O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 29 czerwca 2014

Lament sie podniósł wielki, że prawie 30 % maturzystów oblało egzamin dojrzałości.

A ja się zastanawiam, czemu ten płacz.

Jeśli ten egzamin ma mieć jakiekolwiek znaczenie, być jakimkolwiek sitem  przed wstępem na studia - bo przecież takie było uzasadnienie zniesienia egzaminów na uczelnie - to MUSI ciąć. Jeśli mają zdać wszycy, to może oszczędzimy ładnych parę milionów likwidując w calości tę farsę i wręcając świadectwo dojrzałości od razu wszystkim?

Egzamin z założenia sprawdza poziom wiedzy / umiejętności w jakiejś dziedzinie. Jeśli przechodzą przez niego wszycy, to oznacza tylko tyle, że zosttał źle przygotowany i nie sprawdził niczego, sieć ma za grube oka i przepłynie przez nią wszystko, i drobna płoteczka i całkiem spory tuńczyk. Jeśli chcemy tuńczyki-obiboki wyłowić, to jedyną metodą jest zmniejszenie oczek / podniesienie pozimu trudno sci egzaminu.

Inna sprawa to punktacja. Zdawałam w  zyciu trochę różnych egzaminów, testów, testów wielokrotnego wyboru, z punktami ujemnymi, opisowych, ustnych - do woli. I nigdy nie było tak, żeby wystarczyło 30% możliwych do uzyskania punktów. 50 co najmniej, a bywało, że np. rozmowa sie zaczynała od 75%. Tak nisko ustawiony próg zdawalności to obraza dla tych, którzy się naprawdę uczą. Obraza i oszustwo, bo identyczne szanse mają potem cwaniaki jadące na opinii, ściągach i dopalaczach - przecież oni też zdali. DO tego oceny z klucza - porażka kompletna, ale nie to jest tematem tej notki. 

Wielką krzywdę zrobił były minister Giertych wprowadzając amnestię maturalną. Ta kpina ze wszystkiego trwała na szczęście tylko rok, ale utrwaliła fatalne podejście, że zdanie matury należy się jak psu micha każdemu, niezależnie od tego, czy sie uczył. czy balował. 

Otóż nie, proszę państwa, nie należy się. NIe wszyscy muszą mieć maturę, nie wszyscy muszą studiować. I nie oznacza to od razu kopania rowów, potrezbni s a fachowcy w wielu dziedzinach - nie wymagających pięcioletnich studiów. I wielu z nich - jeśli nie większość - będzie zarabiało więcej, niż ci magistrowie od siedmiu boleści, którzy balowali przed maturą, a na studiach  uznali, że mogą dalej bo jest niż demograficzny i dla uczelni są na wagę złota, niezależnie od wyników. 

Zdążamy powoli w dobrym kierunku. Wprowadzono maturę z matematyki, poziom zdawalności powoli, ale sie obniża. Może za pół wieku wrócimy do sytuacji przedwojennej, kiedy matura naprawdę nobilitowała.

Masakra. Po prostu masakra.

W piątek Skorupiak miał służbową imprezę. Zasadniczo powinien pojawić się na niej zdobny w małżonkę, czyli mnie, ale stawiłam opór - bo co ja zrobię z Grzechotnikiem? Nie mam kreacji, do której pasowałby mi zamiast boa na szyję :).

Poszedł sam, zdegustowany mocno tym faktem. Wrócił o 3.

Ja w tym czasie zabrałam chłopaków na plac zabaw. Po 18 już było, lekkie chmurki - nie kłóciłam sie z GRzechotem o czapkę, zwłaszcza, że utrzymanie jej u niego na głowie wymaga co najmniej gwoździa. Albo butaprenu.

I to był błąd.

Zaczęło się w sobotę rano. Rozkład jazdy miałam napięty - o 10.30 zdjąć tatę z lotniska, wcześniej zrobić ciasto, posprzątać, skoczyć na bazarek. Na 14 umówiliśmy się z piotrkową matką chrzestną - z okazji dzisiejszych imienin, po obiedzie zaplanowaliśmy wypad do parku linowego w Powsinie.

Grzesiek mazał się od rana, Piotrek przyszedł no nas się poprzytulać - zmieścił się, bo po powrocie z nocnej imprezki Skorupiak skonstatował smutno, że jego miejscówka jest zajęta przez Minora i poszedł spać gdzie indziej. Pokotłowali sie nieco, po czym Grzechot serdecznie a dokładnie zwymiotował na brata to, co właśnie zdążył zjeść. Cholera. Wymiana zabrudzonej pościeli, Grzesiek do wanny , myślówa, co małemu dolega. Wyszło nam, że gościa po prostu przegrzało i ma lekki udar słoneczny - patrz wątek o czapce na butapren. Skorupiak zajął sie małym, ja wymknęłam się do kuchni zrobić szybciutko ciasto - po chwili poczłapał za mną. Wlazł na kolana.

I rzygnął serdecznie, na szczęście nie zdążyłam się przysunąć do stołu, gdzie miałam miskę z ciastem. Podłoga do mycia, Grzesiek do prania po raz drugi. Cholera.

Ogarnęłam, co trzeba, Skorupiak niewyspany i warczący uprał Grześka, z pomocą Piotrka zrobiliśmy porządek z podłogą, skończyłam ciasto. I nawet zdążyłam wejść pod prysznic, zanim tata zadzwonił, że już można jechać. Swoją drogą, to bardzo wygodny układ, mieszkam na tyle blisko, że taki telefon po wylądowaniu akurat wystarcza i spotykamy się na odlotach (zawsze tam, nie ma taksówkarzy polujących na klientów i łatwiej przycupnąć na chwilkę), zabieram pasażera i jazda, bez czekania i płacenia ciężkiej kasy za parking lotniskowy.

Bazarek poszedł sie gwizdać, nie ma czasu. Wróciłam, wstawiłam mięso do pieczenia, dosprzątałam trochę. Mały rzygnął znowu. Skorupiak uśpił Grześka i sam poszedł odsypiać imprezę. 

K przyszła, zjedliśmy we trójkę i cichutko wymknęliśmy sie z domu. Piotrek w parku szalał, jak zwykle przeszedł trasę jak burza, stopowany od pewnego momentu jakimś niewielkim zestrachanym osobnikiem. Był bardzo rozczarowany, że nie mógł pójść na jeszcze wyższą trasę - cóż, zabrakło mu 6 cm wzrostu. Po wakacjach pewnie już będzie mógł.

Zdążyliśmy zejść do samochodu tuż przed burzą, więc punkt dla nas. Zawsze coś, jak się trafi taki parszywy dzień to każdy taki drobiazg cieszy. 

Potem jeszcze pogadaliśy sobie z K, Grzesiek odżył, trochę brykał, bawił się - odetchnęliśmy, że najgorsze za nami. 

A nie, nie, nie.

Odwiozłam Piotrka do rodziców - został zaproszony na nocowanie. I chwała niebiosom, jak się później okazało....

Generalnie noc była... urozmaicona. Mały haftował równo, przy czym niestety zaczął po każdym karmieniu piersią, więc nalałam flachę mięty i zatykałam tym dziób, jak chciał dobrać mi się do biustu. Kolejne zmiany pościeli, kolejne płacze - generalnie do rana albo sie mazał, albo spał wczepiony we mnie niczym gibbon. Nie powiem, żeby to były komfortowe warunki do spania... Płakał dużo, idą mu zęby. Trzy naraz. Pyszczek boli, cycek na znieczulenie odpada, bo się po tym rzyga, koszmar. 

W rezultacie rano było podobnie, albo ryk, albo spał niespokojnie wczepiony we mnie. Około 13 udało mi się wreszcie z niego wyplątać - musiałam sie umyć, na 14 obiad imieninowy Pietruszki u rodziców....

Teraz znowu śpi. Mam nadzieję, że sprawy brzuszkowe mu już sie uspokoiły, wczoraj siedział cały dzień domu z dala od słońca. Słabiutki jest jeszcze bardzo. A jeśli zęby sie przebiły do końca, to już można by mieć cichutką nadzieję na spokojną noc.... Ale boję sie nawet o tym myśleć.

Za to chcę wykorzystać okazję i odstawić go od piersi już definitywnie. Muszę się zacząć leczyć, co odwlekałam właśnie z tegoż powodu, pierwsza doba bez cycka już za nim i tak, więc nie chcę tego zmarnować, po co mu fundować to od nowa.

Trzymajcie kciuki, żeby sie udało.

 

Padam na pysk.

piątek, 27 czerwca 2014

tak mi się przypomniało

Parę dni temu moja mama usłyszałą w telewizji jakiegoś geniusza motoryzacyjnego (program moto, a nie ogólny), który opowiadał co s o samochodach z silnikiem hajbrydowym.

Ja wiem, że polska język trudna jest, ale bez przesady, słowo "hybryda" istnieje w nim znacznie dłużej, niż silniki.


środa, 25 czerwca 2014

Właśnie zrobiłam pilota w pokoju mego starszego syna.

Może to go nauczy, że polecenia sie wykonuje, wrzaskiem ze mną nic nie wygra a machanie łapami kończy sie źle.

Jestem zła.

wtorek, 24 czerwca 2014

Konkurs bez nagród ogłosilam, ale i tak nikt nie zgadł, więc pora podać rozwiązanie.

Otóż, proszę państwa, w jakże urozmaiconym słowniku mojego mlodszego syna "kajak" oznacza"kamień". Najlepiej taki, na który da sie wleźć.

ciąg dalszy słownika:

buji - boli

guj - kangur

gaj - samochód

kajak - żeby za łatwo nie było, to nie jest kajak. czy ktoś zgadnie? Pierwsza sylaba sie zgadza, reszta już nie :). Ale za to częściej spotykane przez półtoraroczniaka niż kajak.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

...utopić wczoraj telefon w sedesie. 

Przez lata zastanawialam się, jak to możliwe, słuchając niezliczonych historii o takimż właśnie tragicznym wydarzeniu. I już wiem.

Udało mi sie go wyłowić na tyle szybko, że po zaaplikowaniu  kuracji ryżowej nawet działa dalej, ale chyba jednak pora przesiąść sie na smartfona, przed czym broniłam  sie twardo od dawna.

To znaczy, że dzisiaj powinnam pracowicie przestukać do googla kontakty. O rrranyy, jak mi sienie chce.... Śpiąca jestem przeraźliwie, mimo, że właśnie obudzilam sie z przedobiedniej drzemki - niekoniecznie dobrowolnej, zasnęłam przy usypianiu Gada Mniejszego. Na szczęście on jeszcze śpi, a ja nawet zdążyłam zjeść obiad, ha!

Tak czy inaczej - pora się obudzić i brać do roboty!

sobota, 21 czerwca 2014

Byliśmy dziś u znajomych - spotkanie na zakończenie sezonu scholi u dominikanów. BYło nas trzy rodziny plus dwóch ojców  - i dobre jedzonko oraz pogaduchy o wszystkim i o niczym. 

Niestety Grzesiek, który najpierw z zapałem eksplorowal na balkonie dziecięcą kuchenkę córki gospodarzy i pracowicie gotował orzechy we wszystkich garnuszkach, jakie znalazł, około 19 padł. Zmęczony był juz bardzo, nawet noszenie w chuście przez tatę nie pomogło, więc zarządzilam odwrót. 

Ojcowie szybciutko wystąpili wówczas z niespodzianka - postanowili przynieść parę drobiazgów w podziękowaniu za całoroczne śpiewy, a  żeby było weselej - zrobili coś w rodzaju loterii. Prezenty zostały zaopatrzone w numerki, przedstawiciele każdej rodziny mieli podawac liczbę i otrzymać odpowiedni pakuneczek. 

Piotrek zapytał, czy on może w naszym imieniu - oczywiście. POdał liczbę, a ojcowie jakoś dziwnie sie rozchichotali, pytając go, czy jest pewien. Potwierdził.

I dostał eleganckie pudełko zawierające wódkę orzechówkę :)))).

Popłakałam sie ze śmiechu na torozpijanie nieletnich, trzeba będzie przehandlować to z nim. Inna sprawa, że wódki my w ogóle nie pijemy, wiec pewnie zostanie podana dalej przy jakiejś okazji. Ale śmiechu było dużo. To sie nazywa dobra ręka przy losowaniu.

Chyba go poproszę o wytypowanie liczb do totka.

piątek, 20 czerwca 2014

A raczej brak chrząszczy.

Pamiętam, jak w dzieciństwie grywaliśmy z bratem w badmingtona, to o tej porze roku nie dawało się nie trafic rakietką w co najmniej jednego chrząszcza majowego lub czerwcowego, plątały sie wszędzie. Buczały, siadały na głowie, karku i łaskotały - chmary tego latały.

Potem już było ich mniej. Ale były.

Dzisiaj wracając ze spaceru uświadomiłam sobie, żw w tym roku nie widziałam ani jednego.

 

Wytruwamy sobie środowisko na potęgę. Pierwsze giną te małe, ale to nie znaczy, że nam sie omsknie, jak tak dalej pójdzie. Stanie sie to najwyżej nieco później, bo większy organizm da radę zmetabolizować większą ilośc trucizny, ale czarno to widzę, jeśli natychmiast z tym czegoś nie zrobimy.

A chrząszczyków mi żal szczególnie - zawsze je lubiłam, na przekór wszystkim narzekającym na nie.

czwartek, 19 czerwca 2014

Wczoraj poszliśmy sobie na spacer, a przy okazji jeszcze jakieś drobne zakupy zrobić.  

Pakujemy sie już z siatką pod wózek grzesiowy, gdy widzę, że tuż przed moim nosem ląduje na ziemi stówa. Zmiętolona, taka prosto z kieszeni. Podniosłam więc nos i zidentyfikowałam właściciela kieszeni, który zguby nie zauwazył, po czym mu ją podałam. I wbił mnie w ziemię zdumiony komentarz jakiejś pani obok:

-To jeszcze są uczciwi ludzie na tym świecie...

Zrobiło mi sie przykro. Dla mnie to był zupełnie naturalny odruch, zobaczyłam, komu wypadło, to oddałam, proste. A tu ktoś z tego wielkie halo robi...

Nie byla to pierwsza tego typu reakcja na oddanie zguby, ale za każdym razem mnie zaskakuje. 

Może jestem naiwną optymistką, ale jednak wierzę w ludzką przyzwoitość. I nie zamierzam przestać, bo mój świat by stanął na  głowie.

środa, 18 czerwca 2014

Umówiłam sie wczoraj z kuzynka na placu zabaw.

Plotkujemy sobie o wszystkim i o niczym, co jakiś czas pędząc za jednym lub drugim dzieckiem.

Na ławce siedzi dziewczyna, ktora mi sie przygląda spod oka. 

Kuzynka zabrała dziecko i poszła - coś miała zalatwić, a dziewczyna podeszła.

- Przepraszam, czy pani może ma na imię...?

- Tak- odpowiedziałam zdziwiona, bo nijak mi sie twarz nie kojarzyła. Może mnie z kimś pomyliła.

- A na nazwisko....?

- Owszem - zdziwiona byłam już bardzo, bo dane sie zgadzały, a nie nazywam sie Anna Kowalska.

Wtedy ona sie przedstawiła. I dopiero mnie zatkalo.

To była córka dawnych znajomych rodziców, z ktorymi kontakt urwał sie jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Ona jest ode mnie z pięć lat młodsza, czyli miała wtedy z 8 lat. 

Poznala mnie po głosie.

Podziwiam pamięć i słuch.

A swoją drogą, plac zabaw i supermarket to najlepsze miejsca spotkań daeno nie widzianych ludzi.

Łańcuszek ma`się znakomicie, właśnie zostal przedłużony o kolejne pare miesiecy.

Trwa  już od paru lat - ściśle rzecz biorąc zaczął sie gdzieś w sierpniu 2011 i leci do dziś.

Łańcuszek Prawnuków.

Od trzech lat stale któraś z wnuczek moich Dziadków (albo żon wnuków) jest w ciąży. I właśnie sie dowiedziałam o kolejnym maluszku :).

bardzo sie cieszę. Po  pierwsze, chłopaki będą miały wielu kuzynów - a duża rodzina to wielka frajda i potężna sila, a po drugie - ma gdzie podać wszystkie za małe ubranka Grzesia.

Ciekawe, która następna?

poniedziałek, 16 czerwca 2014

zupełnym przypadkiem udało nam sie zrobić serek domowy.

Wszystko dlatego, że Skorupiak uwielbia zsiadłe mleko. Zamiast wydawać majątek na hektolitry tegoż, kupuje co jakiś czas kubeczek i nastawiam kolejne, dopóki się nie zagapimy i nie zjemy wszystkiego myjąc porządnie od razu naczynia. I nie zostawiając ani odrobiny na rozsadę.

Tym razem zagapienie poszło w inną stronę - Skorupiak zapomniał, że nastawił. I jak sie zorientował, to zawartość kufla (bo nastawia zazwyczaj w litrowym kuflu na piwo) byla taka nieco za bardzo grudkowata. To poszliśmy za ciosem, wchlupałam całośc w gazę (potem dowiedzialam się, że należało to jeszcze odrobinkę podgrzać, ale trudno). Odciekło sobie i mamy pyszny twarożek domowej produkcji. Wieczorem wkroję szczypiorek i będziemy mlaskać, aż sie ściany będą trzęsły!

niedziela, 15 czerwca 2014

zrobiłam dziś sobie wagary.

Trwały całe pół dnia, nie miałam na głowie żadnych dzieci a do tego mogłam sobie pobuszowac w ciuchach.

Wszystko za sprawą Targów sizeplus. Bo niestety w normalnych sklepach coraz trudniej coś dla mnie znaleźć.

Za to na targach - poprostu odżyłam, Tylu ciuchów dużo za dużych na mnie to ja w życiu nie widzialam. I wcale nie byłam tam jakoś monstrualnie gruba, raczej zaliczałam sie do szczupłych. Wiem, że to tylko wrażenie tła, ale i tak poprawia humor.

Do tego jeszcze kupilam sobie parę rzeczy, aczkolwiek nie udało mi się tago, na czym mi najbardziej zalezało, czyli karmnika. Trudno sie mówi, i tak jestem do przodu :).

Od razu mi się lepiej zrobiło, jak wreszcie mogłam zrobić coś tylko dla siebie nie ciągnąć przy tym dzieci...

sobota, 14 czerwca 2014

Dziewiąty ząb. Wylazł wczoraj z nocy.

Oznaczało to raczej ciekawy wieczór - najpierw Wąż nie chcial sie dac utulić, tylko wrzeszczał, potem szochal, a jak wreszcie ząb sie przebił i przestalo boleć, to zaczął rozrabiać.

I rozrabiał do północy, kiedy to wreszcie padł, przytulił sie do mamy jednym końcem, a drugi ułożył u taty na poduszce. Tata miał zapewne niłą niespodziankę, gdy wreszcie około 2 poszedł spać. Wszak to  bardzo przyjemnem zastać nogi potomka w miejscu, gdzie sie chciało złożyć skołataną głowę.

Tak czy inaczej - zębacz z niego!

czwartek, 12 czerwca 2014

Dzisiaj chyba już zarobilam na co najmniej złoty puchar (pełen czegoś dobrego) jako mistrzyni logistyki, organizacji i transportu. I jeszcze do tego sie nie wściekłam.

DO południa było ok i nieszkodliwie - spacerek z Grzesiem, ukochana zjeżdżalnia. Zmęczyłam gada odpowiednio, padł spać. 

I o to chodziło, bo  mialam w planach kolejną zaległą medycynę, więc poprosiłam moją Mamę, żeby posiedziala ze śpiącym Wężem.

Obróciłam ekspresem, w godzinę bylam z powrotem. Młody cały czas spał - chwała niebiosom. Zaczęłam sie kręcić po domu usiłując przygotować i podgonić różne zaległości, pomna faktu, żę o 17.30 mam zebranie w szkole - obowiązkowe, a na 19.20 odwożę Mamę do lekarza - jak sie leczyć, to wespół zespół. Przed zebraniem muszę jeszcze odstawić Piotrka na zajęcia z matmy na 16.30.

Piotrek po powrocie ze szkoły juz mi nieco podniósł ciśnienie wznosz\ac niewinne błękitne oczka do góry:

- Mama, wiesz, ja zapomniałem ci o czymś powiedzieć.... - we mnie zalęgło sie tysiąc podejrzeń na temat jakichś nieprzyjemnych informacji, które usłyszę na zebraniu.

- Czy ja będe mógł pójść na urodziny do Kuby? Na bulderowni są... Mama, proszę...

Pełna niedobrych przeczuć zadalam pytanie strategiczne:

- A kiedy są te urodziny?

- Dzisiaj o 18.....

No tak. Piotrek kończy zajęcia o 18.10, ja o 18.30 jestem umówiona z Mamą na jazde dalej, w tym czasie musze go przemieścić z zajęć na imprę i uzgodnić odstawienie przez kogoś do domu - mam małe szanse, zęby zdążyć z powrotem.

I zdążylam ze wszystkim. Nawet prezent udało mi się kupić dla Kuby. Z zebrania sie urwałam dosyć szybko, przeczytalam laurkę, jaką będzie miał na świadectwie, podoba mi się, może zostać ;). Przewiozłam gdzie trzeba, ustalilam co trzeba, zebrałam mamę, zawiozłam do medycyny. 

I tam siedziałam sobie przed drzwiami napawając się chwila spokoju, gdy zadzwonil Skorupiak:

Wiesz, zapomniałem ci powiedzieć... Dostałem dzisiaj w pracy zaproszenie na imprezę dla nas obojga... I nie bardzo mogę nie pójść...

Kto zgadnie, na kiedy?

na jutro wieczorem.

Nawet udało mi sie jeszcze dopaść wolne 45 minut u mojej pani Malgosi, która mnei strzyże od lat. O ile sie u niej pojawię, czego nie miałam okazji i warunków uczynic od roku i cokolwiek zarosłam. Ale przynajmniej pójdę świeżo ostrzyżona.

Tylko błagam, Grzesiu, nie przynoś jutro żadnego zaproszenia na sobotę...

Dzisiaj  stojąc w ogonku do kasy dowiedziałam sie, że właśnie zaczyna sie mundial.

Potem nawet udało mi sie dowiedzieć, gdzie. Nie, żębym nie mogła żyć bez tej informacji, w żadnym razie. Ale jak sie przyznalam do poziomu zainteresowania tematem, to zostałam oświecona.

Mam wrażenie, zę jestem jedyna tak niedoinformowaną /niezainteresowaną tematem jednostką w okolicy.

A nie, nie jedyną. Następny taki siedzi obok mnie  i robi porządki w torbie.

 

Chwała niebiosom, że Skorupiak na piłkarskie szaleństwa patrzy równie lekceważąco jak ja. 

wtorek, 10 czerwca 2014

Nie wytrzymałam jednak. Będzie komentarz polityczno-społeczny, bo mi się już ulewa.

Siedziałam cicho, jak wybuchła sprawa sudańskiej chrześcijanki skazanej na śmierć. (żeby było jasne, to nie znaczy, że się nie przejmuję losem dziewczyny. Przeciwnie, porusza mnie to bardzo głęboko, ale nie będę o tym pisać.)

Nie odzywałam się, gdy zaczęła sie nagonka w sprawie podpisywania Deklaracji Wiary, chociaż od początku obawiałam się, że prędzej czy później spowoduje ona ludzką tragedię. 

Nie spodziewałam się tylko, że tak wcześnie.

Teraz jednak szlag mnie trafił na całego.

Tak ogólnie, to ci "głęboko wierzący" (cudzysłów zamierzony, dla mnie ci ludzie kompletnie nie rozumieją tego, co mówią i w co wierzą. Przede wszystkim nie rozumieją najważniejszego przykazania  milości), powinni pochwalać sudański sąd i tamtejszych ekstremistów - w końcu coś analogicznego usiłują wprowadzić u nas. Tyle że na razie wygląda to na mentalność Kalego - jak ktoś gnębi chrześcijanina z powodu jego wiary,  to jest zły, jak chrześcijanin gnębi kogoś myślącego inaczej, to już jest dobry, bo nawraca, przekonuje do jedynych właściwych poglądów i w ogóle ma prawo postępować zgodnie z własnym, prawidłowo ukształtowanym sumieniem. 

Tego, że identyczne uzasadnienie mogliby podać sędziowie z Sudanu pan Terlikowski et consortes  nie zauważają. 

Sprawa kobiety, której profesor Chazan odmówił zgodnej z prawem aborcji jest tragedią. Przede wszystkim tragedią dla tych ludzi - oni bardzo chcieli tego dziecka, marzyli o nim. To była ich piąta ciąża.  Okazało się, ze dziecko jest ciężko uszkodzone, tak chore, że lekarz nawet nie był w stanie podać jakiejś konkretnej jednostki chorobowej. Nie ma czaszki, części mózgu, ma wodogłowie -  nie ma najmniejszych szans na życie, nie da się go leczyć. 

Uważam, że aborcja jest złem. Ale są sytuacje, kiedy nie ma dobrego wyjścia. I to jest jedna z nich.

Dziecka się nie uratuje, nie leży to w możliwościach współczesnej medycyny.

Można próbować zmniejszyć traumę matki. Konieczność donoszenia, urodzenia tego dziecka, patrzenia jak umiera - to ma być to chrześcijańskie milosierdzie? Może źle to interpretuję, ale ja przykazanie "Nie zabijaj" rozumiem nie tylko jako zakaz pozbawiania życia, ale również jako nakaz  troski o zdrowie. Psychiczne też.

Propozycja profesora Chazana, że pomoże w adopcji urąga wszystkiemu. Po pierwsze - kogo on chce adoptować, skoro dziecko tego nie dożyje? Po drugie - propozycja "oddajcie do adopcji, bo chore i zróbcie sobie nowe" jest szczytem bezduszności, chamstwa i okrucieństwa. Po trzecie - nawet, gdyby to dziecko miało jakieś szanse na życie, to może pan profesor w swej nieskończonej dobroci zaadoptuje? I oczywiście będzie łożył na opiekę, terapię, leki, materialy opatrunkowe i co tam jeszcze by było potrzebne?

Nie, skądże. Nasi gorliwi katolicy o takich detalach nie myślą. O zdrowiu matki, o kondycji psychicznej obojga rodziców, po co. Oni są wierzący i Bogiem gębę wycierają na prawi o lewo, ale żeby to sie przełożyło na jakieś konkrety, to juz nie.

 

Życzę panu Chazanowi, panu Terlikowskiemu, panu Hoffmanowi i calej reszcie, żeby w razie jakichś komplikacj medycznych ktoś sie nad nimi głęboko pomodlił. Zamiast wycięcia wyrostka, wyrwania bolącego zęba, założenia by-passów, podania leków przeciwbólowych, czy choćby wycięcia wrastającego paznokcia. 

Bo przecież jest to niedopuszczalna ingerencja w boski plan.

Pierwsze`podejście do zakończenia karmienia - porażka. 

Oczywiiście moja, bo Grzechot zadowolony.

Zaczęłam od sposobu  najprostszego - posmarowałam brodawki aloesem, który nie zaszkodzi, ale smakuje obrzydliwie.

Grzechot się nie przejął. Szukamy następnych pomysłów.

niedziela, 08 czerwca 2014

Szachista wrócil do domu.

Zmęczony - nic dziwnego, w sumie 6 godzin nasiadówy, co jakiś czas rozgrywki, gorąco...

I sfrustrowany nieco - przyzwyczail sie, ze jest najlepszy, a tu nic z tego... 63 miejsce na 98 zawodników.  Punktów makutko, z czego jeden wygrany walkowwerem, bo sie przeciwnik nie stawił przy planszy - pewnie wymiękł i poszedl do domu. ALbo nie zdążył wrócić z McDonalda. Nieważne, w kazdym razie to nie był punkt wygrany własnoręcznie, tylko poddany przez przeciwnika.

Piotrek przeżywa, jak poszliśmy na spacer z kuzynem, to widac było, że w nim buzuje - rozrabiał bardziej niż standardowo. 

A ja sie cieszę. Przegrywania też trzena sie nauczyć, niestety w życiu nie ma tak, że się zawsze jest pierwszym. I trzeba umieć sibie z tym radzią, nie obrażać sie jak panienka na wydaniu, tylko przekuć porażkę w mobilizację do poprawy umiejętności. 

Tu było o tyle dobrze, że Piotrek pojechał z kolegą i jego mamą - kolega gra w szachy dłużej, oprócz lekcji w szkole (nie oszukujmy się, nie spodziewam sie wysokiego poziomu umiejętności szachowych po ich wychowawczyni...), gra w klubie i zajął dwudzieste któreś miejsce. Ale przy kumplu i obcej osobie to głupio ryczeć i sie mazać, więc musiał sie opanować, a zanim wrócił do domu, to juz emocje nieco opadły. Do tego, ponieważ zadzwonił i powiedział, jak poszło, to gdy dotarł, czekał na niego talerz  jabłek w cieście, co wydatnie poprawiło humor.

KOlejna lekcja życia. Takie też są potrzebne, a ja sie bardzo cieszę, bo on nadal chce grać w szachy. tylko tego sie bałam, że sie zbuntuje i powie, że jak tak, to on już nigdy 

Następne rozpracowane slowo:

gułi - wszystkie ptaszory ze szczególnym uwzględnieniem gołębi.

gie - samolot

ga - zegar, 

ge - samochód. 

 

Literka G jak Grześ jest sponsorem niniejszego wpisu :)

sobota, 07 czerwca 2014

Grzechot kicha. Nie za bardzo, ale trochę i jednak systematycznie.

Mnie dziś tez dopadło - mam zatkany nos, drapie mnie w gardle, które też - jak sobie obejrzałam - do najpiękniejszych nie należy. 

Żeby tylko nie sprzedać zarazy Piotrkowi, który ma jutro turniej szachowy. I Skorupiakowi, który jutro co prawda nie ma nic, ale pojutrze zaczyna standardowy (czyli przeładowany) tydzień pracy, prawdopodobnie z trzydniowym wyjazdem po drodze.

Szlag.

piątek, 06 czerwca 2014

Pora sie przyznać przed samą sobą.

Ciotka Deprecha wróciła.

Teraz "tylko" trzeba odstawić dziecia od piersi i gnać do psychiatry po antydepresanty.

Tylko jak to zrobić w sytuacji, gdy dzieć bardzo lubi ciamkać matkę, matka siedzi z nim cały dzień w domu i nie bardzo ma gdzie zwiać, a doły depresyjne odbierają jej moc nawet do wyjścia na spacer i zajęcia drania czymś? Kiedy Młody Człowiek w nocy okazuje sie być nader samoobsługowy - jak sie obudzi to włazi nam do łóżka i dobiera sie do dystrybutora bez żadnego matczynego udzialu a nawet świadomości? Niby troszke pomaga butelka z wodą dla niego, ale to mogę podać, jeśli się obudzę. 

A jeśli nie? Zje co ma zjeść i tyle. Jak mu wytłumaczyć, żeby nie jadł?

Woziłam sie z tą kwestią już od dawna, troche mi zajęło, zanim dojrzałam do zakończenia karmienia. Ale już wiem, że tego chcę, że mam zwyczajnie dość. Mimo, że jest to piękne, że te błękitne oczka patrzące na mnie z ufnością znad piersi to jest jeden z najpiękniejszych widoków świata - już wystarczy. Mam świadomość, że właśnie zamykam pewien etap życia już na zawsze, że następnego dziecka raczej nie będzie. Za stara jestem, brutalnie mówiąc, i zbyt rozsypana psychicznie. Nie wytrzymuję sama ze sobą, siedzę i ryczę już codziennie. Tak się nie da, muszę wejść znowu na leki, które nijak nie zgadzają się z ciążą i karmieniem. A to nie antybiotyk, żeby się je brało tydzień. Czyli tak realistycznie ewentualne następne dziecko mogłabym urodzić mając pewnie blisko 45 lat. To już stanowczo za późno, jak na mnie, abstrahując nawet od całkiem przyziemnych kwestii finansowych. 

Myślalam  o tym już od kilku miesięcy, ale wcześniej nie miałam w sobie zgody na zakończenie karmienia. Teraz mam - i mimo wszystko uważam, że to odwleczenie było dobrą decyzją. Podjęłam ją sama, wbrew opinii różnych ważnych dla mnie osób, ale byłam już w zbyt marnej formie, żeby zmagać się jeszcze z poczuciem straty czegoś ważnego. Teraz tego nie ma, ja nie tracę, tylko dobrowolnie przechodzę do następnego etapu. 

A to duża różnica.

czwartek, 05 czerwca 2014

Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, co wymyśli JarKacz, żeby nie musieć świętować 4 czerwca. I to do tego z prezydentem Komorowskim przy jednym stole, nie wspominając o całej reszcie różnych waznych postaci, z Barakiem Obamą na czele. Bo przecież, jak wiadomo, tego dnia to można uczcić co najwyżej rocznicę upadku rzadu Olszewskiego, jak to którys z Pisiorów zauważył, a nie ten akt zdrady, jakim był Okrągły Stół i stanowiące jego konsekwencję czerwcowe wybory.

No i wymyślili. Jakieś tęgie głowy musiały kombinować, tylko szkoda, że biedakom zabrakło czasu na dogranie szczegółów i trochę im się wersje nie zgadzają. 

Pan Brudziński zarzekał się, że "To nie jest nic poważnego. Ale na tyle poważne, że rzeczywiście wymagało to badań i hospitalizacji pana prezesa". I twierdził, że juz dziś JarKacz jest w domu. NIe wiem, jakież to dolegliwości mogą nie byc niczym poważnym, ale równocześnie wymagającym natychmiastowej hospitalizacji bez możliwości odłożenia o dwa dni w sytuacji, gdy delikwent ma zaproszenie na spotkanie z najważniejszymi osobami na świecie. No, ale ja sie nie znam przecież na medycynie...

Z kolei pan Czarnecki był innego zdania, twierdził, że prezes w szpitalu był od wtorku, jest tam nadal i będzie jeszcze jutro. 

Przykro to mówić, ale jestem wiecej niż pewna, że JarKacz jest zdrów jak rybka - przynajmniej na tyle, na ile wiek mu pozwala, a w każdym razie nie czuje się wcale gorzej niż tydzień temu. Potrzebował pretekstu, żeby się wymigać od udziału w uroczystościach nie robiąc przy tym otwartego afrontu połowie europejskiej sceny politycznej i prezydentowi USA na dokładkę.

Panie prezesie, taka drobna rada na przyszłość. Łgać też trzeba umieć, jak już kombinujecie, to róbcie to nieco inteligentniej. Przy mętnych zeznaniach panskich popleczników nawet ameba się zorientuje, że jedyna choroba, oprócz wrodzonej złośliwości, na jaką pan cierpi, to dyplomatoza. 

środa, 04 czerwca 2014

Marudziłam ostatnio sporo. Poza blogiem widać było, żę mi ciężko pewnie jeszcze bardziej niż na blogu.

W związku z tym Rodzice postanowili zadbać o córeczkę.

Dostałam laptopa.

Oczywiście nie jest to nówka, ale i tak najlepszy sprzęt, jaki kiedykolwiek miałam - w końcu do pisania bloga, tekstów w Wordzie i obrabiania zdjęć nie potrzebuję jakiejś super maszyny. 

Teraz Skorupiak siedzi obok i co chwila wydaje radosne okrzyki jak znajduje tam kolejne udgodnienia, możliwości i inne takie. Twierdzi, że będzie śmigało jak błyskawica. 

A mnie mniej nawet obchodzą parametry techniczne. Oczywiście, bardzo sie cieszę, zę jest to porządny sprzęt i nie będzie i sie wieszał co chwila płacząc, żę mu pamięci brakuje, ale nie to jest istotne.

Najważniejsze jest to, że jak bylo mi źle, to zostałam dogłaskana. Pocieszona. Że nagle, znienacka, dostałam coś tylko dla mnie, nie dla Grzesia, Piotrka, do użytku ogólnodomowego. Nie, to był prezent dla mnie i to bez okazji.

Dziękuję. Prawdę mówiąc, do tej pory mam mokre oczy, jak popatrzę  na moją nową zabawkę.

Wiedziałm, że zawsze mogę na Was liczyć.  

 
1 , 2