O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

sobota, 31 lipca 2010

Rodzice maja działkę. Taką najzwyklejszą, pracownicze ogródki działkowe, czy coś. Niedaleko,  jedzie sie dwadzieścia minut ( no, chyba ze są korki).

Piotrek ją uwielbia.

I tu jest pewien problem. Bo jak sie tylko o niej wspomni, choćby w kontekście "nie możemy pojechac na działkę, bo coś tam", to natychmiast młody zaczyna sie dopominać. I robi to bardzo dobitnie.

W związku z  tym zaczęiśmy używać różnych omówień, z nadzieją, że sie nie połapie.

W słowniku zaistniało:

  • wyprawa za las
  • jazda na południe

i jeszcze coś, ale w tej chwili nie pamiętam

A dziś mały po kolejnym takim tekście powiedział, że on chce pojechać na działkę...

To coś jak z psami. Jakby nie kombinować, i tak doskonale rozumieją, kiedy jest mowa o wyjściu z nimi na spacer. Znają (i nienawidzą) zwrot "Pies zostaje".

Bromba, nasza pierwsza psica na magiczne słowo na "s" dostawała świra. Na słowo "działka"zresztą też.

Mimo ze Piotrka i Brombę dzieli jakieś dwanaście lat, to jednak mają coś wspólnego.

 

piątek, 30 lipca 2010

idziemy z Pietruszkiem.

Młody gada, biega, bryka. W pewnym momencie popatrzył na mnie i wypalił:

- Mama, ty będziesz ładną dziewczyną!

No dzięki!!!!!!

wtorek, 27 lipca 2010

Wieczorna kapiel. Ja myję Pietruszka, a tata bedzie czytał - podział ról. Młody się chlupta w pianie.

Na razie tata przysiadł na sedesie i sobie rozmawiamy. Pietruszek się pluszcze, ale przypomniało mu sie, ze chce siusiu. Na sedesie siedzi Małż, młody mokry - może niezbyt wychowawczo, ale zaproponowałam, zeby siusiał do wanny. I przypomniał mi sie stareńki kawał z serii o hrabim, hrabinie i lokaju. Mówię do Małża:

- Pani hrabina trzymała pióro, jaśnie panie. - Czyli sama puenta kawału, bo nie będę demoralizować potomka. A młody w tym momencie wypalił:

- Mama, zgadnij, jaką literkę narysowałem?

Umarliśmy ze śmiechu.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Faceci są nawet nie z Marsa.

Oni sa z innej galaktyki.

niedziela, 25 lipca 2010

na dobranoc Piotrek poprosił, żebyśmy pooglądali zdjęcia.

Jaki on był malutki...

I jak bardzo widać, od samego początku, wielką kocią miłość. Kocur który rządzi podwórkiem, rozstawia psy po kątach, Piotrka pokochał. Przychodził do niego do łóżeczka, spali razem (wiem, wiem, że to niehigieniczne. Ale po pierwsze, proszę spróbować wymusić coś na kocie, a po drugie, sterylna czystość wcale dziecku nie służy.)

Ja zdecydowanie poprosze o następnego maluszka.

Zwłaszcza, ze Piotrek dziś zwiększył zamówienie. Teraz brzmi :

- Mama, ja poproszę siostrę i brata i siostrę i brata.

trzeba kupić większe mieszkanie, z piątką dzieci w trzech pokojach to ja tego nie widzę....

Pietruch od paru dni jest jakiś marudny. Złości się o byle co, krzyczy, usiłuje wymuszać wrzaskiem albo nawet biciem.

Dziś rano ucięliśmy sobie poważną rozmowę na ten temat.  Pan Piotr przeprosił, obiecał, że więcej nie będzie, ustaliliśmy konsekwencje zachowania (dziś nie ma Minimini).

A po paru godzinach zaczęło się od początku. Odesłałam faceta do sypialni. Miał tam porozmawiać z tatą (bo tacie też mocno nieuprzejmie nagadał). Poszedł. Wrócił i stwierdził, że załatwił sprawę, ale tata nie chciał z nim rozmawiać.

Tata zeznaje co innego,  i niestety Pietruszkowa wersja nie pasuje mi do tego, co sama słyszałam i do znanych mi faktów.

Usłyszał, że obiad będzie po załatwieniu sprawy. Dostałam zaciśniętą piąstką. Tak to sie bawić nie będziemy - jazda do sypialni. I proszę się do mnie nie odzywać, dopóki nie załatwisz tego z tatą, a potem ze mną.

Młody sie rozdarł, ze on nie pójdzie do sypialni, że jest przeklęty na zawsze (???), że nikt nie chce z nim rozmawiać. I położył sie na korytarzu przy kuchni, gdzie kręciłam sie szykując obiad. Łypał okiem, sprawdzając, czy się przejmę tą demonstracją.

I miał pecha, bo ja sie kompletnie nie przejęłam. Nałożyłam Małżowi i sobie, a mały w tym czasie... zasnął. Spokojnie stwierdziliśmy, że poleży sobie tam chwilę, jak zjemy, to go przełożę do łóżka. Zaniosłam, zapieluchowałam -  i jest z głowy.

Wredni jesteśmy. Młody tak się starał, a tu nic. Rozpaczliwe okrzyki - jak po kaczce, rzut na podłogę - bez efektu. Krokodyle łzy - a niech popłacze.

Ciekawe, czy jeszcze spróbuje powtórzyć kiedykolwiek taki cyrk. Jakoś wątpię....

 

połamało mnie dokładnie.

Przedwczoraj przewiało mi kark - boli do tej pory. Teraz doszły żebra z drugiej strony. W efekcie ruszam się jak paralityk.

A na domiar złego, rano złapał mnie kurcz w łydce taki, ze zawyłam.

Wiem, że marudzę. Gdzieś muszę, a wolę tu niż narzekać Małżowi na wszystko.

Świat mi sie nie podoba. Poproszę coś na pocieszenie.

 

sobota, 24 lipca 2010

reklama w telewizorni.

dezodorant, który zapewnia "72 godziny bez wilgoci".

Nie chcę mieć nic wspólnego z kimś, kto sie nie myje przez trzy dni i usiłuje to zamaskować zlewając sie dezodorantem.

Jesli rexona chce być kojarzona z brudasami to jadziękuję za współpracę.

Gratuluję autorowi reklamy, na pewno nie kupię żadnego produktu rexony.

Piotruś zameldował, że mamy nowego mieszkańca.

Dinozaura.

Malutki taki, zgubił się i nie wie, gdzie jest jego mama aPiotrusiowe koniki sie nim zaopiekowały. Teraz wszyscy razem mieszkają w przyczepce i bawią sie w berka.

A koniki to w tej chwili najważniejsi Piotrkowi przyjaciele. Zaczęło sie od jednego - Freda. Fred bardzo dzielnie pomagał w czasie powodzi, Piotrek wysyłał  go do noszenia worków z piaskiem, umacniania wałów i innych prac - bo Fred jest silny, wiec mógł sie tam bardzo przydać.

Teraz koników jest już bardzo dużo (nie wiem ile, Piotrek umie liczyć do 15, koników jest wiecej). Jeżdżą w przyczepce za naszym samochodem. Mają tam prysznic, telewizor, muzykę.  Dużo czasu spędzają na Piotrusiowej pustyni, tam pilnuja porządku.

WYobraźnia takiego kajtka jest dla mnie czymś niezwykłym. Buduje całe światy, bardzo konsekwentnie,  i połowa jego zabawy rozgrywa się właśnie tam.

Co niezwykle ułatwia pakowanie zabawek na wyjazdy.

piątek, 23 lipca 2010

Piotrek dziś poszedł do przedszkola. Po trzech dniach siedzenia w domu z mamą i oglądania "Było sobie życie" - zaprotestował. Jasne, że w domu z mamą fajnie, ale mama już była gotowa zamordować własne dziecko. Póki był słaby, to mu sie należy, ale zdrowy -jazda mi stąd, do kolegów.

A tu rozpacz. Nie był to wrzask protestu - nie, na takie rzeczy ja nie reaguję i on o tym świetnie wie. Tu było nieszczęście, grzecznie szedł ze mną za łapkę i prosił "mamo, ale ja nie musze tam zostać?..." Serce mi sie krajało, z drugiej strony znam potomka nie od dziś i świetnie wiedziałam, ze po kwadransie z dziećmi bedzie brykał z uśmiechem na paszczy.

Doszliśmy, tam sie rozpłakał wreszcie dokładnie, wtulił w mamę  i chlipie. Do tego nie wziął ze sobą Mimi - najukochańszej przytulanki, bo uznał, że będzie jej za gorąco. A teraz by sie przydała.... I on bardzo prosi o Mimi. A Mimi na drugim końcu Ursynowa, bo to przedszkole zastępcze, a nie nasze własne....

W końcu widząc tę rozpacz obiecałam, że przywiozę miśka. Troche sie rozpogodził, zlazł ze mnie na ziemię, poszedł do dzieci. A ja w samochód - i po Mimi. Jak ją przywiozłam, to Pietruszek już był wesoły, uśmiechnięty - bezproblemowy. Jakbym jej nie przywiozła, też by nie było dramatu. Ale...

Tak sobie przy tym pomyślałam, jak często się zdarza, że rodzice coś obiecują , żeby tylko uspokoić na chwilę gada, a potem nie dotrzymują słowa. Uzasadnienia są różne: "On jest mały, zapomni", "przecież ja tylko żartowałam" i inne, tak samo maskujące kłamstwo rodziców. Bo taki "zatykacz" ze świadomością, że się nie zamierza spełnić zapowiedzi,  to nic innego, jak pospolite kłamstwo. Owszem, na chwilę bedzie skuteczne. Tylko że dziecko nie zapomni. Nie przeoczy tego, że zostało oszukane przez mamę, babcię, czy inną nianię. I będzie sie uczyło, że dorosłym nie można wierzyć, że nie można na nich polegać. Że jak czegoś chcesz, czy potrzebujesz, to musisz załatwić to sam. Że można kłamać, kręcić - bo czemu nie? Potem rodzice sie dziwią, że dorastające potomstwo ich nie szanuje, łże aż ziemia dudni - nie pamietając, że dziesięć lat wcześniej sami stosowali tę metodę.

A ja tą jazdą po miśka zyskałam znacznie więcej, niż tylko to, że Piotrek przestał się na mnie wieszać i jednak wszedł do sali. Zyskałam również kolejną cegiełkę w budowaniu jego poczucia, że jak mama coś obieca, to dotrzyma na mur. Że mamie można zaufać. Że jak coś powie, to znaczy, ze tak jest. I że jeśli kiedyś się nie uda dotrzymać słowa z przyczyn niezależnych - to będzie wierzył, że naprawdę nie miałam jak, mimo, ze sie starałam. Że nie olałam go, tylko naprawdę nie mogłam.

Mama wspominała, ze hasło "obiecałaś" było straszną bronią na nią. Ale też nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby to wykorzystać, wmawiając jej obietnicę, której nie było. I w ogóle problemu nastoletnich kłamstw, kombinowania, motania - nie było.

Po prostu uczciwość, wzajemny szacunek i zaufanie były tak oczywiste, ze nikomu z nas nie zaświtało, że może być inaczej...

czwartek, 22 lipca 2010

Jak co rano zadzwoniłam sobie poplotkować z mamą.

I zeszło nam na wychowywanie dzieci.

Dosyć szybko doszłyśmy do wniosku, ze to własciwie jest dosyć prosta sprawa, pod kilkoma warunkami.

Po pierwsze, jeśli dziecko jest  kochane, chciane. I wie o tym. Dziecko, które ma świadomość, że jest dla rodziców bardzo ważne,że może na nich liczyć, że jest ktoś, kto je akceptuje, bedzie dużo bardziej pewne siebie i skłonne do odkrywania świata niż ktoś, kto boi sie kichnąć, zeby nie usłyszeć zgryźliwego "cicho bądź i nie przeszkadzaj mi, a najlepiej to zejdź mi z oczu".

Po drugie cierpliwość. Wychowywanie nie jest procesem typu wyjęcie drzazgi z pięty, złapał, wyjął i po kłopocie. Wymaga wielokrotnego powtarzania tego samego. Jeśli się z tym pogodzę, to będzie mi łatwiej. Świadomośc, ze to jest naturalna kolej rzeczy, a nie zwykła złośliwość wrednego bachora niezwykle upraszcza sprawę. Mam wrażenie, że wiele osób różne niepożądane zachowania dziecka przyjmuje "do siebie" - bo on mnie nie słucha, bo chce mi zrobić na złość, bo sprawdza, ile ja wytrzymam. Guzik prawda, małe dziecko po prostu sprawdza, jak działa świat. I czy zawsze działa tak samo - w związku z czym jest bezpieczny i przewidywalny, czy może kompletnie od czapy i nigdy nie wiadomo, z której strony sie oberwie.

Kolejną sprawą, która - przynajmniej u mnie - sprawdza sie znakomicie, jest wrodzone lenistwo mamusi. Czyli moje. Chodzi mi o to, że wielu kłopotom można zapobiec, jesli się je odpowiednio wcześniej  przewidzi i stosownie zadziała. Innymi słowy - zrobić teraz troszeczkę, żeby nie narobić sie jak dziki osioł za jakiś czas.

Ja u siebie w pracy wielokrotnie widziałam, z czym młodzież ma najczęściej problemy - rozpoznawanie i wyrażanie uczuć, asertywność, prawo do własnego zdania, umiejętność argumentowania i obrony tegoż...  No to pracujemy nad tym teraz, zanim narośnie gruba warstwa problemów pochodnych.

A to nie takie trudne, wystarczy rozmawiać z Piotrkiem.

O uczuciach, o tym, że każdy może lubić/mysleć co innego, i to jest w porządku. A technicznie jest to proste jak konstrukcja młotka - pokazanie, że np. tata lubi się czasem napić piwa (tak raz na trzy miesiące mniej więcej), a mama piwa nie cierpi i pić nie będzie. Że mama uwielbia czereśnie, a tata woli wiśnie. Piotruś lubi oglądać Minimini, a mama jakby nieco mniej. I to wszystko jest w porządku, bo każdy ma prawo do własnego zdania.

Asertywność - też w tej chwili jest prosta do zrobienia. Piotrek ma w przedszkolu różnych kolegów - lubianych bardzo i nieco mniej, sympatycznych i niemiłych. Zdarzają się sytuacje, kiedy ktoś go wyzwie, uderzy, zabierze zabawkę, czy nie chce sie z nim bawić - jak to zawsze między dziećmi. I jak przychodzi i opowiada o takich zdarzeniach, to zamiast lecieć z pyskiem do cioć mogę mu podpowiedzieć, jak może sobie radzić z takimi zachowaniami. Przede wszystkim ma prawo nie akceptować tego, że ktoś go brzydko przezywa. Może powiedzieć, co czuje, czego chce - nie zgadzam się, żebyś tak do mnie mówił, chcę, żebyś przestał. Może pójść bawić sie z innymi dziećmi. (A przy okazji zwrócić uwagę na to, jak sie może czuć dziecko, z którym on nie chce sie bawić.) Jeśli delikwent nadal go zaczepia - może pójść po pomoc do cioci.

W tych prostych zasadach jest "zaszyta" cała porcja ważnych rzeczy, które w ten sposób wchłania niezauważając.

  • masz prawo do szacunku,
  • masz prawo do własnych uczuć
  • ćwiczenie w rozpoznawaniu i nazywaniu uczuć
  • masz prawo do wyrażania własnych potrzeb
  • jesteś w stanie sobie poradzić w trudnej sytuacji
  • możesz zobaczyć, jak się czują inni w "odwróconej" sytuacji (do kwestii odrzucenia przez grupę  i zabawy tylko z wybranymi bardzo polecam książęczkę Franklin i jego paczka)
  • możesz skorzystać z pomocy dorosłych, jeśli coś jest za trudne
  • można załatwić sprawę bez agresji i przemocy, nie poniżając drugiej strony
  • twoje problemy są dla mnie ważne, interesuję sie tobą, możesz liczyć, że pomogę ci poradzić sobie w różnych sytuacjach.
  • Najpierw próbujesz zrobić sam, nie robię za ciebie.  Za to pomogę TOBIE w zrobieniu samodzielnie.

Tak samo kwestia sprzątania, bardzo bolesna wychowawczo. Sama mam z tym problem, bałaganiara jestem nieziemska. Ale często sprzątamy razem, Piotrek mi pomaga. Dziś sam zaproponował, że umyje drzwi od lodówki. Ponieważ ostatnio wpadł na ten pomysł i myje je codziennie, zasugerowałam, ze może by tym razem zajął się drzwiami wejściowymi od zewnątrz. Należało im sie od dawna, nie miałam na to czasu. I Piotrek się zgodził. Umył je całkiem sam (tyle ile sięgnął, ale głównie tam były brudne - ślady po kocie i psie). Posprzątał po tym. I ma poczucie, że coś zrobił SAM. Ma udział w czynnościach domowych, jak każdy.

A wystarczy wykorzystywać momenty, okazje. Pokazać mu, zę każdy ma jakiś wkład w utrzymanie domu, proporcjonalny do możliwości, i każda praca jest ważna i potrzebna. Nie ma podziału na prace męskie i kobiece, tacie też się zdarza zmywać gary, gotować, czy wieszać pranie.

I ostatnio Piotrek już parę razy zrobił nam niespodziankę, wieszając pranie samodzielnie. Na balkonie stoi suszarka - na jego poziomie, wiaderko ze spinaczami też. Jak tata zaniósł michę z praniem i po coś jeszcze wyszedł, to Pietruszek popędził pomóc. Ja tylko  ściągnęłam Małża, żeby za wcześnie tam nie wlazł - niech Piotrek ma poczuie sukcesu - nie dość, że pomógł, to jeszcze zrobił TAAAKĄ niespodziankę rodzicom!!!!

Fajny facecik nam rośnie. Z wielu stron słyszę, zę to bardzo miłe, grzeczne, pogodne, towarzyskie dziecko, że tak świetnie go wychowujemy, i tak dalej. Jasne, że bardzo przyjemnie mi sie tego słucha - zarówno pochwały pod adresem mojego dziecka, jak i moim własnym są zawsze mile widziane. Ale mam wrażenie, że tu procentuje przede wszystkim myślenie perspektywiczne. Żeby nie trzeba było za dziesięć czy dwadzieścia lat ganiać do psychologa czy psychoterapeuty.

A z psychoterapią jest trochę jak ze spieraniem zastarzałych plam. Proces żmudny, długotrwały i nie zawsze da sie usunąć bez śladu. Więc warto spierać od razu, albo wręcz zaimpregnować.

I ciuchy - i dziecko.

środa, 21 lipca 2010

Tym razem Palikot przegiął. Absolutnie i bezwzględnie, i nic go nie usprawiedliwia.

Nie wiem, czy to miał być dowcip z tym tekstem, że ktoś widział Przemysława Gosiewskiego na peronie we Włoszczowie.

Jak tylko to przeczytałam, to pomyślałam z lękiem, zę będzie strasznie, jesli usłyszy to ktoś z jego bliskich. I niestety usłyszał to jego syn....

Nieludzkie jest takie bawienie się uczuciami cierpiących po śmierci bliskich. A w przypadku uczuć dziecka - brakuje mi słów.

Nie byłam wielbicielką poprzedniego prezydenta, Gosiewskiego,  i wielu innych.

Ale to, co zrobił Palikot przekreśliło go w moich oczach całkowicie.

Pietruszek w lepszej formie. Nadal słaby, ale wczoraj przeleżał cały dzień, oglądając minimini, a dziś już pęta sie po domu i próbuje bawić sie poza łóżkiem.

Poza tym zafascynował go cykl filmów Było sobie życie. ogląda, niektóre odcinki po dwa razy, dopytuje, sprawdza. Tą metodą załatwiłam pierwszą rozmowę na temat "skąd sie biorą dzieci" - obejrzeliśmy sobie razem odcinek, troszkę skomentowałam, ale przeszło absolutnie bezboleśnie.

Ja jestem bardziej zdechła niż on - takie upały mnie wykańczają, najchętniej poszłabym spać i przestawiła sie na nocny tryb zycia, ale przy Piotrku  nie da rady. Tak mi sie przypomniało lato sprzed czterech lat, jak byłam w ciąży i też było tak gorąco. Pracowałam w szkole, więc miałam wakacje, nie musiałam brać żadnego zwolnienia. I wtedy faktycznie przestawiłam sie na nocne życie, przesypiałam od 13 do 17 i potem brykałam do 2 w nocy. Fajnie było... Poprosze znowu, zwłaszcza tę ciążę :)

 

wtorek, 20 lipca 2010

Wczoraj Piotrek poszedł do nowego przedszkola. W czasie wakacji pracują rotacyjnie, pierwsze dwa tygodnie - nasze macierzyste, a od wczoraj następne. Pietruszek sie cieszył, poszedł z radością, wrócił z pytaniem, czy będzie mógł jeszcze raz tam pójść, bo było "super świetnie".

I wszystko byłoby "super świetnie", gdyby nie to, że pod wieczór zrobił sie marudny, cieplutki i niemrawy. Jak zmierzyłam mu temperaturę - 38,5 jak nic. Dziś rano też powyżej 38, skarży sie że boli gardło, ręka, noga, ucho, głowa. Podejrzewam grypę, te bóle mięśni i głowy tak mi jakoś pasują. Za półtorej godziny idziemy do lekarza, zobaczymy, czy mi potwierdzi diagnozę.

Na razie malutek poleguje w łóżku i ogląda sobie filmy. Normalnie już by go dawno rozniosło, a dziś nie ma siły się zwlec. Za to wreszcie można wyciągnąć skompletowane pracowicie kilka lat temu płytki z serii "Było sobie życie". Piotrek interesuje sie tym, prosi o filmy na konkretne tematy - o skórze, jak picie zamienia się w siuśki, o krwi...

A ja z przyjemnością wracam do tej serii, to jest naprawde świetnie zrobione. I mimo, że stare - w końcu ja to oglądałam w dzieciństwie, to w niczym nie odstaje od np. Adibu, który leci na Minimini i jest na ten sam temat.

poniedziałek, 19 lipca 2010

W pewnym mieście wszyscy byli zdrowi i szczęśliwi. Każdy z jego mieszkańców rozdawał innym coś, czego coraz bardziej przybywało. Wszyscy swobodnie obdarowywali się Ciepłym i Puchatym wiedząc, że nigdy go nie zabraknie.

Matki dawały Ciepłe i Puchate dzieciom, kiedy wracały do domu; żony i mężowie wręczali je sobie na powitanie, po powrocie z pracy, przed snem; nauczyciele rozdawali w szkole, sąsiedzi na ulicy i w sklepie, znajomi przy każdym spotkaniu; nawet groźny szef w pracy nierzadko sięgał do swojego woreczka z Ciepłym i Puchatym. Nikt tam nie chorował i nie umierał, a szczęście i radość mieszkały we wszystkich rodzinach.

Pewnego dnia do miasta sprowadziła się zła czarownica, która żyła ze sprzedawania ludziom leków i zaklęć przeciw różnym chorobom i nieszczęściom. Szybko zrozumiała, że nic tu nie zarobi, więc postanowiła działać. Poszła do jednej młodej kobiety i w najgłębszej tajemnicy powiedziała jej, żeby nie szafowała zbytnio swoim Ciepłym i Puchatym, bo się skończy, i żeby uprzedziła o tym swoich bliskich. Kobieta schowała swój woreczek głęboko na dno szafy i do tego samego namówiła męża i dzieci. Stopniowo wiadomość rozeszła się po całym mieście, ludzie poukrywali Ciepłe i Puchate, gdzie kto mógł. Wkrótce zaczęły się tam szerzyć choroby i nieszczęścia, coraz więcej ludzi zaczęło umierać.

Czarownica z początku cieszyła się bardzo: drzwi jej domu na dalekim przedmieściu nie zamykały się. Lecz wkrótce wyszło na jaw, że jej specyfiki nie pomagają i ludzie przychodzili coraz rzadziej. Zaczęła więc sprzedawać Zimne i Kolczaste, co trochę pomagało, bo przecież był to-wprawdzie nie najlepszy-ale zawsze jakiś kontakt. Już nie umierali tak szybko, jednak ich życie toczyło się wśród chorób i nieszczęść.

I byłoby tak może do dziś, gdyby do miasta nie przyjechała pewna kobieta, która nie znała argumentów czarownicy. Zgodnie ze swoimi zwyczajami zaczęła całymi garściami obdzielać Ciepłym i Puchatym dzieci i sąsiadów. Z początku ludzie dziwili się i nawet nie bardzo chcieli przyjmować- bali się, że będą musieli oddać. Ale kto by tam upilnował dzieci ! Brały, cieszyły się i kiedyś jedno z drugim powyciągały ze schowków swoje woreczki i znów, jak dawniej zaczęły rozdawać.

Jeszcze nie wiemy, czym się skończy ta bajka. Jak będzie dalej, zależy od Ciebie.

 

niedziela, 18 lipca 2010

No nie mogę, nie odczepię się chyba od komentowania wydarzeń, ale mnie po prostu krew zalewa.

I nawet nie chodzi o jedno konkretne, tylko o całokształt.

PiS straszliwie płakał i wyrzekał, że wredna tłuszcza z PO nie szanowała Prezydenta, Wielkiego Człowieka, Ojca Narodu (i tak dalej, nie chce mi sie wyliczać wszystkich określeń. Za bardzo przypominają mi tytułomanię stosowaną wobec Stalina i Kim Ir Sena).

Odsądzali od czci i wiary tych, którzy ośmielili sie wypowiedzieć choć jedno krytyczne słowo pod adresem Wielkiego Przywódcy.

A teraz....

Wystarczy posłuchać, co mówią o Komorowsim. Może im sie nie podobać, ale jest to prezydent elekt wybrany przez naród w wolnych wyborach. I nie zmienią tego żadne karkołomne łamańce  na temat odrzucenia go przez prawie połowę społeczeństwa. Po pierwsze, nie przez prawie połowę, bo byłaby to prawda jedynie przy stuprocentowej frekwencji. A właściwie nawet i to nie, bo osoby nie mające 18 lat też mają poglądy, mimo, że nie mogą głosować.

Frekwencja wyniosła 55,31%. Czyli nieco ponad połowa wyborców sie wypowiedziała. Kaczyński uzyskał 46,99%. Innymi słowy poparło go 0.5531*0,4699, to znaczy 25,99% osób uprawnionych do głosowania. To znaczy - nie prawie połowa, tylko nieco ponad jedną czwartą....

Po drugie dołóżmy do tego jeszcze fakt, że w przypadku  obu kandydatów głosowano zarówno "za" jak i "przeciwko" - na zasadzie "z dwojga złego lepszy będzie K..."

I wyraźnie widać, że Kaczyński wcale nie jest takim Umiłowanym Przywódcą i Wybrańcem Narodu, na jakiego usiłują go wykreować jego zausznicy.

A co do obrażania... Mimo, że nie śledzę tych pyskówek rodem z piaskownicy, to załapałam sie na tekst o prezydenturze śmieszności. Niezmiernie wytworne i pełnie szacunku, nieprawdaż? Bylo tego więcej, ale nie zaśmiecałam sobie tym głowy, bo i po co.

Jak Kali ukraść krowę, to dobrze...

Nie ma jak Prawo i Sprawiedliwość. Oczywiście nasze Prawo i nasza Sprawiedliwość.

piątek, 16 lipca 2010

Poranne ablucje.

Małż poprosił o przejechanie maszynką do strzyżenia po głowie. nie ma sprawy.

Piotrek chciał popatrzeć - proszę bardzo. Wzięłam sprzęt, podeszłam, ale Piotrek był szybszy. Ustawił swój stołeczek tuż obok.

- Piotrek, przesuń się z tym stołkiem, muszę mieć miejsce, żeby móc krążyć wokół taty.

- Jak ziemia wokół słońca?

- Żona, zapamiętaj to sobie!!!!!

Bezczelni.

czwartek, 15 lipca 2010

Wakacje są. W związku z tym warszawskie przedszkola funkcjonują rotacyjnie. Na szczęście przez pierwsze dwa tygodnie lipca działało nasze rodzime. Pojawiło się tam sporo dzieci ne znanych na wcześniej - z innych placówek. I jedna z takich "napływowych" dziewczynek została muzą naszego dziecka.

Kilka dni temu, jak poszliśmy odebrać Piotrka, pani dyrektor poinformowała nas, że Piotrek sie zakochał. Trochę mi zazgrzytało to określenie, tak jakby prześmiewczo. Wiem, zę pani dyrektor nie miała nic takiego na mysli, to bardzo sympatyczna osoba, życzliwa dzieciakom, ale nie spodobało mi sie i już. Piotrek przedstawił koleżankę, przytulił ją na pożegnanie i poszliśmy.

Od tego czasu gada o niej w kółko. nazywa ją "syrenką".

A ja sie zastanawiam, co będzie za parę lat. Pietruszek naprawde potrafi byc czarujący, zauważa detale garderoby, zmiany fryzury...

Wczoraj pomalowałam sobie paznokcie u nóg, to usłyszałam:

- o, pomalowałaś paznokcie, jak prawdziwa dziewczynka (!!!!) - zatchnęło mnie, po pierwsze mam wrażenie że JESTEM prawdziwą dziewczynką (no, może dziewczyną, bez przesady), a po drugie na tę spostrzegawczość.

CHociaż to ostatnie nie powinno mnie dziwić. Kiedyś wracaliśmy ze spaceru z psem. Naprzeciwko sżła pani w takiej samej bluzce - musiałyśmy kupić obie na okolicznym bazarku.

Piotrek z dużej odległości kwiknął:

- Mama, patrz, pani ma taką bluzkę jak ty!!!!

Facet, który takie rzeczy dostrzega, to jest skarb. Nie przywykłam do tego, zwłaszcza mój własny ojciec nie nie rozpieszczał w tej materii. Ten to na typowo babskie pytanie o suknię ślubną panny młodej potrafi odpowiedzieć - no, biała. A dalsze szczegóły? - nie wiem, goła nie była, a czy to ważne????

Fajny facecik nam rośnie.

Korekta po rozmowie z mamą:

Tata na pytanie o suknię ślubną od razu stwierdził - jakąś miała, goła nie była. Nawet kolor nie był wart wzmianki. Faceci....

wtorek, 13 lipca 2010

Padłam i zachorzałam.

Gardło mnie podejrzanie drapało od czwartku. Poza tym niewiele wiecej - ot, osłabienie, lekkie stany podgorączkowe i tyle. I głos mi sie obniżał, zamiast uwodzicielskiego altu coraz bardziej przypominał przepity bas.

Nie miałam kataru. Prawie nie kaszlałam.Ale te podstępne objawy są mi doskonale znane. Parę razy już sie przerobiłam w czasie studiów - basem mogę mówić, a teraz  nie mam czasu na chorowanie, bo sesja. no i jak trzeci raz tuż przed sesją lub w jej trakcie wylądowałam totalnie bez głosu i z 38-stopniową gorączką, to sie zrobiłam mądrzejsza.

Poszłam wiec do lekarza. Diagnozę mi potwierdził - do tego nie był mi potrzebny, sama wiedziałam, co mi jest. Potrzebny był natomiast do wypisania antybiotyku - nie, żebym była maniaczką żarcia tychże, ale tak czułam, ze dostanę. I dostałam. I juz mi sie robi znacznie lepiej.

Ale nadal jestem bardzo silna, póki siedzę, jak wstanę, to mi sie gwałtownie zmienia pogląd na tę kwestię.

Przynajmniej mogę swobodnie przesypiać upały bez wyrzutów sumienia, zę nic nie robię - pani dr kazała mi polegwać w łóżku w ciągu dnia. I chwała jej za to!

Mam pytanie z gatunku głupich i kompletnie do niczego mi nieprzydatnych.

Jak ryby śpią? Bo jakoś muszą, ale przecież nie robią chyba domów, jakkolwiek by miały wyglądać, i co wtedy robią, płyną przez sen? A jak pływają ławicą, to co, śpi część, a reszta pilnuje, śpi cała ławica, czy jak??? I jak sobie wtedy radza z obroną przed drapieżnikami?

Naszło mnie na tę kompletnie nieużyteczną ichtiologię gdy Piotrek oglądał na Minimini moją ukochaną kreskówke z dzieciństwa - Marceli Szpak dziwi sie światu. Marceli razem z Leszkiem Zającem zastanawiali się nad różnymi formami domów - kopiec, gniazdo, nora...

Czy ktoś umie mi pomóc? Chyba bedą mi sie teraz rybie mrowiska tudzież gniazda śniły po nocy.....

 

Mam yuccę. Piękną, dużą- dostałam ją od wówczas-jeszcze-nie-męża.

Bardzo ją lubię. Problem polega na tym, że nie tylko ja. Tarczniki również. Przez lata nie mogłam sie cholerstwa pozbyć.

Ale chyba sie udało. Dostały dwustronnie, to znaczy tabletki antytarcznikowe w grunt i równocześnie spryskałam ją jakąś trutką na wyzej wymienione, i wsadziłam worek na łeb. Oczywiście yuce, a nie sobie.

Nie obeszło sie bez strat, bo worek był ciut za długo i słońce ją miejscami poparzyło, musiałam nieco przyciąć liście, ale chyba rzeczywiście wytłukło zarazę.

Hurra!!!!

 

Zbliża się kolejna rocznica, okrągła, aż miło. Kolejna bitwa. Widowiskowa.

A ja sie coraz bardziej denerwuję. W bitwie bierze udzial mój brat. Jako wysoka szarża zresztą.

Patrzę na termometr, w niebo. Wiem, jak wygąlda jego uzbrojenie, pamiętam tę patelnię na polu grunwaldzkim.... Zzwyczajnie się boję. O niego i o wszystkich, którzy tam bedą.

Taka zbroja to jest naprawdę ciężka - jak sie policzy wszystko, to dobre 40 kg z tego wychodzi. Dołóżmy jeszcze przeszywanicę - waciak nakładany pod zbroję, żeby nie uwierała nigdzie, ani nie poparzyła - w końcu blacha się szybko nagrzewa, hełm - czyli ograniczenie wentylacji głowy. I robi sie naprawde ciepło.

Tak ogólnie to impreza jest znakomita. I nie mam na myśli tylko aspektu widowiskowo-turystycznego, tylko to, że sami uczestnicy sie  świetnie bawią. Bardzo bym chciała zabrać tam Piotrka, ale mam wrażenie, ze jest jeszcze za mały, zeby naprawdę skorzystać - w sensie rozrywkowym, nie mówię o edukacyjnym, to przychodzi samo. Na razie by sie za szybko znudził, nie do końca rozumiał, co sie dzieje - poczekamy. Nie chcę zmarnować takiej fajnej okazji, a bitwy są co roku. To, ze ominiemy jubileuszową, to nawet lepiej - nie potrzebuję pompy, gwizdków i wodotrysków, a tym razem będzie ich więcej niż zazwyczaj.

Odetchnę z ulgą, jak będzie już po wszystkim.

poniedziałek, 12 lipca 2010

Zrobiła się kolejna zadyma polityczno - religijna. Oczywiście z dużym udziałem PiSu, bo jakżeby inaczej.

Chodzi o krzyż przed Pałacem. Już są głosy, że ma tam zostać, miejsce kultu i tak dalej. Kwiaty, znicze, msze spotkania co miesiąc...

A właśnie, co do spotkań  i kwiatów co miesiąc. Ciekawi mnie niezmiernie, jak długo to potrwa. Pan Kuchciński gromko zapowiadał, ze oni  (czyli PiS) będą tak zawsze. I pytanie, ile trwa owo "zawsze".  Rok? Do zimy i mrozów? Aż się znudzi? Do wygranej PiS w jakichkolwiek wyborach? A może do odbicia Pałacu z rąk wroga?

A wracając do tematu.

W czasie żałoby były tam tłumy, znicze, kwiaty, kolejki. Harcerze w odruchu serca postawili krzyż. Pięknie, tylko co dalej? Krzyż zalicza się do kategorii przedmiotów, których się raczej nie wyrzuca na śmietnik po zużyciu czy ustaniu okoliczności będących przyczyną jego postawienia.

Powstała spora grupa, która, używając różnych argumentów, usiłuje doprowadzić do pozostawienia krzyża tam, gdzie jest. A jakoś nie widzą, że krzyż w tym miejscu jest po prostu... nie na miejscu. Pałac prezydencki jest budynkiem urzędowym, tam się  przyjmuje delegacje z różnych państw - jak to ma wyglądać, delegacja z Izraela, Indii, któregoś z państw arabskich - i pierwsze, co widzą, to krzyż? Może to być bardzo różnie odebrane,  w wielu sytuacjach może być po prostu grubym nietaktem wobec gości. Prezydent jest urzędnikiem państwowym, a nie hierarchą kościelnym, wiec takie epatowanie symbolami religijnymi jest tu mocno niestosowne. W końcu również w Polsce żyją ludzie różnych wyznań i wartości i nie dla wszystkich krzyż znaczy to samo.

Wniosek z całej tej sprawy jest dla mnie taki - zanim się postawi krzyż GDZIEKOLWIEK - trzeba się zastanowić, co potem. Czy ma zostać, czy się go gdzieś przeniesie - jeśli tak, to zaplanować miejsce. Działanie impulsywne jest charakterystyczne dla osób z ADHD (nadpobudliwością psychoruchową), a tak istotne decyzje dobrze by było najpierw przemyśleć.

Harcerze teraz się odcinają, proszą, żeby ich nie mieszać w spór polityczny jakim się ta sprawa niewątpliwie stała. Mówią, że teraz są obozy, a oni by chcieli uczestniczyć w przenoszeniu. Tylko czy to przypadkiem nie za późno? Dlaczego zaczęli o tym myśleć dopiero, jak się zrobiła awantura, a nie wcześniej? Np. W miesiąc po katastrofie? Kolejny przykład na działalność wynikającą z dobrych chęci, ale kompletnie nieprzemyślaną.

Jeżeli przeniesienie krzyża i ołtarza z pl. Zwycięstwa, gdzie Jan Paweł II celebrował pierwszą Mszę św. 2 VI 1979 r nie było żadną ujmą - teraz stoi przy warszawskim kościele pw. św. Maksymiliana Kolbego, to ten też można przestawić. Nawiasem mówiąc, właśnie się dowiedziałam, że w czasie stanu wojennego w tym krzyżu była skrytka na bibułę i różne inne nieprawomyślne gadżety. Pomysłowe, jakby ubecja zaczęła demolować krzyż - i to ten właśnie - to byłaby duża draka :)

Znowu jest tak, ze krzyż - który jako symbol powinien raczej łączyć - dzieli. Smutne to.

 

niedziela, 11 lipca 2010

Od paru dni chodził  za mną  temat kaszalotów, wielorybów i innych równie uprzejmych określeń stosowanych powszechnie wobec pań ważących więcej niż X kg.

W pierwszym odruchu chciałam wstawić tu parę cytatów, żeby nie było, żem gołosłowna, ale potem zrezygnowałam. Uznałam, że byłaby to niczym niezasłużona promocja autorów tychże.

Tak w ogóle, to pomyślałam sobie o tym, gdy na jakimś forum trafiłam na wypowiedź osobnika płci męskiej, który się żabił na temat wyglądu Pierwszej Damy. Powtarzać nie będę, tłumacząc na język polski wyrażał głęboką dezaprobatę uzasadniając to przede wszystkim względami estetycznymi. Czyli - jemu jest niemiło patrzeć na brzydkie(czyli - grube) dziewczyny, więc wszystkie przedstawicielki tego gatunku mają OBOWIĄZEK dbać o wygląd i atrakcyjność seksualną. Bo paru byczkom nie podoba się widok grubszej. Bo oni chcą, żeby wszędzie było tak przyjemnie, bo im się niedobrze robi, jak widzą wylewające sie fałdki. I dlatego od razu po wyborach pojawiło się mnóstwo wpisów wzywających Greenpeace na ratunek wielorybowi.

A ja jak zwykle sie czepiam. I pytam szanownych byczków, dlaczego w takim razie oni nie raczą uwzględnić moich poglądów estetyczno-kulturalnych i na przykład zaniechać używania określeń powszechnie uznawanych za wulgarne? Dlaczego w co drugim zdaniu musi zaistnieć "przecinek"? Dlaczego przymiotniki, zwłaszcza  emocjonalne, muszą zahaczać o fizjologię i anatomię?

Jak komuś przeszkadzają moje kilogramy (gdzieś spotkałam sie z pomysłem, żeby kobiety powyżej 60 kg miały zakaz wychodzenia na ulicę), to ja oczekuję żeby ust nie otwierali ci, którzy nie umieją używać ładnej, literackiej polszczyzny NIE OZDOBIONEJ  bluzgami.

I żeby nie wysuwali nosa na ulicę ci, którzy nie słyszeli o czymś tak dziwnym jak savoir-vivre i kultura osobista. Bo  nie pasują do mojej wizji estetycznego świata "dżentelmeni" używający w odniesieniu do dziewczyn określeń typu "świnia", "foczka", "ciałko" i wiele innych podobnych.

Powyższy apel, obawiam sie, pozostanie wołaniem na puszczy. Nie mam nadziei, że nagle społeczeństwo nam się odmieni, zacznie być modna życzliwość, tolerancja, uprzejmość wobec siebie. Ale ja jestem jednak naiwna i nie przestaną mnie zadziwiać nawet nie podwójne, a wielokrotne standardy....

Przy okazji, estetyka nie przeszkadza wielu byczkom rzucać petów na ulicę, pluć, śmiecić.

Ale to juz zupełnie inna historia...

 

sobota, 10 lipca 2010

Piotrek zgubił słoneczne okulary.

Wobec panujących upałów i żarówy świecącej nad głowami strata była dotkliwa.

Abby uniknąć zapalenia spojówek, nabyliśmy potomkowi na bazarku nowe, żółte. Niestety - dwa dni potem je złamał. Tata pracowicie skleił. Ale pękły ponownie.

W związku z tym podczas najbliższych zakupów nabbyłam kolejne, tym razzem granatowe. Ale zakupy robiłam bez Piotrka - i okazało sie, ze okulary są nieco za duże.

Następne, dla odmiany czerwone, kupił mu tata. Dopasowane, bajeranckie.

Po czym znaleźliśmy te pierwsze - spadły w samochodzie pod fotel kierowcy.

Ta metodą Piotrek ma trzy pary okularów słonecznych - jak pogada z tatą, zeby skleił żłółte, będą cztery.

 

 

 
1 , 2