O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

poniedziałek, 30 maja 2016

No i kolejny marsz w obronie życia i rodziny, tym razem w Kielcach. Z inscenizacją porodu, krzykami rodzącej i pocieszającym osobnikiem, który zapewniał "matkę", że jak się urodzi syn, to tatuś dziecka na pewno do niej wróci, bo przecież każdy mężczyzna chce mieć syna.

Jak o tym czytałam, to mi się nóż w kieszeni otwierał.

Pierwsze pytanie, jakie mi się natychmiast nasunęło, to co zrobi tatuś, jeśli jednak okaże się, że noworodek nietaktownie jest dziewczynką. Wszak warunkiem sine qua non powrotu nieobecnego ojca miało być posiadanie penisa przez potomka.

Ówże pocieszyciel miał być ojcem rodzącej, więc kolejne pytanie, to jak on poradził sobie z traumą sprzed lat, gdy obecna na schodach rodząca okazała się być przedstawicielką   płci mniej wyczekiwanej.

Dalej - cóż za tatuś pozwala własnej córce rodzić na schodach, już mógłby chociaż kawałek płaskiej powierzchni jakiejś znaleźć, osłoniętej nieco przed słońcem i gawiedzią. Ale cóż, czepiam się i tyle.

 

A wszystko dlatego, że szlag mnie trafia na morze hipokryzji przelewające się wokół tematu aborcji.

Bardzo święte towarzystwo spędza radośnie czas wędrując z dziećmi po różnych miejscach, podpisują się obiema rękami pod różnymi petycjami, apelami i listami - i co dalej? Zazwyczaj nic.

A chciałabym się dowiedzieć, jaki procent tych obrońców życia zrobił cokolwiek POZA maszerowaniem i podpisywaniem. Kto z nich realnie pomaga rodzinie z dzieckiem niepełnosprawnym, czy to finansowo, czy poświęcając własny czas? Jak wielu z tych wiernych katolików raz w tygodniu zastąpi opiekunów chorego dziecka, żeby mogli cokolwiek załatwić, pójść do dentysty, czy  - o zgrozo! chwilę odpocząć?

Są tacy ludzie, wiem o tym i nisko im się kłaniam. Ale ilu ich jest, promil? Dwa?

Niestety, proliferskie działania przeważnie kończą się w momencie, gdy wymuszą urodzenie dziecka, potem większość z tych dobroczyńców przestaje się przejmować.

Znalazłam ostatnio demota, który pasuje jak ulał:

środa, 25 maja 2016

Koty zwiedzają balkon. I okolice.

Dziś w pewnym momencie zobaczyłam Bramsla siedzącego z ogłupiałą miną na parapecie z boku balkonu sasiadów.

U nich jest dzikie wino oplatane wokół słupa, u nas nie, bo jest szlachetne. nalsze smaczniejsze ale ich za to bardziej nadające sie do wspinaczki.

Mam tylko nadzieję, że mi kiciusie nie będa sie po tym winie wspinać na drugie piętro do sąsiadów w pionie obok.....

Planowałam podlewanie ogródka. Dojść nie mogłam ale w końcu się zawzięłam.

Od razu podlało sie samo , całkiem przyjemna ulewa.

Nie można tak częściej?

Tak wygląda podejście do życia mojego psa. Nie mogę nogi postawić, bo wszędzie i zawsze mam pod stopami Agrę...

poniedziałek, 23 maja 2016

Kotlety dziś zostały oficjalnie wypuszczone.

Gorąco się robi, siedzenie przy zamkniętych oknach to samobójstwo, pozostawało albo się osiatkować w trybie pilnym albo wypuścić.

Zaszczepione, zachipowane, wykastrowane. Nie ma na co czekać.

Obserwowanie ich to była sama przyjemność - zwiedzały balkon powolutku, z wielkimi, okragłymi oczkami. Oglądały każdą mrówkę i każdy listek z naszej winorośli. Bramsel nie całkiem celowo zeskoczył na dół i musiałam po niego pójść - jeszcze nie ma przećwiczonej drogi powrotnej.

Potem wyszły na tarasy koty sąsiadów - i nasza dwójka po prostu zamarła. Tam się coś rusza!!! I wygląda tak jak my!!!

Pełnia szczęścia jednym słowem. Trzeba teraz szybko ich doedukować w kwestii okolicy i bezpiecznych ścieżek - i przeżyć parę nerwowych nocy, jak nie wrócą ww rodzinne pielesze tylko się będą gdzieś włóczyć. Nerwowo będzie ale cóż - dzieci też mi kiedyś wyfruną z gniazda i będę się o nich martwić.....

sobota, 21 maja 2016

Chciałam dziś pobiegać. Albo pójść na kijki.

Rano padłam, nie mogłam sie zwlec z łóżka. Rzadko mi sie zdarza, może raz w miesiącu gdy wiem że nie muszę chłopaków nigdzie gonić. Pospałam do 11 chociaż i tak średnio bo co chwila ktoś czegoś chciał i zawracał głowę.

Gdy już podniosłąm swe szacowne zwłoki, zaczęło się.... Co prawda rodzice zabrali chłopaków na działkę, ale z mocną sugestią, żebym się zajęła szukaniem pracy a nie sprzątaniem.

Łatwo im gadać, paskudne zwierzaki - nie wiem, które, ale podejrzewam psa - zasikały mi parę miejsc i w całym mieszkaniu po prostu śmierdzi. Nie wytrzymam, w tych warunkach nie da sie myśleć. puszczam pranie za praniem.

Skorupiak przed kompem, dopina jakieś resztki przygotowań do jutrzejszego Jarmarku św. Dominika.

Dzieciaki wróciły, Skorupiak pojechał załatwiać. POdałam obiad i galopem na urodziny kuzyna, na szczęście blisko - w sąsiednim bloku. Stado dzieciaków plątało sie pod nogami, najmłodsze ma chyba z miesiąc, a następne ulęgnie się pod koniec czerwca. W sumie chyba z dziesiątka pcheł.

Druga część imprezy przewidywała plac zabaw - poszliśmy. Dzieciaki sie bawiły, my gadaliśmy, do domu wróciłam po 20. Piotrek ze Skorupiakiem  gdzie? No oczywiście u dominikanów szykują jarmark. Wrócili po 21, ale Pyton zapomniał zabrać z klasztoru hulajkę. Trzeba pojechać bo stojaki będą przestawiane i licho wie, kiedy uda sie ją poten odzyskać.

Wróciłam, poszłam na spacer z psem, nakarmiłam zwierzyniec. "Mamo, przytulisz?..." Przytulę.

22.30 wreszcie usiadłam.

Chyba troche za późno na samotne łażenie z kijkami po lesie....

Gadamy ze Skorupiakiem w samochodzie:

- ..... no i jeszcze Fronda....

- A co to jest flądra? - odezwał się z tylnego siedzenia Piotrek.

Mało nie wrąbałam się na najbliższą latarnię z wielkiej radości.

Bardzo celnie podsumował nadpapieża z przyległościami.

czwartek, 19 maja 2016

Grzesiek ma ostatnio nowy smakołyk.

wyciąga mi z szafki kolejne słoiczki koncentratu pomidorowego, chowa sie w jakimś kącie i wyłazi, gdy są puste.

W sumie mógłby mieć bardziej niezdrowe pomysły, wolę jak zje słoik koncentratu niż np. słoik nutelli...

środa, 18 maja 2016

Muszę założyć zamek szyfrowy na puszkę z kocią karmą.

Dzisiaj Skorupiak wyciągnął z niej Bramsa.

Cwany zwierz, wszędzie wlezie.

sobota, 14 maja 2016

Rupeczek kochany ostatnio przedzierzgnął się w nieustraszonego myśliwego. Gdy tylko ktoś wejdzie do kuchni, od razu widzi zaczajonego kota. Zawsze w tym samym miejscu, w pełnym skupieniu obserwuje rozwój sytuacji.

Czai się przy lodówce, co jest jak najbardziej zrozumiałe w przypadku kota.

Jednak nie próbuje sie dostać do środka.

łowi światło. Gdy otwieram drzwczki, na podłodze przesuwa się "zajączek"  powstały dzięki wewnętrznej lampce lodówkowej. i Na to czeka Rympał! :)

czwartek, 12 maja 2016

Stoimy z mamą przy kasie w hipermarkecie i pakujemy ostatnie zakupy, pogadując równocześnie z kasjerką. Nie, żebyśmy ją znały, ot tak po prostu sympatyczna wymiana zdań.

Za nami stoi starszy pan, wyraźnie zniecierpliwiony. Najpierw prawie się pchał na mamę, gdy wstukiwała pin do karty, a po tem już nie wytrzymał i fuknął:

- Nie gadać tyle! Nie mam czasu!

Zdębiałyśmy obie, ale że refleks mamy nienajgorszy, to obie się odcięłyśmy:

- Czasu ani uprzejmości...

- Przecież i tak pakujemy nasze zakupy, wiec nic to panu nie zmienia.

W tym czasie kasjerka poprosiła o podanie kodu miejsca zamieszkania - niech ma, czemu nie.

Osobnik skomentował:

- No tak, po kodzie i po wymowie poznałem, że nie Polki!

Zatchnęło nas w pierwszej chwili. Po czym ryknęłyśmy gromkim śmiechem. Palnął jak  łysy grzywką o kant kuli, zważywszy przodków z obu stron zidentyfikowanych co najmniej do bitwy pod Grunwaldem.

 

Obawiam się, że to był kolejny przedstawiciel miłującej bliźniego prawicy....

Zainspirowana zeszłotygodniowym pomiarem postanowiłam sprawdzić, ile przytaszczyłam tym razem z zakupów.

Nie chciało mi sie sumować wagi kolejnych paczuszek, po prostu postawiłam kolejno siatki na wadze łazienkowej.

82,5 kg.

Ja rozumiem, że to zakupy na tydzień, że czteroosobowa i trójzwierzęca rodzina przez ten czas nieco zje i wypije, jakieś pranie czasem zrobi a żwirek w kuwecie też   się zużywa, ale ręce spływają mi do ziemi i malowniczo układają sie w pętlach na podłodze.

Cotygodniowy trening.

sobota, 07 maja 2016

Nogi mnie bolą. To jest pierwszy wniosek nasuwający się po dzisiejszej demonstracji. i to nie mięśnie, tylko kości. Zardzewiałam.

Jedną z rzeczy rzucających się w oczy jest rosnąca z marszu na marsz liczba ludzi i zmniejszająca się liczba policjantów pilnujących nas. Już wiedzą, że tu problemów nie będzie, jak jakiś samochód przypadkiem został zaparkowany na trasie to będzie tam stał nienaruszony i po przejściu wielu tysięcy ludzi - nie to, co u narodowców 11 listopada... A dziś mieli jeszcze co pilnować, więc przenieśli się pewnie tam, gdzie była większa szansa na zadymę.

Z haseł zachwycił mnie cytat z Leca - "Przestawanie z karłami deformuje kręgosłup". i "Wolny balkon" - ktoś wywiesił u siebie z balkonu:).

Atmosfera jak zawsze znakomita, tyle życzliwości, uśmiechu i zwykłej pogody ducha - mimo poważnych obaw o to, co będzie dalej się w Polsce działo - dawno nie widziałam.

Tylko jeszcze te problemy z rachunkami... :). Ale co tam, i tak dużo nam "rzucili", wcześniej to się kończyło na 12-15 tysiącach :).

czwartek, 05 maja 2016

To już trzydzieści lat minęło od tamtego strasznego poniedziałku.

A pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj.

I nadal nie nauczyłam sie gwizdać na palcach.....

Kochany Skorupiak wie, że bardzo tęsknię za każdą możliwością wyjścia do ludzi.

Ostatnio poinformował mnie, że na tablicy ogłoszeń w klatce schodowej awisła kolejna rozpiska zajęć a okolicznym Domu Kultury.

- Koniecznie sprawdź, tam widziałem coś, co powinno cię zainteresować. I do tego darmowe!

Sprawdziłam.

Faktycznie, zajęcia interesujące.

Faktycznie darmowe.

Tylko w kategorii zajęć dla seniorów - powyżej 60 lat.

Ale ja się dobrze trzymam, nikt by mi na oko tej sześćdziesiątki nie dał !!!!!