O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

poniedziałek, 28 czerwca 2010

tak sobie grzebałam po necie, gdy nagle oko mi zahaczyło o coś, co mnie zaskoczyło. Przeczytałam jeszcze raz, wlasnym oczom nie wierząc...

Przeczytałam Małżowi, który siedział obok przy swoim kompie - wytrzeszczył oczęta czekoladowe, po czym zawył boleściwie. I zadal pytanie, celne, acz niecenzuralne. W tłumaczeniu brzmiało:

- Czy on całkiem zgłupiał?

A poszło o mojego ulubionego posła PiS, Artura Górskiego.

Otóż mój faworyt ogłosil na swoim blogu, że jakraczowe podlizywanie sie lewicy to nic innego, jak tylko taktyka, niezbędna do wygranej, a już wygrana będzie w kieszeni, to bedą realizować właściwy - czyli prawiowy - program.

Żeby nie było, że zmyślam, wstawiam tekst z bloga pana Górskiego:

Jarosław Kaczyński dryfuje w lewo wyłącznie taktycznie. To jest retoryka wyborcza. Wiadomo, że bez lewicującego elektoratu tych wyborów nie wygramy. (A ma Pan jakiś inny pomysł, by ten elektorat zachęcić do oddania głosu na JK?) Wiele miesięcy temu rozmawiałem z Prezesem o przyszłych wyborach parlamentarnych i zgłosiłem zastrzeżenia do ówczesnej retoryki nazbyt socjalnej. Odpowiedział wówczas, że najpierw najpierw musimy wygrać wybory i zdobyć władzę, a tego nie da się zrobić bez szerokiej bazy społecznej, a następnie zabierzemy się za realizację programu prawicowego.

To jest odpowiedź dla kogoś, kto komentował coś na blogu.

Nic dodać, nic ująć.

Nie, żeby mnie jakoś specjalnie takie podejście zdziwiło, wręcz przeciwnie - od początku bylam tego samego zdania. Ale żeby poseł tak wkopał własnego szefa....

Chyba ze to PO tak podstępnie zadziałała, wpuściła wilka w owczej skórze i czekała na dogodny moment, żeby ostatecznie skompromitować przeciwnika.

piątek, 25 czerwca 2010

Żal mi sie strasznie zrobiło biednego pana Kurskiego. Ukochaną beemwicę, którą szalał po drogach leceważąc przepisy, zabrał mu komornik.

I to do tego za co! Na pokrycie kosztów ogłoszenia, którego bulterier PiSu wcale nie miał zamiaru wykupywać! Co z tego, że jest prawomocny wyrok sądu, pan Kurski wie lepiej, że Prawo i Sprawiedliwość nie obowiązuje wszystkich, to tylko dla pospólstwa, a on jest ponad to.

Ponieważ to straszne nieszczęście, przecież ktoś taki, jak Kurski nie  może jeździć autobusem jak byle chłystek, wpadłam na pomysł.

Otóż proponuję zbiórke pieniędzy wśród sympatyków Kurskiego na zakup pojazdu. Myślę, że jak się liczni członkowie PiSu zrzucą, to na jakieś nieduże, używane Cinquecento powinno wystarczyć. Może warto jeszcze ozdobić je stosownym napisem - podobnie jak na karetkach widuje się informacje, że jest to np. dar marszałka czegoś tam.

Cienkus z napisem "Dar przyjaciół dla Jacka Kurskiego" to moim zdaniem w sam raz prezent dla tego pana.

Może nawet dam dwa złote na tak szczytny cel...

czwartek, 24 czerwca 2010

Mama odbiera Piotrka z przedszkola. Wcześniej była u fryzjera - tuż obok przedszkola.

Młody popatrzył  i wypalił:

- O, jesteś dobrze ostrzyżona, byłaś u mojego fryzjera!

 

Raczej nie odziedziczył tej umiejętności po dziadku, któremu z bratem regularnie wysyłaliśmy smsy o treści: "Mama była u fryzjera, zauważ to!"

 

Ale będzie jazda, jak będzie miał te 14-16 lat....

Poranne zabieganie.

Mycie, śniadanie, i takie tam.

Zwykle jak odprowadzam Piotrka do przedszkola, to biorę ze sobą psa.

Dziś psica piszczała już bardzo pod drzwiami. Została przypięta na smycz, wyszliśmy... i psa wmurowało w progu. popatrzyła na ulewę. Obejrzała się na mnie z miną mocno zdegustowaną myknęła za róg, siuśnęła - i zwiała do domu.

Już nie ma ochoty na spacery.

 

Ciekawe, ile osób pomyślało, że to wpis polityczny? :)

środa, 23 czerwca 2010

Piotruś w związku ze świętem rodziciela przyniósł mu w prezencie rysunek betoniarki.

Wieczorem Młody został zapakowany w piżamkę, jeszcze przytulanki. Zapytałam, czy pamieta, ze dziś jest Dzień Taty. Pamietał, popełzł po łóżku, żeby aie przytulić i powiedział:

- Tato, życzę ci dużo zdrowia, śmiechu,  i dużo życzeń.

Ta ostatnia pozycja podoba mi sie najbardziej, tylko pytanie - czy to mają byc życzenia taty do spełnienia, czy może życzenia kierowane DO taty? I wtedy czyje konkretnie? Bo coś czuję, że Piotrek umialby je zagospodarować....

wtorek, 22 czerwca 2010

Rano, jak zwykle zaczęło gadać radio. Słuchając jednym uchem poczłapałam do łazienki, ale nagle mnie zastopowało w drzwiach. Mowa była o sondażach przedwyborczych - dlaczego były takie różnice między nimi a rzeczywistymi wynikami.

Prowadzący audycję zasugerował, że być może jedną z przyczyn był wstyd - ludzie po prostu wstydzili sie przyznać, że będą głosować na kaczyńskiego.

I tak sobie pomyślałam - wstyd im sie przyznać, ale już nie wstyd im potem mieć takiego prezydenta?

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Jestem zalamana.

Właściwie nie ma co pisać, boję sie i tyle.

Powrotu IV RP, szukania spisków i układów pod każdym krzakiem, zaciętości, podejrzliwości, powszechnej wrogościi powrotu do centralnego sterowania wszystkim, łącznie z sumieniami.

I tak sobie myślę, że ci poitycy, którzy tak bardzo sobie Bogiem gębę wycierają (bo to sie nie da inaczej określić), traktują Go jak półgłówka, który nieopatrznie dał dziecku zabawkę, ale nie przemyślał sprawy. Mądrzejszy  polityk Kaczyński et cons. tę zabawkę zabierze i naprawi błąd. Czyli odbierze wolność sumienia, wolną wolę, prawo do myślenia. Bo po co nam to, przecież jeszcze może sie okazać, że jakaś nieprawomyślna jednostka pomyśli nie to, co powinna? Będzie miała inne zdanie, niż obowiązujące? Kaczyński zarządzi wszystkim i będzie dobrze. Nie będziey musieli nadwyrężąć mózgownic. Najlepiej, żebyśmy przestali myśleć.

Już tak było - jedyna słuszna linia, zarządzanie sumieniem i poglądami. Interesujące że tak postępowała partia, którą PiS tępi i wskazuje jako źródło wszelkiego zła. A teraz robi dokładnie to samo.

Nowy, wspaniały świat. Szlag by to trafił.

Huxley do spółki z Januszem Zajdlem powinni dostać nagrodę za przepowiadanie przyszłości.

 

niedziela, 20 czerwca 2010

Słucham jednym uchem wieczoru wyborczego.

I trafiłam na mowy dwóch głównych kandydatów.

Ponieważ, jako sie rzekło, słuchałam dość nieuważnie, nie zastanawiając sie nad tekstem, zwórciłam uwagę na co innego - melodię głosu.

I uderzyła  mnie różnica. Komorowski mówił swobodnie, naturalnie, konwersacyjnym tonem.

Kaczyński - sztywno, jakby czytał z kartki, niemal mechanicznie. Skojarzył mi sie z postacią Alojzego Bąbla z Akademii Pana Kleksa. Jakby ktoś nie znał,  to była lalka, z cybernetycznym wnętrzem, która miała mocno destrukcyjny charakter. Niszczyła wszystko, co tylko nie odpowiadało jego twórcy - golarzowi Filipowi, który chciał rządzić światem.

Analogia nasuwa sie sama...

 

Pojechaliśmy do moich rodziców, zawieźć jakieś sadzonki, które kupiłam mamie na bazarku. Konkretnie dalie, ale to nieistotne.

Piotrek się bawi swoimi samochodzikami z własnej szafki. (ma taką swoją, tam trzyma różne swoje szpargały u rodziców). My sobie gadamy. Nagle tata poszedł sprawdzić, co tam słychac . I wraca roześmiany.

- Cisza bywa niebezpieczna.

- Przecież tam nie jest cicho, słychać pogadywanie? - zdziwiliśmy sie oboje.

- Ale chwilę temu było cicho.

- I co wymyślił?

- najpierw umył samochody przy pomocy klimatyzatora (tą dumną nazwę nosi spryskiwacz do kwiatków, służący do rozpylenia mgiełki przed snem), a potem suszył je wentylatorem....

Opadliśmy z sił, a Małż usiłował dyskretnie przyklepać sterczące włosy. Bystry facet, nie da sie ukryć, ale nie sądziłam, że coś takiego wykombinuje.

 

Koniec wyborów, podawane są pierwsze wyniki sondażowe.

I bardzo mnie zaintrygowała jedna kwestia. Wyniki podawane przez TVP i TVN sie znacznie różnią. Oczywiście w kierunku jedynie słusznym, to znaczy Kaczyński ma lepsze a Komorowski ma gorsze niż te w TVN. I jakoś, niestety, nie potrafię uwierzyć w informacje z TVP. Zbyt wiele razy udowodnili, że są stronniczy i taki drobiazg jak prawda nie przeszkadza im w pracy.

Bardzo jestem ciekawa, jak sie będą miały do tych podawanych przez PKW.

 

czwartek, 17 czerwca 2010

We wtorek  po moim powrocie z pracy poszliśmy jeszcze na spaerek z psem.

I na placu zabaw zastaliśmy hulajnogę. Samotna była, porzucona, stała oparta o ławk, z plecaczkiem przewieszonym przez kierownicę, ale za to bez właścicielki (plecaczek był wybitnie damski, podpisany - Zosia.

Postanowiliśmy się zaopiekować zgubą. Zostały wydrukowane ładne kartki, rozwieszone na placu, a sama hulajnoga powędrowała do woźnego do szkoły - dzieciak najprawdopodobniej i tak tam chodzi, a mógłby być problem z wydaniem, bo bywamy o dziwnych porach.

Dziś sąsiadka, która znała sprawę, złapała Małża  na spacerze i raportuje, zę wisi na placu zabaw poczta zwrotna do nas. Kartka od mamy właścicielki pojazdu - znalazła się. I prośba o kontakt.

mama oczywiście bardzo wdzięczna, coś chciała kupować, cuda wianki.

A mi sie zrobiło smutno.

Dlaczego jest tak, ze mało kto  liczy na zwykłą, ludzką przyzwoitość i uczciwość?

Dlaczego za normalne zachowanie ludzie chcą płacić, odwdzięczać się, rewanżować?

Dlaczego wychwalają to jako coś niezwykłego? Czy to naprawde jest takie niezwykłe, że nie biorę tego, co nie moje, tylko próbuję znaleźć właściciela?

Dlaczego są przeświaczeni, że nie ma nic za darmo?

Może dzięki temu zdarzeniu owa Zosia  - niezależnie od tego, jak jej sie ułoży zżycie - będzie wiedziała, ze są normalni, porządni ludzie. Że jednak można sobie wzajemnie ufać. Że istnieje takie coś, jak bezinteresowna pomoc.

I może , kiedyś - sama będzie tak postępować. I przekaże tę postawę swoim dzieciom. I dalej, w świat....

 

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Piątek wieczorem, przed wyjazdem. Zgarnęłam Małża wracającego skądś tam, podjechaliśmy jeszcze samochodem załatwić coś na pobliskim bazarku.

Dotarliśmy do domu, w drzwiach Małżon zadaje strategiczne pytanie:

- Gdzie jest mój portfel?

Na pewno miał go w ręku chwilę temu, bo potrzebował na bazarku. Wsiadł z nim do samochodu, bo to pamiętam. Czyli albo w domu, albo w samochodzie.

Oblecieliśmy dom - nie ma. Każde z nas przynajmniej dwa razy przeszukało samochód. Nie ma.

Skorupiak klnąc pod nosem zaczyna mamrotać o blokowaniu kart, bo może wypadł mu na odcinku 10 metrów z samochodu do klatki schodowej i ktoś zabrał.

Sytuacja nieciekawa, następnego dnia mamy jechać na wesele, nie ma czasu na gubienie portfela.

Coraz bardziej zdenerwowany poszedł po raz trzeci do samochodu. I po chwili wrócił z dziwną miną.

- Wiesz, gdzie leżał?

- No nie wiem, jakbym wiedziała, to bym przyniosła. A gdzie?

- Dokładnie tam, gdzie mówiłem, żę go położyłem. Przy dźwigni zmiany biegów. Czyli na samym wierzchu. Jak  to sie stało, że go nie zauważyliśmy?????

Nie mam pojęcia.

Po powrocie zameldowaliśmy się u rodziców, aby odebrać potomka i psa.

posiedzieliśmy trochę, pogadaliśmy, poszliśmy na spacer z dwima ogonami - nasz i ich.

W trakcie spaceru młodemu sie westchnęło:

- Wiesz, tato, tęskniłem za tobą, i było mi smutno. Ale już wiem, że to mija.

 

Zamurowało. Takie przemyślenia w tym wieku...

Ale ma rację, wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. (Żmijówo, to nie o Tobie. Ty nie mijaj)

Oczywiście, jak już dawno stwierdziłam, u nas nie ma szansy, żeby wszystko odbyło się normalnie, bez jakichś dziwacznych  i nieprzewidzianych dodatków.

Tym razem też.

Oddaliśmy Piotrusia pod opiekę rodzicom wcześnie, około 11. Jeszcze wskoczyliśmy do sklepu, kupić jakąś ciecz na drogę, przegryźć coś w rodzaju wczesnego obiadu, bo potem to nie bardzo byłoby kiedy - i w drogę. Oficjalne wyliczenia czasu przejazdu  na www.zumi.pl to były prawie dwie godziny, my dojechaliśmy w godzinę z niewielkim ogryzkiem. Droga pusta, sucha, bez korków i niespodzianek.

Znaleźliśmy hotel, zameldowaliśmy sie, pod prysznic, tapeta n pysk, wskoczyliśmy w stroje galowe i wio.

Ponieważ między samym ślubem a weselem mieliśmy z godzinkę przerwy, postanowiliśmy wpaść jeszcze na chwilę do hotelu.

I cale szczęście.

Otwieram drzwi - i mnie zatchnęło. W przeności i całkiem dosłownie.

W pokoju pełno pary, sauna po prostu, a w łazience leje sie pełnym strumieniem woda z prysznica.  Wpadłam, zakręciłam, parząc sobie nieco rękę, otworzyłam okno. A Skorupiak popędził po panią z recepcji - no bo w końcu coś dziwnego, nas nie było, klucz oddany, a tu taka niespodzianka. Wodę zakręciliśmy na pewno, nie ma siły, żeby nie zauważyć buchającego wrzątku w łazience mającej wymiary małej szafy. Zwłaszcza, że ja nie potrafię sie malować, jak mam zaparowane lustro.

I tu sie dopiero zaczęła  jazda. Pani w recepcji, skądinąd miła, nie bardzo wiedziała, co robić,  i zgodnie z poleceniem, w sytuacji awaryjnej zadwoniła do prezesa, który gdzieś wyjechał. A prezes stanowczo stwierdził, zę to nasza wina, zdewastowaliśmy mu pokój, bo wyszliśmy zostawiając odkręconą wodę.

Nosz, cholera jasna, mogę od biedy sie zgodić, że nie dokręcę kranu i będzie kapać, ale na pewno nikt mi nie wmówi, że zostawiłam odkręcony na full wrzatek.

Opcje widzę dwie - albo (mniej prawdopodobne) ktoś tam wlazł - raczej nie, bo nic nie zginęło, a włażenie tylko w celu odkręcenia wody jest kompletnie bez sensu, albo mają walniętą instalację.

Na sugestię tego wariantu pan prezes w rozmowie telefonicznej mi się zapluł, stwierdził, ze niemożliwe, bo wszystko tam było odnawiane i nie ma takiej siły, zęby coś było niesprawne.

Nie wiem, co i kiedy odnawiali, zacieki na tapecie przy drzwiach łazienki sugerowały, ze nie był to pierwszy taki przypadek.

Draka sie zrobiła duża, prezes zażądał wezwania policji.

Kotłowało sie to wszystko przez dobre półtorej godziny, jak były gliny, to poprosiłam o badanie alkomatem, żeby potem pan prezes nie zarzucał, ze skoro przyjechaliśmy na ślub, to napewno juz byliśmy nawaleni w drzazgi.  Skorupiak tłumaczył, jak komu mądremu, że jakbyśmy tak zostawili, to przez trzy godziny naszej nieobecności woda by była już na korytarzu, a cały pokój teżby pływał - a nie tylko łazienka. Z kolei gdyby tylko kapało w stopniu usprawiedliwiającym taką ilość wody, to nie byłoby tyle pary - no, po prostu teoria z niezakręconym przez nas kurkiem kupy sie nie trzyma.

W końcu stanęło na tym, ze pani zabierze przemoczony dywanik z łazienki, pozbierało sie mopem wodę z podłogi i tyle. Z dwugodzinnym poślizgiem pojechaliśy na wesele....

 

Czy my nie moglibyśmy części tych niespodzianek przekazać komuś innemu? Chyba wykorzystaliśmy limit głupich przypadków za następne osiemdziesiąt lat...

 

niedziela, 13 czerwca 2010

Kolejny kuzyn zmienił stan cywilny.

A dla nas była to okazja i święto klasy dotąd niespotykanej.

Otóż sprzedaliśmy Piotrusia moim rodzicom i mieliśmy WOLNE!!!!!! Całe 24 godziny luzu, bez dziecia, którego trzeba pilnować, nakarmić, zapewnić rozrywki, dogonić, zapędzić spać....

Nie zdarzyło sie nam odkąd Piotrek sie urodził.

Co nie znaczy bynajmniej, że rodzice porzucili nas z tym na zasadzie "Wasze dziecko, wasz kłopot"

Przeciwnie, pomagają, raczej wynika to z naszego podejścia do tematu, ze jesteśmy dorośli i odpowiadamy za siebie, więc za nasze dziecko też. I to nasz problem, jeśli chcemy sie pobawić - było nie mieć dziecka, można by wychodzić w tango co wieczór....

Tym razem wspólnie stwierdziliśmy, że fajnie by bylo, gdybyśmy na to wesele jednak mogli pojechać. Z Piotrekiem by się dało, było trochę dzieciaków w jego wieku, ale to jednak nie jest impreza przeznaczona dla  maluchów, poza tym naprawde czasem i nam sie należy trochę rozrywki w sosie własnym, bez potomka.... Do tego całość była poza Warszawą, więc z noclegiem gdzieś w hotelu.

Kolejnym aspektem było przyzwyczajenie Pietruszka do tego, ze można nocować u Mi i Dużego, bez rodziców też. W sytuacjach awaryjnych dobrze mieć takie coś w odwodzie, a przyzwyczaić trzeba jednak wcześniej. No to się zaczął przyzwyczajać.

I tu chylę czoła przed rodzicami, publicznie i głęboko.

Nie wiem, jak im sie to udało, ale dokonali cudu - zmęczyli nam dziecko. O 19.40 dostałam SMSa z informacją, ze młody już spi.

 

 

Weekend mija, będzie można odpocząć w pracy.

Może to idiotycznie brzmi, ale ostatnio mamy takie nagromadzenie różnej maści rodzinnych uroczystości, że zaczynam padać na pysk.

Główny problem polega na tym, że wszystkie są fajne, z sympatycznymi ludźmi i ogólnie bardzo chętnie tam idziemy, tylko w sumie robi sie tego troszke za dużo. Z drugiej strony naprawde nie ma nic, z czego można by zrezygnować bez dużego bólu....

Takie są efekty, jak ktoś ma dużą rodzinę.

piątek, 11 czerwca 2010

O tym, że ukochanym zajęciem kota jest wkurzanie okolicznych srok pisałam. Nie dam linki, bo mi sie nie chce szukać, może potem.

Dziś koteczek znalazł nowy sposób na doprowadzenie ich do szału.

Otóż kocisko wczoraj nie wróciło na noc (w sumie nie dziwię sie, dopiero nocą da sie żyć). Małż zostawił kotu otwarte okno (albo otworzył dzieś o świcie, nie wiem, spałam.)

Ja obudziłam sie około 7 i słysząc koszmarne skrzeczenie, jakie zwykle oznacza, ze śledzą kota, postanowiłam sie zwlec i pójść go wpuścić. A tu okazało sie, ze Czorcik kochany leży sobie wygodnie na parapecie w mieszkaniu, na swoim naleśniku (podkładce z gąbki) - a sroki szaleją z drugiej strony szyby....

Innymi słowy komfortowa loża w pierwszym rzędzie.

Sąsiad bedzie klął, kiedyś prosił, żeby kota nie wypuszczć na noc właśnie z uwagi na te poranne wrzaski, ale nie zabronię kotu przecież leżeć na jego własnym parapecie....

środa, 09 czerwca 2010

czasem się zastanawiam, czy są granice ludzkiej głupoty, naiwności czy bezmyślności. I niestety wychodzi mi ze chyba nie....

Choćby teraz. Katastrofa smoleńska - spiskowe teorie dotyczące tego, kto i dlaczego przygotował zamach. Powodzie, ulewy - i tu mnie zatchnęło. Co prawda przeewijały się pomysły, ze gdzieś tam Czesi niby spuścili wodę i przez tonas zalało, ale wydawało mi sie, ze na ulewy to juz nic nie wymyślą nawet najwięksi maniacy.

otóż byłam w błędzie. Wymyślili.

I to nie byle pan Zyzio trzeźwiejący od czasu do czasu w Pipidówie Dolnej, tylko wydawałoby sie, poważni i myslący ludzie - paulini z Jasnej Góry.

Na ich stronie znalazłam artykuł, cłkiem poważnie i na serio pisany, w którym niejaki ojciec Stanisław Tomoń pisze, że ostatnio na polskim niebie pojawily sie podejrzane samoloty, które zostawiały za sobą dziwne smugi - podobno inne niż normalne smugi kondenssacyjne. Inność owa miała polegać przede wszystkim na ich regularnym rysunku (równoległe albo przecinające się), i na wydłużonym "okresie rozpadu"  - znikały dużo później niż te zwykłe.

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że owe 'ślady' na niebie to normalne smugi kondensacyjne powstające po przelotach samolotów odrzutowych. Jednak obserwujący zauważyli, że wszystkie te długie na kilometry smugi, w przeciwieństwie do smug kondensacyjnych powstających po wielu innych przelatujących samolotach odrzutowych, ani - w takim samym czasie - nie znikają z nieba, ani nie wydają się być dla obserwujących takie same. Zdaniem oglądających smugi te swoim wyglądem różnią się od innych! Utrzymują się, stopniowo rozrastają i w widoczny sposób coraz bardziej rozpraszając się, wkrótce pokrywają sobą coraz większe połacie nieba.

Co więcej, na zdjęciach wykonywanych w maksymalnych zbliżeniach przez teleobiektywy a nawet przez użyty astro-teleobiektyw widać dokładnie i wyraźnie, że faktycznie... to nie mogą być samolotowe smugi kondensacyjne! W świetle przeglądanego materiału filmowo-fotograficznego można twierdzić, że powstające smugi nie są normalnym efektem pracy działania silników samolotowych. Zdaniem wielu osób to, co pojawia się na niebie - owszem - jest czymś, co powstaje jako widoczny 'ślad' po przelatujących samolotach, lecz jest jednak nadto także dobrze widocznym śladem czegoś, co przez te samoloty jest w powietrzu... rozpowszechniane!

Dalej są długie dywagacje na temat kto i czym nas truje, czemu stosowne Agencje nie reagują, co się dzieje w nocy, jak nie widać, że latają... I wyliczanka tablicy Mendelejewa, czyli wszystko, co może bbyć trujące, to nam  właśnie spada na głowy.

 

Można być jak najdalszym od różnych podejrzeń i teorii. Dla naocznych świadków fakty pozostają jednak... faktami! I co można wówczas odpowiedzieć tym wszystkim, którzy z przekonaniem twierdzą, że jednak jest tak, że owe dziwne smugi na naszym niebie to najoczywistszy dowód na trwający... chemtrails w Polsce? I może jednak wówczas nie tylko rację, ale i bardzo bliscy prawdy są wszyscy ci, którzy mówią, że to co jest rozpowszechniane to wysoce szkodliwe dla człowieka i organizmów żywych pierwastki. Że są to: Glin (Al), Bar (Ba), Bor (B), Wapń (Ca), Chrom (Cr), Miedź (Cu), Żelazo (Fe), Potas (K), Magnez (Mg) Mangan (Mn), Sód (Na), Nikiel (Ni), Ołów (Pb), Krzem (Si), Stront (Sr), Wanad (V), Cynk (Zn). Że rozpowszechniane są wysoce szkodliwe pierwiastki, których stężenie jest wybitnie podwyższone i znacząco wykracza poza jakiekolwiek dopuszczalne normy.

 

Wszystko to brzmi mi znajomo. Już były kiedyś pomysły ze zrzutami amerykańskiej stonki na polskie kartofle. Teraz poszło z grubszej rury bo też i ciemny lud ma większe możliwości zdobywania  i weryfikowania informacji.

Ale żeby taką brednię rozpowszechnilali oficjalnie na własnej stronie zakonnicy z Jasnej Góry... przykro to mówić, ale moja opinia  o nich zjechała do zera, albo jeszcze niżej.

I tylko przykro że wiele osób w to uwierzy - ze względu na autorytet moralny głoszących - i będą się niepotrzebnie emocjonować i denerwować.  Że iluś osobom przez to skoczy ciśnienie.

A ten autorytet to w moich oczach od dawna mial się marniutko. Teraz po prostu przestał istnieć. Zatruty pierwiastkami zrzucanymi z samolotów.

 

wtorek, 08 czerwca 2010

Widzieliśmy jeża!

Wędrował sobie przez drogę dojazdowa na osiedlu, starannie flankowany przez dwie panie - żeby mu przypadkiem ktoś krzywdy nie zrobił. Nie ma obaw, zawsze bardzo pilnuję wszelkiej żywizny na drodze, a jeże lubie wyjątkowo.

To był pierwszy w tym roku, ale mam nadzieję, ze nie ostatni :)

 

Wracamy do domu. Panowie juz wysiedli z samochodu i weszli do mieszkania, ja jeszcze grzebię w torebce - jak zwykle nie moge znaleźć pilota od samochodu.

Obok, na murku, siedzi nasz Pan Kot. Prawdę mówiąc, to Czorta nie widać, ale za to swietnie słychać sroki. Dwie są  i wrzeszczą bojowo - ani chybi koteczek gdzieś tam siedzi.

Jak wysiadaliśmy z samochodu, to zlazł, gotów nam towwrzyszyć. Ale jak się okazało, zę u mnie to jeszcze chwile potrwa, to wrócił na mur.

To takie przyjemne, siedzieć, nic nie robić, i patrzeć jak przeciwnik i tak dostaje szału.

niedziela, 06 czerwca 2010

przypomniała mi sie jedna rozmowa z piątkowych poszukiwań kiecki.

Któreś z licznych stoisk. Pani juz zdecydowanie nie młoda, z warstwą tapety na twarzy.

- Dzień dobry, poszukuję sukienki na wesele, w rozmiarze (...), kolorowa.

Pani pokazuje mi coś w przygaszonych mocno barwach- jakieś brązowo-niebieskie coś.

- Zależy mi na czymś żywszym, bardzej pstrokatym.

- Ale takie jest teraz modne! - zauważyła pani z oburzeniem.

popatrzyłyśmy z mamą na siebie:

- Moda mi nigdy nie przeszkadzała w wyborze ubrań, zawsze interesowało mnie jedno kryterium - czy dany ciuch mi sie podoba.

- No ale przecież nie może sie pani tak wyróżniać z tłumu!!!!

- Ależ mogę. Robiłam to przez całe życie i nie zamierzam przestać.

 

Jak sie łatwo doyślić, sukienki u tej pani nie kupiłam....

 

Kładzenie Piotrka spać.

Wszystko się poprzestawiało, bo po spacerze w Łazienkach padł i obudziliśmy się oboje około 19.30. Czyli pójście spać godzinę później nie wchodziło w rachubę.

Udało sie około 22.30. Młody w łóżku, jeszcze wieczorne kolanka. Stwierdził, ze tym razem on nam powie wierszyk, zamiast czytania.

Proszę bardzo.

I szczęki nam opadły. Wierszyk byl swobodną improwizacją na temat "braciszek, siostrzyczka, rodzeństwo i duża rodzina". Opowieść była wielce skomplikowana o tym, jak braciszek zachorował, był jakiś szpital, kłucie, powrót do domu.... Pogubiłam sie w tym wszystkim, jedno było dla mnie oczywiste - niezbyt subtelna aluzja Piotrka na temat rodzeństwa.

Tylko jak my mamy spełnić ten postulat, jak mała gdzina nie raczy pójść spać o przyzwoitej porze?

Przedłużony do czterech dni weekend. Czyli mnóstwo czasu, żeby nadgonić zaległości, prawda? I odpocząć. To czemu, do jasnej cholery, sprawy zaległe są nadal zaległe, a ja padam na dziób?????

Początek tego "odpoczynku" juz opisałam. Jak na razie hoya zmianę sznurków chyba przetrwała, oby tak dalej. W piwnicy chyba sucho, aczkolwiek z dołu ogólnie trochę zalatuje stęchlizną, ale to raczej z przeciwlegego korytarza. Inna sprawa, ze niezależnie od powodzi i tak w piwnicy porządek zrobić trzeba.

Piątek  - niby sama przyjemność, kupowanie sukienki na wesele, potem urodziny... Ja chyba nie jestem typową kobietą, bo byłabym szczęśliwa, gdyby to się dało załatwić w 10 minut. Nie dało się, łaziłyśmy miedzy stoiskami przez parę godzin. Ale wróciłyśmy z tarczą.

Urodziny u ciotki - też przecież rozrywka, można pogadać, zjeść coś dobrego... tylko trzeba jednak mieć jakieś oko na potomka, który poszedł męczyć psy - biegali razem po ogrodzie i psy miały dość znacznie wcześniej, niż Piotrek. A psy, jako sie już rzekło, to są dziesięciomiesięczne berneńczyki - już są wielkości małych cielaków. Potem, jak psy padły, to razem z kuzynem poszli łowic rekiny na korcie chwilowo zamienionym w staw - chyba ręcznie łowił, bo wlazł tam w butach do wody...

Wczoraj dla odmiany po tych wszystkich rozrywkach kolejny kuzyn zaprosił na rodzinny piknik. Poprawiny wesela sprzed miesiąca. Wesele  miało miejsce na drugim końcu Europy - zgodnie z tradycją, w parafii panny młodej... Troche daleko było, wiec teraz wersja lokalna. Fajnie było, przypiekłam sie nieco, ale nie na raka, więc nie płaczę. Piotrek ganiał cały czas. Biegał od 13 do prawie 18, zarządzał swoim pięcioletnim kuzynem - niezmordowany. Obawialiśmy sie, że zaśnie nam w samochodzie, i potem będzie cyrk, wiec zagadywaliśmy go skutecznie przez całą drogę, z nadzieją, że jak dojedziemy, to do wanny  i do łóżka, i w pół godziny będzie unieszkodliwiony.

Gdzie tam, jak dojechaliśmy, to zażyczył sobie wyjść na spacer z psem - psu sie należało, więc poszliśmy. Potem była długa dyskusja na temat wanny - bo on nie chce iść spać.  W końcu jakoś go przekonałam, ale nie dał sie zapędzić do spania. Zasnął w końcu około 21....

Dziś jeszcze byliśmy w Łazienkach. Przyjechała do Warszawy moja koleżanka ze studiów, dawno sie nie widziałyśmy. Piotrek znowu biegał, usiłował znaleźć jakieś zwierzątka, które by chciały jeść - przegwizdana sprawa w niedzielę po południu. Wszystko nażarte, wiało przed nachalnymi dziećmi. To wpuściłam go na plac zabaw przy parku.

W sumie wysiłek czterech dni spowodował, zę teraz śpi. Pewnie sie obudzi około 20 i stwierdzi, ze jest wyspany, ale nie mam siły sie w tej chwili z nim użerać, sama bym poszła spać. tylko pranie uśmiechało się do mnie radośnie z pralki, pozostałe czynności domowe też się szczerzą, a Skorupiak zległ, wszystko wskazuje na to, że może mieć grypę. Jutro wreszcie idzie do lekarza.

 

I to ma byc odpoczynek....

piątek, 04 czerwca 2010

Notka zacznie się podobnie do wczorajszej - padam na pysk. Cóż poradzić, takie są realia.

Rano odstawiłam Pietruszka do przedszkola (wyrodna matka, wiem, ale inaczej w ogóle bym nie dała rady), i popędzilam do rodziców. Szybka zamiana z tatą na samochody i z mamą do weterynarza.

Hm, przeczytalam poprzednie zdanie i się uśmiechnęłam. Nie wiem, czy nasza pani dr zna sie na żmjach, natomiast tym razem chodziło o psa. Garda na widok gabinetu stosuje bierny opór i po prostu staje w miejscu - 30 kg psa... Jedna ciągnęła, druga popychała i jakoś się doszło. Obejrzana, goi sie wszystko ładnie, do widzenia. Pies nagle dostał znacznego przyspieszenia....

Po załatwieniu psich spraw pojechałyśmy do Nadarzyna - musiałam wreszcie poszukać sobie sukienki, jedno wesele - kuzyna, za tydzień, drugie - brata - w sierpniu, a ja jestem typową kobietą i oczywiście NIE MAM CO NA SIEBIE WŁOŻYĆ. To znaczy, już mam, obleciałyśmy z mamą wszystkie stoiska w Centrum Mody w Nadarzynie i w ostatnim znalazłam sukienke, która mi sie spodobała i pasowała. Wcześniej było pare ładnych, ale albo rozmiaru nie było, albo nawet był, ale coś nie tak się układało. Za to w ostatnim jak weszłyśmy, to mama od razu stwierdziła, że tu się uda. Skąd wiedziała? Ano stąd, że sprzedawczyni czytała "Pamiętnik" Sparksa... Nie ma jak dobre racjonalne uzasadnienie, prawda? Ale rację miała, kupiłam i się cieszę. Teraz jeszcze tylko dobrać buty....

Odfajkowawszy sprawę kiecki najchętniej bym padła na kanapę i się nie ruszała do wieczora. Nie ma tak dobrze, jeszcze trzeba było zamienić się z powrotem na samochody i zrobić niewielkie zakupy, i na godzinę 18 dotrzeć na urodziny Ciotki. Nie napiszę, które, kobieta ma zawsze 18, nawet jak ma stado prawnuków. Dzieciaki szalały, Piotrek do spółki z jednym z kuzynów poszedł męczyć psy - dwa młode berneńczyki. Wszyscy ostrzegali, że psy mogą zrobić krzywdę, bo młode, duże, z rozpędu wpadną i przewrócą. Albo prorokowali, że psy zamęczą Piotrka. Gdzie tam. Po półtorej godzinie zabawy psy leżały padnięte na trawniku, a chłopaki ganiały dalej.

Skąd to dziecko bierze tyle energii????

Tyle dobrego, że jak wreszcie dotarliśmy do domu i udało się młodego zapakować do łóżka, to zasnął w dziesięć minut.

Chciałabym mieć tyle siły  co on. Albo kółko, takie jak dla chomika, żeby mógł się wybiegać i zmęczyć.

Tak czy inaczej, on śpi, a ja idę zrobić to samo.

Dobranoc

 

czwartek, 03 czerwca 2010

Leje. Znowu.

ok. 22 dzwonek domofonu - sasiad z sugestią, żebyśmy sprawdzili piwnicę, bo u niego wody po kostki. Na szczęście nie jest tak źle, on ma z drugiej strony korytarza. Ale wybiło studzienkę odpływową i parę centymetrów było. Za to w hali garażowej podobno basen, sąsiedzi z drugiej części budynku wybierają wode z piwnic wiadrami i podają sobie łańcuszkiem, pomstując przy okazji. Najbliższe ulice zalane kompletnie, metro też  pływa.

Zdaje się, że opatrzność postanowiła uwzględnićmoje marzenie o spływie kajakowym.

Ostrożnie z życzeniami bo sie mogą spełniać.

I niech sie wreszcie ten rok skończy, koszmar jakiś co chwila coś, i to od razu z bardzo grubej rury.

Obyś żył w ciekawch czasach.... Faktycznie to bardzo mocne przekleństwo.

 
1 , 2