O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

sobota, 30 czerwca 2012

Wrócilam ze szpitala. 

Po powroce dowedzałam sie między innymi, że Pyton poprosil tatę, żeby ten spał razem z nim. Malutki był, nieszczęsliwy - tata sie zgodził. Póki nie wrócilam, spali razem.

Pierwszej nocy wtuliłam sie wreszcie w Skorupiaka.

Następnego dnia rano - uslyszałam, że nie ma tak dobrze.  Synek zarządził - on też chce spać z tatą, więc od dziś tata będzie spał na zmianę - raz ze mną, raz z nim. Żeby było sprawiedliwie.

Sam zainteresowany nie został zapytany o poglądy na te kwestię.

Trzeba będzie zacząć bronic swego, bo mnie dzieć wygryzie....

wtorek, 26 czerwca 2012

Ponieważ leże, to czytam. oczywiście, jeszcze łażę po necie, gram, głaszczę kota, śpie... Ale głównie czytam.

Mam podrzucila mi zestaw literacki na pierwsze parę dni. Początkowo zastanawiałyśmy sie nad czymś miły, lekkim i przyjemnym - słowem, nad romansidłami, żeby sienie denerwować niepotrzebnie. 

Ale jakoś tak wyszło, że na razie same świetne rzeczy, ciekawe i z całkiem przyzwoitej półki.

na pierwszy ogień poszła ostatnia książka Zofii Kucówny. "Szara godzina".

Wsiąkłam w nią.

Sa książki, w których wartością podstawową jest fabuła. Są takie, gdzie jest ona mniej istotna, ważne sa postacie, charaktery. Kucówna ujęła mnie językiem i życzliwością dla świata. 

Fabuły to nie ma, ot, oderwane obrazki, przeskoki w czasie, scenki, drobiazgi. Z uśmiechem, jakąś ogromną uważnością na drugiego człowieka, ciepłym spojrzeniem. Nawet różne nieprzyjemne sytuacje są opisane w sposób szalenie taktowny - jesli pisze o kimś dobrze, to zawsze z nazwiskiem, źle - "pani  X", "prezes". Ludzie ze światka będą wiedzieć, o kogo chodzi, mnie nie jest potrzebna wiedza, kto w danej sytuacji zachował się bez klasy. I tych nieprzyjemnych jest mało, one pojawiają sie niejako przy okazji, nie jest celem książki oplotkowanie i wyciągnięcie ich na światło dnia.

Do tego ogromna mądrość życiowa,  pogodzenie sie z przemijaniem, własnym wiekiem - ona siebie po prostu lubi, taką, jaka jest, z siedemdziesiątką na karku, zmarszczkami, chorobami, z tym, że pewne rzeczy na zawsze już są za nią... Lubi siebie i lubi życie. Takie, jakie jest, nie potrzebuje do niego photoshopa, dostrzega urok niedogodności. 

Do tego bijąca z każdej strony klasa. Język - po prostu piękny, ona nie potrzebuje używać wulgaryzmów, kolokwializmów, i zdecydowanie zna wiecej, niż przeciętne 800 słów zwykłego zjadacza chleba. Nie eksponuje tego, ona po prostu źyje tym językiem, to jest część jej osoby, a nie wyuczona maniera.

Piękna książka, napisana przez osobę z zupełnie innego pokolenia, niż ja, a jednak w jakiś sposób bardzo mi bliską. 

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Nadal leżę i będę leżeć chyba do końca świata - przynajmniej tak mi sie w tej chwili wydaje. Obok przytulony czarny, mięciutki, mruczący kłębek. Czasem bywa czarnym, mięciutkim płaskim ogromnym dywanikiem, zależy jak sie ułoży. Ale zawsze ciasno przytulony, co jest bardzo miłe ale...

No właśnie, ale. Rozpycha sie, nie przyjmuje do wiadomości, że to jednak moje łóżko. Nie, to jest łóżko Kota, który łaskawie pozwala mi z niego korzystać. 

Wzruszający jest, normalnie w takie dni jak ostatnio wybywa rano i wraca wieczorem, na kolację. A teraz nie, godzinami śpi przy moim boku, pomrukując cichutko. 

Na drugim końcu łóżka, w stopach - pies. Kłębek nieco wiekszy, ciemnobrązowy. Jeśli tylko zacznę głaskać kota - natychmiast pcha sie w pobliże, zazdrosna bardzo. 

jeszcze czasem przyjdzie Skorupiak, Pyton - i menażeria w komplecie, tylko na łóżku jakoś bardzo ciasno.

Przypominają mi sie państwo, od których wzięliśmy Czorta - jak znaleźli jego tatusia na podwórku i rzeczony tatuś urósł do nieprzewidywanych rozmiarów - kupili wieksze łóżko, bo juz sie nie mieścili razem z kotami, które mieli wcześniej....

Znajomi dzwonią, wpadają - fajnie sie gada, dopiero jak wyjdą, czuję, jaka jestem zmęczona. Głupie uczucie, leżę cały dzień, śpię dużo, a zmęczona jestem. 

Może to mechanizm obronny przed nudą.

niedziela, 24 czerwca 2012

Nudzę się. Patrzę w sufit, liczę liście hoi nad głową. Czytam, grzebię po necie.  Gramy w karty. Nie chce mi sie myśleć. Może znowu wyciągnę z szafy obrus? Zaczęłam go haftować przed ślubem, śmiałam sie, że będzie wyprawowy. W tym roku obchodzimy juz trzynastą rocznicę, a do połowy roboty daleko...

Całkowicie zanika mi poczucie czasu, świt, wieczór, środek dnia - każda pora jest dobra i do spania i do wszystkiego innego. Dziś przed 7 rano pogoniłam biednego Skorupiaka po śniadanko. 

Prześpię upał. A może i nie, przyjdzie koleżanka - matka chrzestna Pytona, uczczą jego przyszłotygodniowe imieniny, pogadamy. 

I tak minie wieczór i poranek, dzień kolejny....

poniedziałek, 18 czerwca 2012

W piątek była w przedszkolu impreza. Konkretnie uroczystości pożegnalne - w końcu jeszcze trochę ponad dwa tygodnie i dzieciaki pożegnają sie z placówką, do której chodziły przez ostatnie trzy lata...

Pyton był niezmiernie podekscytowany - opowiadał o przedstawieniu, co jakiś czas przypominając sobie, zę to ma być niespodzianka i zatykając sobie dziób pięścią w połowie słowa. Po czym dalej gadał. Śpiewał piosenki - niektóre doskonale mi znane z czasów mojego dzieciństwa, takie jak "Cztery słonie", czy "A ja mam psa".

W końcu wielki dzień nadszedł. Musiałam dostarczyć jeszcze czerwoną szminkę , żęby namalować mojemu klaunowi nosek i piegi - na szczęście udało mi sie znaleźć w jakichś zakamarkach stareńkie próbki, z czasów (dawnych), kiedy to zajmowałam sie dystrybucja kosmetyków. Wybrałam najbardziej żarówiastą i wcale nie było mi jej żal, a pani tez nie musiała sie przejmować, ze jej dużo wyjdzie.

A potem pozostało tylko podziwiać.

było to przedstawienie cyrkowe - Pyton był klaunem, a właściwie dwoma na raz, bo drugi był nieobecny, poza tym zastępował jednego z silaczy. Słowem - człowiek - orkiestra. Fajnie wyszło, każdy z dzieciaków miał swoją rolę, widać było, że sie dobrze bawią. Role też dobrane do predyspozycji dzieci, tak że wszystkie mogły się w tym dobrze czuć.

Na koniec jeszcze wręczyliśmy Paniom grupowe kwiatki i prezent  - otwarte bilety do teatru podpowiadam pomysł, jakby ktoś potrzebował, i dzieciarnia rzuciła sie na ciasteczka. 

A ja tylko sie zastanawiam, kiedy to przeleciało... Tak niedawno Pyton mieścił mi sie na ręku, a tu już kolejny etap sie kończy, po wakacjach idzie do szkoły...

Chyba sobie pochlipię cichutko na to konto. Tak troszkę, dla zasady. Synek dojrzewa mi w przerażającym tempie.

Chociaż nie, wróć. Żadnego chlipania, do cholery, chyba na głowę upadłam. am sie martwić, ze mam takiego fajnego Pytona??? Który jest samodzielny, odważny, bystry, koleżeński i pomocny? NIe dalej jak dziś rano zapukał nam do łazienki i zapytał, czy może przed śniadaniem polecieć i wynieść śmieci.

To czym tu sie martwić??? Za parę lat będzie umiał ugotować obiad, posegregować i puścić pranie, zaplanować zakupy, zorganizować sobie pracę i utrzymać porządek. A jego koledzy będą akurat na etapie skazanej z góry na niepowodzenie walki o powrót do czasów, kiedy mamusia szykowała kanapeczki do szkoły, czyste koszulki i skarpetki i nikt niczego od nich nie oczekiwał. Co oczywiście będzie skutkowało potężną wojną międzypokoleniową. A po co nam to? Lepiej bez takich urozmaiceń, zwłaszcza, zę osławiony konflikt pokoleń wcale nie jest obowiązkowy. tylko trzeba o tym pomyśleć znacznie wcześniej....

niedziela, 17 czerwca 2012

Pyton leży juz w łóżku. Zabradziażył trochę, więc wieczorne czytanie poszło sie gwizdać - limit czasu jest.

Usiłuje przynajmniej namówić mnie na długie przytulanie, ale ciężko mu idzie - głównie ze względu na stertę szycia, która na mnie czeka. Nie znoszę tego zajęcia, a jak juz sie zmobilizowałam, to chcę to mieć z głowy jak najszybciej.

Nagle słyszę głuchy głos z jego pokoju:

- Mamo,  ja chce się zabić.

Trochę mnie zmroziło w pierwszej chwili, ale zaraz wrócilam do pionu. Młody już mi serwował takie teksty, więc wiedział, że sie tym przejmowałam. Czyli chyba tym razem chodzi o co innego.

- Pyton, kochanie, pora spać.

- Ale ja naprawde chcę się zabić.

Tu już sie trochę wkurzyłam. Odłożyłam szycie, stanęłam u niego w drzwiach:

- Synku, czy ty sobie zdajesz sprawę, ze to , co robisz, to jest obrzydliwa manipulacja, żebym jednak przyszła do ciebie?

Piotrek otworzył szeroko srebrzyste oczka

- Ale ja tylko powiedziałem, co chcę zrobić, ty sama zdecydowałaś, ze przyjdziesz...

No nie. Na takie dictum odwrócłam sie na pięcie i wyszłam natychmiast.

Tłumiąc pełen podziwu chichot spowodowany przebiegłością potomka.

sobota, 16 czerwca 2012

lata stado spoconych facetów po boisku, kopią sie po kostkach, podstawiają nogi, a na końcu i tak nic z tego nie wychodzi. 

Przypomina mi to starą radziecką książkę dla młodzieży, nie pamiętam tytułu, ale był tam niejki staruszek Hassan - dżin, który nawiedził dzielnego mołojca. Mołojec pokazywał dżinowi współczesny świat, i miedzy innymi zabrał go na jakiś bardzo ważny mecz. A Hassan, widząc, jak sie faceci uganiają za jedną piłką, pstryknął palcami - i juz każdy miał własną....

Wkurzają mnie wrzaski i wymądrzanie sie kibiców telewizyjnych, że trzeba było to czy tamto. Jak jesteś, koleś, taki mądry, to idź sam grać, a nie wydzieraj mi sie nad głową. A już wyzywanie ich ot takich czy owakich uważam za dno dna.

Piotrek oglądał dzielnie, ścięło go gdzieś na kwadrans przed końcem, w każdym razie gola, którego strzelili nam Czesi jeszcze widział. Chciał, to miał, nawet z pogryzkami przed telewizorem. może troche nietypowymi, bo chrupał głównie marchewkę, ale chipsów w moim łóżku nie zniosę, póki żyję. Ale za to dostał krowy w barwach patriotycznych i kurczaka :

 

 

 

 

Tak czy inaczej, w sumie jak dotąd obejrzałam półtora meczu i jak na mnie - absolutnie wystarczy. Tego też bym nie oglądała, ale nie bardzo miałam jak uciec, Pyton sie przytulił do mnie, nawet nie mogłam wetknąć nosa w książkę (co wcale nie znaczy, zę nie próbowałam...)

Nic, nasi odpadli, wiec emocje będa już mniejsze.

Mam tylko nadzieję, zę nie dostanę jutro jakimś cepem za nieprawomyślny wpis...

gorąco mi,głowa mnie boli i mam dośc wszystkiego.

Na szczęście rodzice zabrali wczoraj Pytona i właśnie przed chwilą go sobie odebraliśmy - dzieć szczęśliwy, pomagał, jeździł na rowerze, zabawiał sąsiada przy malowaniu płotu po czym  wprosił sie do nich na ogórkową - słowem, pełnia szczęścia.

Aż sie czuję niepotrzebna własnemu dziecku ;).

Nie lubię upałów. A tu całe lato przed nami... Jak ja to przeżyję????

sobota, 09 czerwca 2012

Pyton wreszcie załapał, o co chodzi z rowerem.

Późno bardzo, aczkolwiek nie całkiem z jego winy - dostał za duży rower na początek. Najpierw trudno bylo dokupić boczne kółka, potem je szybko połamał wywracając sie. 

Pobiegałam troche z drągiem od szczotki wetkniętym za siodełko, potem przejął tę zaszczytną fuchę ofiarodawca roweru - mój tata.

A teraz mlody jeździ już bezproblemowo - no, czasem jeszcze sie jakaś wywrotka zdarzy przy jakimś ciasnym manewrze, ale wstaje  jedzie dalej. Gania głównie dziadka, jeżdżą sobie obaj i są szczęśliwi.

A ja sie cieszę patrząc na uśmiechnięty, spocony pyszczek i słuchając zadyszanych raportów, dokąd tym razem pojechali.....

czwartek, 07 czerwca 2012

Dwa lata temu miałam silne poczucie, że coś mi sie wydarzy. Nie coś w ogóle, tylko bardzo konkretna rzecz. 

Rozmawiałam o tym z paroma osobami, w tym z moja mamą, która jest osobą niezmiernie racjonalną i chodzącą po ziemi.

Poczucie troche trwało, potem mi minęło. 

Wczoraj okazało sie, że miałam rację i przepowiednia sie spełni. Gdybym nie powiedziała o tym wtedy, to teraz bym uznała, że pamięć (i tak dziurawa jak sito) płata mi kolejne figle. Ale nie.

W szoku jestem, w dużej mierze z powodu trafności własnego proroctwa - zwłaszcza, że nie było żadnych czynników, które by uzasadniały taki właśnie rozwój wydarzeń.

Chyba zostanę wróżką. Kupię sobie karty, szklaną kulę, czarnego kota... nie, wróć, czarnego kota już mam. Chociaż nie wiem, czy on sie nadaje, bo ma biały krawacik i białą plamkę na brzuszku. Oraz parę siwych wąsów. 

Tak czy inaczej - kariera życiowa stoi przede mną otworem!

wtorek, 05 czerwca 2012

Przyzwyczajamy Pytona do kolejnych obowiązków.

Dzisiaj dostał za zadanie spakowanie psiego jedzenia w woreczki. 

Wszysto przez to ze karmie psa systemem leniwym - raz na dwa tygodnie gotuję kocioł specjalnie dla niej - czyli bez przypraw, soli i innych niewskazanych dodatków, po czym pakuję w torrebki śniadaniowe i wrzucam do zamrażarki. Potem tylko mikrofala i gotowe.

Piotrek dzielnie pakował. I pakował. I pakował... I sypał tym ryżem po calej kuchni. Robił to w tempie ślimaka po zawale, siedemnaście razy bym juz skończyła, a on nawet połowy nie zrobił.

Ale nic to, zacisnęłam zęby, kręciłam sie w kuchni żeby mu smutno nie było samemu i czekałam.

Skorupiak posłał mu łóżko w ramach pomagania potomkowi (głównie dlatego, że bylo juz późno i dawno powinien spać).

W końcu strwierdziłam, ze mu daruję drugie pół gara. To jest naprawde duża porcja, a on jeszcze nie ma wyczucia wagowego, wiec dosypuje po pół łyżeczki i to strasznie długo trwa. Doceniłam wkład pracy w prace domowe, pogłaskałam i wysłałam do łazienki.

Po czym wzięłam sie za sprzatanie śmietnika, jaki powstał przy okazji.....

Powtarzałam sobie pod nosem, że musi sie nauczyć, jest to jedyna metoda, zęby mógł to robić kiedyś samodzielnie, szybko i nie śmiecąc. A na początku będzie jak jest i tyle, nie ma to tamto. Ale z drugiej strony... czasem naprawde mam odruch - "daj dziecko, zrobię to szybciej, spadaj mi stąd". 

Tyle dobrego, że jak dotąd udaje mi sie go pohamować. I dzięki temu Piotrek robi już naprawde dużo różnych rzeczy zupełne sprawnie. Mimo, że na początku myślałam, ze nigdy nie skończy....

poniedziałek, 04 czerwca 2012

Czuję się, jakby przejechał po mnie walec drogowy. Nos zatkany, gardło drapie od czasu do czasu ( na szczeście już znacznie mniej, niż tydzień temu), muli mnie i ogólnie do niczego. 

A Piotrek jest pełen energii, chciałby grać w piłkę, jeździć na rowerze, szaleć, biegać..... ja sie do tego kompletnie nie nadaję, przebiegnięcie krótkiego  kawałka powoduje, zę czuję sie jak po maratonie co najmniej. 

Do tego w sobotę było wesele kuzynki  - a ja kompletnie nie miałam energii, żeby sie bawić. W rezultacie zabraliśmy sie koło 22. Szkoda, lubię takie imprezy, ale naprawdę nie miałam siły. I tak bylo nieźle , bo obawiałam sie , że będe musiała zabrać ze sobą pudełko chustek. Oczywiście w takiej sytuacji bym po prostu nie pojechała, ale na szczeście się poprawilo. Szkoda tylko, że nie przeszło całkowicie. 

Nienawidzę kataru!!!!!!

piątek, 01 czerwca 2012

Byłam dziś w przedszkolu na imprezie z okazji dnia dziecka.

Niby nic nadzwyczajnego, okazja jest, impreza też. Miał byc piknik rodzinny w ogrodzie, ale z racji aury miłościwie nam panującej (innymi słowy zimno jak cho...jak ho ho!)  całość została przeniesiona do sali gimnastycznej w szkole  - to jest jeden budynek z przedszkolem.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jedno drobne ale.

Poziom natężenia dźwięku.

Kurczę, ja nie wiem, co sie dzieje, ale jakoś tak dziwnie jest, że żadna impreza nie może sie obejść bez koszmarnego łomotu. Po prostu jeśli nie jest głośno, to jest nieważne. I nieistotne, czy to jest majówka sąsiedzka, impreza dla przedszkolaków czy cokolwiek innego. Jak DJ dowolnej maści rzuca pytanie publiczności, to też satysfakcjonuje go wyłącznie odpowiedź potężnie darta, inaczej domaga sie powtórek aż do osiągnięcia odpowiedniego poziomu decybeli.

A potem laryngolodzy lamentują. Nauczyciele, rodzice i zdrowotne władze państwowe . 

Że młode pokolenie głuche jak pień. I to nie jeden czy drugi, ale już gremialnie, osobniki z nieuszkodzonym słuchem stanowią pojedyncze wyjątki.

A jak ma być inaczej? Telewizor - głośno, muza - na słuchawki prosto w ucho i na maksa, każda impreza towarzyska - grzmi aż sie mury trzęsą i ptaki z drzew spadają. W szkole hałas potworny, dzieciaki wrzeszczą, a jak jeszcze dołoży sie szkolny radiowęzeł, to już własnych myśli nie słychać. Gdzieś czytałam, że w przeciętnej polskiej szkole  podczas przerwy zdarza sie przekroczenie poziomu 100 decybeli!!!! To gorzej niż młot pneumatyczny i start samolotu (o ile czegoś nie pokręcilam). 

A potem jakie zdziwienie, że dzieciątka mają klopoty z nauką, nie mogą sie skoncentrować, zapominają, co było na lekcji.... A jak mają się uczyć, skoro mózg nie ma do tego warunków? A jak w sali jeszcze jest duszno, to naprawdę nie da rady. Ale żeby zacząć od wyłączenia tego wycia? Od pokazania, że można sie bawić cicho? Nie, po co?

Dzisiaj studenci SGGW urządzają Juwenalia połączone z Ursynaliami. Koszmar jakiś, w zeszłym roku włóczyły sie hordy pijanych ludzi usiłujących trafić do metra i rozładowujących frustrację wynikającą z niemożności odnalezienia drogi poprzez demolowanie okolicy. W związku z tym w tym roku łomot będzie tylko w piątek, sobotę i niedzielę (wtedy był juz od środy), i załatwili autobusy z ZTM, żeby dowoziły za darmochę pijanych widzów po koncertach do komunikacji miejskiej. Ale łomot będzie do 2 w nocy. A jak ktoś ma małe dziecko? Oni sugerują, żeby się wyprowadzić do rodziny gdzieś dalej, ale nie wszyscy mają taką możliwość.

Porozwieszali na klatkach schodowych ogłoszenia, jak to bedzie fajnie, ile imprez dla mieszkańców, darmowa spirometria, pomiar ciśnienia, tkanki tłuszczowej, szmery bajery. Ale jakoś zapomnieli, robaczki świętojańskie, o tym, co najbardziej uciążliwe - hałasie.

Jeszcze gdyby chociaż napisali - zdajemy sobie sprawę z niedogodności wynikających z tej okazji, bardzo przepraszamy - może bym sie tak nie wściekała. Ale tego jednego słowa zabrakło. Nie, studenci nie mają za co przepraszać. 

W końcu każdy powinien sie cieszyć i skakać pod niebiosa, że za oknem będzie mu ryczał Slayer. A że możez nie lubi metalu? Tym gorzej dla niego....