O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 26 lipca 2009

W związku z wyjazdem służbowym (obóz z dzieciakami w Bieszczadach) odezwę sie po powrocie, a na razie robię sobie urlop blogowy. C o prawda męczący ten urlop jsk licho, ale cóż... Może przetrwam. Na razie fajnie jest, więc do zobaczenia wszystkim i pozdrawiam z Bieszczad

wtorek, 21 lipca 2009

Jak dziwnie sie plotą losy...

Mielismy z mężem w dzieciństwie kocyki. Jak każdy chyba maluch - takie nieduże, dziecinne. Z tej samej serii, ten sam wzorek, tylko kolory inne. Mój był brązowo-pomrańczowy, jego - beżowo-żółty. Między nami jest 2,5 roku różnicy - jak na tamte czasy nic, to teraz moda sie zmienia co chwilę. Wtedy produkt taki jak dziecięcy kocyk mógł być produkowany latami. A może odziedziczony po jakimś starszym dziecku? Nieważne.

Małża kocyk był jako dodatkowa izolacja w wózku, jak Piotrek był malutki, teraz jest na działce, wysiadywany czasem na trawie.

Mój służy jako wyściółka psiego gniazda.

Jak to się toczy....

Zwykle staram sie nie przenosić tutaj wydarzeń polityczno-gospodarczych, ale tym razem sobie pozwolę.

Chodzi mi o zadymę z KDT.

Ten koszmarny blaszak jest kompromitacją stolicy europejskiego państwa. To raz.

Państwo "kupcy" mieli od dawna sygnały, że ich czas tam się kończy - mieli możliwość załatwienia sobie innego lokum, propozycje ze strony miasta i nie tylko. To dwa.

Decyzja sądu jest jaka jest - nie została zaskarżona, uprawomocniła się - czyli nie znaleźli powodu, żeby podważyć ją od strony prawnej. To trzy.

A teraz płączą biedactwa, że im sie odbiera miejsca pracy. Jakaś kretynka ( bo nie umiem tego inaczej nazwać) wpuściła do hali swoje kilkuletnie dziecko, a potem sie darła, ze jej do tego dziecka nie wpuszczają. Zagranie pod publiczkę. Co za matka gotowa jest zaryzykować zdrowiem i życiem własnego dziecka??????

Rozumiem doskonale, ze lokalizacja na Placu Defilad jest dla nich genialna i każda inna bedzie gorsza. Centrum miasta, blisko dworca, metra, reprezentacyjny punkt, węzeł komunikacyjny - palce lizać. Co oczywiście się przekłada na wysokość sprzedaży. Ale proszę państwa, miasto nie miało OBOWIĄZKU podpisywać z wami jakiejkolwiek umowy na handel tymczasowy. Mogło zrobić tam parking, postawić fontannę, cokolwiek. Od początku było wiadomo, że jst to propozycja z ograniczeniem czasowym, że w pewnym momencie właściciel terenu zechce coś z nim zrobić i wtedy trzeba będzie sie wyprowadzić. Byliście ostrzegani, umowy przedłużano, ustępowano przed szantażem. I komuś sie w głowie przewróciło, bo uznał, ze tak będzie zawsze i to właściciel gruntu ma zapewnić wam nowy teren????? A niby dlaczego? Czy jak wynajmiecie komuś mieszkanie, to przy rozwiązaniu umowy martwicie sie, ze biedaczek nie będzie miał teraz tak blisko do pracy, do mamusi, będzie musiał wstawać wcześniej i dojeżdżać z Pruszkowa, bo na mieszkanie w centrum nie będzie go stać?

Nie mówiąc o tym, że centrum miasta powinno reprezentować cokolwiek więcej, niż tylko chłam rodem z Chin. Wiem, ze w KDT było tanio, i że dla wielu osób to jest szalenie istotne. Sama nadmiarem forsy nie śmierdzę, żeby nie było, że mnie stać, to nie rozumiem tych, co ich nie stać. Rozumiem. Ale ten chłam, nie dość, ze badziewny, to jeszcze wcale nie był taki tani, parę razy przeszłam sie tam krajoznawczo i za każdym razem wychodziłam z poczuciem straconego czasu. I kupowałam sobie potem to czego szukałam, na osiedlowych bazarkach - ładniejsze, tańsze. Więc proszę mi nie wmawiać, że to dla dobra warszawiaków, bo wszędzie drożyzna, a KDT niby jako ta oaza jakości za niską cenę.

No, wyzłościłam sie, już mi lepiej. Jednak blog to świetna sprawa, Piotrek śpi, wiec z nim nie pogadam, mąż w pracy, wtorkowe babskie ploty mi sie właśnie usmażyły, nie ma do kogo pyska otworzyć. A tak mogłam wylać swoją złość na to towarzystwo roszczeniowych szantażystów i od razu mi lepiej.

A w ogóle takim impulsem, po którym wściekłam sie ostatecznie było grzmiące Ojcze nasz odmawiane przez "kupców" - w tonie bardzo kategorycznym. Tylko spróbuj, Panie Boże, nie dać nam tego chleba powszedniego, to my sie z Tobą policzymy.... Jest to obrzydliwe wykorzystywanie Boga do postępowania sprzecznego z prawem i przykazaniami. Hipokryzja do n-tej potęgi.

I słowo wyjaśnienia dlaczego określenia"kupcy" używam tu w cudzysłowiu: Otóż nie uważam tych osób, które nie dotrzymują zawartych przez siebie umów, za prawdziwych kupców. To są najwyżej handlarze.  Prawdziwy Kupiec wie, ze dotrzymywanie słowa jest podstawą jego działalności.

 

sobota, 18 lipca 2009

No właśnie. W związku z tym wena mi siadła i poszła spać gdzieś w chłodnym miejscu, nie meldując, kiedy wróci.

Zbraku weny nie chce mi sie pisać. I robić niczego innego też nie. A lista rzeczy do zrobienia - długa jak słoniowa trąba, do tego z limitem czasowym - przed wyjazdem. Do kitu i tyle., Znowu bedzie jak co roku, obiecuję sobie, że tym razem to już na spokojnie, nie na ostatnią chwilę, przygotuję prze parę dni, zrobię listę, i tym podobne brednie. Już to widzę, akurat. Listę nawet zaczęłam, ale jak Małżon przenajwspanialszy zaczął kpić, że cud jakiś, ja i lista, to mnie szlag trafił i przestałam robić. No bo to już świństwo, ja sie staram, usiłuję zmienić paskudny nawyk odkładania na ostatnią chwilę, a ten sie śmieje. To niech sam pakuje, i sie  nie czepia potem, ze tego czy tamtego nie ma.

Wytłumaczyłam kotu, żeby jednak wrócil na noc do domu - zapowiada sie kolejna burza. Czyli pies znów bedzie histeryzował. Kurczę, ona w czasie burzy łazi i piszczy, ale nie sporzysta z propozycji wlezienia na łóżko, czy schowania sie w łazience - po prostu chodzi i jęczy, normalnie szzlag człowieka trafia.

A kot po powrocie z włóćzęgi uwalił sie na stercie prania i myje sobie łapki. I co, chyba bedę prać od nowa....

W ogóle dzisiejszy dzień jest jakiś niefartowny. Rano umówiliśmy sie z rodzicami, zę załatwimy zakupy na bazarku i pojedziemy na działkę do nich - oni sobie, my sobie, i sie tam spotkamy. Piotrek miał sie pobawić w swoim samochodzie-piaskownicy, który nie zawiera piasku, ale można nalać wody. Dojeżdżam, a tu telefon, że oni dopiero w trakce zakupów, i rezzzygnują dziś z działki, bo dojechaliby tam za półtorej godziny w najgorszy skwar. No to negocjacje z Piotrkiem - bardzo sie cieszył na tę działkę. Stanęło na tym, ze zamiast działki pójdziemy na basen, jak sie obudzi. Ale wtedy tak długo marudził, ze jak dojechaliśmy na basen to była 19 z minutami. I niespodzianka - basen ma przerwę technologiczną... Następny - też. Tą metodą wyczerpaliśmy wszystkie znane nam baseny na Ursynowie posiadające odrębną nieckę dla maluchów.

U rodziców też jazda niezła. Mają sąsiadkę, mieszkającą nad nimi. Konflikt trwa od lat, pani ma jakieś dziwne pomysły na życie. Nie będę tu wnikać, bo po co. Tym razem wkurza sie o markizę przymocowaną do spodu balkonu - na tyle, że postanowiła ją zdjąć sama. szczegóły nieistotne, w każdym razie rodzice w końcu wezwali policję, ajk kobieta zaczęła piłować kawałek konstrukcji balkonu, żeby tylko pozbyć sie markizy. Policja owszem, przyjechała - akurat, żeby zobaczyć, jak ona piłuje. A jeden z nich z wykształcenia jest technikiem budowlanym..... Szczegóły rozmowy pani z policją nie są znane, ale mamy nadzieję, ze sie kobieta trochę uspokoi...

 

 

 

piątek, 17 lipca 2009

Piotrek się kąpał. A właściwie siedział już wykąpany i zawinięty w ręcznik na moich kolanach i spiewał. Wytłumaczył tacie, ze nie potrzebuje akompaniamentu, bedzie śpiewał sam i chórków nie chce.

Zaśpiewał pełną piersią "zielony ogórek ma garniturek, i czapkę i sandały, zielony jest cały" Pogratulowałam mu występu, a on z wielką wprawą skłonił sie na prawo i lewo i mówi "dziękuję, dziękuję".

Kurczę, gdzie on sie tego nauczył? Chyba w żłobku, bo my go nie trenowaliśmy do takich występów....

czwartek, 16 lipca 2009

Piotrek wynalazł maszynę zapobiegającą trzaskaniu drzwiami podczas przeciągów.

Maszyna składa sie z drzwi, psiej smyczy i roweru. Smycz przyczepił karabińczykiem do zamka, drugi koniec zamontował na kierownicy.

Jak każdy wynalazca przetestował pomysł przed wprowadzeniem do obiegu, sprawdził, czy wszystko jest ok - działa!

 

Zebraliśmy sie wreszcie (rychło w czas,...) na zmianę kół w samochodzie. No bo to już obciach pełen, lipiec w całej krasie, a my nadal na zimowych kółkach. Ale jakoś tak wyszło....

Piotrek pomagał. Najpierw dzielnie podkładał klin pod właściwe koło, potem machał wajchą od podnośnika, odkręcał śruby poluzowane przez Małża, potem przykręcał następne, pamiętając, że należy je dokręcać na krzyż...

Uświniony przy tej operacji od pięt po czubek głowy, ubranko w całości do prania, ale co tam. Najważniejszy był pełen szcześcia uśmiech, poczucie, że robi coś z tatą, coś ważnego, dorosłego. I naprawdę pomagał, jak on dokręcał śruby, to tata mógł odstawić zimowe koła do piwnicy.

Piotrek zmienia koło

 

To jest taki wiek, kiedy można dzieciaka nauczyć pomagania w sposób niezauważalny. Bo to jeszcze jest frajda - dopiero za parę lat będzie to przykry obowiązek - chyba, ze sie wcześniej nauczy, że każdy ma coś do zrobienia, że fajnie jest robić coś wspólnie, że wtedy można mieć więcej czasu na wspólną zabawę. że to łączy rodzinę.  I że wyniesienie śmieci też może być sposobem na okazanie miłości, mimo, iż samo w sobie zajęcie jest całkiem nieromantyczne.

A wieczorem po spaniu poszliśmy sobie razem na dwugodzinny spacerek po okolicy. Bo dzieki wspólnej pracy przy samochodzie mieliśmy czas, żeby pójść w komplecie ( no, powiedzmy - komplet ludzki, kot i pies zostały w domu).

poniedziałek, 13 lipca 2009

Krótko będzie, bo ile razy można to samo. Młody znowu zamknął mnie na balkonie, jak wieszałam pranie - i zablokował klamkę (mamy taką z zameczkiem na klucz).

Na szczęście seria poleceń doprowadziła do wypuszczenia matki z aresztu.

Ani chybi klawisz mi rośnie. Tej kariery dla dziecka raczej nie mam na liście wymarzonych.....

niedziela, 12 lipca 2009

Pietruszek ostatnio z bliżej niezidentyfikowanych powodów zaczął sie do mnie zwracać per "żono". Nie wiem, skąd mu sie to wzięło, Małż ślubny tak do mnie nie mówi.

Wracając do tematu - najpiękniej to brzmi, jak młody z wielką mocą mówi "Maś rację, ziono!". Oprócz tego lecą różne inn teksty urozmaicone ową "zioną", co mnie bawi. Małż natomiast nie jest zachwycony - trudno się dziwić, w końcu ktoś usiłuje mu odbić połowicę. Ani chybi zazdrość. W sumie to całkiem miłe, jak mogę w bezpiecznej sytuacji poczuć, że mu tak na mnie zależy :).

Piotrkowe pomysły nomenklaturowe spowodowały , że zaczłam sie zastanawiać nad powiązaniami rodzinnymi, jeśli miałabym być żoną Piotrka. Skomplikowane to niezmiernie, najbardziej ucieszył mnie wniosek, że byłabym wtedy swoją własną teściową - jako matka mojego męża...

W ogóle wychodzi na to, ze mamy dość skomplikowaną sytuację - małż jako chyba jedyny mężczyzna na świecie ma dwie teściowe mimo posiadania tylko jednej żony (niezorientowanym wyjaśniam, ze chodzi o naszą wspólną teściową honoris causa).

Dalsze radosne powiązania na razie mi umknęły - ale pewnie sie jeszcze coś znajdzie, tylko na rrazie nie chce mi sie nad tym myśleć.

Raczej pójdę coś zjeść :)

piątek, 10 lipca 2009

Jedziemy na działkę. Mama Piotrek, ja i dwa psy. Rozmawiamy o moim bracie, który w łapki ogrywa wszystkich, do tego stopnia, że jakktoś był bardziej zaperzony, to proponował, że on może grać z zawiązanymi oczyma. I  tak wygrywał.  Grali o piwo, wiec miał spory zapas.

Piotrek słucha z tyłu, w pewnym momencie wypalił - mama, ja chcę piwo. Zastrzygłam uchem, po pierwsze zabrakło magicznego słowa "proszę", a poza tym skąd u diabła on wie, co to jest piwo? Ja dotąd nie spotkałam gatunku, który by mi smakował, Małż jak wypije jedno na miesiąc,  to jest dużo.

A młody przerywa mi rozmyślania komunikatem;

- mama, ja lubie piwo!

No to już przesada - za młody! Rozpijanie trzylatka to troche za wcześnie, więc zamiast piwa może dostać szklankę mleka.

Tylko skąd mu sie taka wiedza wzięła, skorto u nas piwo bywa od wielkiego dzwonu, a alkohol w ogóle schodzi w ilościach śladowych? Butelka wódki, którą kumpel przyniósł na pępkowe, nadal stoi w szafce  z połową zawartości. A Piotrek ma prawie trzy lata...

Poranek

Piotrek bryka po mieszkaniu. My siedzimy w łazience i gadamy, korzystając z faktu, że Małż siedzi w wannie i nie ucieka.

Poszłam po Potomka, żeby go wreszcie ubrać. Był w kuchni - i szczęka mi opadła na widok jego działalności. Młody wyjął z szafki karton mleka, otworzył go, nalał do kubka - i dał kotu. Bo "kotek lubi mlećko".

Operatywny facet, zadbał o zwierzaka, zrobił to rozsądnie - kotek faktycznie lubi mleczko.

Wniosek  -   nie zginie, w kuchni sobie poradzi. Przyszla synowa bedzie wdzięczna.

 

poniedziałek, 06 lipca 2009

Świat mi sie nie podoba. Właściwie nie powinno tak być, w pracy fajnie, złapałam kontakt z pacjentem początkowo mocno zjeżonym i nastawionym na nie, z Piotrusiem w żłobku ok, potem pooglądaliśmy sobie koparki... No właśnie tylko jedna kanapka mi życie zatruła - całkiem dosłownie. Poszłam w wolnej chwiili do Fresh Pointa kupić sobie kanapkę ze złudną nadzieją, że będzie lepsza niż takie pakowane nie wiadomo kiedy. Wziełam taką zwykłą, z jajkiem, bez jakichś bajerów. I przewracała mi sie po żołądku przez parę godzin, żeby go w końcu opuścić trasą raczej nie przewidzianą dla ruchu w tym kierunku. Nie wiem, jedyne co tam mogło być drugiej świeżości, to odrobina sosu, ale też taki sos jest zawsze najbardziej podejrzany.

Cóż, pomysł na zdrowsze jedzenie wziął w łeb, następnym razem pójdę do KFC, które jest za ścianą. Po  nich nigdy nie miałam kłopotów żołądkowych.

niedziela, 05 lipca 2009

Kładziemy Pietruszkę spać. Dostał dziś nową książeczkę o Franklinie, więc po obowiązkowej lekturze straży pożarnej tata czyta i o małym żółwiku. W połowie młody stwierdza, ze on woli sobie sam poczytać straż pożarną i za Franklina dziękuje. Ok, nie ma sprawy. Ale Piotrek prosi, żeby mama została z nim i posiedziała. Tłumaczę mu, że mama musi jeszcze posprzątać w kuchni po kolacji. Na co malutek kategorycznie zarządził:

- mama zostań, kakuś ić przątać!

Dziś dla odmiany o psie, a nie o Piotrusiu. Przynajmniej chwilowo...

Pies (a raczej psica) jest typem wybitnie zaczepno-obronnym (to znaczy zaczepia i trzeba jej bronić). Chodząca odwaga po prostu. Do tego od czasu jak wiele lat temu pewien sąsiad ^%^$#$@%^%(*%^%) (nie będę sie wyrażać, ale mam nadzieję, że i tak wiadomo, co mam na myśli) w ramach świetnej rozrywki okołonoworocznej rzucił jej petardę prosto pod nos, Agra panicznie boi sie burzy, petard, strzałów i huków wszelkiej maści.

Dziś była burza piękna, grzmiąca. Panowie P postanowili pójść obejrzeć ją z bliska - Piotruś włożył kaloszki, pelerynkę i jazda na spacer. I ta dzielna głupia sunia, która właziła prawie pod wannę ze strachu,  przez cały czas ich spaceru piszczała pod drzwiami, że chce wyjść ich chronić... Jak wrócili, to znowu zaczęła sie bać.

Swoją drogą są momenty, kiedy najbardziej kochane dziecko mam ochotę własnoręcznie udusić. Czy on nie mógł pospać trochę dłużej??????

Piotrek dostał na zakończenie roku żłobkowego książeczkę o straży pożarnej. Ładne obrazki, króciutki prosty tekst. Piotrek ją uwielbia. Czytam mu to przynajmniej dwa razy dziennie, i ostatnio zaczął recytować tekst razem ze mną, zaglądając mi przez ramię. Zastanawialiśmy się, czy on czyta, czy sie nauczył na pamięć. Dziś wyszło, zę jednak na pamięć - przy obiedzie zaczął recytować kawałki nie mając książki przed nosem. Swoją drogą śmiesznie brzmi, jak usiłuje się wyjęzyczyć ze słowami tak długimi jak "leniuchowanie" :)

 

 

sobota, 04 lipca 2009

Przygrzało nam Piotrusia. Innymi słowy udar słoneczny, lekki na szczeście, ale jednak. Temperatura, wymioty, narzeka na brzuszek, kręci mu sie w głowie... Dostał kapelusik - czapeczki znowu oczywiście nie wział ( a głowę bym dała, zę na 10 sekund przed wyjściem wcisnęłam mu ja na łepek). oprócz tego zarobił dziś sandałki i krótkie spodenki  - skoczył w górę ostatnio i trochę nam powyrastał.

Mieliśmy dziś pojechać w odwiedziny do jednej z około miliona ciotek. Tę akurat bardzo lubimy, niestety jedzie sie do niej dobrą godzinę, a wobec stanu Piotrka ten pomysł był absolutnie wykluczony. Szkoda, dawno jej nie widziałam, ale z dziećmi tak juz jest - chorują wtedy, kiedy jest to najbardziej jak to możliwe w poprzek wszystkich planów.

Za to dowiedziałam się, że jedna z koleżanek jest w ciąży. Zazdroszczę jej, będzie miała sympatyczną różnicę wieku pomiędzy dziećmi - ok 2 lat. Też tak chciałam, ale niestety, życie jest życiem i nie zawsze mamy to, czego chcemy. Może za rok.....

Tyle razy przemknęło mi dzić przez głowę, że to warto zapisać - i nie pamiętam. Drobniutkie scenki, powiedzonka Piotra, okruchy życia. Niestety, umknęły i nie wrócą. Żałuję, lubię wracać do takich drobiazgów.

Dziś Pietruszzek postanowił sam sie umyć pod prysznicem - tak jak mama (bo mama woli prysznic, a tata wannę, co skutecznie rozładowuje poranną kolejkę do łazienki - po prostu można równocześnie dokonywać ablucji.). Wlazł pod prysznic, po czym jak tata zapytał, czemu sie nie myje, to z powagą w głosie stwierdził, że nie może, bo musi najpierw umyć szyby kabiny - bo są brudne!!!!. Nie wiem, skąd mu ten pomysł, inna sprawa, ze one mają taki wzorek, jakby po szybie ściekały krople - może stąd mu przyszło do głowy.

Niech się zrobi trochę chłodniej,nie mam pojęcia, jak wytrzymamy jutro w domu - nie wyjdę z Piotrkiem na to słońce, jak go przygrzało, a coś z dzieckiem zrobić trzeba. Tylko co?????

środa, 01 lipca 2009

To jest wlaśnie dieta mojego dziecka. Nie żebym taka skąpa była i dziecku żałowała. Młody po prostu sam sie domaga - wie co dobre, chleb pieczony przeze mnie to jest pyszna rzecz. I on po prostu prosi o chleb z masłem i wystarczy. Ewentualnie z pomidorem.

Do picia dostawał kiedys  Kubusie, ale po pogawędce z żywieniowcem zrezygnowaliśmy z tej bomby cukrowej, powoli przestawiamy sie na picie głównie wody - na te upały najlepsze. I tak Piotrek żyje o chlebie i wodzie.

Dobrze, że w złobku ma normalne jedzenie....