O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

sobota, 29 czerwca 2013

Szkoła zamknięta, świadectwo w łapce, WAKACJE!!!!

Do świadectwa dołączony jeszcze dyplom Wzorowego Ucznia - a co, pochwalę sie dzieckiem!

Co prawda nieco na kredyt - zachowanie Potomka nie zawsze było idealne, ale   pranie mózgu jakie mu urządziłam po ostatnim zebraniu zadziałało, pani dostrzegła poprawę i starania i zdecydowała sie jednak mu ten dyplom dać. 

Teraz tydzień w domu - a potem jazda na obóz!!!! Pewnie znowu będzie najmłodszym zuchem - nie ma jeszcze 7 lat, ale już będzie stary wyjadacz - w końcu byl w zeszłym roku i przetrwał :).

To była taka mila świadomość, zę oto skończyła sie harówa i teraz w perspektywie są dwa miesiące laby.... Szkoda, że teraz patrzę jakoś inaczej - włosy z lekka mi stają dęba - jak ja wytrzymam ten czas, kiedy Pyton będzie w domu przez cały dzień??????

Wkurzyłam się ostatnio na pytonią szkołę.

Dostaliśmy info, że dzieciątka w czwartek, czyli w przeddzień zakończenia roku, mają w programie mszę z tej okazji. 

Ja ogólnie uważam, że pomysł z religią w szkołach był głupotą stulecia, wkurza mnie to, że 6 dni szkoły przepada na rekolekcje (dwa razy po trzy dni przed każdymi świętami), w sytuacji, gdy programy są tak przeładowane, że nauczyciele i tak sie nie wyrabiają. W mojej ocenie Kościół strzelił sobie w stopę tym pomysłem tak, ze bardziej to już trudno, ale cóż. Jak nie ma możliwości wysłania Pytona na religię przy parafii, to chodzi w szkole. 

Nasza pani dyrektor sprawia wrażenie świętszej od papieża i chciałaby ganiać dzieciaki do kościoła z okazji początku roku, końca roku, środka roku i tak dalej. W święta kościelne jej nie wychodzi, ale chyba tylko dlatego, że w to co większe szkoła nie pracuje. 

Tak czy siak, zirytowałam sie na tyle, że wpisałam Pytonowi, zę nie wyrażam zgody na tę wycieczkę. Jesli ksiądz proboszcz chce, to może taką mszę z okazji końca roku zrobić w najbliższą niedzielę, z jednej lub drugiej strony. Jak mogli dominikanie, to myślę, ze on tez by potrafił. 

Przykro mi, że przedstawiciele tej szacownej instytucji nie widzą, zę sami w ten sposób zniechęcają dzieciaki. Że nie prowadzą statystyk (albo sie przynajmniej do tego publicznie nie przyznają) dotyczących tego, jaki procent uczniów chodzi na religię w której klasie - być może zauważyliby wówczas znaczący spadek po bierzmowaniu, nie bez kozery zwanym przez młodzież sakramentem pożegnania z Kościołem. 

Cóż, jak na razie Pyton do I Komunii będzie przystępował u dominikanów, a nie razem z klasą. I ani pani dyrektor, ani ksiądz proboszcz nic nie poradzą. 

środa, 26 czerwca 2013

Ostatnio jest tak, że tysiące notek kłębią mi się po głowie... i nic  tego nie wynika. Po prostu nie mam czasu na to, żeby je przelać na klawiaturę, a jak mam już chwilę - bo chłopaki śpią, to padam na płaski kaczy dziób i sama też idę spać.

Tym razem jednak notka powstanie. Nie dlatego, że zdarzyło sie coś spektakularnego. Muszę po prostu spróbować uporządkować myśli, a na piśmie to lepiej wychodzi.

Wszystko sie zaczęło od artykułu w Tygodniku Powszechnym z 9 czerwca. Rozmowa ze Stefanem Chwinem, tekst zatytułowany "Jeśli zło rządzi światem"

Tekst mądry. Bardzo mądry, zmuszający do zupełnie innego spojrzenia na sprawy wydawałoby sie oczywiste.

Chodzi o to, czym jest zło. Zło ogólne i takie bardzo konkretne, wydarzenia, które miały miejsce, takie jak wojny, Holocaust itp. S.C. zastanawia sie nad tym w kontekście ewolucji i odwiecznych praw natury - gdzie przezywa silniejszy, gdzie panuje zamordyzm i dyktatura, gdzie likwidowanie osobników słabszych, chorych, będących obciążeniem dla stada - jest rzeczą normalną. Rozpatruje skutki wydarzeń i ich oceny - "Nietrudno litować się nad kobietami gwałconymi podczas wojen,  trudniej pytać o to, jaką rolę odgrywały wojny w mieszaniu się genów, kiedy to na przykład Azja szła na Europę gwałcąc miliony kobiet i powodując przy okazji powstawanie całej generacji mieszańców lepiej przystosowanych do przetrwania na ZIemi, niż osobniki czyste etnicznie".

Pyta również, czy konsekwencje alternatywnych wariantów zdarzeń nie byłyby równie okrutne i tylko przypadek zrządził, że akurat strona A została okrzyknięta tą złą, a strona B - ofiarą. Bo może, gdyby B wykazała sie lepszym refleksem, etykietki rozdano by odwrotnie?

Czy złem jest wymuszenie torturami informacji, które zapobiegną zdarzeniom podobnym do tych z 11.09 - cena cierpienia jednostki za cierpienie tysięcy?

Ceną za życie jednych jest śmierć i cierpienie innych - niekoniecznie ludzi. Zwierzęta też biorą udział - niekoniecznie dobrowolnie - w tym tyglu. 

Ale tak było na długo przed dinozaurami, a tym bardziej pojawieniem sie pierwszego człowieka - wygrywał silniejszy, lepiej przystosowany, sprytniejszy. Słabszy - cóż, płacił cenę za swoją słabość. Ale czy działania dające możliwość przetrwania gatunku można określić jako złe?

 

Trudny temat, bardzo ciekawy. Najchętniej bym sobie z kimś o tym pogadała, bo kluje mi sie milion wątków, przerywanych grześkowymi wstawkami - tę notkę też tworzę już trzeci dzień. 

Pytania, pytania, pytania... Dobrze, że są, ale znalezienie odpowiedzi wcale nie jest łatwe....

wtorek, 25 czerwca 2013

Położyłam Grześka na kocu piknikowym rozłożonym, w salonie. Jest nieco sztywniejszy od zwykłego i nie ślizga sie tak upiornie, więc miałam nadzieję, zę będzie mógł poćwiczyć raczkowanie  - tak jak ortopeda zalecił, położyłam mu zabawki ciut poza zasięgiem łapek.

I co?

I gucio.

Mały po paru próbach przesunięcia ciężkiego zadka po prostu zaczął pracowicie ściągać do siebie kocyk i przysunął w ten sposób zabawkę.

I ćwicz tu człowieku potomka :)

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Mam ciężki wytrzeszcz, zbieram zęby z podłogi, opadniętą szczękę i co tam jeszcze.

Dwa piętra nad moimi Rodzicami mieszka pani J. Kochana kobieta, w czasach szkolnych spędziłam u niej mnóstwo czasu czekając, aż rodzice wrócą z pracy, mój brat przyjaźni sie z jej synem. 

Ona uwielbia moich chłopaków. Ostatnio poinformowała mnie, że pomna moich próśb (przy jakiejś towarzyskiej okazji), żeby nie kupować Grzechotkowi przytulanek, których i tak ma na kopy a nie używa za bardzo, chce mu kupic pieluchy w ramach prezentu. 

Po jakimś czasie zadzwoniła, jeszcze sprawdziła rozmiar... i powiedziała, że kupuje dziesięć paczek. DZIESIĘĆ PACZEK. DZIESIĘĆ PACZEK!!!!!!

Jakby na to nie patrzeć, jest to szaleństwo, ja myślałam, że to bedzie jedna, no góra dwie - ale w życiu mi nie przyszło do głowy, zę aż tyle. I to tych dużych, po 50 sztuk w paczce. 

Już po zapłaceniu zorientowała sie, że nie zabierze sie z tym na raz - jest osobą drobną, starszą, a to jednak i waży, i rąk by trzeba mieć więcej, niż tylko przydziałowe dwie. Dogadała sie więc jakoś w sklepie, że przechowają jej to przez parę dni i dzisiaj umówiła z kimś, że przyjedzie z nią samochodem i zabiorą razem. Proponowałam, ogarnięta wyrzutami sumienia, zę może ja pojadę, żeby już nie angażować dodatkowo osób trzecich, kurczę, mnie i tak jest głupio niezmiernie!!!

Stanęło na tym, zę nie, ona już dogadała, nie będzie odwoływać i zmieniać. Ale dziś okazało się, zę ten ktoś wystawił ją do wiatru - i kochana kobieta stanęła mi w drzwiach taszcząc 5 paczek. Oddała mi je, po czym... zawinęła sie na pięcie, mówiąc, ze jedzie metrem po resztę!!! Nie dała sie zatrzymać, nie miałam jak zapakować Grześka, który zresztą spał jaki suseł, popędziła dalej. 45 minut później była z pozostałymi paczkami....

Ja do wieczora usiłuję otrząsnąć się z szoku i jakoś mi ciężko idzie. Piotrek już pracowicie rysuje dla niej laurkę. 

Niech nikt mi nie mówi, że znieczulica powszechna, wszyscy myślą tylko o sobie i nie można liczyć na drugiego człowieka!!!!

Koteczek wybrał sie na wieczorną łazęgę. 

Wcale mu sie nie dziwię, wreszcie są temperatury  nadające sie do życia, bo łażenie w południowym upale i to do ego w czarnym futrze to pomyłka.

W końcu jednak wypadałoby wrócić. Wybraliśmy sie ze Skorupiakiem na spacer usypiający - Wąż Młodszy ostatnio wieczorami usypiany jest w ten sposób, jak nie skutkuje karmienie, prośba, perswazja i inne takie tam, jest ładowany w chustę, pies na smycz, robimy kółeczko po osiedlu i dzieć jest z głowy. 

Przy okazji chcieliśmy odłowić kota, bo już za stary jednak na całonocne balety na dworze (ma sie w końcu już ponad 13 lat...), nie mówiac o tym, że jakby został, to od świtu byłby potworny jazgot srok. 

Czorta nie trzeba bylo daleko szukać. Leżał sobie wygodnie pod samochodem sąsiadów. Leżał i zdecydowanie nie zamierzał wstawać. Poprosiłam ładnie. NIc. Zagwizdałam. Nic. Machnęłam nogą w jego stronę (niezbyt groźnie, bo mi sie noga nie składa do przodu, a z Grześkiem w chuście nie jestem bardzo wyrywna do akrobacji). Wstał i polazł pod samochód obok. Po chwili wrócił Skorupiak, który przez ten czas poszedł odstawić psa, i zaczął przemawiać czule do kotka, aż sie zazdrosna zrobiłam. Też bym chciała, zęby tak czule do mnie poćwierkał. Na kocie jednak nie zrobiło to wrażenia.

W końcu wpadłam na pomysł - posłałam Skorupiaka do domu po kocią miseczkę. I tak po chrupku rzucanym przed nosek, potem kolejny, i jeszcze jeden - każdy coraz bliżej drzwi klatki schodowej, potem na każdym stopniu - kot dał sie zaprowadzić tam, gdzie od początku chcieliśmy go widzieć. 

Jednak warto czytać bajeczki dla dzieci. Nigdy nie wiadomo, kiedy wiedza z nich wyniesiona może sie do czegoś przydać....

piątek, 21 czerwca 2013

w życiu nie zrozumiem kobiet, które twierdzą, że karmienie piersią jest niewygodne.

dotąd mogłam sobie poczytać podczas posiłku potomka, po necie pogrzebać, a nawet napisać coś jedną ręką.

A teraz???

A nic z tego.

Jedną ręką podtrzymuję potomka. Drugą trzymam butelkę z łyżeczką. Trzecia ręka służy do przytrzymania machających łapek. Czwarta - do wycierania pomarańczowego pyszczka.  Na książkę zostaje ręka piąta (albo szósta, jeśli zamiast butelki z łyżeczką jest zestaw konwencjonalny, czyli micha i łyżka osobno).

Jak się łatwo domyślić - rąk nie starcza i książka leży sobie spokojnie na półce obok, kusząc i denerwując swoim widokiem. 

Po posiłku młody jest cały pomarańczowy, ja - solidnie zmęczona. I oboje nadajemy sie do prania.

Ktoś mówił, zę to łatwe i wygodne????

czwartek, 20 czerwca 2013

Po latach depresyjno-szkolnych, kiedy to nosiłam ubrania typu pątniczego (bure, wtapiające sie w tło i generalnie niezauważalne), pokochałam kolor.

Oczywiście nie taki, ze oczy bolą, ale intensywne barwy, wesołe zestawienia.

Między innymi mam taką fajną bluzkę w tęczowe paski. W sam raz na obecne upały. Lubię ją bardzo i chętnie noszę.

I krew najjaśniejsza mnie zalewa, gdy co jakiś czas różne osoby (z moim Tatą na czele) pytają, czy ta bluzka to wyraz poparcia politycznego dla środowisk LGBT.

Ogłaszam więc wszem i wobec:

Moja tęczowa bluzka NIE jest żadną manifestacją polityczną. Nie ma nic wspólnego z homoseksualistami, heteroseksualistami, okularnikami, rudymi czy filatelistami. 

Jest po prostu fajnym kolorowym ciuchem i tyle. 

Chociaż może jednak jest drobną manifestacją. Ale na zupełnie inny temat. Mianowicie demonstruję w ten sposób, że nie pozwolę polityce odbierać sobie kolejnych - dotąd całkiem neutralnych - elementów życia. Takich jak kolor, wzorek, melodia, czy przezwisko. Przez lata byłam zwana Kaczorem - teraz takie przezwisko to obelga. A ja się nie dam, będę tego przezwiska używać i do diabła z tymi, którym się kojarzy politycznie, jak również z tymi, którzy spowodowali, że to słowo nabrało pejoratywnego wydźwięku!

środa, 19 czerwca 2013

Piotrek zaczął marudzić, że chciałby minitablet.

- A po co ci minitablet, synu?

- Bo to sie przydaje do gier - odpowiedział Potomek Starszy

- Gry to jest najbardziej idiotyczny sposób tracenia czasu, jaki możesz wymyślić - palnęła mama. Nie odrywając wzroku od ekranu, na którym miała partyjkę kulek....

 

Niestety młody sie zorientował....

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Potomek Młodszy zmienił imię.

Ostatnio zwie sie Drześ. 

Kto zgadnie, dlaczego?

dostaliśmy sporo ubranek dla Grześka. Między innymi jest tam bardzo dużo spodni. Ładnych, kolorowych, niektóre sama bym nosiła, gdyby były nieco większe.

Tylko co mi po nich, jak Grzesiek nie uznaje portek?

wtorek, 11 czerwca 2013

Pyton na szczęście zdrowy - uczuleniówka jakaś, niegroźne, ale jakaś gnida zarąbała nam z wózka materacyk, rożek, który robił za warstwę wyściełającą, oraz ocieplacz - ochraniacz przeciwdeszczowy.

podejrzewam młodzież polską, przyszłość narodu, która potrzebowała podkładki pod siedzenie na nocne popijawy w sadku....

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Pyton dał m dziś w kość.

Po powrocie ze szkoły - nieco przedłużonym,. odprowadziliśmy Mame do metra - zrobił lekcje, po czym sie rozdarł na temat kaligrafii. Absolutnie standardowo, czyli on nie będzie pisał. 

Powrzeszczał tak ze dwie i pół godziny (Grzegorz mu nieco wtórował, zwłaszcza, gdy niecnie usiłowałam go na chwilę odłożyć o zrobic coś w domu), po czym, i tak napisał to co miał napisać. 

Ciekawa jestem, kiedy sie wreszcie nauczy, zę takie darcie japy mu sie zwyczajnie nie opłaca - limit dzienny to dwie kartki, jeśli napisze szybko i bez przypominania jest bonus - zmniejszamy do jednej kartki. Wydaje sie, zę to powinna być niezła motywacja, zwłaszcza, ze napisanie takiej kartki zajmuje mu 12 minut - ot, kwadransik i po robocie. Ale nie, zamiast tego drze sie przez kilka godzin, ja sie wkurzam, o bonusie nie ma mowy, dostaje kolejne kartki - za wrzask i wyzywanie mnie, takie zachowanie nie ma prawa mu sie opłacać. 

W końcu i tak to napisze, osobiście tego pilnuję. Nie zdarzyło mu sie wymigać.

Dziś też napisał, zgrzeczniał bardzo, do tego usłyszał, że czas na kolację przeznaczył na wrzaski, więc może najwyżej zjeść niezjedzoną szkolną kanapkę. ZJadł.

Sam nakarmił menażerię, poszedł sie umyć... 

I po wyjściu z łazienki zapytał":

- mama, a co to za kropki u mnie na brzuchu?

No żesz cholera jasna, faktycznie wysypany równo. Na brzuchu i na klacie chudej głównie, i trochę na plecach. Temperatury podwyższonej nie ma, raczej obniżoną - 36,2. Węzły w porządku, język normalny, gardło może minimalnie rozpulchnione, ale może i to nie - słowem, gdyby nie kropki to powiedziałabym, zę to całkiem zdrowe dziecko. 

Do tego jutro ma testy na inteligencję i przedstawienie świetlicowe. A na sobotę zaprosiliśmy gości - połączone imieniny chłopaków robimy. Ciekawe, co powie pani dr, czy jutro będę dzwonic odwołując imprezę. Skorupiak tradycyjnie panikuje - tyle dobrego, że wykluczyliśmy już szkarlatynę i odrę (chociaż zaczynał od tego, ze to na pewno jedno albo drugie) - objawy nie pasują za żadne pierniki. Może byc różyczka, może być jakaś uczuleniówka, licho wie, nie znam sie na tym.

Jasna cholera, nie miała baba kłopotu....

sobota, 08 czerwca 2013

Kupiłam spodnie dla Węża Starszego. 

Dumna byłam z siebie niezmiernie, bo wymyśliłam, jak rozwiązać problem chudości potomka w kontekście garderoby oddolnej - przynajmniej w okresie letnim. 

Mianowicie kupiłam mu portki przeznaczone rozmiarowo dla osobnika mającego 98 cm w kapeluszu. Albo i bez kapelusza, w końcu to nie na kapeluszu nosi sie tę część garderoby. Dla przypomnienia, Pyton ma 126.

Uznałam, ze ciepło jest, to po prostu będzie je nosił jako takie bermudy do pół łydki.

Kolor mają cudny, taki rdzawobrązowy, na guzik a nie na gumkę. Spodobały  mi się, i wreszcie była szansa, ze nie będe musiała redukować 10 cm w obwodzie.

Piotrek włożył i pierwsze co powiedział z lekka mnie załąmało:

- Mamo, są super, ale trochę mi zjeżdżają z pupy!

 

Jak podtuczyć dziecko? Bo nie stać mnie na to, żeby mu szyć spodnie u krawca, zwłaszcza biorąc pod częstotliwość z jaką wywala dziury  na kolanach...

 

czwartek, 06 czerwca 2013

Psica podpadła. 

Została wczoraj sama w domu - nic nowego, i nie jakoś ekstremalnie długo, ze trzy czy cztery godziny.

I uznała, że jest samotna i nieszczęśliwa - albo samotna i wkurzona z tego powodu, licho wie - i zdemolowała nam pościel na łóżku. Mamy dwie wielkie dziury w prześcieradle i jedną, niewiele mniejszą w poszwie na kołdrę. Do wyrzucenia wszystko, a oczywiście wybrała nasz ulubiony komplet w kotki.

i co ja mam zrobić z tym kundlem???? Ona jest dominantka i bardzo źle znosi to, że my się nie podporządkowujemy. Ma swoje lata - w sierpniu kończy 12 - więc raczej na proces wychowawczy już za późno. Nie chcę jej zostawiać w kagańcu jak wychodzę, ale chyba na tym się skończy, bo nie widzę innego wyjścia.

A na razie chyba jej ogon wydepiluję za ten numer. 

środa, 05 czerwca 2013

Pochwalę sie własnym Dzieckiem Starszym.

Pyton lubi rysować. Rysuje dużo, chętnie - również w świetlicy. I dzisiaj odebrał nagrodę za II miejsce w konkursie międzyszkolnym na pracę plastyczną dotyczącą ratownictwa medycznego!

Usłyszeliśmy o tym w piątek i od tamtej pory Pyton unosił sie  z lekka nad ziemią, podskakując co chwilę. Kompletnie nie  mógł uwierzyć, zwłaszcza, że dotychczasowy udział w konkursach szkolnych nie przynosił raczej sukcesów. 

Tym razem było inaczej. Dostał piękny dyplom,  encyklopedię kosmosu i krówkę. Dyplom pożyczyła na razie pani świetliczanka - do skserowania i wyeksponowania w szkole, encyklopedia wzbudziła zachwyt, gdyż jest to temat pasjonujący Węża Starszego, a co do krówki, to po wyjściu ze szkoły potomek z powagą oświadczył, że odłoży ją na później.

Ten ostatni fakt ucieszył niezmiernie moją psychologiczną duszę, gdyż umiejętność odroczenia gratyfikacji , w tym wieku raczej nieczęsta, jest lepszym predykatorem przyszłych sukcesów, niż wysokie wyniki w testach na inteligencję. Które to testy pan Piotr będzie pisał w najbliższy wtorek, tak przy okazji.

Gratulacje, Synku!!!! Dobra robota!

wtorek, 04 czerwca 2013

Pan Grzegorz zostal zważony przy okazji szczepienia.

7960.

Nie mam pytań.

Pociesza mnie jedno, Piotrek ważył tyle w wieku trzech miesięcy. Półtora miesiąca wcześniej....

poniedziałek, 03 czerwca 2013

Co prawda DD minął  w ostatni weekend, a nastepny dopiero za rok, ale nie miałam kiedy zabrać sie do klawiatury i przelać na ekran tego, co mi sie kłębiło pod czaszką. Skutkiem tej zwłoki będzie niepowstanie paru wpisów - wiem, że miałam, jakiś pomysł, wiem, ze był fajny, ale co ja takiego dobrego miałam.... Nie pamiętam i tyle.

To co pamiętam, to wycieczka na plac zabaw. Niedaleko nas jest taki fajny, wypasiony, nowoczesny, tartanem wykładany i w ogóle świetny. 

Teraz dołożyli tam park linowy dla dzieci - było już linarium, z pajęczynami rozpiętymi na słupach, a doszła trasa linowa dla dzieciaków. Czynne w weekendy, czy jakoś tak, nie cały czas - bo jednak obsługa musi być, ktoś musi wydawać uprzęże i kaski. I zbierać kaskę ;), 20 zł od łebka, 

Serpens Maior z okazji wyżej wymienionej dostał prawo do przejścia . Wyasygnowałam co trzeba, podpisałam, zę będę gada pilnować, pani przyodziała go w uprząż, przeedukowała - i jazda. 

Jazda była powolna jak nagła krew, bo przed nami był w kolejce osobnik tak lekko licząc ze cztery lata starszy. I - licząc już raczej ciężko - ważący ze trzy Pytony tak na oko. 

Patrzyłam z przerażeniem na tego dzieciaka. Nieskoordynowany, niezgrabny, ledwo sobie radził. Do tego jeszcze  troskliwa ciocia wręczyła na moich oczach mamusi owego młodzieńca (też elfa nie przypominającej) paczkę czekoladek z okazji dnia wiadomego.  Szedł powoli, z problemami, tracąc równowagę i jęcząc o pomoc co chwilę. Plusem dla niego niewątpliwym było to, ze w ogóle szedł, i to nie pierwszy raz tego dnia. 

A za nim Pyton - chudzielec, jal przystało na węża. Prześmignął przez tę trasę, ze sprawnością zadziwiającą, odważnie, myśląc i kombinując, gdzie jak iść, żeby było bezpiecznie i skutecznie. 

Tak sobie dumałam idąc wzduż trasy - bo asekurować nie miałam za bardzo po co, Pyton sobie świetnie radził bez mojej pomocy, mogłam tylko przeszkadzać - jak potężną krzywdę robią takie troskliwe ciocie, mamusie, czy inni wujkowie, którzy nie umieją dzieciakowi wytłumaczyć, że tak to on niszczy samego siebie. Ato nic, nie tylko nie pomogą, ale jeszcze czekoladkę dołożą, żeby prędzej wykończyć, żeby zniszczyć poczucie własnej wartości - koledzy w szkole już sie o t o zatroszczą, nie ma obaw....

W drodze powrotnej spotkaliśmy ich pod budką z lodami... To znaczy, oni stali w kolejce, my przeszliśmy obok - w domu czekała na nas pyszna marchewka do schrupania.... 

\straszne, jaką potężną siłą - niszczącą - jest taka małpia miłość, co to nie zrozumie, że czasem najlepsze, co możemy zrobić dla dziecka, to czegoś mu zabronić....

Z radością wielką i chichotem wewnętrznym usłyszałam dzisiaj, jak to pewien puchacz załatwił burmistrzowe plany turystycznego rozwoju regionu. Przynajmniej na jakiś czas. 

W pięknym i zacnym mieście Cedynia jest stary most. Nieużywany od dziesięcioleci, był sobie i rdzewiał. Czy też korniki go żarły, ale raczej rdzewiał. 

Władze Cedyni i niemieckiego miasta Jakiegośtam z drugiej strony Odry postanowiły uruchomić tamtędy turystyczną linię drezynową i 1 czerwca miało być huczne otwarcie. Przejazd drezyny, festyn, baloniki, kiełbaski, piwo i ogólnie gry i zabawy ludu polskiego wraz z ludem niemieckim do towarzystwa.

A tu zonk. Nie do końca prawdę mówiąc rozumiem, bo w części artykułów pisali, że sprawa była znana już od dwóch lat, a gdzie indziej, że właśnie znaleźli, ale ganc pomada. Grunt że w trzewiach mostu założył sobie gniazdo puchacz. I do tego ma pisklaki. Dwa.

Puchacz jest gatunkiem rzadkim, podlegającym ochronie, do tego stopnia, że wokół jego gniazda obowiązuje strefa ochronna od 200 do 500 metrów, w zależności od okresu. A tu mu po głowie drezyny chcieli puszczać....

No i pan burmistrz musiał w ostatniej chwili odwołać imprezkę. A przynajmniej drezynę, bo jakoś nie sądzę, żeby puchaczowi kiełbaski przeszkadzały. Drezyna poczeka do przyszłego roku, podobno mają zamiar powoli przyzwyczajać ptaszynę do okazjonalnych przejazdów nad głową, powoli, żeby się ptaszyna nerwicy nie nabawiła, albo inszych palpitacji serca nie dostała.

Słusznie, słusznie, o rzadkie ptaki bubo trzeba dbać! (ku mojej dzikiej radości w części artykułów dziennikarze używają tej nazwy, zamiast normalnie napisać, że chodzi o puchacza. Wiem, że taka właśnie jest nazwa łacińska, ale nie jest to wiedza powszechna, a brzmi dużo mądrzej. Całkiem jak mucha tse-tse. A jak rośnie autorytet takiego dziennikarza, co to artykuł machnął o jakimś bubo, o którym nikt nie słyszał!!! Całkiem nie to, co przy puchaczu, choćby i chronionym.)