O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

sobota, 31 maja 2014

Rozgryzłam nowe słówko u Grzechota.

"duji" to są buty

piątek, 30 maja 2014

- Piję colę, piję pepsi, jestem sexy!  - śpiewa sobie Potomek Starszy podczas zakupów w pobliskim sklepie.

- Synu, czy ty rozumiesz, co śpiewasz?

- Tak - odparło dziecko z pewnością w głosie.

- W takim razie co to znaczy, że ktoś jest sexy? - zapytała matka o zacięciu pedagogicznym.

- No, że się kogoś kocha... - odrzekl nieco mniej pewnie Serpens Maior.

- Porozmawiamy jak stąd wyjdziemy, bo to słowo oznacza trochę coś innego.

Załatwiłam zakup paru bananów i wyszliśmy. 

- Piotrek, pewnie często teraz słyszysz słowo "sexy", "seksowny" i podobne, prawda?

- No...

Właśnie. Odmieniane są przez wszystkie przypadki, seksowny wygląd staje się powoli obowiązkiem każdej kobiety, ale żeby dzieciakom ktoś to wytłumaczył... No to do roboty.

- Synu, to słowo odnosi się przede wszystkim wyłącznie do wyglądu. Jak ktoś jest piękny, zadbany, ubiera się tak, żeby podkreślić i wyeksponowac swoje ciało, to wtedy niektórzy tak mówią. Ale to oznacza całkowite pominięcie tego, co jest naprawdę ważne - czy jest dobry, miły, mądry, cierpliwy - cech charakteru, walorów umysłowych.  -  Zapędziłam się nieco, komplikując niepotrzebnie wywód, co zresztą natychmiast znalazło odbicie w minie Piotra. Widać było, że nie dociera.

- Dobra, inaczej. Czy można kochać kogoś, kto jest brzydki?

- Można - ucieszył sie Piotrek, rad, że wreszcie mówię z sensem i po ludzku. - Na przykład ja kocham ciebie!

Osz ty w życiu! Cała para pedagogiczna ze mnie zeszła po tej deklaracji, no ale trudno, trzeba było dociągnąć do końca. 

Wytłumaczyłam w sumie to, co chciałam, ale trochę mi sie chciało śmiać. I trochę smutno mi było. Długotrwałe siedzenie w domu  z dzieckiem jednak nie wpływa dobrze na poczucie własnej wartości. Moje ostatnio i tak sięga dna Rowu Mariańskiego. Oczywiście wiem, że do urody Miss Czegokolwiek to mi bardzo daleko, ale gdybym się tak porządnie odchudziła, to już byłoby dużo lepiej.  Na razie się nie zapowiada z różnych przyczyn, ale żeby tak matkę dołowac od razu...

Cóż. Dziecko prawdę ci powie....

- Grzechot, nie wierzgaj tak, bo kopniesz brata w jaja  bedzie go bolało - wygłosiłam dzis pedagogiczny komunikat do wierzgającego Węża.

- Mama, skąd ty znasz formę klasową???? - zdumiał sie Syn Starszy.

 - Wiesz, dziecko, to jest forma duzo starsza, niż ty i cała twoja klasa... Jak ja byłam w twoim wieku, to ona nie była nowa - uśmiechnęłam sie do synka.

Po czym Piotrek zaczął pracowicie liczyć, jak dawno ludzkość zaczęła określać męskie klejnoty mianem jaj. I wysżło mu że ponad 32 lata. To bardzo długo. 

Poczułam sie nieco stara. I bardzo rozbawiona.

Siedzialam wczoraj z Grześkiem na kolanach i płakałam.

Mały sięgnął po paczkę chusteczek, które akurat byływ zasięgu, wyciągnął jedną i zaczął mi rozmazywać łzy cieknące po twarzy.

Rozpłakałam sie jeszcze dokładniej. Tym razem ze wzruszenia.

I to jest jeden z cudnych drobiazgów macierzyństwa, które stawiają do pionu, gdy wszystko wydaje sie do d....

czwartek, 29 maja 2014

Przez pół dnia pętały mi się pod czaszką pomysły na notki. Dwa złapałam, reszta - uciekła. Jak zwykle.

Trafiłam na artykuł o wypalonych matkach, ciemnych stronach macierzyństwa itp.

I zgadzam się, ze można mieć dość. Można bardzo kochac swoje dzieci i chcieć uciec od nich jak najdalej. Żeby sie zamknęły, przestaly co chwila czegoś domagać. Źeby nie trzeba było dopasowywać do nich rozkładu jazdy - bo Krzysiowi kończy sie tenis, Zuzia jedzie na hiszpański a Antoś ma za pół godziny coś tam. Żeby nie trzeba było pamiętać o wszystkim.

Zawsze mialam problem z zabawą z maluchami. No nie umiem i już - siedzenie na podłodze i ustawianie klocków - nie ja, prosze państwa, nie mam zadatków na architekta i nie mam pomysłów na budowle. Moge je poskładac w słupek i tyle. bawienie się misiami - sama się nimi nie bawilam, jka byłam mała. Spacery z wóżkiem nudza mnie śmiertelnie, chyba, ze mam towarzystwo. Teraz jest już nieco lepiej, bo GResiek już jest bardziej kumaty i jak mu powiem, że jest gołąb, to on go poszuka i nawet powie coś podobnie brzmiącego. Lubi biegać - ja mniej, a zwłaszcza za nim. Ale muszę zasuwać w kółko po tych samych trasach, na ślubie kuzyna ostatnio weszłam chyba na wieżę Eiffla, bo Grzesiowi zachciało sie chodzić po schodach.

W artykule - nie zalinkuję, bo juz zamknęłam i nie chce mi sie szukać - pojawiła sie koncepcja noszenia dziecka w chuście, bo to eko, bo to lepiej dla niego, bo dziecko jest centrum wszechświata i wszsycy mają skakać wokół. 

A ja Gada nosilam w chuście - dla mnie. nie dla niego, tylko dla mnie. I tak musiałam go jakoś taszczyć ze sobą - nie moglam zostawić z moją Mama, bo sie darł kosmicznie, Skorupiak pracował, zostawał na dyżurze jesli mógł. I chusta była dla mnie zbawieniem, oszczędzala mój kręgosłup, miałam dwie wolne ręce, a do tego Wąż w niej zwyczajnie błyskawicznie zasypiał. Do tej pory, jak jade na zakupy (czyli jutro rano....), to biorę ją ze sobą na wszelki wypaddek - jeśli będzie śpiący, to będzie się darl w wózku. Wezmę w chustę - i mam gościa z głowy, co prawda potem plecy bolą, ale za to głowa nie. Inna sprawa, żę to jest cudne uczucie, jak sie taki mallutek ufnie przytula i zasypia na piersi.

Generalnie - macierzyństwo jest najpiękniejsza przygoda mojego życia. Nie oddałabym Węży za nic. Są kochane, mądre, śliczne, dobre. I mam ich czasami cholernie dość, chciałabym trzasnąć jednego i drugiego przez łeb, odwrócić se na pięcie i pójść, byle daleko. Chciałabym móc zrobić coś wyłącznie dla siebie, bez uwzgledniania w kalkulacji czasu do końca zajęć Piotrka, ceny pieluch Grześka i tysiąca innych takich dupereli. Jestem zmęczona po tak długim czasie siedzenia  (he he, dobre sobie...) w domu z dzieckiem. Mam wrażenie, że mózg mi sie zwija w rulonik i  już nigdy nie rozwinie sie z powrotem. Czuję sie głupia, zaniedbana, niedoceniona. Taki matkobot.

Jakaś poszatkowana ta notka, ale co tam. mam wrażenie, że mój mózg jest podobnie poszatkowany, myślenie mi nie wychodzi zupełnie. Bola mnie różne kawałki po wtorkowym treningu, co tylko oznacza, że powinnam włożyć dresy i pójśc potruchtać i wykorzystać siłownię w naszym sadku, żeby mi sie zakwasy rozeszły przed następnym wtorkiem, keidy to pojawią sie kolejne.

Nic to. Zaraz zbiorę sie w sobie, podniosę obolały cięzki tyłek i ruszę do pracy. Muszę przytulić pitorka, zrobić listę zakupów na jutro z uwzględnieniem ciasta na sobotni piknik i wtorkowej wyprawy do Zoo, posprzątać trochę na biurku - jeszcze parę rzeczy, ale zapewne stanie tylko na dwóch pierwszych. Tyle dobrego, że nie wymagam sama od siebie perfekcyjnie wysprzatanego mieszkania - chociaz mam pretensje, zę takie nie jest, ale trudno, nie będzie. 

Nawet na bloga mam mniej czasu - czasem udaje mi się stukać jakąś notkę, ale codziennie jest tak jak dziś - mam pomysły, a zanim siądę do kompa, to gdzies zanikają. Musze znaleźć na to czas, zbyt dokładnie widzę, jak bardzo mi to pomaga. 

Do roboty.

Mam ostatnio mieszane uczucia względem m(M)rówek.

Pojawiły sie u nas.

Z jednej strony bardzo mnie to cieszy - pracownicy firmy Ekon, zwani popularnie Mrówkami znów odbierają spod drzwi surowce wtórne. Mniej roboty, idea znakomita - tam zatrudnieni sa ludzie z róznego stopnia uposledzeniami, ktozy nie znaleźliby pracy zapewne nigdzie indziej.

Z drugiej zaś strony - mrówki łażą mi po parapecie w sypialni i za nic w świecie nie mogę sie ich pozbyć. Traktowanie chemią odpada, śpimy tam we trójkę, Grzesiek tez ma swoje łóżko w naszym pokoju (to, zę przeważnie w nocy cichcem włazi do nas, to inna sprawa), a zwierzaki na parapecie przesiadują. Oba, bo czasem i Agrze sie zdarzy, gdy wszyscy wyjdą, zasiąść w oknie i pyskować na wszystko, co sie rusza. 

Tak więc chemia nie wchodzi w grę. Ogonki pomidoró jakoś chyba nie robią na nich wrażenia. Czy ktoś ma jakiś inny pomysł? Help!!!!

- Aaauuuuu! - zawrzasnęła gromko a znienacka matka.

- Co sie tak drzesz, jakby cie ktoś w dupe ugryzł? - zainteresował się niezbyt wytwornie Skorupiak.

- Bo właśnie ugryzł... - pożaliłam się masując równocześnie pośladek. - Ten mały gryzoń łazi i gryzie co chwila, mam dość!

Faktycznie, draniowi chyba zęby ruszyły znowu, bo łazi i dziabie mnie co chwila. Gdzie sięgnie, czyli okolice tyłka są narażone. W niedzielę na  jarmarku dominikańskim mialam pogryzione dokładnie cale lewe ramię, wyglądało, jakbym miała jakieś wybroczyny po pobiciu. A tu tylko delikatne ząbki Grzechota....

środa, 28 maja 2014

Potrzebuję norki.

Takiej niedużej, jednoosobowej, z dobrą wentylacją i ciepłym kocykiem. Oraz oświetleniem, żeby sie dało czytać. I mocnymi, wygłuszonymi drzwiami z dobrym zamkiem, żeby można było odizolować się od otoczenia.

Jestem wykończona. Jak jeszcze raz usłyszę "Siedzisz w domu z dzieckiem" albo "nie pracujesz", to zacznę gryźć. Do cholery jasnej, a jak nazywa sie całodzienny zasuw z szesnastomiesięcznym osobnikiem, który nie umie powiedzieć, czego chce, więc w każdej sytuacji problemowej wyje albo buczy? Który życzy sobie, żeby się nim zajmować? puszczać bańki? turlać piłkę? karmić? który wybebesza mi książki z półek i przynosi wszystkie po kolei? 

Moim największym marzeniem jest tygodniowa wycieczka dokądkolwiek, byle bez facetów. Może być z którąś koleżanką - o, na przykład z M. w Bieszczady. Albo do spa. Albo gdziekolwiek indziej, nad morze - raczej ciepłe, bo Bałtyk o tej porze to taki niewyględny z mojego punktu widzenia, ja jednak jestem zmarzlak. Grunt, żeby nikt mi nie marudził, nie buczał, nie ciągnął za nogawkę i nie pytał co pięć minut "mama, a czy ty wiesz, ile to jest pięć do potęgi szóstej?" (Piotrek sie bawi potęgowaniem, bo w szkole dzielenie jest nudne...). Po prostu żeby    nikt nic ode mnie nie chciał.

Potrzebuje wakacji od dzieci. Albo pójścia do pracy. Chociaż to ostatnie jest skomplikowane, bo nie mogę iść do pracy nie mając co zrobić z Grześkiem, a nie mam szans na zrobienie z nim czegokolwiek nie mając pracy - finanse nie te, a na żłobek państwowy nie mam szans. Błędne koło....

Piotrek ma w szkole szachy. Raz w tygodniu godzinę lekcyjną. Nie jestem w stanie ocenić, jaki jest jego poziom, bo sama nie gram. 

Wczoraj przyniósł w dzienniczku wpis od wychowawczyni z zapytaniem, czy zgodzilibyśmy się, żeby pojechał na zawody organizowane przez Polski Związek Szachowy. Z kolegą i jego mamą.

Kapcie mi spadły z wrażenia, po czym zasiadłam do komputera - dowiedzieć się, co to za zawody i w ogóle o co biega.

I kapcie mi spadły po raz drugi. Wróć, kapci już nie miałam. No to nie wiem, skarpetki.

Okazuje się, że panowie jadą jako reprezentacja szkoły - bo jest to turniej dla szkół uczestniczacych w programie popularyzującym królewską grę, każda szkola może wystawić do 5 zawodników z klas I i II. U nas szachy są w dwóch klasach, nie wiem, czy z tamtej drugiej ktoś jedzie. 

NIe mam pojęcia, jakie są jego możliwości w porównaniu z innymi - bo w judo to już wiem, że on jest jednym z lepszych w swojej grupie i na zawodach kosi medale jeden po drugim. Tu - brak danych i porównania. 

Zobaczymy za dziesięć dni. 

 

Ale już sam fakt wysłania go na te zawody o czymś świadczy.

 

Powtórzę po raz kolejny formułkę, która pojawia się tu systematycznie - synku - bardzo jestem z Ciebie dumna! Nie dlatego, że wygrywasz. Dlatego, że walczysz.

niedziela, 25 maja 2014

Dziś z okazji imienin Grzechotek zostal zabrany na Jarmark św. Dominika. 

Innymi słowy matka wykręcila sie w ten sposób od urzadzania imprezy, bo naprawde pada na pysk i nie ma na nic siły w takie upały, a jeszcze musiala być na tyle przytomna, żeby krzyżyk przy wlaściwym nazwisku postawić i nie pomylic list, na ten przykład. Głupio byłoby postawić krzyżyk przy nazwisku o własciwym numeerku na liście, ale z jakiejś obcej listy... Na szczęście załatwiliśy kwestię rano, zanim jeszcze matce z tego upału mózg sie zlasowal dokumentnie.

Za to juz wiem, co chcę kupic Grzechotkowi na dzien dziecka - takiego gumowego osiołka, na którym można skakac i się bujać. Dominikanie mają takiego na placu zabaw i Grzechot poprostu oszalał, jka go zobaczył.

 

Wszystkiego najlepszego, synku!

- Mama, czy wiesz, że za kilkanaście lat ludzie beda sie zajmowac terraformowaniem Marsa? - zapytał mnie dziś Potomek Starszy.

- Jeszcze zobaczymy - odmruknęła zmęczona mama. 

- A ty wiesz, co to znaczy terraformowanie? - zainteresowal się Piotrek.

- Wiem. Kształtowanie terenu planet.

- No właśnie, kształtowanie terenu planet, żeby mogły zamieszkać na nich nowe orgazmy.

 

Hm, tego już nie wiedziałam. Człowiek jednak uczy sie przez całe życie. 

Skorupiak usiłuje położyć Grześka spać. 

Jest jednak pewien problem - w łóżeczku jest mnóstwo różnych rzeczy.

- Grzesiu, czy musiałes zrobić w łóżku taki burdel? - pyta tata.

- Da! odpowiedział z moca potomek.

Nic dodać, nic ująć. 

I nie zadawac głupich pytań.

piątek, 23 maja 2014

Piotrkowi chyba bedzie trzeba sprawić segregator na dyplomy.

Wczoraj przyniósl kolejny - za III miejsce w konkursie czytelniczym, dotyczącym serii "Biuro detektywistyczne Lassego i Mai" 

Stracilam juz rachubę, w ilu konkursach on startowął w tym roku. Du\zo tego było, szkolne, międzyszkolne, różne.

Fajny jest ten mój starszy Wąż. Ambitny, inteligentny, koleżeński... Bardzo sie cieszę, że jest. 

Dumna jestem z niego bardzo, chociaż  czasem mnie wkurza :)

Zaczynam być uczulona na piski. 

Wszystko przez Grześka - jeszcze nie jest w stanie wyartykułowac normalnego komunikatu "Mama, mam problem, pomóż", tylko wydaje paszczą ciągły sygnał alarmowy w wyjątkowo drażniącej tonacji. Szlag mnie normalnie trafia, jak to słyszę, a słyszę często, po wielekroc w ciągu dnia.

W rezultacie, jak słyszę coś przypominającego to grzesiowe sklamrzenie, to też dostaję wysypki, na czym najbardziej cierpi pies. Ona z kolei piszczy, jak widzi obce koty łażące po dachu garażu i sąsiednich tarasach - a łażą stale, jest ich kilka i jak nie jeden to drugi, a czasem wszystkie po prostu sa na widoku. Mnie coś trafia i przeważnie psica zostaje karnie odkomenderowana na miejsce. Nie jestem w stanie znosic tego dźwięku prawie bez przerwy, to coś, jakby mi ktoś skrobal pazurami w szybę albo blaszany parapet. Okropność.

Do tego dochodzi czasem piotrkowe jęczenie o różne rzeczy ("maaaamaaaa, czy mogę sie nie myć?", "Maaamaaaa, czy muszę juz iść spać?")  i kocie miauczenie - bo jakiś bezczelny cżłowiek ośmielił sie zabrać koci stołek przystawiony do blatu specjalnie po to, żeby Pan Kot mógł wygodnie i komfortowo wskoczyć  i sprawdzić, co jest w miseczce. Problem w tym, że nie mqmy tylu stołków, żeby postawić jeden dla kota na stałe, zresztą w miejscu, w którym on sobie życzy, to ja mam szafkę z garnkami. I czasem chcialabym móc do niej zajrzeć, ot, fanaberia taka. Więc stołek sie przystawia, jak jest kotu potrzebny.  

W rezultacie do wieczora to mnie ju\z przeważnie boli głowa, a jak ktoś ośmieli się zajęczeć o cokolwiek, to ma spore szanse na oberwanie mokrą ściera przez łeb.

 

Byliśmy w szpitalu na badaniach. 

Dokładniej rzecz biorąc, pojechaliśmy na badania, bo... żadnych badań nie było.

Owszem, pozbierano wywiad - dokładnie i wielojęzycznie, bo na Izbie Przyjęć była grupka studentów z Madrytu, pan dr początkowo tłumaczył na /z angielski, ale szybko przestalo mi sie chcieć czekać, alż przełoży, zwłaszcza, że poza terminami medycznymi to nie były to rzeczy skomplikowane, wiec odpowiadałam od razu w języku wyspiarzy. Zawsze jakies ćwiczenie.

Następny wywiad - na oddziale, z kolejna grupą studentó. I w jednym i w drugim przypadku jak słyszeli, jakie jest obciążenie rodzinne, to wytrzeszczali oczy ze zdumienia, po czym okazywało się, żę Grzesiek jest zdrowy, wszystkie badania, które można by ewentualnie zrobić, zostały zrobione, jak byliśmy w szpitalu w grudniu i w ogóle teraz to nie ma co dzieciaka męczyć.

A zmęczony był, ja zresztą równiez. PObudka wczesna ( dla mnie - budzik na 6.15, ale obudziłam sie około 4), o 8 byliśmy w szpitalu. Tam trzeba było odczekać w kolejce na IP, a Grzechot uznał, że to świetna okazja do poćwiczenia wspinaczki po schodach. Weszłam z nim chyba na 10 piętro w sumie, dobrze, że dał sie przekonać do kursowania tylko po jednym biegu schodów. Potem - czekanie na korytarzu na oddziale. Nie mieliśmy tam żadnego kącika, gdzie można by zwalić rzeczy, a ja miałam dwie torby - własną torebkę i dużą wózkową, w której miałam różne przydasie - w końcu nie wiedziałam, jak długo tam będziemy, więc pieluchy, zapasowy bodziak, zabawki, jakiś kocyk na ewentualne nocowanie, słoiczki deserowo-obiadowe, picie dla nas obojga... Następnie zostaliśmy zaproszeni do pokoju lekarskiego, gdzie siedziała chyba szóstka studentów, pani dr, Grzesiek i ja. A pokoik wielkości większej szafy... 

Kolejny raz zbieranie wywiadu, osłuchiwanie. I wyszło na to, że właściwie, owszem, obciążenie jest potężne, ale facet jest na razie zdrowy. te badania, ktre można by zrobić, zrobiono w grudniu i teraz nic mądrzejszego nie wymyślą. Obserwować, w razie infekcjipodać ventolin, co już wiedziałam. nic nowego.

Innymi słowy parę godzin kompletnie bez sensu.

Grzesiek by\ł tak zmordowany po tej imprezie,l że zasnął mi w samochodzie natychmiast i spał potem prawie cztery godziny, co mu sie nie zdarzało od roku. Ja też padłam - na krócej, bo musiałam dojechać do domu...

środa, 21 maja 2014

Na szczęście niegroźnie i na krótko.

Grzesiek ma jutro cały dzień badań diagnostycznych pod kątem astmy wczesnodziecięcej. A że mały - to idę z nim, mnie badać nie będą (chyba...), ale przepytywać solidnie już tak.

Zaczynam oddychac z ulgą - caly czas się bałam, że jak przyjedzie ten wyczekany od stycznia termin, to mały nam sie rozchoruje, termin diabli wezmą i będziemy czekać od początku. Ale wygląda na to, że sie uda.

Powinnam zabrać sie za poakowanie torby - niby na jeden dzień wiele nie trzeba, ale z takim małym Wężem to jednak trzeba. Pieluchy na zmianę, jakies zapasowe ubranko - jak nie wezmę, przesika na mur-beton. Albo jeszcze gorzej. Zabawki, żeby sie nie nudził w przerwach. Nie wiem, czy jemu przysługuje jakieś jedzenie na takich jednodniowych badaniach, mnie na pewno nie,  a nie mam co liczyc na to, że będzie jak w grudniu, kiedy malutek był chory i słaby i nie chcial nic poza moim mlekiem, a ja zjadałam porcje oficjalnie przynoszone dla niego. Czyli jakies jedzenie dla nie.Coś do czytania - jak nie wezmę, na pewno sie przyda. Komplet dokumentacji. 

Teoretycznie takie badania trwają jeden dzień i wieczorem wyrzucają do domu, ale podobno sa przypadki, kiedy zatrzymują delkiwenta na noc. Więc dobrze by było mieć chociaz karimatę i jakiś kocyk, oraz szczotkę do zębów. I w ogóle podstawową kosmetyczkę, mydło, dezodorant.

Słomki do picia dla Grzesia, chociaż to chyba sobie daruję. Będzie pił niezdrowo z butelki niekapkowej, wbrew zaleceniom logopedy i już,  w szpitalu nie będe sie bawić. 

Koniecznie szelki - to stale wyposażenie wyjściowe biegusa, bardzo ułatwia życie nam obojgu!

Pewnie jeszcze trochę różnych rzeczy, ale nie przychodzi mi nic do głowy, a na jeden dzień to przeżyjemy, najważniejsze są. Teraz tylko spakować to wszystko do torby i jutro o 7 rano wujść z domu....

wtorek, 20 maja 2014

Dzielna jestem.

Mimo potwornego lenia i solidnego zmęczenia poszłam dzis na trening. Za każdym razem jest to samo, nie chce mi sie potężnie, zwlekam się, po czym po kwadransie rozgrzewki mam wrażenie, ze umrę. 

I nie umieram, a pod koniec jestem juz w całkiem niezłej formie, rozkręcona  i mogę ćwiczyć.

Szkoda, że juz połowa zajęć za nami - coraz weselsze są.

Dziś trzeba było lecieć z wrzaskiem na instruktorów, machając łapami i przylutować im kolanem po czym poprawić dwa razy z liścia. Wyglądałyśmy jak stado wariatek, ale takie powrzeszczenie dobrze robi. Jak już sie czlowiek odblokuje, bo to też nie takie proste, jednak wdrukowanie pewnych zasad (nie krzyczymy w miejscach publicznych) jest bardzo głębokie. A tu - dokładnie odwrotnie, nalerzało sie drzeć!

Fajnie było. I o dziwo, jetem w dużo lepszej formie, niż przed treningiem, kiedy to spływałam po ścianie.

Mogę sie poklepać po plecach.

Co można robić o godzinie 6.50 we wtorek?

Puszczać w sadzie bańki  dziecku które obudziło sie półtorej godziny wcześniej.

Czy on naprawdę musi?????

sobota, 17 maja 2014

Grzechot lubi ksiązki.

W sumie trudno, żeby było inaczej tyle ich w domu, stale ktoś coś czyta...

Od wczoraj zaczął nam przynosić z półek książki, ktore - jak wynika z jego nieco rozkazującego świergotania - mamy mu przeczytać.

Dobór lektur jest zastanawiający jak na gościa, który nie ma półtora roku...

A oto lista:

  • Krystyna corka Lavransa, S. Unsted
  • Trylogia Tolkiena
  • Dama Kameliowa A. Dumas
  • Wicehrabia de Bragelonne A. Dumas
  • Efeb z Eleuzyny W. Markowska
  • Przygody Meliklesa Greka W. Makowiecki
  • Diossos W. Makowiecki
  • Prawo pustyni Ch. Jacq
  • Dzieje Anglii A. Maurois
  • Buddenbrokowie T. Mann
  • Opowieść o prawdziwym człowieku B. Polewoj
  • Romowy z katem  K. Moczarski

 

Mam pewne wątpliwości, czy akurat te książki powinnam czytać synkowi do snu...

 

Grześ lubi pomagać. 

Rozładunek zmywarki odbywa sie obowiązkowo przy jego udziale - podaje z namaszczeniem każdą rzecz po kolei. Jak dotąd ucierpiał na tym tylko jeden talerz. Większy problem jest przy zaladunku - Grzechot z uporem wyjmuje wszystkie brudne naczynia i podaje do schowania do szafki.

Dzisiaj z kolei udzielal się przy rozpakowaniu zakupów. Znalazł dużą (jak na niego)paczkę papieru toaletowego. Chwilę sie męczył, żeby ją wygodnie złapać, po czym, poproszony o odniesienie jej do łazienki, równym krokiem ruszył we właściwym kierunku.

To by było na tyle, jeśli chodzi o słynna teorię, zę z dziećmi do dziesiątego-dwunastego roku życia nie ma kontaktu.

piątek, 16 maja 2014

Wpadł dziś do nas na chwilę mój tata zwany powszechnie Dużym.

Podrzucił coś, a że trafił akurat na moment, kiedy moje chłopaki szły na spacer - poszedł z nimi na kawałek trasy, po czym wsiadł w samochód i pojechał dalej, pomachawszy uprzednio jeszcze Grzesiowi przez okno.

Grzechot jest osobnikiem coraz bardziej wygadanym - zasób słów sie zwiększa,z każdym dniem.
Tym razem Wąż Młodszy widząc odjeżdżającego dziadka pomachał łapką i zakrzyknął z głębi wózka:

- Du! Papa!

 

Historia lubi sie powtarzać, Piotrek używał tego samego tekstu. A my znowu mamy radochę. :)

Swoją drogą, oni to chyba mają po prostu w genach. Mój dziadek wraz se swoim rodzeństwem jednego z wujów nazywali Wujaszek Piękne Łóżko Podwójny Krok, albo po prostu Wuj Podwójny Krok. Dla wyjaśnienia - oni wszyscy byli dwujęzyczni, francuskiego używali na równi z polskim. Przezwisko po polsku brzmi niewinnie, w oryginale - Beau Lit, Deux Pas....

wtorek, 13 maja 2014

Są wyniki Kangura matematycznego.

Piotrek ma 81,25 pkt na 105 możliwych. I wyróżnienie. W swojej szkole jest najlepszy spośród uczniów klas drugich, pokonał też paru trzecioklasistów. 

Uroku sytuacji dodaje fakt, że on się prawie nie uczył, zrobił kilka zadań  z poprzednich lat, ale głównie tych łatwiejszych, jak chciałam pomóc przy trudniejszych, to się awanturował.

Strach pomyśleć, co mógłby osiągnąć, gdyby się porządnie przyłożył do nauki....

Gratulacje, synku!!!!!

Scenka z wczoraj:

Moi rodzice mają ogródek przy bloku. Mieszkanie parterowe, z prawem użytkowania przylegającego kawałka trawnika.

Posadzili tam trochę różnej zieleniny, między innymi piękny bez, który rożnie w narożniku płotu okalajacego ogródek i  - siłą rzeczy - gałęzie rozkładają sie już również poza płotek.

Wczoraj mama przyłapała sąsiadkę na łamaniu bzu. Pani nie speszyła sie, tylko poinformowała mamę, że kradnie jej bez, ale ponieważ to już za płotem, więc ma prawo.

Mamę zamurowało tak, że nic nie powiedziała, a szkoda.

Smaczku tej historii dodaje fakt, że owa bezczelna dama jest adwokatem, ma własną kancelarię, w swoim czasie pełniła różne ważne funkcje w Okręgowej Radzie Adwokackiej. 

Nie ma to jak adwokackie pojęcie uczciwości. 

Własnego pieczenia bułeczka kukurydziana z ziarenkami, do tego własny dżem pomarańczowy i szklanka mleka. Bajka!

poniedziałek, 12 maja 2014

Grzesiek jest coraz sprawniejszy. Miał pewne opóźnienie na starcie - lenia, bym powiedziała, bo raczkować zaczął róno ze wstawaniem, ale teraz wyrównał.

Włazi na meble,  wspina się po półkach, na ślubie kuzyna w sobotę kilka rzy zdejmowałam gościa (Grześka, nie kuzyna) z kraty odgradzającej boczny ołtarz. Z moich kolan złazi przeważnie fikołkiem - trzyma mnie za kciuki, przerzuca nogi przez głowę i już stoi na podłodze.

Skorupiak nauczył go jeszcze nader pożytecznej sztuczkim, przydatnej przy zmianie pieluchy. Mianowicie młody na komendę robi coś, co wygląda jak wstęp do mostka - stawia stopy na podłożu i podnosi kuper, dzięki czemu można pieluchę łatwo wyjąć i podłożyć nową. Następnie, na kolejną komendę zadziera kopytka do góry i można wygodnie wytrzeć i wysmarować kremem mały zadek. Bardzo ułatwia  nam życie, dziecko kochane. 

Tylko jest jedno ale. Jeśli on robi takie rzeczy mając niecałe 16 miesięcy, to co b\edzie za rok? dwa? pięć? Wolę o tym nie myśleć....

 
1 , 2