urok należy:

  1.  lać wosk nad głową dziecka
  2. zrobić mu na czole znak krzyża obsikaną pieluchą
  3. przeciągnąć je przez spódnicę
  4. przetrzeć jego twarz niepranymi kalesonami ojca
  5. pluć naokoło dziecka i mówić: "Brzydka jesteś, tfu tfu"
  6. do garnuszka wlać wodę, wsypać trochę popiołu i włożyć taką kulkę ulepioną z chleba i śliny. Następnie z tym garnczkiem obejść 3 razy kołyskę dziecka (chyba odmawia sie przy tym jakąś Zdrowaśkę, czy coś), a potem wyjść na próg i jednym ruchem wychlustnąć zawartość garnuszka za próg, mowiąc przy tym: a kysz! Też trzy razy

Aby nie zapeszyć/nie zauroczyć/nie zaszkodzić:

  1. nie przechodzić pod kablami, sznurkami, drabinami, słupami wysokiego napięcia...
  2. nie nosić korali, pasków, sznurków
  3. nie kupować rzeczy przed narodzinami dziecka, 
  4. nie patrzeć na osoby brzydkie, kalekie
  5. nie siadać po turecku, bo dziecko będzie miało krzywe nóżki
  6. nie obcinać włosków przed ukończeniem roku, bo sie skraca rozum/życie
  7. nie pozwalać zachwycać sie urodą dziecka, bo na pewno zbrzydnie
  8. nie opierać sie o kaloryfer
  9. nie spoglądać przez dziurkę od klucza
  10. nie obcinać włosów w czasie ciąży
  11. nie wolno używać komputera i TV, bo Dziecię będzie mieć wady wzroku
  12. należy używać komputera i TV, bo elektrofale stymulują wzrost mózgu
  13.  idąc na badanie USG, nie wolno przechodzić obok sklepów w elektroniką, bo zostanie się napromieniowanym, co zaburzy obraz badania
  14. powiadamiając o narodzinach Dziecka, należy wysłać SMS-y w liczbie szczęśliwej, czyli 7 lub jej wielokrotności, nigdy zaś w pechowej 13-tce.
  15. nie wolno ubierać siena czarno, bo dziecko urodzi sie czarne
  16. nie obcinać paznokci śpiącemu maluchowi - odbiera mądrość
  17. do chrzcin nie wychodzić na dwór
  18. Nie można przechodzić nad dzieckiem bo nie urośnie.
  19. Nie wolno podchodzić z maluszkiem do lustra bo będzie się jąkać.
  20. Będąc w ciąży nie wolno zaglądać w studnię, bo dziecko będzie niewidome 
  21.  noworodkowi nie wolno obcinać paznokci tylko trzeba je obgryzać
  22. Nie wolno w ciąży niczego nikomu wziąć (zabrać), bo... będzie złodziejem (jak rozumiem, po porodzie już mogę kraść?)
  23. Nie wolno bujać wózka w którym NIE MA dziecka bo...będzie go bolała główka
  24. Podczas zmywania, czy prania, kobieta ciężarna nie może zachlapać sobie brzucha, bo dziecko będzie pijakiem

małe dzieci nie powinny:

  1. przeglądać sie w lustrze, bo zobaczą diabła
  2. Dziecko nie może chodzić w jednym kapciu bo zostanie sierotą

 

Jeżeli:

  1. Matka w ciąży (MwC)przytula sie do kudłatego psa, dziecko będzie owłosione.
  2. MwC sie depiluje - dziecko będzie łyse
  3. jeżeli wiesz, że będzie synek, nie możesz nosić spódnic i sukienek, bo dziecko będzie homoseksualistą
  4. MwC spojrzy na ziewającego kota, na pewno urodzi dziecko z rozszczepem podniebienia
  5. MwC chodzi w kożuchu, to dziecko będzie miało całe ciało pokryte włosami
  6. Jeśli będzie syn, trzeba do pierwszej kąpieli włożyć umyty korzeń pietruszki, żeby chłopiec miał zdrowego "ptaszka" (Mój syn zwany był Pietruszką , czy to wystarczy ? :)
  7. jeśli będzie córka, trzeba ja wykąpać w złocie, tzn. do pierwszej kąpieli wrzucić rodzinne kosztowności /pierścionki itp./ żeby miała bogactwo w życiu.

I jeszcze jedno, moim zdaniem bardzo praktyczne - kobiecie  w ciąży nie wolno odmawiać, bo odmawiającemu sie myszy w domu zalęgną!!!!!

Poległam... pewnie bym znalazła więcej, ale już nie miałam siły z tej radości.

I tylko mam malutkiego kaca moralnego i dyskomfort psychiczny.

Otóż Piotrek nosił na prawej łapce czerwoną kokardkę w niemowlęctwie. Tylko daję słowo, zę nie od uroku. Od razu w pierwszych dniach zaczęłam podejrzewać, ze może być leworęczny - jakoś tak bardziej układał sie na lewą stronę. I pani dr kazała z prawej zafundować mu coś przyciągającego wzrok, pstrokatego, oraz układać w łóżeczku tak, żeby z lewej była nudna ściana, a życie towarzyskie z prawej. Tak kontrolnie, jeśli faktycznie leworęczny, to nic nie zmieni, a jesli nie, to sie zdecyduje.

Nie przyszło mi wtedy do głowy, zę ktoś może to tak zinterpretować, a teraz mi strasznie głupio i wstyd - mimo, że NAPRAWDĘ chodziło o przyciągnięcie wzroku Pytona (który w końcu i tak jest leworęczny). Inna sprawa, zę wszyscy mi mówili, że to dużo za wcześnie, zęby coś takiego zobaczyć.... tratatata, miałam rację.

 

Przesądy pozbierałam z forum oraz artykułów - pierwszy i drugi

 

PS. Grzechotek ma już prawie półtora roku a ja znalazłam jeszcze jeden cudnej urody kwiatek:

jechałam dziś do pewnej firmy. 

Firma rzeczona dysponuje kilkoma miejscami dla klientów na parkingu, przy czym regułą jest, że należy wysiąść i zadzwonić do ochrony, bo panowie są zbyt zajęci, by patrzeć w monitory. 

Czasem również dzwonek nie skutkuje. Tak jak dzisiaj.

Gdy podjeżdżałam, z drugiej strony szlabanu na wyjazd czekała pewna Pani. Młoda, elegancka blondynka. Zirytiowana zdążyła już wysiąść z samochodu, dopadła słupka z dzwonkiem i dzwoni. 

Ochrona nic. 

Pani zatupała ze złości w kółeczko. 

ponieważ mam już swoje doświadczenia z tym parkingiem, poprosiłam ją, żeby upomniała sie o podniesienie obu szlabanów, gdy już stanie sie cud i ochrona sie zgłosi.

I to przeżyłam lekki szok.

W odpowiedzi uszłyszałam:

- Ja nie będę dla pani tutaj stać.

Toż nie chodziło mi o stanie, stała i tak. Prosiłam jedynie o wypowiedzenie jednego słowa więcej - zamiast "proszę o podniesienie szlabanu" - "proszę o podniesienie OBU szlabanów". 

Ale pani widocznie jest pracownikiem wielkiej korporacji i dobrze wie, że każdy, najdrobniejszy gest życzliwości jest stopniem w górę dla przeciwnika chcącego dostać sie tam, gdzie i ty. Co za tym idzie - jak pomożesz, to przegrasz.

Biedna kobieta....

Siedziałam sobie dziś u rodziców - wpadłam na chwile po coś tam. 

Ostatnio stałym elementem rozrywkowym u nich jest obserwowanie ptaszorów. jeszcze z zimy została w atrapie kominka z przepompowni ptasia stołówka - pięciolitrowy baniak z nasionkami słonecznika. W okresie karmienia pisklęctwa ruch tam jest przeogromny, kolejki sie ustawiają - sikorki, wróble i wszelka inna drobnica.

jako dodatkowa atrakcja oprócz darmowej wyżery funkcjonuje basen - kuwetka z wodą, można sie napić, wytaplać, uprać zakurzone piórka - co kto chce.

I taki właśnie wyprany szikorczak albo wróbel suszył się dzis na płóciennym daszku huśtawki ogrodowej. Wyglądało to prześmiesznie - rozcapierzony, rozpłaszczony niczym naleśnik, każde piórko osobno. A do tego widać go było od spodu - czyli tylko cień, i jeszcze  dekoracyjny wzorek z liści.

Niestety nie udało sie udokumentować - ptaszor się cokolwiek zsuwał z pochyłego daszku i zanim zdążyliśmy pstryknąć fotkę, po prostu zjechał, zamachał skrzydełkami i podfrunął wyżej - suszyć sie dalej. 

Tylko już nie było takiego ślicznego ujęcia....

sobota, 21 lipca 2012

Po raz kolejny dochodzę do tego samego wniosku. Globalna wioska po prostu, prędzej czy później trafi sie na znajomych znajomych, albo zgoła krewnych. 

Przy potężnych ilościach moich krewnych jest to zjawisko wręcz nieuniknione - co i rusz okazuje sie, żę ktoś chodził do klasy z kimś tam, albo mieszkał obok kogoś.

Takie odkrywanie rodzinnych powiązań jest dla mnie nieustającą frajdą. Mam poczucie, że gdzie sie nie ruszę, tam sie znajdzie ktoś jakoś powiązany, od razu jest temat do rozmowy, wspólna podstawa - a to już prosta droga do blizszej znajomości, może przyjaźni? 

Tym razem zaczęło sie od kotów. Zaglądałam sobie na pewnego bloga  i z przyjemnością czytałam o pomysłach Kierownika i posłusznym Personelu. Personel czasem zaglądał do mnie. Przy okazji zaczęłam męczyć Personel merytorycznie o personelową branżę  - i efektem ubocznym podnoszenia poziomu wiedzy było odkrycie, że nasi rodzice sie znali! Kiedyś dawno, ale jednak. Personel z kilkoma moimi kuzynami też. 

Sezon wakacyjny, więc spotkanie planujemy dopiero za jakies pewnie dwa tygodnie, ale musi być! Zwłaszcza, ze gdyby sprawy potoczyły sie inaczej, to byłybyśmy z Personelem kuzynkami ...

A wszystko wyszło na jaw dzięki kotom. Czort chyba dostanie jakiś ekstra dodatek jutro do śniadania.

Ukłony dla Kierownika, pozdrowienia specjalne dla Niedoszłej Kuzynki i do zobaczenia :) 

piątek, 20 lipca 2012

Małżonek szanowny, Skorupiakiem zwany, jakiś czas temu odkrył rower. Przypomniał sobie, jakie to fajne i teraz wszędzie jeździ jednośladem, do pracy też. 

Dzisiaj wracał stęskniony za najukochańszą połowicą (czyli mną, jakby sie kto pytał), śmigając sobie z górki po ścieżce rowerowej.

Obok ścieżki , na chodniczku, rezydowała Mamusia z Potomkiem. Oceniwszy na oko sytuację Skorupiak uznał, że jest  w miarę bezpiecznie - chodnik od ścieżki oddzielony trawniczkiem i jeszcze dodatkowo niskim żywopłotem z ligustru - tak, żeby sie komuś nie przegapiło, że lezie juz po trawie. Mamusia stoi nad Potomkiem, więc powinna mieć na niego oko, jakby miał głupie pomysły.

I ta właśnie ocena sytuacji okazała sie Wielką Pomyłką. 

Dzieć przelazł przez trawniczek.

Mamusia nic, nawija w komórkę.

Dzieć przelazł przez liguster, dość sprawnie i szybko - a że całość, łącznie z trawniczkiem ma tam może z metr szerokości, nie zajęło mu to dużo czasu. Małe potomki bywają nadspodziewanie szybkie. 

W tej sytuacji Skorupiak miał do wyboru - albo kontrolowany poślizg i lądowanie na glebie, albo jazda po dzieciaku i w sumie tez lądowanie na glebie, tyle, że znacznie mniej kontrolowane. I kac moralny większy. 

Wyłożył sie więc, przycierając solidnie różnymi kawałkami o grunt.

Równocześnie Mamusia odzyskała orientację w terenie i wypadła z wrzaskiem. Nie, nie wrzeszczała na dziecko,  że wlazło tam, gdzie nie powinno. To też nie byłby dobry pomysł, gdyż wrzaskiem nikogo sie nie wychowało, ale to inna sprawa. Otóż Mamusia rozdarła japę na Skorupiaka - że gna jak wariat po chodniku. 

Skorupiaka zapowietrzyło, po czym jak już odzyskał dech, zapytał z jadowitą wściekłością, czy Mamusia może widzi ten obrazek namalowany na kostce. Bo nawet, jeśli składać literek nie potrafi, to pismo obrazkowe, zwłaszcza w tym miejscu, jest dość proste, wiec chyba powinna pojąć, co oznacza schematyczny rower na czerwonej kostce, którą w całej Warszawie wyłożone sa ścieżki rowerowe. 

Mamusię zatchnęło, a w tym momencie włączył się jeszcze jakiś przechodzień, pytając, jak sie Skorupiak czuje, czy mu pogotowia nie wezwać, albo może policji. Jak również objeżdżając Mamusię od góry do dołu przy pomocy niezbyt wyrafinowanego słownictwa. Bo Mamusia oczywiście nie zauważyła, że facet przeszorował bokiem po gruncie, żeby nie rozjechać jej dziecka, będącego tam, gdzie absolutnie być go nie powinno. Na hasło "policja" paniusia zamknęła dziób, złapała Potomka i zwyczajnie zwiała.

 

W związku z powyższą historią mam prośbę, ponawianą już na łamach tego bloga wielokrotnie - ludzie, myślcie, to nie boli!!!!  Na ścieżkę rowerową pieszy nie włazi, jeśli musi, to przechodzi  w poprzek patrząc, czy ktoś nie jedzie. Pilnuje sie dzieci i UCZY, że tam jest teren dla rowerów.

Na chodniku - rowerzysta jest gościem i to on ma uważać, nie gonić, nie wyprzedzać jak wariat.  Jeśli jest jedno i drugie - naprawdę, każdy może zostać na swoim kawałku o obu stronom będzie przyjemniej i bezpieczniej. Jesli nie - używamy rozumu. 

Tak, to jest coś, co teoretycznie mają wszyscy. W praktyce - różnie z tym bywa. Ale próbujmy.

A Mamusie  - cóż, jeśli poświęcą odrobinę czasu na WYTŁUMACZENIE dzieciom, czemu na ścieżkę rowerową/ulicę sie nie wbiega z zaskoczenia, to będą mialy o wiele więcej czasu na plotki przez telefon. I mniej stresów.

czwartek, 19 lipca 2012

Pół roku temu w przedszkolu pani psycholog z jakiegoś powodu kazał a Pytonowi pójść do logopedy w poradni. Powodu juz sama nie pamiętała, znalazła tylko własną notatkę w karcie.

Poszliśmy.

Pani logopeda nadziała młodzieńcowi słuchawki przypominające te używane przez robotników obsługujących młot pneumatyczny i zaserwowała Bardzo Mądre Testy.

Z testów wyszło, że pan Piotr jest na lewe ucho nieco głuchawy i kazała zgłosić sie do Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu w Kajetanach.

Byliśmy dziś. Ja cała w strachu - zostaliśmy uprzedzeni, zę to cały dzień wyjęty z życiorysu, bo sie gania na testy, badania, do lekarza - wszystko hurtem. Bardzo sensownie, tylko w moim obecnym stanie taki maraton brzmi koszmarnie. Ale trudno, trzeba to trzeba. Jedziemy.

Na miejscu - Francja-elegancja, faktycznie poziom europejski. W rejestracji od razu fru! i z drukareczki wylatuje karta papierowa z kompletem danych, z sąsiedniej - plastikowa magnetyczna z Super Ważnymi  Danymi Medycznymi (zapewne) i numerem karty. Ten numer potem wyświetla sie na ekranikach wraz z numerem gabinetu, go którego należy sie udać. Żadnych dyskusji i przepychanek w stylu "Pani tu nie stała!"

Do pani dr wchodzimy z marszu, równie szybko wychodzimy ze skierowaniem na badania.

I tu sie zaczyna....

gabinety są trzy do tych badań. 

ekraniki wyświetlają numery kart. 

Nikt nie wie, jaka jest kolejność, bo pacjenci, którzy wyszli z gabinetu po nas wchodzą czasem przed nami. Diabli wiedzą, ile osób jeszcze, bo przecież leci po numerach kart. Jakby był system pocztowy, to przynajmniej można by oszacować, czy sie zdąży skoczyć do toalety albo przegonić wokół klombu znudzonego potomka.

Potomek rysuje. Czyta. Prosi o czytanie jemu. Przytula się. Biega. Marudzi. 

A my czekamy.

Czekamy.

I dalej czekamy....

Tak przez dwie godziny.

W końcu na horyzoncie, na ostatnim wyświetlaczu widać nasz numer. Poderwaliśmy sie niczym sprinterzy w blokach startowych. 

Bardzo miła pani technik oznajmiła krótko, zę badanie potrwa 30-40 minut i po tym czasie zapraszają pod drzwi. A na razie sio stąd. Chwała kobiecie za to, poszliśmy sobie do bufetu, bo Pisklak już zdecydowanie domagał się konkretnego posiłku.

PO powrocie trzeba było jeszcze trochę poczekać - jednak nawyki ze szkolnej stołówki działają, w takich miejscach zjadam szybko, żeby sie nie spóźnić na matmę - groziło to serią ciętych komentarzy wychowawczyni. 

Potem znowu do gabinetu pani dr.

I tu niespodzianka. W sumie pozytywna, ale trochę irytacji gdzieś tam na dnie mojej duszy sie tli.

Wyniki badań w normie, miejscami nawet trzymają normę dla dziewięciolatka. Lekka przewaga ucha prawego, ale  zawsze jedno ucho jest mocniejsze. Tyle, zę młody ma skrzyżowaną lateralizację, co wiedziałam od dawna. 

To po jaką cholerę pani logopeda nas tam wysłała? Nerwy, czas, stres, zastanawianie sie, czy w takim razie wysyłać go do szkoły, czy jednak do zerówki...

Wszystko niepotrzebnie. 

A co tam, jako optymistka jednak będe sie cieszyć, zę jest dobrze. Najwyżej tylko zajrzę do poradni i powiem, jaki jest wynik badań. Tak ku przemyśleniom.

wtorek, 17 lipca 2012

KOCHAAANI MOI!  

(Ciekawe, kto rozpozna, skąd ten tekst? uwielbiam takie zagadki literackie. Dodam, że ten autor był juz cytowany gdzieś na blogu - chociaż bardzo dawno).

No, to można przejść do meritum.

Otóż chciałabym prosić bardzo o nieciumkanie do mnie  - czy to ustnie, czy pisemnie. Dostaję drgawek, jak słyszę słowa takie jak "dzidziuś" albo, jeszcze gorzej "dzieciątko". Ciśnienie mi natychmiast skacze, a to niezdrowe. 

Nie znoszę takiego ciapciolenia, a jeszcze bardziej wkurza mnie seplenienie. Nie mam nic przeciwko zdrobnieniom normalnych słów ( bo w końcu stopa o długości 5 cm to faktycznie nic innego, jak stópka, prawda?) byle w rozsądnej ilości. Za to NIENAWIDZĘ jak ktoś mówi o "maciupcich nóziach i ślićnych rąciuniach". Albo coś w ten deseń. 

Jak Piotrek był mały, udało mi sie obrazić parę osób na ulicy, gdy atakowały mnie z takimi właśnie ciapciatymi zachwytami - mówiłam krótko, że dziecko jest inteligentne i  rozumie, jak sie mówi normalnie i prawidłowo, więc proszę mi tu nie odgrywać idioty. No dobra, może nie parę, tak to mnie raz poniosło, ale juz mnie coś trafiło. I teraz tez nie pozwolę seplenić - ja jestem duża i rozumiem, jak sie do mnie mówi normalnie. Nie widzę też powodu, żeby Pisklakowi utrudniać zorientowanie się, ze te dziwaczne miamlanie z normalną polszczyzną ma niewiele wspólnego. Jesli bym chciała, żeby sie uczył od razu dwóch języków, to bym mu zaserwowała angielski albo francuski, a nie głupkowate ciumkanie.

 

Z góry dziękuję za uwzględnienie prośby.

Agra

sobota, 14 lipca 2012

I to nie nasz Czort, tylko ledwo narodzony kociak.

stwierdziłam, że mam kompletnie dość leżenia w łóżku i chcę pójść na spacer. Chłopaki chętnie podchwyciły pomysł i poszliśmy.

Trasa była krótka, wokół kilku okolicznych bloków i kawałka zielonego.

A ja ledwo dopełzłam do domu. Po czym zrezygnowałam z kolacji i padłam do łóżka.

Wkurzający stan, jak po grypie. Czuję sie bardzo silna, póki leżę w łóżku, jak wstanę, to mi złudzenia mijają natychmiast.

Nie ma to jak uroki ciąży.

piątek, 13 lipca 2012

Ufff....

Lżej i spokojniej.

Po dotychczasowych jazdach i prawie trzech tygodniach leżenia w łóżku odetchnęliśmy dzisiaj solidnie.

Badania w porządku. Serducho bije jak należy, przezierność karkowa prawidłowa,  zastawka trójdzielna i cała reszta też zgodnie z zaleceniami.

I trymestr sie kończy.

Teraz jeszcze rozmowa z Pytonem dziś po przedszkolu - należy go poinformować, że pod koniec stycznia pojawi się rodzeństwo.

I niech tylko spróbuje marudzić - tak się domagał od trzech lat, to teraz będzie miał.

 

PS. Nie spróbował. Pyszczek miał tak szczęśliwy, że prawie świecił własnym światłem. I śpiewał z radości zamiast mówić, a to już najwyższy stopień ekstazy u niego :).

Ale jeszcze wszystko przed nami, zobaczymy, co bedzie, jak maluch zacznie płakać w nocy i zajmować mnóstwo czasu. Albo włazić w klocki.

czwartek, 12 lipca 2012

Szlag mnie trafił dziś przepotężny. 

A to za sprawą proboszcza parafii św. Katarzyny w Warszawie. Mojej byłej zresztą, do której przez wiele lat chodziłam, nawet, gdy przestała juz być tą urzędową.

Otóż ksiądz proboszcz wyraził zgodę na powieszenie na płocie okalającym tereny należące do parafii plakatów antyaborcyjnych przedstawiających rozkawałkowane fragmenty płodów.

Plakaty wiszą w sposób doskonale widoczny dla wszystkich przejeżdżających Doliną Służewiecką. Czyli również dzieci. 

Zdecydowanie nie życzę sobie, żeby Pyton był narażany na oglądanie takich okropieństw. Nie mam ochoty potem słuchać jego płaczu przez sen, uspokajać lęków, tłumaczyć, o co w tym chodzi. Uważam, że jest na to dużo za mały, kwestię edukacji seksualnej mojego syna chcę prowadzić po swojemu (i głowę dam, że wie już w tej chwili więcej, niż niejeden dwunastolatek - bo nie uważam za słuszne chowania głowy w piasek na ten temat). 

Nie zgadzam się na to, żeby ktoś nachalnie i w sposób absolutnie przeze mnie nieakceptowany narażał mojego syna na koszmary, stresy i tym podobne. Nie życzę sobie ładowania mu do łepka nieprawdziwych informacji dotyczących prokreacji, antykoncepcji i metod planowania rodziny, a niestety organizacje okołokościelne mają niemiły zwyczaj manipulowania faktami na ten temat, aż ziemia dudni. 

Żeby było jasne - aborcję uważam za zło - rozwiązanie fatalne dla wszystkich zainteresowanych. Równocześnie zdaję sobie sprawę, że nie zawsze sytuacje sa czarno-białe, jakby to chcieli widzieć przedstawiciele organizacji pro-life.  

Jest tu jeszcze jeden drobiazg, wkurzający mnie w działaniach Kościoła już od dawna. Otóż wścieka mnie potwornie, gdy widzę, że ktoś, chcąc osiągnąć cel X podejmuje działania, które prowadzą do skutków dokładnie odwrotnych. A do takiej kategorii zaliczam wieszanie w ogólnodostępnych miejscach takich plakatów. Przekonają one tylko osoby i tak przekonane. Pozostałe - wkurzą albo zniechęcą. Ale nie zniechęcą do aborcji, ale do tematu i organizacji stosującej tak niskie chwyty. W ten sposób sami sobie starannie hodują pokaźną grupę osób, które być może wcześniej nie były tak agresywnie do nich nastawione, ale teraz już są. 

Szlag najjaśniejszy mnie trafia, gdy ktoś , szermując szczytnymi hasłami ochrony dzieci poczętych, naraża życie (i kondycję psychiczną) dzieci juz urodzonych. Bo niestety dla szanownych prolifeowców temat ochrony kończy sie z momentem porodu, potem umywają rączki i mają w nosie. Nie spotkałam sie z akcjami pomocy matkom chorych dzieci, które zdecydowały sie urodzić, rodzinne domy dziecka sa nieliczne i jakoś  - przynajmniej te, o których wiem, a z kilkoma miałam styczność, prywatną bądź zawodową - raczej nie powstają pod auspicjami kościoła. 

Na razie - w sytuacjach, gdybym musiał jechać tamtędy z Pytonem - wybiorę inną drogę. Nadłożę trasy, stracę więcej czasu, zasmrodzę trochę bardziej spalinami - ale będe chronić moje dziecko przed takimi widoczkami.

Jesli ksiądz proboszcz chce, niech sobie robi takie wystawy w miejscach, do których można pójść świadomie podejmując decyzję, a nie trafiając na takie widoczki z zaskoczenia.

środa, 11 lipca 2012

dzwonią ostatnio systematycznie.

Najczęściej dokładnie wtedy, kiedy zaczyna mi sie przypalać obiad, właśnie zasypiam, odstawiłam słuchawkę do bazy, żeby sie naładowała albo przynajmniej korzystam z toalety. Innymi słowy - gdy jest mi to wybitnie nie na rękę.

lecę wtedy odebrać - tak już mam, żę nie umiem tego zlekceważyć. Klnę pod nosem, ale może to coś waznego....

I najczęściej - w 9 przypadkach na 10 słyszę zaproszenie na badanie super-hiper-specjalistycznym aparatem, co to gwiżdże, chodzi, dzieci rodzi. Albo na pokaz z degustacją ekskluzywnych garnków (to nie jest mój lapsus, dokładnie tak zachęcała mnie pewna pani przez telefon). Albo przynajmniej propozycję zmiany taryfy telefonicznej. 

Słowem - coś, co mnie kompletnie nie interesuje. W super-hiper-aparaty nie wierzę, garnków mam tyle, ile potrzebuję, a moja taryfa telefoniczna całkowicie mnie satysfakcjonuje. Jak mogę sobie bezboleśnie i za darmochę pogadać z koleżanką w Stanach, nie wspominając już o wszystkich Krewnych-I-Znajomych-Królika w Polsce, to nic więcej nie chcę.

Doceniam ciężką pracę pań (bo najczęściej są to panie) tam pracujących. Sama pracowałam kiedyś w call center i wiem, jak trudne  i nudne są takie rozmowy, gdy sie powtarza w kółko ten sam tekst, do tego ułożony przez kogoś, kto nie zawsze ma pojęcie o języku polskim. Ja i tak byłam w tej komfortowej sytuacji, że to do mnie ludzie dzwonili, więc odpadał problem wkurzenia kogoś, komu sie zawraca głowę wbrew jego woli. Dlatego zawsze czekam, aż zrobią przerwę na oddech i dopiero wtedy uprzejmie dziękuję za propozycję i rozłączam się. Jakoś nie umiem sie zdobyć na to, co wiele osób robi - odłożyć słuchawkę w  pół słowa rozmówcy. Jestem w stanie sobie wyobrazić, jak frustrujące to może być, jak ileś osób po kolei olewa człowieka w ten sposób.

Staram sie nie olewać. Ale, do licha, przestańcie dzwonić tak często!!!! pięć - osiem telefonów tego typu dziennie to stanowczo za dużo!!!

niedziela, 08 lipca 2012

Od dwóch tygodni jestem uziemiona w łóżku. Najpierw było całkiem źle, teraz jest lepiej, idzie ku dobremu, ale konkrety będą po następnych badaniach. 

Skorupiak szaleje, martwi sie o mnie bardzo, skacze, przynosi wszystko, o co poproszę, dba o dom, zajmuje sie Pytonem i robi tysiąc innych rzeczy. 

Oczywiście martwienie sie o mnie zajmuje mu najwięcej energii. PYta, czy wszystko w porządku, szuka wszelkich niepokojących objawów.

Jednym z istotnych wskaźników mojego stanu jest Czort. 

Gdy było źle, na początku, nasz wiecznie włóczący się kot wychodził rano na krótką inspekcję włości, po czym wracał, układał sie przy moim boku i zaczynał mruczeć. 

Leżał tak przez cały dzień, wieczorem znowu tylko wychodził na krótki spacer.

Gdy sytuacja zaczęła sie poprawiać - uznał, że nie jest to już potrzebne. Włóczy się jak dawniej, do mnie przyjdzie czasem i tylko na wyraźne zaproszenie. 

Skorupiak przyjął to z ulgą - o ile moje deklaracje, zę czuję się dobrze i nic niepokojącego nie widać, przyjmował z lekkim niedowierzaniem (to jest eufemizm, pytał mnie o stan jakieś dziesięć razy na godzinę), to kocia diagnoza budzi większe zaufanie. 

Nie ma jak odpowiednie wskaźniki w medycynie. Koty jednak wiedzą znacznie więcej, niż nam sie wydaje. Tylko czasem trudno je zrozumieć....

sobota, 07 lipca 2012

Jak juz wcześniej pisałam, obok łóżka mam stos książek. Może jednorazowo nie jest on wielki (żeby nie zleciało z hukiem na podłogę), ale zmienny i  przewija sie tam dużo różności. 

Między innymi dopadłam książkę profesora Jacka Imieli "Medycyna moja miłość".

Rzuciłam się na to od razu. Nazwisko profesora znam od lat - dwukrotnie dokonał cudu wyciągając z grobu jedną z najbliższych mi osób. Zrobił to na tyle skutecznie, że mimo ponurych szacunków - no, pół roku życia to wszystko - te pół roku trwa już trzydzieści lat. I oby tak dalej. 

Książkę czytałam bezpośrednio po "Szarej godzinie" i od razu uderzyła mnie jedna różnica. Język. U Kucówny - niosący jak łagodna fala, jedwabisty, delikatny. Tu - szorstki, chropawy - tą chropawością człowieka, który mówi to, co ma do powiedzenia, krótko, treściwie, bez zbędnych dodatków, na które szkoda czasu. Ale zawsze uważając, żeby nie skrzywdzić, nie zranić. 

Cechą wspólną było widzenie drugiego człowieka -  nie jego wątroby, nerki czy serca. Całości. Podobnie jak Kucówna, profesor Imiela lubi i szanuje ludzi, i to widać w każdym zdaniu.  

Z każdego rozdziału, każdej historii widać jego ogromne zaangażowanie, chęć pomocy, fascynację medycyną. Profesor oprócz leczenia uczy, publikuje, jest ordynatorem Oddziału I Wewnętrznego i Nefrologii w szpitalu w Międzylesiu, konsultantem krajowym w dziedzinie chorób wewnętrznych. Od prawie 30 lat co roku poświęca swój urlop na wyjazd ze studentami  - nie będę sie rozpisywać, podlinkowany artykuł wyjaśnia wszystko. 

Niezwykły człowiek, fantastyczny lekarz i nauczyciel, prawdziwy mistrz - taki, jak dawniej, który przekazywał czeladnikom nie tylko wiedzę zawodową, ale i ducha, etos - a nie tylko, jak wielu dziś, wbijał regułki do głowy.

Fantastyczna książka, napisana lekko, z humorem, a przecież bardzo poważna. 

piątek, 06 lipca 2012

Wśród różnych innych, mniej lub bardziej wkurzających ograniczeń, zakazano mi noszenia. 

Leżę w łóżku, czytam, głaszczę kota (ostatnio mniej, bo przestał sie wylegiwać obok i znowu włóczy po okolicy. Na wszelki wypadek traktuję to jako dobry znak, bo jak było źle, to leżał twardo obok i pilnował, teraz widocznie uznał, że dobrze jest i nie ma po co.)

Oknem na świat jest komputer. 

Mam elegancki stoliczek śniadaniowy na łóżko, na którym urzęduje ów sprzęt pierwszej potrzeby. 

Ale czasem trzeba spod niego wyleźć. Mogę go przesunąć -po łóżku, podkurczyć nogi i sie wysunąć spod spodu, albo normalnie podnieść i przestawić obok. Drugi sposób jest łatwiejszy (zwłaszcza, jesli w nogach łózka zalega pies, kot, albo dzieć. Jest tylko jeden problem - całośc waży znacznie więcej, niz mi wolno podnosić. I Skorupiak dostaje wtedy szału.

Dzisiaj mnie nalkrył na tym niecnym przestępstwie.

Popatrzył na mnie z potępieniem.

- I co ja widziałem? Kto podniósł tego laptopa?

- Jaaaa????? - otworzyłam szeroko błękitne oczka

- No a kto? - zagrzmiał z wyżyn.

- Na pewno nie ja!!! - zgodnie z najlepszymi zaleceniami dla facetów złapanych in flagranti idę w zaparte.

- Tak? to w takim razie kto tu leży w moim łóżku? - zainteresował sie mąż.

- Oooo, no właśnie, kto? Skoro ty tego nie wiesz, to ja jestem  w najwyższym stopniu zbulwersowana. Co za baba wyleguje sie w twoim łóżku - przeszłam do ataku.

Skorupiaka chyba nieco zbiła z tropu moja bezczelność. Zaczął sie jakoś miękko wymigiwać, zę tu powinna leżeć jego żona, a skoro ta twierdzi, żę to nie ona przestawiała lapka, to kto????

Z wrażenia zapomniał, że ma sie czepiać i mogliśmy się zająć sprawami poważniejszymi - czyli kolacją.

Jednak nie bez powodu od dawna wiadomo, zę najlepszą obroną jest atak.  

Pyton dostał prezent od mojego brata.

Kuchenny minutnik, taką cytrynkę.

Uszkodzony.

Z informacją, zę może go sobie rozkręcać do woli, bo i tak nie działa.

Wyciągnął komplet śrubokrętów i rozkłada na części. Cieszy się jak świnka w błocie, zabawę ma przednią.  Rozkręca, wyjmuje śrubki, ogląda mechanizm.

Jak łatwo sprawić radość takiemu typkowi. 

W związku z rumieniem zakaźnym w przedszkolu Pyton został dziś w domu.

Musiałam mu znaleźć jakieś zajęcie, bo nie ma mowy, żęby siedział i gapił sie w ekran, a na rower nie pójdzie w taki upał. 

Wymyśliłam.

Poukładamy puzzla. Pyton zaakceptował, wybrał sobie takiego, który mu sie podobał. NIe jest to mój ulubiony, jakieś dzikie fantasy, do tego ktoś, kto rysował te konie biegnące w basenie (!) przez nawę główną jakiegoś kościoła (!!) pozbawionego dachu(!!!) nie doliczył sie nóg i jest ich zdecydowanie niewłaściwa ilość. Ale co tam, poukładać można.

Musiałam jeszcze gdzieś zadzwonić, więc poprosiłam go, żeby zaczął beze mnie.

- Muszę???

- Nie musisz, kochanie, po prostu myslałam, że będziesz chciał zacząć sam. Ale nie ma takiego obowiązku.

- A to ja zacznę, zobaczysz, że umiem sam sortować ramki!

- Wierm, żę umiesz, kochanie, przecież już wielokrotnie widziałam!

- No.  I jak sie wyprowadzę, jak będe już duży, to będe umiał sam układac puzzle, a moi koledzy nie.

Nie ma to jak opanowanie umiejętności niezbędnych do samodzielnego życia

czwartek, 05 lipca 2012

U Pytona w przedszkolu zastępczym stwierdzono rumień zakaźny. Co prawda dziecko  przestało chodzić w piątek, a Pyton zaczął w poniedziałek, ale i tam mam cykora, bo potrzebne mi to jak dziura w moście w tej chwili. 

Do tego informacji nie byli łaskawi przekazać, dopiero jak Skorupiak wypatrzyl to gdzies w jakimś kącie, to sie przyznali - i to bynajmniej nie od razu, że na początku czerwca coś było.

Wczoraj powiedziałam, jaki jest mój stan zdrowia i czemu sie tego boję, to dziś zadzwonili, że od poniedziałku wiedzą, że było jeszcze jedno. Ale wczoraj (czyli w środę) pani wice rozmawiając ze mną nie pisnęła ani słowem....

Szlag by to trafił, idę do lekarza od chorób zakaźnych, zobaczymy, co powie. Jesli trzeba będzie młodego zabrać z przedszkola, to nie wiem, jak sobie to zorganizujemy....

Krótko mówiąc - jak nie urok to przemarsz wojsk radzieckich.

środa, 04 lipca 2012

jest prawie 23, a ja jestem głodna. 

I to wcale nie dlatego, że nie jadłam kolacji.

Wszystko przez ten upał. Nie mam weny na konkret, wolę lekkie zupki, albo - tak jak wczoraj i dziś - duszonego kabaczka. 

Kanapki - też delikatne, najchętniej z samym pomidorem.

Czyli - głównie bezmięsne. W kabaczku co prawda trochę kiełbasy sie poniewiera, ale nie za dużo. 

I tu jest pies pogrzebany. już kiedyś to przerabiałam - też latem, w upały niesłużące cięższemu jedzeniu. I po jakimś czasie na zieleninie mogłam zjeść wiadro sałatki najukochańszej, a wciąż byłam głodna. 

W końcu zebrałam do kupy powyższe fakty i zjadłam sobie uczciwy plaster kiełbasy.

Pomogło, jak ręką odjął.

Z całym szacunkiem dla wegetarian i ich poglądów, to nie dla mnie. Jestem prymitywnym mięsożercą i tak pozostanie na wieki.

Jutro na obiad będzie kurczak z rożna.

Nasz syn da sobie radę w życiu.

Jak czegoś chce, to potrafi to załatwić, wynegocjować.

Oczywiście, czasem próbuje również wymusić wrzaskiem, ale ponieważ ta metoda jest stuprocentowo nieskuteczna, to jednak powoli przechodzi w stronę negocjacji.

Tym razem mnie zastrzelił kompletnie.

Któregoś dnia mama poinformowąła mnie, że Pyton uzgodnił z nią urządzenie jego imienin u nich - "bo wy macie większe mieszkanie". Czyli prośba z uzasadnieniem, tak, jak go uczyliśmy. 

Okazało sie, że ma już przemyślaną listę gości ( na szczęście niezbyt długa i tylko dorośli, których bardzo lubi). 

I wszystko pięknie, tylko normalnie jednak ja o tym coś wiem ( i często wstępnie uzgadniam z mamą ramowy zarys, a potem wysyłam młodego, niech ćwiczy sztukę przekonywania). A tu nic, zero, całkowita niespodzianka.

Niespodzianka była mi  - jak sie potem okazało - niezmiernie na rękę, gdyż na tydzień przed imieninami zostałam zapakowana przez lekarza do łóżka, a od wtorku zaległam w szpitalu. I nikt nie wiedział, czy zdążę wyjść na te imieniny. A tak mogły sie odbyć nawet beze mnie.

Na szczęście wróciłam - pan ordynator dał sie przekonać, że imieniny sześciolatka to poważna sprawa, zwłaszcza, jeśli odbywają sie bez najazdu małoletnich Hunów.

Ale nadal kręcę głową z podziwu nad operatywnością potomka.

wtorek, 03 lipca 2012

za oknem burza. Piękna, grzmiąca, potężna.

Nie wszyscy w domu sie zachwycają, całę łóżko mi skacze od psiego dygotania. Biedna morda nie znosi huków i burza jest dla niej koszmarnym stresem.

Pyton już leży w łóżku i co chwile wrzeszczy ze swojego pokoju.

Nie, nie wrzeszczy ze strachu. Nic z tych rzeczy. Wrzeszczy z zachwytu, komentuje kolejne błyskawice. Poprosił, żeby mu odsłonić okno, przeniósł poduszkę na drugi koniec łóżka żeby mieć lepszy widok i podziwia.

A ja pamiętam, jak kiedyś w czasie burzy był ciężko przerażony. Przyszłam wtedy, położyłam sie obok niego, pogadałam, przeczytałam chyba książeczkę o Franklinie, który też bał sie burzy - i zaczęliśmy oglądać błyskawice razem. 

Spodobało się. 

Teraz burza to dla niego frajda, fantastyczny spektakl. Reakcja skrajnie odmienna od tej wcześniejszej. Inne dziecko?

A ja myślę sobie - jak niewiele trzeba, żeby oswoić dziecięce lęki. Najpierw posłuchać, a potem po prostu być razem....

Tylko dlaczego w takim razie tak wielu rodziców tego nie robi?????

Zaczyna sie sezon kabaczkowy.

Dziś wreszcie zrobiłam (no dobrze, zrobiliśmy ze Skorupiakiem, przecież by mnie zamordował, gdybym ośmieliła sie sama podnieść garnek z wodą na ziemniaki) moje ukochane danie  - kabaczka duszonego z pomidorami, cebulą i jakąś kiełbasą. Proste jak konstrukcja młotka, robi sie błyskawicznie - a ja mogę to wsysać w ilościach hurtowych. 

do tego jeszcze młode ziemniaczki z koperkiem (duuużo koperku) - i trawię sobie teraz niczym obżarty pyton, albo inny boa.

poniedziałek, 02 lipca 2012

Pyton w piątek zakończył definitywnie edukację w przedszkolu, do którego biegł z radością przez ostatnie trzy lata prawie codziennie (gdyby mógł, to by nie robił wyjątków w soboty i niedziele, ale niestety sie nie dało).

Od dziś chodzi na dyżur. Do tego samego przedszkola, co w zeszłym roku. Fajne było niedaleko, był zadowolony.

A dziś rano - rozpacz.

Ja nie pójdę, ja nie chcę, mama zadzwoń, żę mnie wypisujesz.

Skorupiak poirytowany - on rano rzadko bywa przytomny, a z racji mojego uziemienia poranne czynności spadły na niego. W związku z powyzszym ma znacznie niej cierpliwości niż normalnie do ryczącego Pytona.

Wygramoliłam sie z łóżka, przytuliłam. Zapytałam o co chodzi. "Bo ja nie chcę iiiiść!" zawył syn ukochany.

Pogadaliśmy trochę, poprzytulałam, obserwując jednym okiem zaciskające sie szczęki Skorupiaka. Zaproponowałam, że zawiozę samochodem - ja sie nie piszę na takie piesze wycieczki, za daleko jak na jednostkę, której kazali leżeć. Zapytałam, czy będzie lepiej, jeśli odbiorę go wcześniej, nie o 16, tylko po obiedzie. To juz dało jakieś podstawy do negocjacji, młody zamiast konsekwentnie wyć, zaczął sie targować o godzinę. I już był mój.

Wyszło, że chodzi o to, że on nie wie, czy bedą jacyś koledzy. 

Stanęło na tym, że jednak pojedziemy razem do przedszkola, przy wejściu sprawdzimy listę i ja mu powiem, którzy koledzy z jego przedszkola będą w jego grupie (bo byłam pewna, że jacyś będą). I wtedy renegocjujemy kwestię godziny powrotu.

Przy furtce - radosny okrzyk "Wojtek!!!!". Czyli jeden kolega już jest. W szatni - na liście jeszcze kilka znajomych nazwisk. W sali - popędził sie bawić, z trudem go złapałam, żeby zapytać, czy na pewno i koniecznie o tej 13 mam go odbierać, czy woli zostać dłużej. 

Decyzja natychmiastowa - zostaje do 16.

Nie ma co przełamywać lęków, znacznie skuteczniejsze jest ich oswojenie.