O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

wtorek, 30 czerwca 2015

Dziś na spacerze chłopakom mało oczka nie wyszły z orbit. Mnie prawdę mówiąc też.

W pewnej chwili naprzeciwko zobaczyliśmy panią z rękawicą sokolniczą - i siedzącą na niej grzecznie sową!

Płomykówka to była o imieniu Zoja - z koła naukowego przy SGGW, tam mają sekcję drapieżno-sowią. 

Pierwszy raz w życiu mogłam obejrzeć sowę z tak bliska i pogłaskać po brzuszku. Grzechot był zachwycony, rozpoznał sowę od razu, i zrozumiał, jak mu powiedziałam, że ma wyłączyć nadawanie, bo sowy mają bardzo dobry słuch i nie można się przy nich drzeć . 

Piękna była. Młoda, niespełna roczna, w śliczne drobne cętki, które będą jej z wiekiem zanikać.

Fajne spotkanie :)

niedziela, 28 czerwca 2015

Czereśnie  przegryzane bobem. To może być ciężka noc.....

piątek, 26 czerwca 2015

O tym, że wychowawczyni Piotrowi wystawiła piękną laurkę na świadectwie - pisałam. Jakieś coś na temat "zawsze przygotowany", "ma wiele wiadomości", "zawsze zdyscyplinowany" (he he he), "pisze zawsze bezbłędnie" i inne takie. Same superlatywy, żadne tam "często", "przeważnie" czy "zazwyczaj".

Mimo to, do końca zamęczał mnie pytaniami:

- Mama, ale czy ja zdałem?

Zdałeś, dziecko kochane. Podobnie jak cała reszta klasy. Jakbyś ty miał oblać, to bym się solidnie zdziwiła, ale jakoś nie spodziewałam sie tego szoku. Przynajmniej nie w tym roku ;)

Ale jak na razie chyba woda sodowa jeszcze nie uderzyła do głowy...

Ja rozumiem, że pani dyrektor lubi sobie pogadać. Że ma zacięcie patriotyczne i MUSI koniecznie wykorzystać każdą najdrobniejszą okazję.

Mam jednak wrażenie, ze uczenie dzieciaków dobrze niektórym znanej piosenki "Zawsze niech będzie słońce" podczas (stanowczo zbyt) długiego przemówienia końcoworocznego jest pewną przesadą. Chociaż może powinnam się cieszyć, ze kazała im śpiewać po polsku, a nie w bratnim.....

czwartek, 25 czerwca 2015

Odezwała się do mnie na fb Niedoszła Kuzynka. MIędzy innymi napisała, że będzie w sobotę w Warszawie, bo jakaś jej kuzynka wychodzi za mąż za pana X. "Może znacie? Bo wy znacie wszystkich..." 

Z tymi wszystkimi to przesada, ale pana X faktycznie znam. Niezbyt blisko, ale jednak.

Zdaje się, że NK jeszcze sie nie oswoiła z tym, że wielka rodzina ma swoje mafijne macki wszędzie i nawet jak nie znamy kogoś, to na pewno mamy wspólnych znajomych. O czym świadczy choćby początek naszej znajomości :)

Najukochańsze spodnie Piotrka zakończyły wczoraj żywot z dramatycznym trzaskiem. Czyli "portki pękli gdzieś na samej tyli". 

Spodnie były kochane i przez niego i przeze mnie. Przez niego - za kolor - miedziano-kasztanowy, ale jak sie wycierały, to przechodziły w granatowo-szary, i wygodę - bermudy, jedne z niewielu, które mógł nosić bez paska. 

Ja te portki kochałam, bo Piotrek chodził w nich przez trzy lata - nieprawdopodobne wręcz, bo albo wywalał dziury na kolanach, albo wyrastał. A tu po prostu były trochę bliżej kolana, co w niczym nie przeszkadzało, a równocześnie powodowało przesuwanie sie strefy najbardziej narażonej. Do tego kupiłam je za bajońską sumę złotych 7.

I tu się krył sekret. Dopadłam je na wyprzedaży, długie spodnie oficjalnie na osobnika mającego 92 cm w kapeluszu. Czyli tyle, co Grzesiek teraz. Spodnie w rozmiarze pytonim po prostu zjeżdżały mu z chudego zadka (i zjeżdżają do dziś). A tak dostał długie jako krótkie  i obwód sie wreszcie zaczął zgadzać.

No i po trzech latach przeszły na emeryturę, a opatrzność sprawiła, że dziś trafiłam na kolejne. Co prawda nie w tak pięknym kolorze, ale na tej samej zasadzie - na 98 cm (Piotrek ma już 139). 

Pierwsze, co powiedział po włożeniu - mama, trochę za luźne, ale na szczęście mają gumki regulacyjne....

Ale ponieważ tamte były takie drogie, to tym razem zapłaciłam tylko 5 zł. Na 3 lata to i tak dużo ;)

środa, 24 czerwca 2015

Spacer z:

  • rozbieganym dwuipółlatkiem
  • dużym, kulejącym psem, który wcale nie ma ochoty na łażenie gdziekolwiek

to sama radość. W pewnym momencie musiałam przywiązać psa z jednej strony budynku (takiego nieco dłuższego...) i gonić małego drania na drugą, bo zwiał, a potem zaczął sie martwić, gdzie jest mama. A potem jedno zwierzę nieść, drugie ciągnąć, bo żadne nie chciało iść. 

Ja zwariuję z nimi wszystkimi....

poniedziałek, 22 czerwca 2015

W sobotę spędziłam pół dnia na Stadionie Narodowym. I nadal go nie lubię - jest znaczy ZA DUŻY!

Nie poszłam tam dla rozrywki, bynajmniej - wczoraj był ogólnopolski turniej finałowy projektu "Wars i Sawa grają w szachy". Piotrkowa drużyna dotarła aż tam, więc grali dalej.

Dzielny synek w klasyfikacji indywidualnej w swojej kategorii był 20 (na 79 zawodników, w tym kilkunastu z kategoriami szachowymi), a drużynowo zajęli 17 miejsce - na 70 szkół z całej Polski.

Jak na kogoś, kto gra w szachy niecały rok, to uważam, że wynik jest bardzo zacny.

Dobra robota, kochanie!!!!

- Mama, ubraj mnie! - taki komunikat otrzymałam o świcie. Konkretnie o 5.30 rano, w sytuacji, gdy nie miałam żadnego powodu, żeby się zwlec przed 8.

W takich momentach nie lubię mojego dziecka. Zwłaszcza, ze robi to systematycznie.

niedziela, 21 czerwca 2015

Człowiek-orkiestra - tak mama_pietruszki określiła Piotrka w komentarzu do poprzedniej  notki. Tylko mu saksofonu brakuje, napisała.

Moja droga! Jestem tak zbulwersowana, że odpiszę Ci w osobnej notce, a nie kolejnym komentarzu (to, że nie wiem, jak wstawić obrazek w komentarz nie ma znaczenia).

JA CI DAM SAKSOFON!!!!!

 

ŻADNYCH SAKSOFONÓW, TRĄBEK I PERKUSJI. 

Może dostać farbki.

 

A tak w ogóle to dziękujemy za wyrazy uznania.

piątek, 19 czerwca 2015

Dzisiaj było zebranie u Piotrka w szkole. Ostatnie w tym składzie - od czwartej klasy podział na zwykłe i sportowe, inny wychowawca, inni rodzice...

Dostałam do podpisu ocenę opisową Piotrka i przyznam się, że mi kapcie spadły, taka laurka. Miało być więcej, ale p. Kasia mówiła, że program do świadectw narzuca liczbę znaków, więc musiała ciąć tekst bardzo. A biedny Pytonik martwił się, czy on zda do czwartej... Ja się zdziwię, jeśli znowu nie będzie miał wzorowego ucznia, zwłaszcza przy takiej cenzurce, a co do tego, czy zda, to wątpliwości nie miałam nigdy. 

Dostałam również kody do OPERONA - testu trzecioklasistów. Dotąd miałam tylko punktowy wynik całości, a teraz mogłam sobie pooglądać szczegóły. Też całkiem milutko, chociaż zaskoczył mnie niski wynik z pisania (część polonistyczna) i rozwiązywania zadań tekstowych z matematycznej. Ale i tak na 8 części składowych połowę miał na 100%, dwa następne na 60% - w sumie i tak wyżej niż średnia klasy, a ta była wysoka...

Wychowawczyni zapunktowała po raz kolejny, w przeciwieństwie do dyrekcji szkoły, która w czwartek goni dzieciaki na mszę z okazji zakończenia roku. Jednogłośną decyzją rodziców cała klasa idzie w tym czasie na lody. Kilkoro uczniów na religię i do kościoła nie chodzi, a dyrekcja zdecydowanie przegina z uświęcaniem ich na siłę, podobnie zresztą jak z wyrabianiem ducha patriotycznego - efekt jest raczej odwrotny od zamierzonego. No ale jak się ktoś tak bez sensu do tego zabiera, to nie można oczekiwać innych rezultatów.

Jutro szachy - tym razem Piotrek gra na Stadionie Narodowym, w finale ogólnopolskim. Może być fajnie,  to tylko ja mam nieco mieszane uczucia  - strasznie duża kobyła ten stadion, z moją klaustrofobią czuję się tam... niespecjalnie. Ale na szczęście ja tylko odwożę chłopaków (Piotrka z kumplem), odstawię na miejsce, oddam w dobre ręce wychowawczyni i spadam, odbiera ich kto inny. Siedzieć z nimi nie ma sensu, bo i tak nas nie dopuszczą do zawodników, a szachy to jednak niezbyt widowiskowa impreza :)

W niedzielę - klubowy turniej judo. Jeszcze w sobotę miał zdawać egzamin na pas, ale w związku z szachami zda w czasie obozu. Niestety nie posiadł jeszcze cennej umiejętności rozdwojenia się - a szkoda, przydałoby się. Nie tylko jemu...

W sumie - ciekawie się dzieje. We wtorek grill ministrancki na zakończenie roku, w piątek świadectwa do łapki i wolność!!!! (przynajmniej dla niego, ja będę miała ich dwóch na głowie, ale nie zdziadziałam jeszcze, żeby zapomnieć, jak się cieszyłam zawsze tego dnia). 

środa, 17 czerwca 2015

Kupiłam sobie piwo.

Dobrowolnie i do picia, a nie do płukania włosów.

Ci, co mnie znają, wiedzą, ze to zapowiedź rychłego końca świata, albo innych zjawisk nadprzyrodzonych, gdyż zawsze piwo omijałam szerokim łukiem. Przeszkadzała mi w nim ta piwna goryczka, reszta  - może być.

Jakiś czas temu zostaliśmy obdarowani pięciopakiem Fortuny (dzięki wielkie dla Ofiarodawców!). Mirabelkowe dobre jest! Przypadkiem znalazłam dziś w sklepie, w którym rzadko bywam, to sobie kupilam. 

Może zdążę wypić przed tym końcem świata, co to go sobie sama sprokurowałam ;)

PS. Jak powiedziałam Skorupiakowi, to w słuchawce najpierw zaległa głucha cisza, a potem rozległo się stukanie. To szczęka odbijała mu sie od biurka.... :)

wtorek, 16 czerwca 2015

Nienawidzę ostatnio spacerów z Grześkiem. 

Najpierw rwie do przodu - nieważne, na rowerze, hulajnodze, czy nogach, pędzi. Staje. Skręca. Siada.

Jeśli chcemy dojść w jakieś konkretne miejsce, bo na przykład sie umówiliśmy na wspólny spacer z kuzynem, to sie robi masakra.

na placu zabaw - trzeba za nim ganiać, pilnować. Nie da sie pogadać, a brakuje mi tego bardzo.

Na taką zjeżdżalnię

włazi całkiem sam. Na samą górę, żeby była jasność. On ma 2 lata i 5 miesięcy. Niecałe.

Jak wracamy - ucieka, skręca, marudzi, ze jest zmęczony, że chce wracać na bujuk, mama na ręce, gdzie jest bratek, tysiąc pięćset problemów, aż mi głowa pęka. Przeważnie kończy sie tym, zę biorę drania na ręce i taszczę do domu. A jeśli miał rowerek - taszczę również rowerek. Jeśli oboje pojechaliśmy na hulajnogach - dwie hulajnogi. 

Brakuje mi czwartej i piątej ręki.

Jedyna metoda, żeby wrócić stosunkowo sprawnie, to jechać samochodem i potem po prostu wsadzić gościa w fotelik, przypiąć pasami i niech się drze, jeśli koniecznie chce. 

Chociaż stare pytanie "Czy ty ze mną wygrałeś coś wrzaskiem?" zaczyna działać i na Grześka. tyle dobrego, bo jak włączy wyjca, to ogłuchnąć można. 

I jak tu wieczorem nie padać na pysk ze zmęczenia?

niedziela, 14 czerwca 2015

Chłopaki bawią się w piaskownicy, produkując kolejne babki z piasku.

Czasem im wychodzi, a czasem nie, więc jako istoty ciekawe świata i żądne wiedzy zaczynają się zastanawiać, dlaczego. To znaczy, Piotrek sie zastanawia, Grzesiek z rozmachem sypie piach. 

- Dlaczego z suchego piasku się rozsypują, a z mokrego trzymają? - Tata zaczyna opowiadać o wiązaniach, lepkości i takich tam.

- A dlaczego po utrząśnięciu w wiaderku jest mniej piasku (nawet odliczając to, co się wysypało przy zbyt intensywnym "utupywaniu")? - Tu zdążyłam pierwsza i zamiast wyjaśnić, odbiłam piłkę -

- A jak myślisz?.

Pokombinował chwilę i wymyślił:

- Bo zmniejszają się odległości między ziarenkami. Ale aż tak dużo?

- Dlaczego piasek w wiaderku inaczej sie zachowuje jak stukasz o chodnik, a inaczej  - jak o obramowanie piaskownicy? - dorzuciłam kolejną zagadkę. Piotrek poparzył na mnie ze zdumieniem.

- No przecież chodnik jest twardy, a te pieńki (takie słupki z tartanu) nie. I to się bardziej ugina.

Zaproponowałam urozmaicenie zabawy - babka z wiaderka, a na tym dołóżcie jakiś kwiatek z foremki. W ramach pomocy naukowej wyciągnęłam im z torby kawałek kartonika z opakowania po jakiejś  zabawce - z jednej strony papier lakierowany, gładki, z drugiej zwykła szorstka tektura. Przynajmniej przydał mi się do czegoś śmietnik w mojej torebce.

I pytanie, czy tak samo będzie, jeśli odwrócicie ten kartonik w drugą stronę? (służył jako podkładka pod drugą babkę, ten kwiatek, i miał być wyciągnięty po ustawieniu foremki na miejscu). 

- Nie.

- A dlaczego? I dlaczego zaproponowałam, żebyś używał kartonika w konkretnym ułożeniu?

Tu trzeba było chwilę pomyśleć, ale szybko doszedł, że po pierwsze to kwestia gładkości powierzchni, a po drugie - w związku z pierwszym, stabilności konstrukcji, jak się rozsypie babka na górze, to pół biedy, ale jak poleci dolna, to i tak runie wszystko. 

Uwielbiam takie rozmowy z nimi. Zanim jeszcze ktoś w szkole im wmówi, że fizyka jest trudna, nudna i męcząca, sami orientują się, że to po prostu jeszcze jeden sposób opisania otaczającego nas świata, rządzących nim praw i zależności. I że nie ma się co tego bać.

Szkoda, że ja nie miałam takiego nauczyciela do tego przedmiotu w dzieciństwie. Nie męczyłabym się jak potępieniec, usiłując zapamiętać tasiemcowe wzory bez śladu zrozumienia, o co w nich chodzi i do czego to komu potrzebne....

Ale jak na osobę, która z fizyki nigdy nie miała więcej niż 3 (a czasem mniej), i odetchnęła z ulgą po zdaniu matury, że już nigdy, nigdy więcej, to uważam, że jestem niezła!

Grzechot testuje formy gramatyczne.

jeśli chce przeprosić, to robi to zawsze w liczbie mnogiej: Mamusiu, przepraszamy...

Ciekawe, czy zamierza ogłosić przejęcie władzy, czy po prostu weźmie rodzinę za twarz i będzie rządził?

środa, 10 czerwca 2015

No właśnie. Tytułowe pytanie dobrze oddaje mój stan ducha po powrocie z dzisiejszego wychodnego.

Albowiem faktycznie udało mi się dzisiaj wyjść z domu BEZ dzieci. I nie do urzędu skarbowego, nie do lekarza, nie do szewca. Dla przyjemności. Poprzednia taka okazja miała miejsce zdaje się gdzieś w lutym. Ale to tak na marginesie.

Poszłam do kina. Nie było to to, czego potrzebowałam najbardziej, bo pierwsze miejsce na liście moich potrzeb bezwzględnie zajmuje możliwość pogadania z kimś kto :

  • nie jest moim dzieckiem
  • nie jest moim mężem
  • nie jest moim rodzicem
  • nie jest sprzedawcą w sklepie, lekarzem itp.
  • nie jest przygodnie spotkaną mamą innego dziecka na placu zabaw.

Temat dowolny, byle odmienny od grzesiowego "Więksy pójdę do skoły"  i paru innych równie dobrze znanych. 

Okazało się jednak, że wyrwanie kogoś z domu od razu nie jest takie proste, czego się zresztą spodziewałam, więc miałam w zanadrzu plan B.

Spisałam sobie parę filmów, które nadawały się do obejrzenia, po czym wyszło, że idę na "Rozumiemy się bez słów". Wypadkowa odległości od kina, godziny i  paru innych podobnych detali.

Nie doczytałam się, ze to komedia, bo bym chyba nie poszła, francuskie poczucie humoru pasuje mi w stopniu delikatnie mówiąc ograniczonym. W rezultacie miałam wrażenie, ze oglądałam inny film, niż reszta widzów. Jakoś nie bawią mnie sytuacje, gdy ktoś robi z siebie małpę w wyniku jakiejś swojej ułomności, francuskie dowcipasy okołoseksualne też jak na mnie są nieco przyciężkie. 

Główny problem filmu jednak okazał się zaskakująco bliski - co wybrać, własne życie, ścieżkę, marzenia, czy zostać z rodzicami, którzy ewidentnie potrzebują pomocy?

I jeszcze zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdybym te dwadzieścia pięć lat temu mogła się uczyć śpiewu. Co by było z moim głosem teraz, co ja bym robiła... Bo że głos miałam dobry, to wiem. Śpiewać lubiłam bardzo, i lubię nadal, tylko właściwie nie mam okazji, bo kołysanki dla Grzesia w momencie gdy leży mi na brzuchu i ugniata przeponę to jednak nie to. A jakoś w tej pozycji najbardziej lubi zasypiać. 

Może, podobnie jak Paula, z początkowej klasyfikacji jako alt okazałbym się potężnym sopranem? Niewykluczone, skalę - do zeszłorocznego zapalenia oskrzeli - miałam zawsze potężną, tylko kompletny brak warsztatu. W różnych chórach śpiewałam raczej jako alt, ale bywało, ze awaryjnie przeskakiwałam do sopranów i też było dobrze,

Nie dowiem się. 

I jakoś mi smutno z tą świadomością. A przecież nigdy nie marzyłam o karierze scenicznej, raczej był to jeden z czołowych punktów na liście "Na pewno nie". Ja po prostu chciałam śpiewać. 

wtorek, 09 czerwca 2015

grzechot jest coraz silniejszy. Doszedł juz do etapu wyrywania całych drzew. Dzisiaj jednym zgrabnym ruchem wyrwał z korzeniami całkiem ładny dąb.

A potem spokojnie woził chwasty, taczkę za taczką. 

Bardzo dzielny pomocnik.

Jedną z cech charakterystycznych dla czerwca jest jakaś obłędna ilość imprez, spotkań i wszelkiej maści elementów blokujących weekendy. Rozdwoić sie to mało.

na razie mamy, oprócz jakiejś strasznej ilości imienin i urodzin, turniej szachowy, grilla, egzamin na pas w judo, zakończenie roku  i obawiam się, że jeszcze coś, tylko za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć, co to bylo.

Komórka to smycz, ale równocześnie wsparcie dla starczej sklerozy. Pod warunkiem, że się nie zapomni wpisać....

poniedziałek, 08 czerwca 2015

Pozbyłam się starszego dziecka. Piotrek wyjechał na zieloną szkołę i wraca w piątek.

W domu cisza, spokój - dziś się tym napawam, jutro zacznie uwierać, a w środę będzie już dzwonić w uszach - narzekam na te moje wisusy, ale kochane są bardzo i bez nich jest smutno. 

Baw się dobrze syneczku!

Po wielu miesiącach proponowania, namawiania, całkowitego odpuszczania tematu - Grzechot dziś sam z siebie powiedział, że chce siusiu, popędził do łazienki i zrobił co trzeba do nocnika!

Cieszę sie bardzo, bo na ten temat był bunt, nie to, że nie wiedział, o co chodzi, ale po prostu nie życzył sobie zmienić sytuacji i koniec. Dałam mu spokój, z nadzieją, ze sam dojrzeje -  i chyba zadziałało!

Cieszę sie bardzo, bo to i ulga dla kieszeni będzie, jak wreszcie odpadnie stały zakup,  i wiek juz po temu stosowny, i pora roku ułatwiająca, a ja już sie bałam ruszać tę kwestię, zeby mi się nie zaciął na amen. Nie mówiąc o tym, ze wiele placówek przedszkolnych oczekuje, ze dzieć będzie odpieluchowany, zanim zawita w ich gościnnych progach.

Uffff.... dobra wiadomość nie jest zła!

sobota, 06 czerwca 2015

Podobnie jak po świętach wielkanocnych jest mi niesmacznie. A nawet dość obrzydliwie.

Biskupi nasi drodzy  nie zauważyli, że to święto kościelne a nie meeting polityczny albo poplątali kartki z wystąpieniami, upojeni zwycięstwem PISu w wyborach prezydenckich. 

Marzy mi się święto, kiedy żaden z nich nie będzie uskuteczniał propagandy politycznej w kościele. Ale chyba tego nie doczekam....

czwartek, 04 czerwca 2015

- Odjeżdżajcie samochody! Jedziemy z mamą toyotą! - wydał polecenie Grzesiek.

Ciekawe, czy gdybyśmy jechali na przykład oplem, to mogliby stać przed nosem....

- Grzesiek, ciszej, nie wrzeszcz tak! - jęknęłam zza kierownicy do rozochoconego syneczka.

- To zabierz uszy! - odpalił Wąż.

Najchętniej poza samochód...

Korzystając z dolnej chwili  (i zmuszona zbliżającym sie wyjazdem Piotrka na zieloną szkołę) wygrzebałam synkowi różne krótkie spodnie, które były schowane na zimę.

I stwierdziłam, że jeszcze sie wcisnął w swoje ukochane - kupione za jakieś grosze na wyprzedaży, oferowane jako długie spodnie na osobnika w rozmiarze Grześka - nadal się w nich zapina! 

To będzie już chyba trzeci sezon Piotrka w tych portkach, ale to jedne z niewielu, które nie zjeżdżają mu z chudego zadka. Nosi jako bermudy, więc skracająca się nogawka nie ma znaczenia, a obwód właściwy ważna rzecz!

poniedziałek, 01 czerwca 2015

Jak pogodzić te dwa cele przy wychowywaniu dziecka? I czy  warto?

Tak się po raz kolejny zastanawiałam dziś wieczorem podczas spaceru z chłopakami. 

Zależy nam na samodzielności dzieci. To od początku był jeden z priorytetów, żeby byli to myślący ludzie, którzy biorą życie we własne ręce, a nie tylko dają się majtać w prawo czy lewo w zależności od wiatru. Nie chcę wychować owiec biernie podążających za stadem.

Początki tego procesu są proste - pozwalanie na próbowanie różnych rzeczy - chcesz sam włożyć spodnie? Prosze bardzo, chcesz pomóc wieszac pranie - jak najbardziej, wyrzucać woreczki z pozostałościami po psie na spacerze - a czemu nie. To jest kontrolowane wydłużanie smyczy, która u dwulatka być musi, bo to jeszcze zdecydowanie za głupi wiek, żeby go spuścić. Ale można pozwolic objechać trawnik z drugiej strony, a jeśli na środku rosną krzaki i rodziców nie widać, to tym lepiej. Można pozwolić zdecydować, którą bluzkę chce włożyć. Można pozowolić czasem się nieco obić - nic lepiej nie uczy, niż siniaki, na pewno są skuteczniejsze niż gadanie, że tyle razy przecież ci mówiłam, syneczku, że nie można kręcić piruetów na schodach, bo sie potłuczesz. Dzisiaj  Grzechot się w końcu potłukł - niegroźnie, spadł z dwóch schodków, powoli i go złapałam, zanim poleciał dalej, ale wystraszył się porządnie. Zobaczymy jak długo zapamięta. 

Ten kij ma jednak i drugi koniec. Jeśli chcę mieć osobniki samodzielnie myślące, umiejące konstruktywnie nie zgadzać się na zastaną rzeczywistość - to te umiejętności też trzeba wyćwiczyć. A pierwszym poligonem jest dom... W rezultacie na początku powstaje typ pyskujący, stale pytający "a dlaczego?", uparty. I trzeba dużo odporności i cierpliwości, żeby pyskowanie pomóc przekształcić w umiejętność dyskusji, kontestowanie - szukania nowych rozwiązań, a nie tylko demolowanie tego, co jest, a ośli upór w wytrwałość.

Oznacza to  zaprzeczenie tego, co sie ogólnie przyjęło uważać za zaletę i stan oczekiwany od dziecka - posłuszeństwa. Bo taki posłuszny dzieć to nic innego jak tylko biernie przyjmujący odgórne polecenia i decyzje, nie dyskutujący, nie mający własnego zdania manekin. Nie będzie się kłócił, wykona najgłupsze polecenie i do głowy mu nie przyjdzie, że można zwrócic rozkazodawcy uwagę, że było idiotyczne. 

Na razie obaj moi chłopcy idą w dobrym kierunku, ale nie wiem, czy dożyję właściwego efektu końcowego. Jestem zmęczona tym ciągłym boksowaniem, robieniem za worek treningowy, pokazywaniem, który cios był dobry, a który - wręcz przeciwnie, radzeniem sobie z przejawami oślęctwa... Podtrzymuje mnie na duchu myśl, że jak na swój wiek to oni są bardzo sensowni i dojrzali - muszę tylko wytrzymać jeszcze powiedzmy dwadzieścia lat, potem będzie z górki.

 
1 , 2