O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 31 lipca 2011

nad jeziorem pożyczylam od fiony książkę. Zaczęłam czytać i od razu coś mnie trafiło. 

Chodzi mi o "Bojową pieśń tygrysicy" autorstwa Amy Chua. Reklamują to różnie - jako świetną książkę, która wywróci do góry nogami nasze teorie wychowawcze, rzecz bardzo śmieszną, i takie tam.

A ja przeczytałam i nie dość, że jestem zła, to czuję sie jak matołek, bo za Chiny ludowe nie wiem, co tam było takiego śmiesznego, ani też co mogłabym przenieść na swoje poletko w kwestii wychowywania dzieci.

No bo co? Wrzaski na dzieci, żeby wykonaly moje polecenia? Oszukiwanie ich po to, żeby jednak zrobiły to, czego chcę? Hipokryzję? Kompletne lekceważenie własnego dziecka, jego potrzeb, uczuć, prawa do szcześcia? Łamanie psychiki dziecka, żeby było posłuszne za wszelką cenę? Cięcie równo z trawą wszelkich przejawów samodzielnego myślenia, bo zdanie inne niż matki nie ma prawa istnieć? (mimo, ze wcześniej chwali sie, ze sama wyłamała sie ojcu i poszła na studia nie tam, gdzie chciał). Chore spojrzenie na to, co powinno być celem życiowym - sukces za wszelką cenę? Szczęście w słowniku tej pani nie istnieje w ogóle, ona nie rozumie uczuć. Dzieci mają zrealizować scenariusz życiowy, który dla ich wymysliła, mają być we wszystkim najlepsze - drugie miejsce to dla "chińskiej matki" wstyd i porażka? 

Trudno sie dziwić, że przy takim podejściu do życia, gdzie pojedynczy człowiek nie jest odrębną istotą, tylko trybikiem, przedłużeniem linii hodowlanej i kamyczkiem do chwały przodków, jest tak wiele samobójstw. W takim świecie nie ma po co żyć, więcej, nie da sie żyć - bez szkody dla zdrowia. Ciekawa jestem, czy w Chinach w ogóle istnieje taki zawód jak psycholog. Raczej nie, skoro celem życiowym nie jest ani szczęście, ani samorealizacja. Z tej książki wynika, ze oni nie mają marzeń, tylko cele, kolejne progi do osiągnięcia, a zaraz potem wyznacza sie kolejne, również niebotycznie wysokie.

Uzasadnienie tej mamuśki tez jest dla mnie powalające: Otóż ona znęca sie nad własnymi dziećmi bo jest to wyraz jej wiary w ich mozliwości! Jakby odpuściła, przestała tak łamać psychikę córek, musztrować je niczym w wojsku pruskim, to by znaczyło, ze nie wierzy w ich możliwości.

Uderzył mnie tam w pewnym momencie taki wątek: Córka na koniec roku zajęła drugie miejsce na całą szkołę. Matka zrobiła jej koszmarną awanturę, że nie ma prawa tego powtórzyć, nic poniżej pierwszej lokaty nie wchodzi w grę. I w następnym roku już dziewczynka faktycznie była pierwsza, a kolega - też Chińczyk, który wcześniej ją nietaktownie wyprzedził, drugi. I tak już zostało do końca szkoły. Kwestię tego chłopaka skwitowała krótkim: Cóż, biedny Iksiński. Ciekawe, co by  zrobiła, jakby miała dwoje lub więcej dzieci w tej samej szkole - nie ma siły, któreś by było najlepsze. I co wtedy?

Na szczęście zakończenie pokazuje, ze takie metody na dłuższą metę sie nie sprawdzają.  

Nie będę zdradza, co sie stało, ale powiem, ze miałam złośliwą satysfakcję na koniec. 

 

Ogólnie - wkurzyłam sie. I mimo, ze przeczytałam tę książkę już dobre parę dni temu, to wciąż się gotuję, jak o niej pomyślę. Dobrze, ze jest pożyczona, oddam i nie będzie mi właziła w oczy. Moja dusza psychologa  i matki za bardzo cierpi widząc taką krzywdę wyrządzaną dziecku przez własną matkę.

Może ktoś wie, jak wytłumaczyć chłopu (zaznaczam - bardzo inteligentnemu), że JABŁKA SIE MYJE PRZED JEDZENIEM?????? 

Nie dociera żadne tłumaczenie, ani prośbą, ani niczym, jemu sie nie chce i tyle. A potem płacze, ze ma rozwolnienie.

Tak na co dzień to niegłupia jednostka, ale w pewnych sprawach gorzej niż dziecko.....

sobota, 30 lipca 2011

W czasie wyjazdu widzieliśmy masę bocianów. Normalne o tej porze roku. 


Widzieliśmy również (oprócz innych różności, ptasie COŚ. A właściwie dwa COSIE. Oddzielone od siebie o kilkaset kilometrów, tak że nawet nie dam głowy, czy to takie same COSIE, czy każdy inny. 

Cechy wspólne COSIÓW:

  • wielkość - takie około kawki.
  • nie przejmowały sie ludźmi
  • chodziły sobie po trawie szukając obiadu

 

Pierwszy COŚ został namierzony na polach grunwaldzkich, drugi - tuptał koło domku w ośrodku nad jeziorem. Generalnie w lesie, ale do pól nie było specjalnie daleko. 

 

Oto zdjęcia podejrzanych. Na pierwszy ogień idzie ptaszor grunwaldzki:

Ptaszor grunwaldzki

 

i

 

 

A teraz ten drugii, znad jeziora:

 

 

 

 

Zdjęcia nie są najlepsze - nie dysponowałam ani takim sprzętem, ani (przede wszystkim) umiejętnościami jak Weronika Pióro, ale tu już nic na to nie poradzę - słabości fotek wyszły na ekranie po fakcie, jak ptaki dawno odleciały, a ja wróciłam z wakacji. 

A co do Weroniki - za każdym razem, jak oglądam jej zdjęcia, nie moge uwierzyć, że to jest jeszcze dziecko z podstawówki (chyba :). Zdjęcia robi lepsze, niż niejeden stary wyjadacz :)

Wracając do tematu, jeśli ktoś wie, co to za licha, to będe wdzięczna za informacje (Krogulec, tu duży usmiech do Ciebie :). Przekopałam źródła, które mam w domu, ale albo słabo kopałam, albo nie miałam tych właściwych.... A poza tym, kiepski ze mnie ornitolog i tyle.

 

środa, 27 lipca 2011

Siedzę i obrabiam zdjęcia z wyjazdu - głównie to robię sito, wywalam mnóstwo, pewnie dwie trzecie polecą do kosza. 

Z resztą bawię się z ostrością, kontrastem i takimi tam. I opisuję.

I klnę - co za idiota robił tyle fotek? Na co to i po co to?

Oczywiście, jak juz skońćzę robotę, to sie będę bardzo cieszyć, że je mam. Cóż, tak już jest na tym świecie....

wtorek, 26 lipca 2011

Od dawna zbierałam sie do tej notki, ale jakoś nie mogłam dotrzeć - stale były inne, bieżące tematy i jakoś umykało. 

A będzie znowu o ksiące, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie.

Jessica jest nastolatką z Australii. W maju skończyła 18 lat. Wcześniej, jescze zanim skończyła 17, opłynęła świat - samotnie, bez zatrzymywania sie w portach i bez żadnej asysty towarzyszącej jej podczas rejsu. 

Brzmi wariacko, prawda? Jak szykowała sie do tego rejsu, dwa lata temu, w mediach rozpętała sie niezła burza - czy pozwolić takiej małolacie na to szaleństwo, czy, wręcz przeciwnie, zamknąć w wariatkowie, a przynajmniej odebrać rodzicom prawa rodzicielskie, skoro poważnie rozważają wyrażenie zgody.

A jednak nie był to tak nieodpowiedzialny i nieprzemyślany wybryk. Wręcz przeciwnie, przemyslany w najdrobnijszych szczegółach i znakomicie przygotowany od strony techniczno-logistycznej. Nie wspominając już o sprawie podstawowej - kompetencjach żeglarskich samej Jessiki. W dniu 16 urodzin odebrała patent kapitański - najwyższe uprawnienia, jakie istnieją w tej dziedzinie. Skończyła całą masę kursów - medycyna morska, ratownictwo, łączność, różne techniczno-mechaniczne - i czort wie, co jeszcze. Wypływała tysiące mil na różnych jednostkach i na różnych stanowiskach. Pracowała ciężko, żeby zarobić jak najwięcej, zanim znaleźli sie sponsorzy. Współnie z przyjaciółmi spędziła niejedną godzinę na szykowaniu starannie wybranego jachtu.

Słowem, jest to wspaniała historia o realizacji marzeń. O  tym, że jak sie naprawdę chce, to sie da. o samozaparciu, zmęczeniu, nieprzespanych nocach, strachu w czasie sztormów (w czasie jednego z nich zaliczyła cztery wywrotki!!!!). O ogromnym zaufaniu i odwadze rodziców dziewczyny - mogli przecież w majestacie prawa zakazać jej wyprawy i tyle. A jednak uwierzyli w nią, puścili - mimo wszelkich obaw, czy się uda - czy ona sobie da radę, czy wróci... Przecież na trasie miała przylądek Horn, płynęła w tzw. Ryczących Czterdziestkach - to wszystko są bardzo trudne i niebezpieczne rejony.

Jeśli chcecie poczytać o niej więcej - to zapraszam na jej oficjalnego bloga.

 

Miał być ciąg dalszy, to będzie.

Wieczorne wypady na plażę - spacer trochę przydługi, jak na małe nóżki - mea culpa, zapamiętałam, ze z domu brata jest 10 minut do plaży, ale nie dotarło juz do mnie, ze rowerem..... Za to potem skakanie na falach, uciekanie zanim woda zamoczy nogi, skrzek mew, fantastyczny zachód słońca, skoki w uprzęży (bungee w wersji dla mniej odważnych)

 

i turlanie sie po wodzie  w dużej plastikowej kuli....

 

już po powrocie znad jeziora pojechaliśmy do Centrum Naukowego Eksperyment - znacznie skromniejsza (ale fajna) wersja Kopernika.

 

Piotrek mógł obejrzeć różne złudzenia optyczne:

 

i jeszcze jedno:

 

 

dać sie zamknąć w welkiej bańce: 

 

zbudować wielką wieżę z klocków:

 

pobawić się w rozpoznawanie tropów różnych zwierzaków i jeszcze trochę innych fajnych rzeczy. 

Podsumowując - to był bardzo udany, zróżnicowany wyjazd. Piotrek będzie miał co opowiadać w poniedzialek w przedszkolu.

Piotrek postanowil byc dorosły. Od wczoraj rano.

W związkuz tym sam sie myje, ubira i szykuje matce (bo tata w pracy już) śniadanko. Wczoraj myslałam, ze to jednorazowa akcja, ale samodziene mycie było również wieczorem i dziś rano (i śniadanko też. Niestety, czymś sie przytrułam, albo co, w kazdym razie jedzenie jest jedną z ostatnich rzeczy, na jakie mam ochotę). 

Jednak nie ma to jak marchewka i duża ilość pochwał, zwłaszcza za takie samoistne działania. 

Mam nadzieję, ze mu ak zostanie na dłużej.

poniedziałek, 25 lipca 2011

pojechaliśmy z Małżem po buty dla niego, bo już bardzo było trzeba. 

Łowy były udane - za 165 PLN w sumie udało sie upolować:

  • buty dla Skotupiaka
  • buty dla mnie*
  • torbę dla nie
  • koronkowe body (oczywiśce też dla mnie ;))

Żyć nie umierać, chyba trzeba będzie powtórzyć!!!!

 

* Kupienie butów dla mnie to jest święto lasu co najmniej. Mam gust kompletnie w poprzek mody, potwornie delikatne stopy i zawsze na początku w nowych butach muszę poobklejać sobie nogi plastrami. A te są idealnie wygodne, jak własna skóra, żadnych plastrów, bąbli, odparzeń!

Dziś rano przeżywam wstrząs za wstrząsem. 

A wszystko przez - właściwszym słowem bęche "dzięki" - Pietruszkowi.

Moje niespełna pięcioletnie dziecko najpierw samo wstało i stwierdziło, ze idzie sie umyć. (Zwykle kąpiel jest wieczorem, wczoraj też była, ale jak rodzice biorą prysznic również rano, to on widocznie też). OK, nie będę sie przecież kłócić, zwłaszcza, że stwierdził, że umyje sie SAMODZIELNIE.

Byki na to jak na lato, mogę sobie pogadać z mamą przez ten czas. 

Jakiś czas później przytuptał do mnie stworek z prośbą o skarpetki - fakt, w szufladzie pustka - pranie powyjazdowe wolno schnie... Znalazłam czyste, podałam - zawinał sie na pięcie i popędził do łazienki. 

Z łazienki dobiegały miłe, spokojne dźwięki, żadnych łomotów czy chlupania powodziowego - czyli wsio normalno, matka może się poobijać.

Kolejne parę minut później przyszedł Pietruszek, kompletnie ubrany, z prośbą, żeby mu podłączyć suszarkę do włosów, bo umył piórka. Z oczami w słup podłączyłam.

Następnie moje wspaniałe dziecko pognało do kuchni. Poszłam za nim i zostałam energicznie wyproszona - Mama, idź stąd!

Jak mnie zawołał po chwili, doznałam kolejnego wstrząsu - na stole stało  przygotowane śniadanie, sztućce, kubeczki, deseczki (używamy ich zamiast talerzyków, łatwiej sie kroi na tym), chleb, dodatki do chleba, i własnoręcznie przygotowany twarożek z rzodkiewką!

Prawie padłam od nadmiaru wrażeń, nie spodziewałam sie czegoś takiego. Wiem, że Piotrek jest bardzo samodzielnym typem i potrafi woół siebie dużo zrobić (jak chce ;)), ale czegoś takiego to jeszcze nie widziałam. 

Fanfary!!!! Trąby!!!! Wodotryski!!!! i w ogóle chwała Pietruszce!!!!!

sobota, 23 lipca 2011

Dwa dni w Gdańsku (przed wyjazdem nad jezioro, mówiłam, ze wpisy będą w dziwnej kolejności) - okazja do powłóczenia sie po mieście. Właściwie pierwszy raz w życiu mam taką możliwość - byłam tam dwa razy w życiu, raz - przez parę godzin z koleżanką, wiele lat temu, drugi - w zeszłym roku, na ślubie brata. Łatwo sie domyślić, że byłam zajęta czym innym, niż zwiedzaniem...

O Gdańsku nie ma co pisać - obraz jest skuteczniejszy. No bo jak opisać detale architektoniczne, które mnie po prostu urzekły? Dorwałam sie do aparatu fotograficznegoi pstrykałam jak oszalała (w sumie urobek z osmiu dni wyjazdu to prawie tysiąc zdjęć. oczywiście, sporo wyleci, ale to i tak nieźle).

 Oto parę z nich - drobiazgi, które stanowią dla mnie o uroku architektury.

 

 

Uchwyt do latarni - można zrobić byle jak, a można ślicznie.....

 

 

 

zwieńczenie rynny....

 

 

I jeszcze jedno, w tym samym budynku

 

 

Krata balkonowa 

 

Pietruszek prawie oszalał, jak zobaczył wodę i różnej maści jednostki pływające. Niektóre uczciwie żeglujące, ale było parę takich ewidentnie odpicowanych pod turystów, niekoniecznie mających jakiekolwiek pojęcie o realiach żeglarskich.  Dwie robione chyba na galeon hiszpański (sama nie jestem specem w tej dziedzinie, jeśli coś chrzanię, to proszę nie poprawić), poozdabiane czym sie dało - i oczywiście wyposażone w solidny silnik. Śmiem wątpić, czy w ogóle dałoby sie na tym czymś pływać pod żaglami - abstrahując od przepisów dotyczących żeglugi portowej. Podejrzewam, że miejsce w żagielkoi zajmuje wyposażenie i zapasy restauracji dla pasażerów. Zresztą, przy tym przeładowaniu ozdóbkami nie dałoby sie chyba postawić szmat, nawet, jakby były....

Za to po powrocie z pierwszej wycieczki po mieście dokonałam przykrego odkrycia. Na wieczorną włóczęgę chciałam włożyć długe spodnie - jednak chłodno sie robi, a ja nie lubie marznąć. I okazało sie, ze  wtorbie, owszem, mam dżinsy... Skorupiaka. pakowaliśmy sie późno, ja około 1.30 poszłam spać odmawiając dalszej współpracy. Zresztą i tak zawsze pakuje nas Małżyk, ja znoszę w jedno miejsce to, co należy zabrać, a on  jakimś niepojętym dla mnie sposobem nie dość, ze zawsze zmieści dużo więcej, niż - na zdrowy rozum - powinno wejść do plecaka, to jeszcze potem zawsze dokładnie wie, gdzie co jest. Mogę mu zadać dowolne pytanie z serii  "kochanie, gdzie są moje... skarpetki, majtki, bluzki" i zawsze dostanę precyzyjną odpowiedź, w której części plecaka, torby czy walizki mam szukać. Nie mam pojęcia, jak on to robi, ale robi. 

Tym razem jakimś głupi przypadkiem chyba podałam mu w torbie jego spodnie zamiast moich, które leżały obok. I tą metodą na wyjazd nad jezioro, gdzie wieczorem bywa zimno i na pewno są komary, a jeszcze by sie połaziło może po lesie, zostałam w krótkich portkach. Kicha, w związku z czym kupiłam sobie bojówki. Nie jest łatwo znaleźć rozmiar na moje nadmiary kilogramowe, a w każdym razie nie na tempo i w nieznanym terenie - w domu bez większego problemu. 

jeszcze była plaża, próba wyprawy na bursztyny - ale tu deszcz nas zmył, zwłaszcza, że we wskazanym miejscu trzeba było wjechać kawałek leśnymi drogami - jak lunęło, to sie bałam, ze sie nie wygrzebiemy  błota.

Dużo jeszcze, będe jeszcze dopisywać - 

innymi słowy - CDN

Nareszcie!

Po wielu różnych perturbacjach i perypetiach udało sie dokonać niemożliwego.

Razem z fioną i Mamą_G nie dość, ze sie spotkałyśmy, to jeszcze wyjechałyśmy współnie na przedłużony weekend - zabierając w sumie sześciu naszych mężczyzn (to znaczy, każda po jednym dużym i jednym małym).

Umawiałyśmy sie na ten wyjazd tak mniej wiecej od roku (no, troszkę przesadziłam, ale o ile mnie pamięć nie myli, to od wczesnej jesieni). Nawet raz byłyśmy w dołku startowym, ale sie wszystko posypało, z różnych powodów.

I teraz śpieszę donieść z radością, że wreszcie - dokonało się!!!! Taram, fanfary, dzwonki, trąbki i wodotryski poproszę!!!!

W sobotę rano zameldowaliśmy się we trójkę (fiona ze swoimi chłopakami dotarła w środku nocy i daje sie, ze zrobili sobie jeszcze małą imprezkę, zamiast iść spać - wstręciuchy, bez nas!!!!) u Groszkowskich, zapakowaliśmy w samochody i jazda!

Tu sie dość szybko zrobił pewien problem - po wyjechaniu z gdańskich korków jak Mama Groszkowa depneła po gazie, to ledwo nadążałam - a drogi kręte jak ogon węża. Jak ktoś je zna - a ona do tej kategorii należy - to może sobie śmigać, ale co mają zrobić biedne żuczki jadące trasa po raz pierwszy? Starać sie nie zgubić pilota! No i grzaliśmy sobie tak przez lasy, do momentu, kiedy Piotrek nie postanowił zadziałać. Miał już stanowczo dość sytuacji, kiedy drzewa rozmazywały mu sie za oknem - ja nie skutkowała łagodna perswazja, to załatwił sprawę siłą - zwymiotował. Na szczęście do torby... 

To wystarczyło - telefon do Szalejącej Pilotki, zjazd na jakiś parking pod sklepem i dalej juz jechaliśmy wolniej.

Za to na miejscu - bajka po prostu. Wieś na końcu świata, koniec drogi - naprawdę, koniec porządnego asfaltu, dalej to już tylko bita droga. Dawny ośrodek wypoczynkowy - jakich wiele w Polsce, nad jeziorem, z domkami, pawilonem sanitarnym. Tylko wykupiony przez pracowników, więc nie przyjeżdża kto popadnie, robiąc syf, bo i tak nie jego - o nie, stale te same osoby, każdy sie poczuwa do utrzymywania porzadku....

I nawet pogoda - mimo krakania meteorologów - była znakomita.  Dopiero w poniedziałek rano zaczęło padać - i to wcale nie od świtu, bo jak sie obudziłam o świcie (no, ten świt taki trochę naciągany, koło 6.30) to było pięknie. Ale jak juz moi panowie wychynęli z namiotu, to zaczęło kapać, więc zwijaliśmy bety w trybie nagłym - i udało się, nawet namiot ył tylko lekko wilgotny - lać zaczęło w chwile po spakowaniu go do pokrowca.

I ta cisza... słychac ptaki, szum drzew, i NIE SŁYCHAĆ SAMOCHODÓW!!!! tylko raz, ledwo, ledwo, dotarł do mnie sygnał karetki. 

Tak naprawdę trudno to opisać. Z jednej strony można powiedzieć, ze nie działo się nic - dzieciaki sie bawiły, dorośli gadali, jakiś spacer, trochę pływania w jeziorze i tyle. Z drugiej - to "nic" było tak gęste i pełne różności, ze można by pisać długo. 

Nie będę nawet próbowała, zresztą - po co. Nie da się dobrze oddać piórem (klawiaturą ;)) śmiechu dzieci biegających za piłką czy chlapiących sie w baseniku, zachwyconej miny Piotrka dumnego po pierszej w życiu nocy przespanej w namiocie - pod gołym niebem, a nie ustawionym dla picu w salonie. Tych wszystkich nieważnych - najważniejszych rozmów, jak już maluchy poszły spać. 

Tę radość przysłoniła nam jedna chmurka - Groszek sie rozchorował i w niedzielę po południu został zabrany przez dziadków do Gdańska. Szkoda wielka, trójka panów naprawdę świetnie sie bawiła razem - Piotrek najstarszy, opiekował sie Wiktorem i Filipem naprawdę fajnie...

Tak czy inaczej - dziewczyny, dziękuję Wam bardzo. Mamo Groszka - za świetne miejsce na takie spotkanie. To było dokładnie to, czego było trzeba. I Wam obu - za to, ze wreszcie sie udało spotkać. Mam nadzieję, że nie było to ostatnie spotkanie, żę będziemy mogły sie widywać częściej - Marta, może dla odmiany Ty przyjedziesz do Warszawy na zapowiadany rajd po sklepach? porzucimy facetów i zrobimy sobie babski dzień....

To był bardzo fajny kawałek wakacji...

piątek, 22 lipca 2011

Jedziemy samochodem do Gdyni. 

Kiedyś uż rozmawialiśmy z Piotrkiem o różnych środkach komunikacji miejskkiej - i między innymi jakoś doszlismy do trolejbusów.  W Warszawie już nie jeżdżą, więc młody wiedzę w tym zakresie miał wyłącznie teoretyczną.

Toteż jak zobaczyliśmy takie coś na drodze, to od razu zwróciliśmy Pietruszkową uwagę - niech sobie obejrzy, jak juz jest, a co.

Jakiś czas później wracamydo Gdańska po obejrzeniu różności - i młody woła:

- Mama a tam jest trajłobuz!

podoba mi sie taka wersja :)

Piotrek gra w kółko i krzyżyk na telefonie taty. Wkurza się co chwila, złości – nie da się ukryć, przegrywa. W końcu wybucha ze złością:

- ten komputer oszukuje!!!!!!

Tata poszedł przytulić. Pietruszek wściekły ucieka na drugi koniec łóżka, ale po chwili na propozycję pomocy przypełza po łóżku do Skorupiaka. Grają przez chwile razem – oczywiście wygrywając z telefonem, i młody zmienia tonacje okrzyków:

- Tato,  to wciąga!!!!!

W końcu zaczyna grać sam, jeszcze czasem przegrywa, ale jaka satysfakcja, jak coraz częściej udaje mu się wygrać.

Niestety, czas na wieczorną grę się kończy – akurat po przegranej kolejnej partii. Pietruszek znowu się złości,  ale tata udając, ze nie widzi jego fochów zaczyna wieczorne czytanie – tym razem na tapecie jest „Ronja, córka zbójnika”. Najprawdopodobniej za jakieś pół godziny Pietruszka będzie spać jak suseł….

Kolejna atrakcja wyjazdu - ZOOw Gdańsku - Oliwie.

 

Sama byłam tu wieki temu, jeszcze jako małolata – nawet nie pamiętam dokładnie, w każdym razie za życia naszego pierwszego psa – Bromby. To znaczy, że jakieś dwadzieścia lat temu…

Łatwo się domyślić, ze nie pamiętam zbyt wiele – tak naprawdę dwie rzeczy:

Po pierwsze – scenkę jak z kreskówki. Grupa małolatów zaczęła rzucać kamieniami w słonie i jeden z nich się delikatnie mówiąc  zirytował. Wsadził trąbę do bajorka, które jest na terenie wybiegu, i po chwili zafundował dzieciakom regularny prysznic.

Drugą zapamiętaną rzeczą była woliera kondora – nie mam pojęcia, dlaczego, ani to ptaszysko piękne, ani sympatyczne. Ot, takie tam.

 Tym razem  - mam nadzieję – w pamięci zostanie więcej. Wytrzaskaliśmy ponad trzysta zdjęć (oczywiście po pierwszej selekcji zostanie pewnie z połowa, a potem jeszcze mniej). Piotrek miał oczy dookoła głowy. Słonie, hipopotamy, żyrafy, surykatki, wielbłądy, krokodyle, papugi, lamy, kangury, foki, pingwiny….. w oczach się mieniło.

oczywiście zdjęć różnych zwierzaków mamy mnóstwo, ale wrzucę tylko jedno, jak dla mnie - zdecydowanie najśmieszniejsze:

 

 

Zdjęcie dedykuję Krogulcowi - tak jakoś mi sie o nim myślało przy tej papudze :)

Do tego doszła jeszcze jedna atrakcja. W ZOO jest park linowy – i mają tam trasę również dla całkowitych maluchów, więc Piotrka można było puścić tam samodzielnie. Sama bardzo żałowałam, że nie pomyślałam o tym wychodząc z domu – włożyłam frędzlastą, powiewającą bluzkę, z tych, co to się wkręcą  i wplączą we wszystko, co się da. Gdyby nie to, sama bym poszła spróbować – kusi mnie to od dawna. Ale nic straconego, w Warszawie (a właściwie w okolicach) są co najmniej dwa takie linaria

 Po wyjściu nóżki wyłaziły przez uszki – pod koniec widać było, że Piotrek jest zmęczony, bo zaczynał coraz bardziej rozrabiać. To znaczy szedł, gdzie chciał, albo nie szedł, gdy powinien. W końcu uznaliśmy że jego problem, i poszliśmy sobie. Oczywiście kontrolując co jakiś czas, czy idzie za nami – tak, żeby tego nie widział. I faktycznie, po chwili zatupotało – i coś wyhamowało na mnie. Od tego czasu szedł już grzecznie, wytłumaczyłam mu, że jeśli by się naprawdę zgubił, to byłby problem – nie miał ze sobą przywieszki z naszymi telefonami, nie zna terenu, nie pamięta adresu mojego brata, gdzie mieszkamy….

Potem już do domku, kąpiel, wieczorne czytanko – i Pietruszek „odpłynął w krainę snu, gdzie kołysały go wróżki…”

  A z tą przywieszką, to patent na wyjścia w nieznane, zatłoczone miejsca, gdzie mógłby się zgubić. Wizytówka służbowa Skorupiaka (żeby nie podawać adresu domowego), uzupełniona o nasze telefony prywatne  i prośbę o kontakt w razie znalezienia Pietruszka. Do tego zestaw instrukcji dla młodego, kogo prosić o pomoc – jeśli jest w okolicy, to policjant, organizatorzy imprezy – jeśli tacy są, w następnej kolejności rodzice z małymi dziećmi. I powtórka z tych zasad przed wyjściem w tłum. Jak na razie się sprawdza, tylko tym razem zapomnieliśmy przywieszki…

Piotrek z kłopotami żołądkowymi, na diecie. 

Zamarzył mu sie dobry obiad i prosi:

- Mamo, ja już wiem, jaką chciałbym zupkę.

- Jaką, kochanie?

- Żwirek.

- Słucham - zdębialam cokolwiek, bo to słowo kojarzy mi sie głównie ze żwirkiem dla kota, a to raczej nie jest jadalne.

- No, żwirek. Z kiełbasą. - uzupełniłlo moje kochane dziecko.

Widząc moje kompletnie ogłupiałe spojrzenie młody zastanowił sie głębiej i po chwili poprawił:

- żurek poproszę. z kiełbasą.

Zmieniamy nazwę, żwierek podoba mi sie o wiele bardziej.

Mam rażenie, ze jest to jedno z pytań, na które wszyscy rodzice reagują po chwili pokrzywką. I chyba nie ma takiego, który  - prędzej, czy później – nie usłyszał tego, jakże wkurzającego, tekstu.

Ja w każdym razie dostawałam szału. I wierzcie mi, na trasie Warszawa – Gdańsk, nawet z przystankiem na Grunwaldzie, jest mnóstwo czasu na powtarzanie tego jednego zdania….

Jedyna możliwa odpowiedź:

- Ośle!...

 

 

 

Zaczęłąm wrzucać wpisy z wakacji - notowane na kolanie, na kartce, w wordzie, jak popadło.

Ale radosna rzeczywistość warszawska nie daje o sobie zapomnieć.

Dojechaliśmy wczoraj wieczorem - tak koło 21. Pietruszek po drodze marudził, że go boli brzszek i w pewnym momencie rzygnął w samochodzie. Na szczęście ma przygotowane torebki i wie, ze jak sie źle czuje, to wyciąga taką z kieszeni fotela i jakby co, to pluje do torby, a nie pawiem panoramicznym po całym pojeździe.

W każdym razie pozbył sie z żołądka tego, co miał, pojechaliśmy dalej i myśleliśmy, zę problem z głowy. O, naiwni optymiści.... Dziś o 7 rano (przypominam, końcówka urlopu, mozna sie wyspać...) usłyszałam podejrane dźwięki z łazienki - Piotrek haftował do sedesu. 

I to był początek, potem co 10 minut szła następna porcja - nie pomógł węgiel, wypluwał wszystko, co iał w brzuszku, a potem już samą wodą - bo pilnowałam, zęby wodę pił, żeby sie nie odwodnił. A jak skończył pluć, to zaczęło sie od drugiego końca - wylewało się, bez żadnej kontroli, po prostu nieszczelna Pietruszka. 

Oczywiście dietka - co o tyle było proste, ze młody po prostu nie chciał jeść, ale wieczorem nie obyło sie bez potężnej awantury - pan sobie zażyczył kanapki z szynka na kolacje, a wredna matka  sie nie zgodziła.I co gorsza, postawiła na swoim....

Teraz Pietruszek już śp, po kolejnych dwóch (chyba, Skorupiak dziś czytał) rozdziałach Ronji. A ja zasuwam przy sprzątaniu kuchni, praniu ciiuchów  wyjazdowych i uzupełnianiu zaległości na blogu - w końcu nie samym sprzątaniem i praniem człowiek żyje :).

 

Grunwald to rycerze i bociany. Albo bociany i rycerze, nie jestem pewna, czego było więcej. No dobrze, może trochę więcej tych konserwowych, ale boćki stanowiły godną konkurencję ilościową. I były ładniejsze, choć z pewnością mniej zróżnicowane i częściej widywane w tym miejscu. W końcu zakute łby tylko raz do roku się tam zjeżdżają… Boćki w ogóle nie bały się ludzi (tak, jakby rycerze się bali J ), łaziły po łące pełniącej rolę parkingu i szukały śniadania.

Piotrek miał oczy naokoło głowy – tyle ciekawych rzeczy! Tylu zakręconych wariatów w jednym miejscu robi wrażenie, średniowieczne namioty, białogłowy w barwnych strojach, kramy z dobrem wszelakim i wielki kawał przestrzeni do biegania. Nasz Pyton jak się rozpędził, to wyhamować nie mógł. W środę takie bieganie było możliwe, w sobotę – w dniu bitwy – absolutnie nierealne.

 

Ale na bitwę Piotrek jest jeszcze za mały, przydałby się jakiś podkład historyczny, nieco większy, niż obecny poziom wiedzy Pietruszka. Inaczej będzie to tylko tłumna impreza, z mnóstwem czekania, długa jazdą, korkami na drogach, krótkim i niezbyt zrozumiałym spektaklem oglądanym z daleka i znowu do samochodu.

Przy jednym z kramów był facet, który w dużej skrzyni miał węża.. Nie wiem, boa czy pyton, zapomniałam zapytać. Wężyca – bo to była panienka – miała ze trzy metry długości, 45 kilo i na imię Kaśka – zgodnie z opinią właściciela, humorzasta i wredna jak wszystkie Kaśki. A po za tym śliczna, jedwabista i cudownie delikatna w dotyku. Oczywiście pogłaskałam ją – chodziło mi przede wszystkim o oswojenie Piotrka. Na początku miał trochę cykora, ale trzymając mnie kurczowo za rękę zdecydował się podejść i też pogłaskał wężowy ogon. W ten sposób mam nadzieję, że załatwię sprawę głupiego przesądu, iż  węże są obślizgłe, zanim jeszcze o tym w góle usłyszy. 

 

Jeszcze potem zdążył się załapać na przejażdżkę konną – nie ma to jak mieć chrzestnego w odpowiednim miejscu….

wróciliśmy.

Nie miałam za wiele czasu - ani nastroju - na tkwienie przy kompie, w końcu wakacje sa po to, zęby odpocząć. Tak więc teraz uzupełniam zaległości. Relacje będą może trochę poszatkowane - czasem udaławło mi sie wpisać jakąś notkę w Wordzie ( bo nie zawsze był zasięg), czasem - metodą średniowieczną - kartka + ołówek, żeby nie uciekło. 

Tak krótko - wyjazd był rewelacyjny, na co najlepszym dowodem jest prawie tysiąc zdjęć wytrzaskanych w ciągy tygodnia. Oczywiśce, po selekcji zostanie pewnie ze trzysta, ale to i tak niezły wynik  :)

środa, 20 lipca 2011

jedzieny samochodem - a ściślej rzecz ujmując, stoimy na swiatłach gdzieś w Sopocie (chyba).

W pewnym momencie chyba wszyscy razem zauważyliśmy - bańkę. Całkiem sporą, z takich zwykłych, mydlanych, puszczanych przez dzieciaki. Wędrowała sobie na wysokości mniej wiecej 1,6m, równo nad ziemią.

zastanawiające, jak to najzwyklejsza bańka mydklana potrafi zrozumieć zasady poruszania sie na drodze -  szła po pasach, na zielonym świetle.

Zeby tak niektórzy ludzie potrafili..... 

 

wtorek, 19 lipca 2011

kawałek wakacji za nami. Nogi bolą, wrażeń pełno, nie ma czasu na kompa. 

teraz dorałam na chwilę, ale tak konkretniej to będe pisać po powrocie. Czyli nie wcześniej niż w sobotę.

Do zobaczenia :)

sobota, 09 lipca 2011

idziemy dziś na bazarek po owoce.

Piotrek śpiewa:

- Na spacerek do Empiku, do Empiku....

Rośnie kolejne pokolenie moli książkowych.

A dla markteingowców sieci na E - gratulacje. To sie nazywa wychowywanie sobie klienta.

 

Zaglądam sobie czasem na bloga siostry Małgorzaty Chmielewskiej. 

Miałam okazję kiedyś ją poznać - wiele lat temu, ale wrażenie było mocne. Nie wiem, czy jest ktoś, kto o Niej nie słyszał - taka nasza polska matka Teresa. Ma poczucie humoru, dystans do siebie, zdrowy rozsądek i dobrze wie co i po co robi. Pomaga najbiedniejszym i bezdomnym dlatego, zę chce - nie z przyusu, mody, czy dlatego, że 'tak trzeba". 

Jedna z ostatnich notek znowu mnie zwalila z nóg swą przenikliwością i celnością. 

Tak potem pomyślałam, zę to, co Ona mówi jest daleko idącym rozwinięciem mojej teorii dotyczącej zabawek dziecinnych - teraz są takie wypasione, z milionem przycisków, światełek, dzwonków, słowem, gwiżdżą, chodzą, dzieci rodzą. I wszystko świetnie, tylko... są tak wszechstronne, że mogą bawić sie same, dziecko jest do tego kompletnie niepotrzebne.

Siostra Małgorzata poszła dalej - jesliby świat był idealny, bez kłopotów, deszczu, ubogich, dziury w moście i brudnego talerza, to po co bylibyśmy my? po co byłby nam Bóg? - świat by sie kręcił sobie sam, z nami, czy bez nas - i wyglądałby tak samo. 

A my - nawet, jesli byśmy byli, to moglibyśmy tylko stać z boku i sie  przyglądać, jak to wszystko idealnie fukcjonuje. I - nudzić sie śmiertelnie....

To ja już wolę moje kłopoty....

Krew mnie zalewa. Pomału, ale skutecznie.

Wczoraj mieliśmy dzień z dodatkowymi atrakcjami. Najpierw podczas naszej nieobecności okazało sie, ze psica dostała sie do kubla ze smieciami i wywlokła kości  z kurczaka - nie zdążyłam tego wynieść przed wyjściem, a po powrocie już było za późno. Głupia morda, szkodzi jej to jak licho, zawsze po tym ma kłopoty żołądkowe. 

W związku z tym dziś - PO RAZ TRZECI W TYM TYGODIU!!!! WYWLOKŁA MNIE Z ŁÓŻKA o 5.40 rano i kazała sie wyprowadzić. A potem musiałam posprzątać po niej w kuchni. 

Potem okazło sie, że klientka - moja kuzynka zresztą - usiłowała wydymać Skorupiaka na tle zawodowym. Jak dał do zrozumienia, zę kłamie, to rzuciła słuchawką, po czym po chwili zadzwoniła mamusia dziewczyny, żeby ochrzanić Małża, na co on sobie pozwala bo co to za sugestie, ona wychowała córkę na uczciwego człowieka. I wi ogóle czy on wie z kim rozmawia. Po czym w następnym zdaniu przyznała sie do takich działań, które tym zawodzie są uznawane za oszustwo. Choć z jej strony to zapewne była zwykła przedsiębiorczość i spryt..... 

A wszystkie te atrakcje miały miejsce w dniu urodzin Skorupiaka. Umówił sie na spotkanie z klientami wyłącznie ze względu na mnie - bo rodzina (zresztą, wcale nie najbliższa emocjonalnie, bo stopniem pokrwieństwa to i owszem). Mieliśmy całkiem inne plany na wieczór, zrezygnowaliśy z nich, bo to był jedyny termin, który pasował kuzynce, a już trzy razy spotkania odwoływała, zawsze z tego samego powodu - znalazła bezpośrednio w sieci oferty, które jej podesłał. Ale nie, ona wcale nikogo nie oszukuje, prawda? 

Z rodziną najlepiej na zdjęciu, żadnych interesów.

I kłódka na śmietnik - dla psa.

środa, 06 lipca 2011

Młody ostatnio ma fazę  "a jeśli".

Cieszyłam się, jak minął wiek "a dlaczego?" i udało nam się nie zwariować. Może dlatego, że jak Piotrek o coś pytał, to staraliśmy sie przedstawić mu wyjaśnienie obszerne, aczkolwiek dostosowane do jego możliwości zrozumienia - czyli maksymalnie uproszczone.  Mial tak dużo informacji do poukładania sobie w łepku, że nie dopominał sie o następne.

Ale nic darmo. Obawiam sie, ze sami  z Małżonkiem Najszanowniejszym zgotowaliśmy sobie ten los.

Syn jedyny, intensywnie przez nas edukowany w kierunku myślenia przyczynowo-skutkowego, zaczyna odkrywać samodzielnie, do czego to służy. I szuka związków między kolejnymi zdarzeniami, rezultatów różnych zależności.

Zdaje sie, że powinnam sie cieszyć. Przecież to jest własnie to, co chcieliśmy u Piotrka wykształcić, prawda?

Ostrożnie z życzeniami, bo się mogą spełniać - ta mądrość ludowa jest moim mottem od lat. 

teraz Piotrek chodzi i po miliard razy dziennie zadaje pytanie "mama, a jeśli..." - i potem zwykle jest seria wariantów tego samego pytania.

przykład? Proszę bardzo:

- mama, a jesli ja będe jechał na rowerze, a Duży (czyli mój Tata) będzie szedł na piechotę, to mnie dogoni?

- Tak synu, w tej chwili cie dogoni, jesli nie przestaniesz się garbić i przechylać na bok na rowerze - bo sie wywalisz na pierwszym metrze.

- A jeśli ja będe jechał wyścigówką, a on będzie na rowerze...

- A jesli ja będe jechał samochodem, a on na piechotę...

 I tak przez kwadrans. Pod koniec jak słyszę początek zdania "a jesli", to zaczynam warczeć, gryźć i przejawiać wszystkie objawy daleko posuniętej wścieklizny. 

naprawdę cieszę sie, że on lubi myśleć. Ale jakby tak wykazał chociaż nieco większe zróżnicowanie tematyczne....

 
1 , 2