O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 30 czerwca 2011

Od jakiegoś czasu trwa akcja Ratuj Maluchy - sprzeciw wobec obniżenia wieku szkolnego  i poszłania do szkół sześciolatków. 

Od razu powiem, ze jestem przeciwko. NIe, nie przeciwko posyłaniu wcześniej, przeciwko akcji. 

Argumenty są różne, od nieprzygotowania polskiego systemu edukacyjnego, po "skracanie dzieciństwa" i wielką krzywdę wyrządzoną w ten sposób dzieciom. 

Co do nieprzygotowania - częściowo sie zgadzam, ale nie uważam tego za argument wystarczający do powrotu do poprzedniego wariantu - do szkoły idą siedmiolatki. Można (i pewnie byłoby nieźle) przesunąć tę operację w czasie, tak, żeby lepiej przygotować infrastrukturę i nauczycieli. Z drugiej strony rozumiem, dlaczego ministerstwo starało sie zrobić to w miarę sprawnie - oni są przekonani, zę z różnych przyczyn jest to słuszny krok (i moim zdaniem mają rację), a jak dotąd reformy edukacji przeważnie były kwestionowane i odkręcane przez następny rząd spod przeciwnej ściany politycznej i robił sie  potworny zamiąch - na czym jak zwykle najbardziej traciły dzieciaki. I chodzi o to, żeby juz nie dało sie temu łba ukręcić.

Za to jak słyszę argument o skracaniu dzieciństwa, to mi sie nóż w kieszeni otwiera.

Po pierwsze, jest to przekazywanie dziecakom czytelnego komunikatu: dotąd była zabawa, a teraz, biedactwo ty moje kochane, niestety BĘDZIESZ MUSIAŁ chodzić do szkoły. Nieszczęście koszmarne. Zniechęcenie do poznawania świata na dzień dobry. Jak sie do tego dołoży jeszcze podejście wielu nauczycieli (i tak skonstruowane programy), wymagające pamięciowego kucia zamiast myślenia, rozumienia, szukania związków i ogólnie operowania informacjami a nie tylko wypluwania ich z siebie na gwizdek, to włosy dęba stają. Jak te dzieciaki potem mają sie dobrze czuć w szkole, być zainteresowane nauką, chcieć szukać wiadomości, związków, mechanizmów, bawić sie wykorzystywaniem ich???

programy są powoli zmieniane (też krzyk, że nauczyciele za takie pieniądze jeszcze muszą sie doszkalać, że nowe podręczniki, że to tylko po to, zęby wydawcy mieli na czym kasę tłuc, bo przecież można uczyć na starych książkach...). Nauczyciele sie doszkalają, nowi sa nieco lepiej przygotowywani, ale to wszystko musi trwać. Nie załatwi sie zmiany całego wielkiego systemu edukacyjnego jedną ustawą - pstryk - w ciągu jednego roku już jest pięknie i wspaniale.

Do tego potężną siłą blokującą jest Związek Nauczycielstwa Polskiego. Bronią Karty Nauczycila jak niepodległości, a jest to dokument, który powinien być w trybie przyspieszonym wysłany w kosmos. I mówię to z pełną świadomością, jako córka i wnuczka nauczycieli, sama też w szkole pracowałam. Po pierwsze, uniemożliwia ona właściwie wywalenie złego nauczyciela - takiego, który siedzi w szkole, bo długie wakacje, mało godzin, i właściwie póki nie molestuje ucznia na oczach całej szkoły to nic mu nie można zrobić. A to, że zniechęca do przedmiotu, nie umie uczyć, nie inspiruje do myślenia, wymaga durnego kucia na pamięć zamiast rozwiąywania problemów, sam nie wywiązuje sie z obowiązków, oceny stawia po uważaniu i w zależności od humoru - to nie sa przecież powody do zwolnienia...

System awansu zawodowego w szkole też jest o kant d... potłuc. W ciągu dziesięciu lat można osiągnąć najwyższy stopień - mianowanie, i potem nie ma już nic. to po grzyba sie starać?

Kolejnym powodem, dla którego uważam, zę warto posłać sześciolatki do szkoły jest ludzki mózg. Opóźnienie początku edukacji oznacza zmarnowanie najchłonniejszego okresu. Małe dzieci uczą się naprawdę szybko, mnóstwo rzeczy łapią intuicyjnie. Jak złapią podstawy, zainteresowanie światem, sposób myślenia, to potem poradzą sobie ze wszytkim. 

Wiem, ze na razie w szkole nie jest idealnie. Że nauczyciele sa nieprzygotowani, że szkoły ciasne, programy nie takie. Ale z tym jest jak z ciążą, nigdy nie ma naprawdę idealnego momentu, zawsze może coś być lepiej. Dlatego nie warto czekać, aż SIĘ poprawi, tylko zrobić samemu  ten pierwszy krok. A potem następne.

Szkoła może być fajna. Myślenie i odkrywanie świata możę być dla dziecka przyjemnością. Pokażmy im to, do cholery jasnej, zamiast narzekać. 

A wzięło mnie na to dumanie po tym, jak moi panowie rozmawiali sobie o fizyce - konkretnie o oddziaływaniach mocnych i słabych. Zaczęło sie prosto - młody dostał na imieniny kolejny wagonik z serii Tomek i przyjaciele - a one są łączone na magnesiki. Do tego przypomniał mu sie temat grawitacji, o której już nieraz rozmawialiśmy. Sam doszedł do tego, ze własną grawitację ma i Ziemia, i Księżyc, i Słońce. Jakby ktoś zapomniał, przypominam, ze Piotrek nie ma pięciu lat...

W szkole nas zamordują.

środa, 29 czerwca 2011

zajeżenie w okolicy musi być spore, bo ostatnio właściwie każdy wieczorny spacer z psem oznacza co najmniej jednego jeża na trasie. 

I fajnie, uwielbiam jeże, a poza tym to zawsze jakieś urozmaicenie - zwłaszcza, jak sie siedzi i pisze prace zaliczeniwą, a wysunie nos trylko z Agrą :)

 

Ten wpis to też przerywnik - ale za trzy godziny mamy ciąg dalszy Pietruszkowych imienin, tym razem wersja rodzinna. Do roboty!!!

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Wczoraj zaczęliśmy świętowanie Pietruszkowych imienin. 

Podzieliliśmy imprezę na dwie części z przyczyn dość oczywistych - wersja dorosła - dziadkowie - jest miła, ale średnio atrakcyjna na dłuższą metę dla delikwenta, a z drugiej strony, jak szarańcza w większej liczbie gania po mieszkaniu, to sie rozmawiać nie da. 

W związku z tym wszystkim wczoraj była szarańcza. Zaprosiliśmy przyjaciół, którzy mają dwóch chłopców troszkę młodszych od Piotrka i sześciotygodniową córeczkę. I sie zaczęło... Chłopaki ganiały, szalały, brykały, Piotrek dostał planszówkę "Pędzące żółwie" i od razu rozegrał dwie partyjki z ofiarodawcami, a potem poszliśmy razem na plac zabaw. Panowie (zwłaszcza dwaj młodsi) mieli oczy dookoła głowy - taaaaakie możliwości brykania, ograniczenia mniejsze niż normalnie - Piotrek wie, zę jak przechodzi na sąsiedni plac zabaw (tam w sumie sa trzy) to ma sie zameldować, a oni sie dostosowali. Tylko czasem trzeba bbyło policzyć pchły...:)

Ja miałam znowu okazje potrzymać na ręku noworodka... Boże, jaka to kruszynka w porównaniu z Piotrkiem, ma już 6 tygodni, a nadal waży mniej niż on, jak sie urodził. A bynajmniej nie była wcześniakiem, ani jakoś wybitnie mała. Ot, przeciętny noworodek, trochę ponad trzy kilo. Potem przejął ją Skorupiak - do twarzy mu z dzieckiem na ręku :). Jak ją wziął, to coś stękała po jedzeniu, jakby troszkę bolało, ale krótki masaż brzuszka załatwił sprawę i po chwili umościła mu sie na ramieniu i.... oboje przysnęli :)))). W sumie sie nie dziwię, tak fajnie sie śpi, jak ktoś posapuje w ucho :).

 

Ciąg dalszy imienin w środę. A od piątku... miejcie mnie w opiece, wszystkie siły nadprzyrodzone - koniec porzedszkola!!!!!

czwartek, 23 czerwca 2011

Jedziemy z Piotrkiem saochodem. Młody śpiewa sobie z tyłu:

- Chała na wysokości, chała na wysokości, a pokój na ziemi.

Chyba sie coś komuś pomyliło - nie wspominając już o niezbędnej korekcie pierwszego słowa. Ale to na razie jest za trudne do wymówienia.

wtorek, 21 czerwca 2011

No bo jak inaczej wytłumaczyć dzisiejszą historię:

Pojechałyśmy z mamą na zakupy. Często razem jeździmy, raz, że weselej we dwójkę, a dwa, że oszczędność paliwa. 

Wyturlałyśmy się z samochodu na parkingu przed supermarketem, a tu zatrzymuje sie przejeżdżający samochód i dżentelmen o urodzie takiej południowo-cygańskiej, nieco przesadnie obwieszony złotem jak na mój gust, pyta, czy może mówimy po rosyjsku. Mówić, to nie mówimy, bo dawno minęły czasy, kiedy którakolwiek z nas używała języka braci naszych wschodnich,  ale coś tam jeszcze pod pułapem sie telepie. 

Pan zaczął opowiadać strasznie długą i zawiłą historię, jak to on przyjechał z Łotwy (Wy znajetie, Estonia, pribaltijskie ), jest ważnym dyrektorem Zeptera, mieli teraz konferencję w Warszawie, i pokaz w telewizji polsat, a z nim jedzie kolega, też superważny dyrektor, giermaniec dla odmiany (w tym momencie dyrektor giermaniec szprechnął coś na przywitanie), oni będą teraz jechać jeszcze dalej, do Kijowa, wy znajetie, eto na Ukrainie.... Nawijał w sym stylu makaron na uszy dość długo. A ja sie zastanawiałam, kiedy przejdzie do meritum, to znaczy, na co będzie usiłował nas naciągnąć i jaki badziew wcisnąć. Silnika nie wyłączył, czyli w grę wchodzilo jeszcze wyrwanie torebek w całości. 

Okazało się w końcu, że niby po tych pokazach został im komplet ekskluzif garnków zepterowskich, oni nie chcą ich taszczyć przez granice, bo to Schengen, papierki do wypełniania i inne takie bzdety. I wielkodusznie proponują nam odkupienie tychże za śmieszne dziesięć procent ich wartości. Litościwe nie wspomniałam, że strefa Schengen raczej nie dotyczy garów, ale ludzi, a jakby był taki ważny dyrektor, to by nie wypisywał tych kwitów sam, tylko zlecił sekretarce. 

W każdym razie nie dałyśmy sie namówić na ekskluzif gary, panowie pojechali, a my posżłyśmy do sklepu.

I przy okazji doszłyśmy do wniosku, ze musimy wyglądać na dwie konkursowe idiotki, blondynki i w ogóle ofiary losu, skoro nas zaczepili - bo komuś, kto wygląda inteligentnie nawet by nie próbowali wciskać takich bredni.

Swoją drogą, panowie nie zdawali sobie sprawy, jak źle trafili. Faktycznie, w pojedynku siłowym nie mamy szans - jakby ktoś wyrwał torebkę i zwiał, to pani mająca siwy włos  (ta konkretna, nie mówię, zę każda) już go nie dogoni, a z moją kondycją też kiepsko. Ale za to umiejętnośc wychwytywania tego, co istotne w wywodzie i zadawania celnych a niewygodnych pytań, do tego - jesli trzeba - w bardzo złośliwej, choć nieskazitelnie uprzejmej formie mamy obie opanowaną do perfekcji...

Tak czy siak, dzięki panom miałyśmy trochę zabawy. 

niedziela, 19 czerwca 2011

Ciasno nam sie zrobiło na łóżku.

Jak wyjechałam, to kot - śpiący zwykle z Piotrkiem - przeniósł sie do męża - w końcu co będzie spał sam.

Pies - jak zwykle, u nas na łóżku. Do tego zajmuje więcej miejsca, niż zwykle, bo po pogryzieniu jeszcze chodzi w kołnierzu - żeby nie wylizywała rany. Goi sie ładnie, ale jeszcze parę dni.

Mąż - miejscówka z definicji mu przynależna, a że chłopisko spore, to i przestrzeni życiowej potrzebuje.

Wróciłam i ja z wojaży - i chciałam odzyskać miejsce u boku małżonka mego ślubnego. A tu kiepsko, śpię wprasowana w ścianę, bo trzeba uważać, zęby nie kopnąć kotka, nie trącić pieska w kołnierz... 

Może sobie kupię ładną wycieraczkę, to będe miała gdzie spać.

sobota, 18 czerwca 2011

Wróciliśmy do domu. 

Piotrek opowiada, co widział, co mu sie najbardziej podobało:

- najlepsza była ciocia Kuka. I wiesz, są dwie ciocie, jedna w Białymstoku, a druga taka sama w Warszawie. Tylko ta druga ma psa.

I jak tu nie kwiknąć z radości, a wytłumaczyć młodemu człowiekowi, że to jedna i ta sama ciotka, która po prostu potrafi korzystać z wynalazku zwanego PKP? (Pies należy do jej syna, u którego mieszka, jak przyjeżdża do Warszawy)

czwartek, 16 czerwca 2011

Dzieć pojedzony, dostał zgodę na 25 minut minimini, a ja wynegocjowałam ze Skorupiakiem, że on przejmuje Piotrka na dziś wieczór - kąpiel, czytanie, tulenie. Ja nie mam siły.

prawdopodobne jest (nawet bardzo), że tę notkę będe pisac w odcinkach, kończyć ją jutro, albo kiedyś tam. I że będzie bez sensu, bredząco-pokrętna, z poplątanymi wątkami. I co mi kto zrobi?

Ogólnie wyjazd był bardzo fajny. przede wszystkim - czynnik niezależny od woli, planów, nacisków i opcji politycznych, czyli pogoda dopisała. Było ciepło, ale nie za gorąco, wiaterek - cudna pogoda żeglarska, taka piąteczka wiała. Nic tylko w morze wyjść. 

Po drugie, nie pchałam sie trasą przez Wyszków, tyko boczkiem, przez Łochów i Brok. I kawał trasy miałam jednak spokojniejszy, ze znacznie mniejsza ilością TIRów, niż na głównej. 

Po raz kolejny okazalo sie, ze zdobycze cywilizacji fajna rzecz, ale można z nimi przedobrzyć. Miałam GPSa, pożyczonego od taty. W domu zaplanowałam trasę, wprowadziłam, co trzeba, obejrzałam sobie porzadnie na mapie. I chwała Bogu. Nie umiem sie dogadać z tym sprzętem, pewnych rzecy nie jestem w stanie na nim wymusić. Między innymi nie wiem,  (to znaczy, juz wiem, ale nie wiedziałam), jak spowodować, żeby do głupiego procesora, czy co on tam ma  dotarło, zę juz minęliśmy dany punkt przelotowy. I jak w pewnym momencie obudzil sie i kazał mi zawrócić, bo 18 km z tyłu został Okuniew, przez który chciałam przejechać, to dałam mu w łeb i wyłączyłam całkiem. Droga była prosta, trasę obejrzalam w domu, mapę czytać potrafię i mniej więcej pamiętałam, co trzeba. Włączyłam go dopiero na sam koniec, na przejazd rzez miasto, w którym nigdy nie byłam. I wystarczyło.  W drodze powrotnej z kolei nie umiałam ustawić widoku takiego, jaki był mi potrzebny - więc pojechałam na pamięć trasą, którą, jechałam dwa dni wcześniej i wyjechałam tam gdzie trzeba.

Miałam szczeście, ze przygotowałam się do drogi. Że mapy towarzyszą mi od zawsze w wędrówkach i podróżach i nawet, jak jechałam na szkolną wycieczkę, gdze byliśmy prowadzani jak stado baranów na rzeź, to miałaam zawsze swój egzemplarz. Że mam niełą orientację w terenie. Dzięki temu wszystkiemu nie miałam żadnych problemów, jak stwierdziłam, ze nia mam pożytku z GPSa. Ale co ma zrobic przeciętny kierowca, który papierowej mapy nie widział na oczy, bo po co, skoro ma gadułę? Zostanie doprowadzony za rączkę na miejsce i nie musi ruszyć przy tym ani jedną szarą komórką?  

D tego dzisiejsza szkoła myślenia nie uczy, programy ma przeładowane, to tak niepotrzebna w dobie telefoów z GPSem umiejętnoć, jak czytanie mapy wyleci z programu galopem. Jak nie oficjalnie, to kuchennym wyjściem.

Ciotka jest kochana. Cudowna, dobra, serdeczna - długo by można. Wieczorami, jak juz Piotrek spał,  siadałyśmy sobie we trzy w fotelach w pozach mocno niedbałych, z lampką wina w łapkach i plotkowałyśmy, wspominałyśmy, opowiadałyśmy sobie dowcipy, śmiałyśmy sie, wzruszały.... Różnice wieku nie miały najmniejszego znaczenia, po prostu trzy babki dobrze sie bawiły. I o to szło!

Do tego co chwilę wyciągała z jakichś zakamarków kolejny ciuchy - ja dostałam cudownie wygodne buty, mama - prześliczną - chustę, poncho, nie wiem, jak to nazwać. Do tego kilka bardzo fajnych torebek. 

A poza tym - wyprawa do Coco Channel - to nasza prywatna nazwa szmateksów. Obkupiłam sie solidnie, Piotrka też. Najgorzej wyszedł na tym Skorupiak - jednak bez mozliwości przymierzenia, przy gabarytach wiekszych od tych pożadanych, trudno łowić okazje... 

Do tego jeszcze wyprawa do parku dinozaurów i wizyta u brata ciotki. A tam - kolejna atrakcja. Ośmiomiesięczny posokowiec

I powiem Wam, że po zabawie dwójki szczeniaków pies padł wczesniej. A to juz nie pierwszy raz, kiedy Piotrek wykończył sporego młodego psa (w zeszłym roku były to dwa półroczne berneńczyki). Jak widać, za każdym razem były to psy duze i młode, mające motorek pod ogonem, jak przychodzi do zabawy. A Piotrek potrafił je wykończyć.  Mnie też....

A, bym zapomniała o najważniejszym!. Okna mieszkania ciotki wychodzą dokładnie na szpitalne lądowisko helikopterów i mój kochający helikoptery syn mógł dwukrotnie zobaczyć lądowanie i potem start lotnicego pogotowia ratunkowego. Widok z siódmego piętra był całkiem, całkiem :)

 To by było chyba na tyle. Może było jeszcze coś, przypomni mi sie albo nie. Na razie zamierzam sie walnąć do łóżka i nie zwracać uwagi na nic - zapewne i tak zasnę w ciągu najdalej dziesięciu minut, ku głębokiej frustracji stęsknionego męża ;)

i na prazie padłam, mimo, że droga była znakomita. 

Ciuchów przywiozłam sporo, trzy duże siaty za około 200 zł w sumie. Ale będę pisac bardziej szczegółowo potem, bo teraz to mi sie zwyczajnie nie chce.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

nie przedśmiertne, prosze sie nie bać. Przedwyjazdowe.

Z psem lepiej, co prawda chodzi w kołnierzu, ale jest w niezłej formie. Sama wskoczyła do samochodu, jak jechałyśmy na kontrolę i antybiotyk. 

Mąż nadal zdechły - będzei zwolnienie, tylko nie wiem, kto kim będzie sie opiekować, pies panem, czy pan psem. Głupio mi ich tak zpstawiać, ale z drugiej strony Piotrek.... On sie strasznie cieszy na ten wyjazd.

Do zobaczenia w czwartek. mam naddzieję zastać dużo fajnych komentarzy :)

niedziela, 12 czerwca 2011

normalnie wymiękam.

Wyglada na to, ze jednak jedziemy - zdrowotnie już w porządku (no, mniej więcej). Przynajmniej z ludźmi.

Wczoraj wieczorem Skorupiak wrócił ze spaceru z psem w stanie bliskim eksplozji, para mu buchała z uszu.

Wszystko przez pewną panią, której pies pogryzł Agrafkę. Agra jak zwykle łaziła na smyczy - ona ma humorki i odpały, wiec jest spuszczana z uwięzi tylko w ściśle kontrolowanych warunkach. Tamta - dalmatynka - latała luzem. I rzucila sie z mordą na biedną Agrunię. Pani nie była w stanie psa odwołać, dopiero zaprzyjaźniony szpic ją odgonił. W domu okazało sie, ze mała ma dziurę w nodze, ale nie wyglądało bardzo groźnie, przemyliśmy z wierzchu wodą utlenioną i spać.

Rano okazało sie, ze nie jest tak różowo. Pies nie bardzo mógł chodzić, piszczał, widać, ze jest niedobrze. Jak zwykle, takie hece mają miejsca w te nieliczne dni, kiedy nasi weterynarze mają wolne - zgodnie z rozkładem dni wolnych od pracy, bo w normalną niedzielę na trzy godziny któryś z nich przychodzi. Trudno, pojechaliśmy kawałek dalej, do przychodni całodobowej. 

Pani przepłukala psu ranę - okazało sie, ze cholerstwo głębokie, wlała tam sporo riwanolu, zrobiła zastrzyki, założyla kołnierz... I antybiotyk do czwartku, co drugi dzień meldować sie na zastrzyki przeciwbólowe i przeciwzapalne. Koszt całej imprezy - 300-400 zł. Wrrrrr.

Na szczęscie udało sie namierzyć już właścicielkę tamtej suki - przez jeszcze kogoś, kto zdaje się wytłumaczył pani, zę ma nie dyskutować, tylko zapłacić. W każdym razie obiecała, ze fakturę zapłaci, przysłała fotkę szczepień na wściekliznę i wyglada, ze przynajmniej od tej strony nie bedzie konfliktu.

A ja mam teraz moralniaka. Z jednej strony psu wiele nie pomogę, jej trzeba spokoju, na żadne spacery chodzić nie będzie, sikundka i do domu. Hałaśliwy, brykający Piotrk nad głową, to ostatnie, czego ona potrzebuje.

Z drugiej strony.... Jakos głupio mi zostawiać chorego psa z nie do końca wyleczonym mężem i jechać sobie na wakacje. Może wysłać męża do lekarza, niech weźmie zwolnienie na opiekę nad chorym psem i doleczy swoje granie w płucach, czy co mu tam gra? Bo tak naprawdę, to Skorupiak nie jest całkiem zdrowy nochal ma nadal zatkany, słaby jest jak kot. Może to będzie i nienajgłupsze wyjście...

Do tego jeszcze rano okazało sie, ze Piotrek radząc sobie samodzielnie w toalecie (brawo!) zużył jakąś makabryczną ilość papieru toaletowego i zatkał nam kibelek (nie brawo). W związku z czym miałam przyjemność zbierania wody z łazienki i czeka na mnie przepychanie rury - i to też pewnie padnie na mnie, bo małżonek dogoryający... zwłaszcza w takich sytuacjach. Dobrze że mamy dwa kibelki :).

Niech mi ktoś wyjaśni, czemu to wszystko nie dość, ze w święto, to jeszcze w przeddzień wyjazdu? Nie moglibyśmy tak wyjechać normalnie, bez tych atrakcji?

wygląda na to, ze jednak pojedziemy.

oboje ze Skorupiakiem czujemuy sie lepiej, nie wiem, co prawda, jak on będzie w poniedziałek, tak czy siak lekarz nie ógł dziś wystawić zwolnienia od poniedziałku, wiec dopiero wtedy będzie decyzja, co dalej - bo nie ra juz było tak, z e łazil do pracy, usilował przehodzić chorobę, a potem jak go ścinało, to na trzy tygodnie. Tym razem jakoś wcześniej zareagował i  - o cidzie! - nie upierał sie,ze  sie firma bez niego zawali. Chociaż jakchorował rok temu, to dzwonili z takimi pytaniami, ze naprawde nie było wiadomo, śmiać sie, czy płakać..... 

Raport po powrocie :)

czwartek, 09 czerwca 2011

Na poniedziałek zaplanowany jest wyjazd do ciotki do Białegostoku. Od dawna się umawiały z mamą, głónym punktem programu ma być rajd do Coco Chanel - czyli tamtejszego szmateksu. Poprzednim razem mama przywiozła za grosze masę świetnych rzeczy. Tym razem stwierdziłam, ze ja też chcę jechać. 

Chcemy zabrać Piotrka. Nie wiadomo, jak będzie z wakacjami, czy uda się gdzieś na dłużej wyjechać, więc chociaż parę dni wyskoku dobrze mu zrobi. Do tego Piotrek kocha helikoptery, a okna ciotki wychodzą na lądowisko LPR (I nie mam na mysli Ligi Polskich Rodzin, tylko Lotnicze Pogotowie Ratunkowe ;).

Kolejną atrakcją jest park dinozaurów, który chcemy odwiedzić - Piotrek oszaleje ze szczęścia.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że zaczynamy sie rozkładac zdrowotnie. Skorupiak jest chory od początku tygodnia - dwa dni przeleżał w łóżku dziś wreszcie zawlókł sie do lekarza. Dostał jakiś zestaw leków, w sobotę ma sie pokazać znowu i będzie decyzja o ewentualnym antybiotyku - może sie uda bez..... I zwolnienie, na razie do końca tygodnia.

Mnie tez zaczyna brać - nos zatkany gardło drapie - początki  przeziębienia. Wiadomo, przeziębienie leczone trwa tydzień, nieleczone - siedem dni, ale jak mam byc jedynym kierowcą, to nie pojadę chora, bo nie będzie jak wrócić. Piotrek trochę za mały, nie sięgnie nogami do pedałów i zza kierownicy mógłby niewiele widzieć :). 

Niestety, starszyzna plemienna wygadała sie przed Piotrkiem z tym wyjazdem - ja w ogóle nie mówiłam mu  o niczym, bojąc się że może wystrzelić coś, co spowoduje konieczność przełożenia na inny termin. A teraz jeszcze tata miał za długi jęzor i powiedział mu o dinozaurach - jakoś to trochę zagadałam, ale nie do końca. W każdym razie, jeśli nie pojedziemy, będzie rozpacz. 

I co ja mam teraz zrobić????? Przcież nie będę obcinać za długich języków....

środa, 08 czerwca 2011

Bzyczenie. Takie basowe, bardziej burczenie. 

Chrząszcz czerwcowy (ten mniejszy, majówki są dwa razy większe, ale coraz rzadsze). 

Odbija mi sie od szyby, plącze po oknie - nic dziwnego, balkon obok otwarty. 

W końcu uznałam, ze jednak starczy tego hałasowania, zwłaszcza, ze pies zaczął sie denerwować. Wstałam i zaczęłam szukać, myśląc, że zwierzak jest po drugiej stronie szyby. 

Ale to bzyczenie jakieś takie słabsze, urywane, i zdecydowanie z mieszkania. 

przestało mi sie podobać. 

Rozejrzałam się dokładniej, kątem oka zauważyłam ruch tuż przy listwie przypodłogowej - pająk! Chrząszczyk wpadł mu w pajęczynę cwanie ukrytą w iejscu, gdzie listwa nieco odłazi i pajęczysko juz gnało na kolację, zaczął owijać biedaka siecią. Złapałam to, co było pod ręką - klamerkę od bielizny, przegoniłam pająka. Nie widzę powodu, zeby go mordować, muchy plujki niech zżera, proszę bardzo. Ale od czerwcówka wara!

Wydłubałam spod listwy ofiarę, już nieźle owiniętą. I tu sie zaczęły schody, bo to cholerstwo jest lepkie, a jeszcze jakieś psie kłaki sie przykleiły. 

Wiem, zę całość opisu brzmi, jakbym od miesiąca nie sprzątała, ale akurat zamiatałam trzy godziny wcześniej. Nie szkodzi, przy dwóch zwierzakach i stale twartych oknach nie da sie mieć sterylnie czystego mieszkania. To tak na marginesie.

Wzięłam chrząszcza na rękę, odwijam mu te różne kłaki... tu jeden włosek z Agry, tam raczej z kota, a i jakiś mój długi też sie przyczepił.... lepkie pajęcze nici trzymają mocno, ciężko to odczepić tak, zeby zwierzakowi nóg nie oderwać przy okazji. Biedak ciężko przerażony, udaje,że nie żyje - czasem tylko, jak zbyt mocno go szturchnę palcem, rusza nogą. W końcu poodcinałam najdelikatniej jak się dało wszystkie sterczące nitki, po których było wyraźnie widać, zę nie są nogami. POsadziłam faceta na liściu winorośli na poręczy balkonu. 

I niech sobie dalej radzi, nie pomogę mu we wszystkim.

Ale może nie będzie taką gapą, zeby pająkowi w pajęczynę włazić. 

 

I tak mi sie przypomniało, jak kiedyś, lata temu, graliśmy z bratem w badmingtona. A taczej próbowaliśmy grać - nie dało sie, tyle tych chrząszczy latało, że ciężko bylo NIE TRAFIĆ w któregoś. A teraz?...

wtorek, 07 czerwca 2011

Telefon. 

Uprzejma pani koniecznie chce mnie zaprosić.

Zwykle olewam równo, słucham do pierwszej przerwy na oddech i uprzemie dziękuję, zdecydowanie wyrażając brak zainteresowania.

Ale tym razem mnie lekko zatchnęło.

Pani zapraszała na prezentację połączoną z degustacją markowych naczyń włoskich.

Ciekawe, jak te naczynia smakują. Może szkoda, ze ją spławiłam?

Dlaczego ludzie, którzy szykują te teksty nie sprawdzają, czy ci, którzy je potem klepią jak maszynki rozumieją wszystkie słowa? i nie zwrócą uwagi na punkty, w których przestawienie kolejności daje idiotyczny efekt? Rozumiem, ze jak ktoś powtarza po raz enty tę samą formułkę, to po jakimś czasie przestaje słyszeć, co mówi. Sama pracowałam kiedyś w call center i wiem, jak to działa - mogłam pół rozmowy przeprowadzić na autopilocie, całkiem sensownie odpowiadając na pytania i udzielając informacji, komplentnie nie angażując w to świadomości. A to były ubezpieczenia i ja rozmawiałam z ludźmi zainteresowanymi tematem, a nie napastowanymi znienacka. 

poniedziałek, 06 czerwca 2011

Zostaliśmy zaproszeni na kolację - taką niespodziewaną, bo wpadliśmy z Piotrkiem na 5 minut podziękować za prezent.

Ofiarodawczyni zaproponowała szaszłyki drobiowo- wieprzowe i duszone warzywa. Danie i słowo Piotrkowi nieznane. 

Po chwili usłyszałam pytanie:

- Mamo, a czy ja to mogę zjeść z cukrem?

 

Smacznego.

niedziela, 05 czerwca 2011

..... na pysk. 

kolejny fajny dzień, przed południem poszliśmy sobie spacerkiem na pobliski bazarek, gdzie zawsze kupujemy zielsko wszelakie, udalo sie przy tym nabyc krótkie spodnie dla Piotrka (powyrastał ze wszystkiego prawie), rybaczki dla mnie - niestety, moje ukochane po paru latach noszenia na odwrotnej stronie zrobiły sie całkiem przezroczyste - tak bardzo, zę w jednym miejscu materiał należało sobie już tylko wyobrazić. Miejscu strategicznym, dodam.  Ale mam nowe. 

Za to po południu pojechaliśmy na Bródno, na  turniej rycerski. Młody był zachwycony oglądając konne pokazy szermierki, walki na kopie, pokaz walki szblami i inne takie. Na zakończenie była perełka dla nas, koncert zespołu Czeremszyna. 

Prawdę mówiąc, pojechaliśmy tam głównie z ich powodu, ja te piosenki uwelbiam, a oni śwetnie je śpiewają. Na szczęście Piotrek znalazł sobie kolegę (też Piotrka zresztą), obaj panowwie zostali zaopatrzeni w stosowną broń i walczyli przez cały koncert. Obyło sie bez poważniejszych ran:), ja sobie potańczyłam (no, o ile to można nazwać tańcem, ale powiedzmy, ze poskakałam), pośpiewałam - i jestem zdziwiona, ze nie mam zdartego gardła.

Wróciliśmy około 21, Piotrek zasnął w samochodzie, ale na hasło "kolacja " oczywiście sie obudził. Jeszcze tylko obowiązkowa kąpiel - mogę czasem darować, ale nie po takim ganianiu, nogi miał CZARNE!!!!!. Nawet sie nie kłócił za bardzo o wieczorne czytanie, przytuliłam gada na dziesięć minut i zasnął....

Lubię takie dni :)

 

sobota, 04 czerwca 2011

Pod oknem sypialni mamy różę. 

Piękną, czerwoną, odziedziczoną po mojej babci - po Jej śmierci zabrałam ją z ogrodu, który i tak zgodnie z zamierzeniami właściciela budynku miał zaraz iśc pod łopatę. 

Roośnie jak głupia, kwitnie nieprzytomnie.

Co jakiś czas muszę opieprzyć różne nadgorliwe malolaty albo staruszki, które chcą sobie ułamać gałązkę, albo dwie.

I tu własnie mam zagwozdkę. otóż róża jest obleziona mszycami. Mszyce jako takie róży szkodzą, ale za to są świetną ochroną przed takim wandalizmem. Pytanie, co jej szkodzi bardziej.

pryskać, czy nie pryskać, oto jest pytanie????

środa, 01 czerwca 2011

Zaszokował nie artykuł w dzisiejszej gazecie o dziecku, którego rodzice postanowili że płeć wybierze sobie samo.

I to z paru powodów,

Po pierwsze - kwestie związane z samym dzieckiem. Rodzice pod pretekstem nie ograniczania dziecku swobody wyboru zwalili na jego barki odpowiedzialność nie do udźwignięcia. Bo skąd taki maluch ma wiedzieć, co oznacza i z czym sie wiąże bycie chlopcem czy dziewczynką? Poczucie tożsamości tworzy sie w dzieciństwie, dugo przed umiejętnością podejmowania życiowych decyzji. Rodzice zrównują  decyzje o zabawkach czy ubranku z decyzjami wpływającyi na całe życie człowieka - i każą je podejmować komuś, kto tego nie jest w stanie zrobić.

W imię własnych dziwnych pomysłó narażają swoje dzieci na ostracyzm społeczny. Już przecież były sytuacje, kiedy inne maluchy nie chciały sie bawić ze starszymi synami tych państwa - bo to takie chłopco-dziewczynki, homo-niewiadomo. A dla dziecka i potem dla młodego człowieka grupa rówieśnicza jest niezmiernie istotna, w pewnym momencie zaczyna stanowić punkt odniesienia do wszystkiego, dużo ważniejszy niż rodzice. Ale tego ci  państwo też nie widzą. 

W ogóle mam wrażenie, ze oni mało co widzą poza czubkiem własnego nosa. Nie sięgają wyobraźnią dalej niż do przyszłego tygodnia, nie zdają sobie sprawy z mechanizmów rozwojowych, z tego, ze są pewne granice wiekowe, po przekroczeniu których człowiek już danej umiejętności nie opanuje w stopniu umożliwiającym normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Zapewne nie słyszeli nigdy o dzikich dzieciach - a szkoda. Bo wyrządzają swoim dzieciom podobną krzywdę, tyle, zę robią to świadomie i celowo. A to już jest zbrodnia.

 

I tu powstaje kolejny wątek - możliwości interwencji państwa w takich przypadkach. I jest to sprawa nie do rozwiązania, bo przepisy zawsze muszą byc sformułowane jasno, tak, ze by gdzieś była ostra granica. A życie uczy, że zawsze będą sytuacje nie przystające do przepisów, takie, gdzie jest trochę z jednej strony granicy, a trochę z drugiej. I kto ma decydować, co jest lepsze dla dziecka - urzednicy? przecież to też ludzie, czasem niedouczeni, mający paragrafy, których muszą się trzymać i koniec. I co daje sie temu dziecku w zamian? Placówkę? nasze Domy Dziecka to jest koszmar, niby tyle sie mówi o potrzebie odejścia od tych molochów na rzezcz Rodzinnych Domów Dziecka, ale przepisy nie sprzyjają takim rozwiązaniom. I zawsze będą wątpliwości, czy naprawdę było to najlepsze rozwiązanie, jakiekryteria przyjmować i tak dalej. W polsce co i rusz słychac o sytuacjach, kiedy jednym z argumentów za odebraniem dziecka rodzicom było to, ze bbył bałagan wdomu. Nie wiem, czy sie przyznawać, jeszcze mnie jakiś urzednik napadnie - ale ja też mam często bałagan. I co , odbiorą mi Piotrka - lepiej mu bedzie gdzieś w objęciach urzedu? nie wierzę. 

 

W dzisiejszych czasach wolność stała sie jakimś fetyszem, bogiem, nie wiem sama, czym jeszcze. Coraz więcej jest sytuacji, gdzie ktroś wpada na jakiś idiotyczny pomysł własnie z powoduźle rozumianej wolności. 

Jakoś nie widza jednego - wolność jednego człowieka kończy sie tam, gdzie zaczyna wolność drugiego.

Wolność palaczy do niszczenia sobe zdrowia - proszę bardzo, dopóki osoby niepalące nie są narażone na ponoszenie konsekwencji nie swojego wyboru. A są i będą - ktoś musi pracować, jak palacz idzie na kolejne zwolnienie, albo wychodzi na dymka z pracy. Wszyscy płacimy za leczenie raka płuc, krtani, POChP - typowych chorób palaczy. Palić nie można w biurze, kawiarni - to idą śmierdzieć na dwó - i co mają zrobicprzechodnie, albo ci co mają okna nad głową palaczy? ja regularnie proszę młodzież, która przesiaduje sobie u mnie pod oknem, żeby tu nie palili albo poszli gdzie indziej, bo cały ten smród i dym leci do sypialni - i Piotrka i naszej. Preważnie skutkuje, ale dlaczego ja musze co wieczór z tym tekstem wychodzić?

Wolnośc wyboru metod wychowawczych? OK, tylko może warto pomyśleć, jakie będą konsekwencje dla dziecka?  potem tacy bezstresowi rodzice płaczą, że nie mogą sie dogadać z dzieckiem, że ono nie szanuje nikogo i niczego, nie pomaga, nie uczy sie, nie zarabia i oczekuje, ze  będzie miało wszystko podane pod nos. A jak ma sie zachowywać, skoro przez całe życie było uczone, ze świat tak właśnie działa?

Sama nie lubię jak mi sie coś narzuca. Ale nie kłócę sie z każym ograniczeniem, zakazem czy nakazem. Nie sprzeciwiam się istnieniu kodeksu drogowego - a przecież to poważne ograniczenie mojej wolności, ja tu sie spieszę do domu, bo strasznie chce mi sie siusiu, a tu jakieś czerwone światło? zakaz wyprzedzania? Granda. A jednak stanę na tym czerwonym, owszem, klnąć pod nosem, ale nie na fakt istnienia sygnalizatora, tylko złośliwość losu, ze zielone nie mogło świecić te dwie sekundy dłużej. 

Mnie osobiście wkurzają ograniczenia bezsensowne, takie, których uzasadnienia nie widzę, albo -  mojej ocenie - są niesprawiedliwe, głupie, nieracjonalne. Jeśli ktoś mi przedstawi uzasadnienie  i przekona mnie, ze ma to sens - proszę bardzo.  


Jest jeszcze jedna śmieszna kategoria ograniczeń, której nie lubię, więc ich sobie nie narzucam - seriale telewizyjne. Wymuszają na widzu zameldowanie sie przed ekranem na określoną ilość czasu - niekoniecznie w narzuconym z góry terminie, wszak istnieją możliwości nagrania, ale potem i tak trzeba to obejrzeć. A to już wciąga....  I dlatego od wielu lat nie obejrzałam ani jednego odcinka żadnego serialu.

I dobrze  mi z tym.

A wracając do pierwotnego tematu - czyli wolności - jak zwykle wszystko kończy sie na tym samym. Myśleć trzeba, drodzy państwo....